Etos w czasach zarazy rynkowej

Jesień 2014 |

Wykłady Michaela Sandela, profesora filozofii polityki z Harvardu, cieszą się rzadko spotykaną popularnością. Sale uniwersyteckie albo stadiony sportowe – bo czasem tylko one mogą pomieścić wszystkich słuchaczy – wypełniają młodzi ludzie. Kursy prowadzone przez filozofa transmituje BBC, a niektóre nagrania wykładów w serwisie YouTube doczekały się ponad 5 milionów wyświetleń. Ten rozgłos przyniosła Sandelowi jego metoda nauczania, dzięki której zyskał przydomek współczesnego Sokratesa. Prowadzący odmalowuje w swoich prelekcjach problematyczne z etycznego punktu widzenia sytuacje, a następnie zadaje pytanie: jakie rozwiązanie byłoby sprawiedliwe? Sala głosuje, a chętni mogą podjąć się obrony swojej opinii na forum. Nie ma taryfy ulgowej i raz przedstawionego zdania trzeba bronić do końca – zarówno przed innymi dyskutantami, jak i przed wykładowcą.

W czerwcu 2014 r. Sandel przyjechał z wykładem do Warszawy, aby postawić młodym Polakom pytanie o rolę rynku w naszym życiu. Spotkanie wpisało się w atmosferę rocznicową i stało się podsumowaniem transformacji mentalnej, która dokonała się w polskim społeczeństwie w ostatnich 25 latach. Podczas wykładu zapytał, czy sprawiedliwe i moralne jest, by po nawałnicy śnieżnej, gdy domy i drogi są całkowicie zasypane, sklep podniósł cenę łopaty do odśnieżania o 100 dolarów. Zdecydowana większość sali udzieliła odpowiedzi twierdzącej (poprzez podniesienie rąk), a tylko pojedyncze osoby nie zgodziły się, że windowanie cen w takiej sytuacji jest słuszne. Profesor odpowiedział, że podobny rozkład głosów otrzymał tylko w… Szanghaju.

Michael Sandel jest autorem książek „Sprawiedliwość. Jak postępować słusznie” i „Czego nie można kupić za pieniądze. Moralne granice rynku”, które niedawno ukazały się w Polsce. Podnosi w nich zagadnienia właściwie nieobecne w naszych mediach, nawet przy okazji ostatniego kryzysu gospodarczego. Utyskiwania na słabości wolnego rynku, które trzeba przezwyciężyć, aby kryzys się nie powtórzył czy piętnowanie chciwości niektórych grup społecznych (niezbyt skuteczne, skoro maklerzy giełdowi urządzali sobie zamknięte pokazy „Wilka z Wall Street”, raczej nie po to, by kontemplować swoje grzechy) – nie dotykały sedna sprawy. Sandel twierdzi, że i kryzys, i chciwość maklerów to zaledwie odpryski znacznie poważniejszego problemu, o którym się nie dyskutuje, ponieważ w dyskursie publicznym tematyka związana z moralnością traktowana jest jako niebezpieczna. Rozważa się, czy coś jest opłacalne czy nie, czy przyniesie finansową korzyść lub stratę, ale ze świecą szukać debat o tym, czy jakieś rozwiązanie stępi nasz zmysł moralny albo obniży moralny standard, którym kierujemy się jako wspólnota. Ujmowanie zagadnienia jako problemu moralnego wydaje się przestarzałe, ponieważ powszechnie rozumuje się wyłącznie w kategoriach ekonomicznych zysków i strat albo bodźców finansowych zachęcających lub zniechęcających do działania. I właśnie to jest zdaniem Sandela nasz największy kłopot.

Pochód rynkowego triumfalizmu, jak nazywa go Sandel, trwa od lat 80. XX wieku. Zachodnie społeczeństwa bezrefleksyjnie pozwoliły wówczas, by mechanizmy rynkowe wchodziły na obszary niezwiązane z gospodarką. Z czasem reguły ekonomiczne stały się dla nas przezroczyste, przestaliśmy poddawać je ocenie. Nieustannie oceniamy za to przez ich pryzmat rzeczywistość społeczną. W rezultacie, o ile wcześniej byliśmy społeczeństwem funkcjonującym w gospodarce rynkowej, o tyle teraz tworzymy już po prostu społeczeństwo rynkowe – i w tym pożałowania godnym stanie chcemy się pogrążyć bez reszty.

Polskiego czytelnika szokować może obraz amerykańskich realiów, które wyłaniają się z obu książek. Sandel pisze i wykłada powściągliwie, ale omawiane przez niego przykłady są tak jednoznaczne, że naddatek komentarza zapewniającego o szkodliwości wolnorynkowej logiki byłby zbyteczny. Przedstawione przez niego studia przypadków składają się na obszerny bestiariusz. W amerykańskich zakładach bukmacherskich, przykładowo, można zakładać się o to, kiedy umrze dany celebryta – trafna prognoza zostanie nagrodzona stosowną wypłatą. Pentagon, widząc popularność (i skuteczność) przewidywań hazardzistów, zaproponował, by obywatele obstawiali i inne wydarzenia, np. prawdopodobieństwo ataku terrorystycznego albo zamachu stanu. Ostatecznie wycofał się z tych propozycji, jednak bynajmniej nie z powodu zarzutów o niemoralność. Z kolei Gary Becker, guru ekonomii rodem ze szkoły chicagowskiej, który zaszczepił w nas przekonanie, że wszystko da się wycenić i sprzedać, zaproponował swego czasu, by status uchodźcy politycznego w USA można było sobie kupić. Za 50 tysięcy dolarów.

Dlaczego jednak zjawisko powszechnego rozpanoszenia rynku powinniśmy uważać za coś złego? Autor daje nam dwie odpowiedzi. Pierwszą można nazwać argumentem ze sprawiedliwości. Ekonomiści twierdzą, że rynek jest najefektywniejszym narzędziem dystrybucji dóbr, ponieważ sprawia, iż trafiają do tych, którzy je najbardziej cenią. Jednak ten mechanizm nie działa w każdych warunkach. Czy suma pieniędzy, jaką jesteśmy w stanie wydać na dane dobro, rzeczywiście świadczy o tym, jak bardzo go potrzebujemy? Nie wszyscy mają równe możliwości korzystania z dobrodziejstw rynku – bogaci są w oczywisty sposób uprzywilejowani. O ile to uprzywilejowanie nie ma znaczenia moralnego, gdy chodzi np. o zakup telewizora plazmowego, o tyle w pewnych warunkach może poważnie ograniczać możliwości życiowe. Podczas huraganu na Florydzie w 2004 r. torba z lodem warta uprzednio 2 dolary, sprzedawana była po 10 dolarów, a generator prądu, który wcześniej kosztował 250 dolarów, wyceniono na 2 tys. dolarów. Za usunięcie z dachu domu dwóch pni wykonawcy wystawiali rachunek na 23 tys. dolarów. Krótko mówiąc, huragan stał się okazją do zarobienia na nieszczęściu współobywateli.

Urynkowienie życia społecznego powoduje coraz większą polaryzację społeczną i zmniejsza naszą wrażliwość na innych, szczególnie mniej zamożnych. Światy bogatych i biednych oddalają się od siebie, a członkowie nierównych społeczeństw nie czują się odpowiedzialni za siebie nawzajem. Autor przytacza opinię emerytowanego oficera, który przekonywał, że gdyby Amerykanie tworzyli sprawiedliwe społeczeństwo, to nie wysyłaliby wojsk na Bliski Wschód: po zniesieniu powszechnej służby wojskowej rekrutami zostają bowiem osoby z niższych klas społecznych, co pozwala decydentom szafować życiem żołnierzy bez obawy, że wśród ofiar będą ich własne dzieci.

Drugi argument, którym posługuje się Sandel, mówi o tym, że rynkowe wartości degenerują dobra, z którymi się stykają. Ekonomiści zakładają, że mechanizmy rynkowe nie mają wpływu na oferowane produkty. Wystawienie telewizora plazmowego na sprzedaż faktycznie nie zmienia jego wartości. Istnieje jednak ogromna liczba dóbr, które są niweczone, gdy tylko zacznie się je komercjalizować. W niektórych krajach zgodnie z prawem można wynająć kobietę, która za wynagrodzeniem urodzi dziecko innej parze. Umowa, którą się wówczas spisuje, wymaga, by ciężarna dbała o siebie, a po porodzie oddała dziecko bez szemrania. W wypadku surogatek normy dotyczące macierzyństwa ulegają odwróceniu, płaci się im bowiem za to, by powstrzymały się od prób nawiązania więzi emocjonalnej z dzieckiem. Surogatki traktowane są więc nie jak czujące osoby, ale niczym przedmioty o określonej użyteczności, a ich ciąża staje się domeną komercyjnej produkcji dzieci. Tymczasem macierzyństwo jest, jeśli możemy tak powiedzieć, dobrem wyższego rzędu, które w ogóle nie powinno być wyceniane. Gdy zdolność do rodzenia dzieci zaczyna podlegać wymianie rynkowej, ulega degradacji, ponieważ staje się jednym z wielu towarów dostępnych na rynku.

Dzieje się tak, gdyż rynek jest nie tylko mechanizmem dystrybucji dóbr – uczy nas także określonego nastawienia do rzeczy, które możemy na nim kupić. Zgadzając się, żeby coś było dostępne na rynku, godzimy się jednocześnie, by funkcjonowało jak każdy inny towar. Sandel opisuje np. biznes handlowania ubezpieczeniami na życie, nierzadko bez wiedzy osoby, której życie (czy raczej śmierć) jest przedmiotem takich targów. Do najbardziej kontrowersyjnych polis należą te, które posiadają korporacje – ubezpieczają one życie swoich pracowników, w przeszłości tylko kadry najwyższego szczebla, dzisiaj już nawet pracowników fizycznych, by po ich śmierci otrzymać pieniądze z polisy, liczone w setkach tysięcy dolarów. Tego rodzaju ubezpieczenia na masową skalę wykorzystuje np. Wal-Mart, od lat oskarżany o wyzysk pracowników. Stosowanie tak zwanych ubezpieczeń woźnego – jak nazywa się je w żargonie ubezpieczycieli – nie tylko sprawia, że firmy mogą zaniedbywać obowiązek zagwarantowania pracownikom bezpiecznych warunków pracy, ale przede wszystkim zmienia funkcję ubezpieczenia. Pierwotnie miało ono zapewniać ochronę przed skutkami czyjejś nieoczekiwanej śmierci, np. głównego żywiciela rodziny. Obecnie jest korporacyjną strategią biznesową służącą pomnażaniu zysku.

Krytyka twierdzenia, że rozwiązania rynkowe nie wpływają na moralność, a same dobra są odporne na ich działanie, jest najbardziej oryginalnym i wartościowym dokonaniem filozofa. Pozwala ona Sandelowi uderzyć w samo sedno stanowiska – zdobywającego rzesze zwolenników – mówiącego, że rynek może zaoferować nam efektywne rozwiązania moralnych i politycznych problemów, z którymi zderzają się współczesne społeczeństwa. Ekonomiści (np. autorzy popularnej „Freakonomii”) chełpią się często, że potrafią rozwiązać każdy problem społeczny – wystarczy dać im wolną rękę w ustanawianiu bodźców zachęcających lub zniechęcających do danego zachowania. To przekonanie staje się udziałem środowiska naukowego, aktywistów i decydentów, którzy widzą np. w polityce zachęt lub internalizacji kosztów zewnętrznych doskonałe narzędzia rozwiązywania problemów ekologicznych (handel emisjami zanieczyszczeń) czy zdrowotnych (podatki od niezdrowego stylu życia). Sandel argumentuje, że w wielu przypadkach to wykształcenie etosu, a nie zastosowanie rynkowych bodźców jest właściwym remedium. Można by odrzucić jego tezę jako szlachetny, ale naiwny idealizm, gdyby nie to, że autor przytacza dane empiryczne, które wykazują, że metody ekonomistów często przynoszą skutki przeciwne do obiecywanych.

Sztandarowym przykładem przytaczanym przez Sandela są izraelskie przedszkola, które postanowiły karać finansowo rodziców spóźniających się po swoje dzieci. Norma etyczna nakazująca odbierać dziecko punktualnie została zastąpiona normą rynkową. Pomysłodawcy sądzili, że rodzice będą odbierać dzieci wcześniej, by uniknąć kary. Jednak rodzice potraktowali karę jako dodatkowy koszt opieki przedszkolnej – opłatę za przedszkolne nadgodziny. Liczba rodziców, którzy zbyt późno zgłaszali się po pociechy, nie zmalała, lecz wzrosła dwukrotnie. O ile wcześniej spóźniający się rodzice czuli się winni, o tyle teraz mogli uspokoić gryzące sumienie, uiszczając opłatę. Psychiczny dyskomfort związany ze złamaniem normy dyktowanej przez etos dobrego rodzica, którego nie można było niczym załagodzić, okazał się lepszym regulatorem niż mechanizm rynkowy.

Sandel nie zachęca bynajmniej do całkowitego odrzucenia rynkowych rozwiązań i zdaje się przyznawać, że w wielu przypadkach są one właściwe. Za przykład może tu posłużyć sprzedawanie licencji upoważniających do polowania na nosorożce: zakazy nie przynosiły efektów i gatunek był bardzo poważnie zagrożony wymarciem, tymczasem dzięki licencjonowaniu udało się odbudować jego populację. Tym, na czym Sandelowi naprawdę zależy, jest uświadomienie nam, że wbrew zapewnieniom ekonomistów efekty wprowadzenia rynkowego eksperymentu są trudne do przewidzenia. A potrafią być niebagatelne. Kiedy w izraelskich przedszkolach po kilku miesiącach zrezygnowano z pomysłu karania opiekunów, spóźnienia utrzymały się na nowym, wyższym poziomie. Nie jest łatwo przywrócić normę nierynkową, jeśli raz zostanie ona stłumiona, ponieważ norma ekonomiczna ma tendencję do wypierania nieekonomicznej. Powinniśmy więc zachować szczególną ostrożność, bawiąc się mechanizmami rynkowymi, i przede wszystkim dbać o kondycję zbiorowego etosu.

Przykłady, na które powołuje się Sandel, współgrają z wynikami badań przeprowadzonych w latach 80. i 90. ubiegłego wieku dotyczących podziału dóbr. Eksperymenty, prowadzone w formie różnego rodzaju gier pieniężnych, wykazały, że zachowanie uczestników daleko odbiegło od oczekiwań ekonomistów i modelu homo œconomicus: 75 proc. badanych kierowało się wartością współpracy i poczuciem sprawiedliwości, nawet jeżeli miało im to przynieść straty; pozostałe 25 proc. stanowili bezwzględni egoiści. Proporcje te były znacząco zachwiane wśród studentów ekonomii. Stosowali się oni do wymogów ekonomicznej racjonalności wykładanej przez swoich profesorów i grali samolubnie. Dla badaczy stało się oczywiste, że wydziały ekonomii wychowują obywateli niechętnie współpracujących oraz skłonnych do oszustw1. Dzisiaj wszyscy staliśmy się domorosłymi ekonomistami, garściami czerpiącymi z wulgarnej doktryny neoliberalnej. Niestety, można się spodziewać, że efektem naszej „edukacji” gospodarczej będzie złe społeczeństwo, pozbawione etosu i poczucia sprawiedliwości. Tymczasem bez kręgosłupa moralnego – argumentuje Sandel – wielu palących problemów nie da się rozwiązać.

Jeśli nie w mechanizmach rynkowych, to gdzie możemy szukać rozwiązań? Aby odpowiedzieć na to pytanie, Sandel wypróbowuje w „Sprawiedliwości” najważniejsze doktryny etyczne, które rozwinęły się w ciągu ostatnich dwóch stuleci. Z polemiką autora spotykają się nie tylko utylitaryzm i libertarianizm, wykorzystywane obecnie do ideologicznego uzasadniania rynkowego triumfalizmu, ale również tradycja liberalnej lewicy, której źródeł Sandel upatruje w filozofii Kanta, a za jej najważniejszego przedstawiciela uznaje Johna Rawlsa. Sandel nie odmawia intelektualistom liberalnej lewicy ogromnych zasług, zwłaszcza na polu walki z niesprawiedliwością społeczną. Jednocześnie krytykuje ich jednak za zmarginalizowanie pytania „co znaczy dobre życie?” i idących za nim rozważań na temat etosu i cnoty, których nie powinniśmy porzucać. Z faktu, iż żyjemy w pluralistycznych społeczeństwach, liberalna lewica zbyt szybko wysuwa wniosek, że musimy zachować neutralność w sprawach światopoglądowych i powstrzymać się od wartościowania. Jeżeli jednak nie zdobędziemy się na świadomy wysiłek publicznej dyskusji nad dobrym życiem – argumentuje Sandel w obu książkach – to zrobi to za nas rynek, który przyjmuje wszystkie preferencje z dobrodziejstwem inwentarza, nie ustanawiając ich hierarchii. Dlaczego jednak mielibyśmy traktować wszystkie preferencje równo? Dzisiaj chęć strzelania do zwierząt zagrożonych wyginięciem stawiamy na równi z potrzebą nauczenia dzieci czytania i pisania. Czy są to rzeczywiście równoprawne dążenia?

Oddajmy głos samemu autorowi „Czego nie można kupić za pieniądze”: Tego rodzaju rozważania nieuchronnie sprowadzają się do różnych, konkurujących ze sobą koncepcji dobrego życia. Czasem unikamy wchodzenia na ten grząski grunt. Z obawy przed wywołaniem konfliktu wahamy się, czy warto odwoływać się do własnych przekonań moralnych lub duchowych w debacie publicznej […] Epoka triumfalizmu rynkowego zbiegła się w czasie ze zjawiskiem znacznego wypłukiwania z dyskursu publicznego treści duchowych i moralnych. Jeżeli chcemy, żeby wpływ rynków na nasze życie nie przekraczał rozsądnych granic, jedynym wyjściem jest otwarta, publiczna dyskusja na temat znaczenia dóbr i praktyk społecznych, które wysoko sobie cenimy.

Czy jednak Sandel, pisząc o potrzebie dyskusji i praktykowania etosu, nie zawiesza nam poprzeczki zbyt wysoko? Najsilniejsze bodajże przekonanie ekonomistów dotyczy ludzkiej dobrej woli. Wierzą oni, że rezerwuar ludzkiej dobroci, którą można widzieć jako skłonność do dzielenia się, życzliwość czy myślenie o dobru innych, jest bardzo ograniczony. Korzystanie z jego zasobów jest równoznaczne z marnotrawstwem. Jak długo więc naprawdę nie ma potrzeby polegania na naszych dobrych cechach, trzeba znaleźć inne mechanizmy, które skłonią do pożądanego postępowania. Postępując zgodnie z założeniami ekonomistów, powinniśmy skłaniać kochające się pary, by niewiele od siebie wymagały i oszczędzały swoją miłość na czarną godzinę. Jakże szczęśliwe będą wówczas w przededniu rozwodu, do którego doprowadziło „ekonomiczne” gospodarowanie miłością! Metafora rezerwuaru, którą stosują ekonomiści, jest jednak zupełnie chybiona. Cnota nie jest zasobem, który z czasem się wyczerpuje, przypomina raczej – Sandel odwołuje się tu do poglądu Arystotelesa – muskulaturę, którą trzeba nieustannie ćwiczyć, by się rozwijała.

Publikacje i wykłady Sandela burzą wygodne złudzenie, że możemy znaleźć łatwe, niewymagające wysiłku i namysłu moralnego rozwiązania problemów społecznych, politycznych i ekonomicznych. Tym samym autor przypomina nam o konieczności refleksji etycznej. Zmarginalizowanie tego kierunku myślenia jest z pewnością kolejnym znakiem szczególnym naszych czasów. Podczas rewolucji lat 60. to filozofowie byli autorytetami, na których powoływali się główni uczestnicy wydarzeń. W ruchu Oburzonych ich miejsce zajęli socjologowie i ekonomiści.

Postulat refleksji etycznej kwestionuje nasze prawo do wygodnego czekania, aż gotowe rozwiązania problemów społecznych przyjdą ze świata akademickiego, i przywraca odpowiedzialność i podmiotowość każdemu z nas. Mimo to – są nieodzowne. Nawet jeżeli dyskusje moralne nie doprowadzą nas do jednoznacznych rozstrzygnięć, to przynajmniej będziemy znowu odróżniać krecie kopce od górskich szczytów.

Michael Sandel, Sprawiedliwość. Jak postępować słusznie?, przełożyła Olga Siara, Kurhaus, Warszawa 2013, s. 367; Michael Sandel, Czego nie można kupić za pieniądze. Moralne granice rynku, przełożyli Anna Chromik, Tomasz Sikora, Kurhaus, Warszawa 2013.

Przypis:

  1. Zob.: E. Fehr, S. Gächter, Altruistic punishments in humans, „Nature” 2002, nr 415, s. 137–140; S. Bowles, H. Gintis, Homo reciprocans, „Nature” 2002, nr 415, s. 125–128; G. Mar­vel, R. Ames, Economists free ride, does anyone else?, „Journal of Public Economics” 1981, nr 15, s. 295–310; R. H. Frank, T. Gilovich, D. T. Regan, Does studying economics inhibit cooperation?, „Journal of Economics Perspectives” 1993, nr 7, s. 159–171; R. H. Frank, T.D. Gilovich, D. T. Regan, Do economists make bad citizens?, „Journal of Economics Perspective” 1996, t. 10, nr 1, s. 187–192; J. Henrich et al., Foundations of human sociality. Economic experiments and ethnographic evidence from small-scale societies, New York 2004; A.E. Roth et al., Bargaining and market behavior in Jerusalem, Ljubljana, Pittsburg, and Tokyo. An experimental study, „American Economic Review” 1991, nr 81, s. 1068–1095.

Joanna Jurkiewicz, Przemysław Wewiór

Joanna Jurkiewicz (ur. 1986) – absolwentka socjologii w ramach Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Interesuje się prawami pracowniczymi. Zadeklarowana feministka. Próbuje wyznawać zasadę Churchilla: no sports, ale czasem robi ustępstwa na rzecz biegania.

Przemysław Wewiór (ur. 1986) – absolwent filozofii na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika i doktorant na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Wrocławskiego. Autor wielu tłumaczeń i publikacji naukowych, dotyczących głównie historii idei w okresie nowożytnym. Pasjonat miasta Łodzi i dobrych seriali. Kontakt: pwewior@gmail.com.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>