Ojczyzna pańszczyzna na wieki wieków amen

Po śmierci Józefa Oleksego jeden z portali przypomniał wywiad, jakiego polityk udzielił „Dziennikowi Trybuna” w 2013 r. W rozmowie z Agnieszką Wołk-Łaniewską, długoletnią współpracownicą Jerzego Urbana z tygodnika „NIE”, były premier barwnie opowiadał o swojej karierze politycznej jeszcze w poprzednim ustroju. Istotny wątek rozmowy dotyczył kwestii dość dla Polaków wstydliwej – awansu społecznego czasów PRL, którego dziedzicami są przecież dzisiejsze pokolenia. Życiorys Oleksego jest pod tym względem nieledwie wzorcowy – inteligentny i ambitny prowincjusz z niższych warstw społecznych zdobywa średnie wykształcenie (właściwie dzięki przykościelnej szkole), później trafia na studia na Wydziale Handlu Zagranicznego Szkoły Głównej Planowania i Statystyki w Warszawie. Rok po marcu 1968 zapisuje się do partii, a już niespełna 10 lat później zasila wysokie kręgi władzy.

Dopełnieniem tej rozmowy jest inny wywiad, jakiego Oleksy udzielił Robertowi Mazurkowi w „Rzeczpospolitej”. Podsumowując swoją działalność w Polsce Ludowej polityk stwierdzał w nim: Właściwie żyłem porządnie, starałem się nie wyrządzać ludziom zła, nie krzywdzić ich. Nawet jak byłem w reżimie komuny, unikałem sytuacji, w których bym czegokolwiek nadużył, kogoś sponiewierał. Po lekturze tych wywiadów lepiej zrozumiałem, na czym polega fenomen zaangażowania Polaków w komunizm. I co, najprawdopodobniej, wciąż stanowi dziedzictwo „polakokomuny” w naszych realiach.

W czasach Polski Ludowej dokonała się duża transformacja społeczna, w znacznej mierze związana głębszymi procesami zachodzącymi w naszym kręgu cywilizacyjnym. Opierała się ona na migracji mas ludności ze wsi do miast, narzuceniu społeczeństwom wielkomiejskiej modernizacji, której podstawowym elementem był wzrost znaczenia przemysłu. Pod tym względem dynamika realnego socjalizmu niewiele różniła się od modelu rozwoju przyjętego w świecie kapitalistycznym. W obrębie obu systemów bodaj najistotniejszym elementem modernizacyjnej układanki była industrializacja i mniej lub bardziej udane próby upowszechnienia dobrobytu. Także po to, żeby pracownik najemny/robotnik, sprzedający „tanią siłę roboczą”, wegetujący na obrzeżach społeczeństwa, państwa i rynku, mógł stać się obywatelem, konsumentem, człowiekiem zdrowym… i przewidywalnym w swoich wyborach politycznych. W krajach Zachodu te warstwy społeczne, które według słów Marksa nie miały nic do stracenia oprócz kajdan, wykorzystały sprzyjające warunki rosnącej demokratyzacji życia publicznego, zorganizowały się i wywalczyły sobie prawa do większego udziału w wypracowywanym kapitale. Z czasem, po dekadach ciężkich walk o swoje, twardoręcy robotnicy i ich kasłające gruźliczą krwią żony przemienili się w drobnych ciułaczy, turystów zwiedzających świat i emerytów spędzających leniwie czas z wędką. A dzieci poszły do szkół, zamiast na drugą zmianę.

W świecie realnego socjalizmu to satelickie wobec Związku Radzieckiego monopartie były gwarantem tutejszej wersji „państwa dobrobytu”. Projekt okazał się mniej udany niż zachodni tak na poziomie gospodarczym, jak i obywatelskim. PRL-owski awans społeczny nierzadko okazywał się problematyczny. Albo trzeba było płacić za niego lojalnością wobec skorumpowanej monopartii, albo – co pokazuje historia regularnych robotniczych wystąpień – towarzyszyło mu ciągłe poczucie braku i krzywdy; poczucie awansu społecznego, ale ze ślepą kuchnią, krzywymi ścianami mieszkania w bloku, sklepowymi kolejkami i zapisami na radio, telewizor, lodówkę i pralkę. Niby wszystko było – ale często na niby. Prowizorka i bubel – te słowa dobrze zapamiętałem z interwencyjnego programu konsumenckiego z telewizji czasów PRL. Dorzucić można by było jeszcze „lojalkę” – i mielibyśmy realny socjalizm w pigułce. Najkrótsza z możliwych historii Polski Ludowej: nad pomyślnym trwaniem niepomyślnego systemu czuwali chłopscy synowie z awansu społecznego, pilnujący innych chłopskich synów, którzy z bezrolnych i małorolnych przemienili się w wielkoprzemysłowy proletariat.

Aktorów na tej scenie da się wymieniać po nazwiskach: po jednej stronie Anna Walentynowicz, robotnica z PRL-owskiego awansu społecznego, kobieta nieustępliwa i zajadła, która użerała się z władzą o nieświeże jajka w przyzakładowej stołówce. Po drugiej stronie – Józef Oleksy, rzemieślnicze dziecko spod Nowego Sącza. Był on, jak sam mówił, dobrym człowiekiem. Cenił też, co arcyludzkie, święty spokój i miłe luksusy. To, że ktoś kogoś bezkarnie bił w imię socjalizmu i władzy ludu, że z folwarków i robotniczych osiedli wyzierała nędza – to szczegóły z wielu przyczyn dziś nieinteresujące, tak jak mało interesująca dla beneficjentów aktualnego systemu są dzisiejsze bieda i wyzysk. Jowialni, mili (starsi) panowie o delikatnych palcach i podniebieniach smakoszy, chętnie zapominają o takich szczegółach – niezależnie od ustroju.

Tu ktoś zawoła oburzony: a dlaczego autor nic nie mówi o żydokomunie?! Dlaczego nic nie ma o sowieckim imperium, nadzorującym kolonialne projekty określane mianem „ludowych demokracji”. Problem z tym wątkiem polega na tym, że bardzo często stanowi świetny pretekst do tego, by w ogóle nie mówić o polakokomunie, czy też – patrząc szerzej i głębiej – o pańszczyźnianym dziedzictwie, zachowanym w obyczajach i strukturach społeczno-gospodarczych. A przecież pańszczyzna, komuna i kapitalizm po polsku stanowią różne historyczne wariacje na ten sam temat – wewnętrznej i zewnętrznej kolonizacji. Józef Oleksy to nie tylko twarz, to nie tylko imię i nazwisko. To maska, którą da się nałożyć na wiele, bardzo wiele postaci w naszych dziejach – od zarządców folwarków, do polityków III Rzeczpospolitej, przez kastę rodzimych menadżerów, ekspertów i publicystów, zarządzających gospodarką, instytucjami i wyobraźnią społeczną Polaków. Oni wszyscy niczemu nie są winni. Potrafią być mili dla sprzątaczek i kelnerów. Oni tu tylko nadzorują i zarządzają, zgodnie z wytycznymi określonej epoki. A przy okazji – dobrze z tego żyją, pilnując, żeby polaczki-biedaczki znały swoje miejsce w tak a nie inaczej urządzonej rzeczywistości.

Ta kolonizacja ma także swoją drugą stronę. Jeśli wnikliwiej przyjrzeć się polskiej historii, to jest to lekcja ubezwłasnowolnienia szerokich mas. Powtórzę oczywistość nie dość wciąż oczywistą: polskie społeczeństwo jest społeczeństwem pochłopskim. I społeczeństwo to praktycznie nigdy w dziejach nie było na dłużej (i na serio) podmiotem własnego życia społeczno-gospodarczego. Nie ma niemal żadnych doświadczeń z budowaniem instytucji własnego, suwerennego państwa. Nie odziedziczyło ich jako trwałego nawyku, trwałej zdolności wypracowanej przez następujące po sobie pokolenia. Może dlatego zawsze czuje się wobec państwa obco – nawet gdy zasila jego administrację, instytucje publiczne, struktury centralne. Wie, że państwo można oszukać z korzyścią dla siebie, swojej rodziny i znajomych, ale często nie wie, jak je budować. Zaś władze państwa i wyższa kasta urzędnicza, także w zasadniczej mierze pochodzące z awansu społecznego, łatwo wchodziły w buty „nadzorców folwarku”. Pomocą w tym względzie służyły i służą mechanizmy kooptacji, czyli dostosowania do reguł gry wyznaczanych przez mniej lub bardziej brudny kapitał społeczny. W skrócie: dołączenie do elity niemal zawsze wiązało się z przyjęciem logiki zarządców folwarku, ze wspólnictwem w korupcji, naginaniu prawa, przymykaniu oczu na złodziejstwo, uznaniu, że wszystko jest trochę na niby, poza własną kiesą. Posłuchajcie kuluarowych rozmów nadzorców zasobu ludzkiego – często właśnie to w nich usłyszycie.

Oto polska tragedia: konieczność wmyślenia się i wżycia w logikę panów obcych i swoich, właścicieli wielkich majątków i latyfundiów, przez tych, którzy mają ambicje, potencjał i zdolności. Z ciasnych izb, z baraków robotniczych, z (naj)gorszych dzielnic wielkich miast, z zabitych dechami wioszczyn niektórzy szli, idą i będą dalej „iść w pany”. Za jaką cenę? Przyjęcia cudzych reguł gry dotyczących tych grup społecznych, z których „się wyszło”. Niewiele się tutaj różni prowincjusz Oleksy, „gubernator Polski wschodniej”, polujący z flintą w przygranicznych lasach, od dzisiejszych „nowopolaków”, którzy odpoczywają w termach w Białce Tatrzańskiej i wydają tam dziennie kwoty, jakie większości polskich rodzin muszą wystarczyć na miesięczne utrzymanie.

Być może Oleksy był bardziej od nich sentymentalny, być może częściej śnił mu się w nocy obraz Najświętszej Panienki i umęczona ojczyzna jak postaw sukna na wszystkie strony rozdzierana. Ale na dobrą sprawę oni wszyscy realizują systemowe wytyczne swoich czasów. Dawno temu mówili językiem ludzi z dworków, później językiem sanacyjnych pułkowników, po wojnie mową okołosowieckiego marksizmu. Dziś mówią językiem wypracowanym na potrzeby wielkich instytucji finansowych. A zawsze wypowiadają swoje kwestie z wielkim przekonaniem – nawet gdy uronią przy tym łzę lub skrzywią usta w życzliwym grymasie współczucia. I zawsze są pewni, że tak właśnie trzeba, że inaczej nie da się z polakoludem, z polakobiedą, polakonajemnikami. Choć sami są polakoludem i polakonajemnikami. Od reszty społeczeństwa różni ich to tylko, że za swoje podwykonawstwo – biznesowe, medialne, polityczne czy ideologiczne – więcej dostają. W ich polakobigosie o smaku sushi więcej jest tłustych kąsków, gdy reszta musi napchać brzuch kapustą. Jest kwestią kulturowej otoczki, czy jedzą to danie z (cudzych) sreber rodowych, na porcelanie kupionej w komisie czy z drogich designerskich talerzy. Jest zwykle kwestią nadbudowy, czy przed posiłkiem robią znak krzyża, czy wyznają inne wiary i światopoglądy.

Tu uwaga konieczna dla zniuansowania obrazu: kolejne wcielenia poddaństwa nie zawsze podlegają logice zerojedynkowej. Relacje władzy i dominacji przebiegają w poprzek przez różne szczeble hierarchii władzy, pieniądza, zarządzania ideami. Dlatego dobry Polak pracujący w PRL jako kierownik sklepu meblowego, szefowa lokalnego Pewexu czy kaowiec na rejsie po nadbałtyckich ośrodkach wczasowych „tylko się dopasowywali”. Komunie wierzyli mniej lub bardziej, ale zawsze dbali o swoje. Byli w partii albo nie byli, ale podstawiali miseczkę, gdy skapywało. Byli w „Solidarności” albo nie byli, ale i tam podstawiali miseczkę. Jak to śpiewał Kelus? Wierzący co wierzą, że muszą być w Partii / bo żona bo dziecko bo raty bo maluch / partyjni co chyłkiem przyjmują komunię / bo bony na cukier bo bony do raju. Byli zdeprawowani? Nie wątpię, choć ich demoralizacja miała inny kontekst, niż demoralizacja wysokiej rangi polakoczynowników.

Co najistotniejsze: z pokolenia na pokolenie uczono ich, że z głębin biedy i polakopańszczyzny można wydobyć się tylko chłopskim sprytem i zaradnością, nadstawianiem miseczki albo pleców. Niewiele mieli innych wzorców, a ich dzieci i wnuki też nie mają ich zbyt wiele. Dzisiejszy system opiera się o bardzo podobne mechanizmy, choć na całe szczęście jest mniej szczelny – w takim chociażby sensie, że nie operuje już hasłami „powszechnej jednomyślności”. Obojętnych i niechętnych pozostawia na ogół samym sobie – jeśli ktoś nie chce uczestniczyć w jego rytuałach i obchodach na cześć, to może się wycofać i nie musi w tym celu emigrować w Bieszczady ani na Mazury. Może wyjechać za chlebem albo znaleźć sobie w ramach polskiego systemu jakąś niszę. Przy łucie szczęścia nawet ta nisza może okazać się złotą klatką – choćby dla koncesjonowanych radykałów.

Na pogrzebie Józefa Oleksego dwóch prezydentów ogłosiło, a biskup ich słowa potwierdził święconą wodą, że zmarły był wybitnym politykiem i prawdziwym patriotą. Wszystko się zgadza i pięknie wpasowuje w wielowiekową tradycję polakopańszczyzny. Tutaj surmy złote grają tym, co zwykle. Tak już być musi. Na wieki wieków amen i o jeden folwarczny dzień dłużej.

Krzysztof Wołodźko

(ur. 1977) – Publicysta „Nowego Obywatela”. Stały współpracownik „Kontaktu” i „Nowej Konfederacji”. Członek zespołu „Pressji”. Mniej lub bardziej regularnie pisze też dla miesięcznika „Znak”, „Gazety Polskiej Codziennie”, tygodnika „wSieci”, portalu DEON.pl; pisma „Fronda”, kwartalnika „Christianitas”, „Rzeczpospolitej”, portalu xiegarnia.pl. Niegdyś współpracował z jezuickim „Życiem Duchowym”, a nieco później postkomunistyczną „Trybuną”.

15 odpowiedzi na „Ojczyzna pańszczyzna na wieki wieków amen

  1. Krzysztof pisze:

    Zadziwiające jest to, iż mimo wiedzy o takich właśnie zwyczajach i poglądach ludzi, cały wysiłek jest skierowany wyłącznie na zmianę tych ludzi tak, by pasowali do jakiegoś wymyślonego systemu. Nikt się nie zastanawia, że może w zachowaniu ludzi jest jednak sporo mądrości, wywodzącej się z doświadczeń wielu pokoleń – mądrości ignorowanej przez twórców systemu.

  2. Robert pisze:

    Jest sporo prawdy w tym tekście jeżeli chodzi o pewien przechodni w dziejowy fenomen społeczny czy wręcz ludzki. Nie wiem czy dotyczy to tylko Polski i Polaków. Wydaje się, że nie koniecznie. Ale tekst bardzo ciekawy. Mechanizm nadstawiania miseczki pleców jest w wiejskich otoczeniu powszechny. Godność polska, chrześcijańska, kulturowa czy jakakolwiek inna przyzwoitość brana jako coś co warto realizować i się tym w życiu kierować dla pewnej „szlachetnej korzyści” jest w zdecydowanej mniejszości, tak samo jak odwaga tych, którym to nie pasuje. Bolesna prawda i zachęta do pracy.

  3. Bardzo dobry teks Krzysztofie.

  4. RN pisze:

    Cytat: poczucie awansu społecznego, ale ze ślepą kuchnią, krzywymi ścianami mieszkania w bloku, sklepowymi kolejkami i zapisami na radio, telewizor, lodówkę i pralkę”
    A czego Pan oczekiwałby skoro ten awans był skokiem trwającym 20-30 lat a nie 200 – 300 lat jak w krajach rozwiniętego kapitalizmu? Plus zyski z kolonii? Skąd się mieli wziąć znakomici specjaliści od robienia prostych ścian (często z cegieł odzyskanych ze zrujnowanych domów?) A skąd się miały wziąć szybko fabryki telewizorów, lodówek i pralek, A wcześniej elektrownie, bo bez energii elektrycznej możliwe byłyby tylko tzw. odbiorniki kryształkowe? A wcześniej specjaliści od budowy elektrowni i produkcji energii, linii przesyłowych. Te krzywe ściany – to był poziom technologiczny ludzi – obok mojego domu budowało swoje domy dwóch ludzi – jeden był z zawodu murarzem a drugi stolarzem. Wszyscy się domyślają czyj dom był dokładniej wykonany. A murarz robił dla siebie – robił jak najlepiej umiał. Ale musiało minąć jeszcze co najmniej jedno pokolenie aby kwestia dokładności budowania weszła w krew. I naprawdę ta partia nie mówiła tym ludziom – pracujcie byle jak, odwalajcie robotę… Byli tacy co tak mówili – teraz wypinają piersi do medali.
    Ciemne kuchnie? Jakież paskudztwo. Tylko, że wcześniej w kuchni się spało, jadło, kąpało bo była często jedynym pomieszczeniem dla całej rodziny. A chichotem historii jest to, że teraz większość młodych ludzi stać na mieszkanie z wnęką kuchenną czyli nawet bez kuchni nie mówiąc o oknie.
    Panie Wołodźko – nie ma pan pojęcia o czym pan pisze. Może pan powinien się zastanowić, kim byli pana przodkowie? Umieli czytać i pisać? Mieszkali w domu z łazienką? Brzydzą pana prości ludzie, którzy chcieli żyć lepiej. I tylko komuna im w tym przeszkadzała pana zdaniem.
    Dzieci poszły do szkód razu a nie po dekadach ciężkich walk, ludzie z wyższym wykształceniem było 10 razy tyle co przed wojną. Oczywiście do doskonałości a nawet do stanu przyzwoitego dla wszystkich było jeszcze daleko – 40 lat to nie 400 a tyle czasu temu rozpoczął się proces upadlania 90% narodu, pańszczyzna prawie różnoznaczna z niewolnictwem. Naród rządzony przez Sarmatów. Ale dla niektórych taki stan był i jest oczywisty. I tu nagle pan zamienia się w obrońcę uciśnionych. Bo nagle pan się zaczyna tak samo czuć. I gdzie pan szuka winnych? Wśród potomków chłopów pańszczyźnianych a nie wśród ich dawnych panów? 400 lat to długo i 40 nie wystarczy. Ale zanim nastąpiła trwała zmiana już zmieniono ustrój. A w tym jedynym sprawiedliwym muszą być bogaci i biedni. Ze swojej winy, bo nie dają rady. Bo Mateusz Morawiecki jest już dyrektorem banku a dla innych miejsca nie starczyło.

    • ede pisze:

      Dziękuję Panu za wpis. Pan Wołodźko ma wiele racji, ale trudno nie odczuć, że gardzi chyba 3/4 częścią Polaków posiadających chłopskie – wiejskie – plebejskie korzenie. To bardzo nieskomplikowane uzasadnienie swojego, pewnie wysokiego mniemania, o własnych korzeniach i zapewne „wiekopomnym” wkładzie w naprawę Rzeczpospolitej. Pochodzę ze wsi. Pamiętam „wyzwalanie” Polski przez AC. Stalinizm, bierutyzm, kolektywizację, kilkumiesięczne areszty (bez sądu oczywiście) członków mojej rodziny i kilkudniowe Ojca za „niewywiązywanie się” z planowych dostaw i nie czuję pogardy do tych sąsiadów co nie siedzieli, co się nie spóźnili z dostawą zboża, co się zapisali do „kołchozu” itd. itd. Szkoda, że nie było wtedy podobnych Autorowi, bo mieliby Polacy świetlane drogowskazy i przepędziliby moskali miotłami z chrustu (przecie chłopstwo), tudzież oleksowatych, tudzież ubeków itp. swołocz. Sprawdza się pogląd, że im kto mniej wie tym mniej w nim pokory.

      • Nowy Obywatel pisze:

        Niewiele zrozumiał Pan/Pani z tego tekstu, skoro uważa, że on jest o pogardzie wobec „ludzi prostych”, czyli o wiejskich korzeniach. Ten tekst jest raczej dokładnie o czymś odwrotnym – o tym, że polskie elity zostawały elitami właśnie za cenę pogardy wobec ludzi prostych i za cenę odcięcia się od swojej przeszłości i pochodzenia społecznego.

        • Lech Mergler pisze:

          Mniej więcej popieram odpowiedź autora. Nawet – przecież to, że masy plebejskie były nieludzko wyzyskiwane i pogardzane, nie oznacza, że były święte, mądre, piękne. Czy o tym nie wolno napisać, mimo głębokiej solidarności i utożsamiania się z Polską plebejską? Znowu mamy coś udawać albo ukrywać?

          • Antal Falk pisze:

            Nikt nie mówi, że były piękne i święte. Nie ma na na Ziemi ludów ani ras pięknych i świętych.

    • Zbyszek pisze:

      to jest modelowy przykład wypowiedzi kogoś, kto nie potrafi czytać ze zrozumieniem

    • Antal Falk pisze:

      Nie brzydzą go prości ludzie. Pisze o tym o czym najczęściej się milczy….

  5. Artur L pisze:

    mam nadzieję, że wkrótce ukażą się teksty K.W zebrane.

  6. Zbyszek pisze:

    świetny tekst

  7. Antal Falk pisze:

    Pochodzę z kraju, który jest o wiele bardziej egalitarny niż Polska. Razi mnie wielkopaństwo elit, uważam to za nieprawdopodobnie silny hamulec rozwoju.

  8. „ze ślepą kuchnią, krzywymi ścianami mieszkania w bloku”

    lepsze takie niż jak dzisiaj – żadne albo na kredyt

  9. Mirosław pisze:

    Bardzo dobry artykuł. Jest takie przysłowie: najgorszy jest pan z chama… Cały czas aktualne.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>