Dziurka

Zima 2014 |

W Dziurce nigdy nie było światła. Przynajmniej go nie pamiętam. Jeśli już – to może ze dwie żarówki na drewnianych słupach, ale nie dawało to żadnego efektu. Dlatego na odcinku wsi o tej zwyczajowej nazwie trzeba było patrzeć pod nogi, bo mielizny gwiazd na kosmicznej rzece zanadto ściągały wzrok. Otwierałem furtkę, zakładałem metalowy skobel i ruszałem na Dziurkę przez gęstą, zastaną mgłę, rozcieńczoną tu jeszcze starym, żółtym światłem lamp. Późną jesienią, nawet wtedy, gdy wioska w pogodne dni kipiała od życia, można było iść z kilometr i nie spotkać żywej duszy prócz czarnego kota, który robił wiele, by nie wpuścić do umysłu zaczynu racjonalizmu. Echo kroków odbijało się od murowanych ścian i wspinało do nieba razem z dymem z kominów. Znikałem w tej mgle ze starym brulionem pod pachą, z napisanym własnoręcznie ambitnym tytułem „Rodzina”.

Miałem dziesięć lat i dostałem świra. Chodziłem od wujka do ciotki, próbując skłonić ich pamięć do niecodziennego wysiłku. Być może jedynego takiego w ich życiu. Pytałem o przeszłość. Ale właśnie w Dziurce otworzyła się jakaś przepastna próżnia, gdy ciotka Helena otworzyła szufladę i wyciągnęła z niej pożółkłą kartkę z kaligraficznie rozpisanymi słowami i idealnie prostymi strzałkami prowadzącymi po kolejnych imionach, bo nazwisko pozostawało to samo. Daty kończyły się gdzieś w połowie, ale prosta rachuba wskazywała, że pamięć jej ojca, gdyż to on był autorem notki, sięgała początków XVIII wieku. Przepadłem. Przepadłem, bo u dziecka świadomość więzi od tylu lat z kawałkiem ziemi pobudza wyobraźnię, a ta bywa obciążeniem.

Od tamtej pory kolekcjonuję tzw. literaturę regionu. To największa półka w mojej bibliotece. Jaka tam półka – już ze dwie, bo rozrasta się to jak bluszcz. Wciąż nowe książki, wspomnienia, broszury, fotografie, legendy, anegdoty, z czego większość zebrana mrówczą pracą pana Liszki. Przeglądam to wszystko od lat i końca nie widać. Sama sprawa piastowskiego gródka rycerskiego tuż obok wsi – trzy naukowe opracowania. Druga wojna światowa – jedna wielka saga. Powstanie styczniowe i śmierć Włocha płk. Nullo na polanie pod Krzykawką – temat na powieść. Można z tego czerpać bez końca. Ostatnio podczytuję pismo, które tworzą lokalni pasjonaci. Nazywa się „Korzenie” i powstaje od połowy lat 90. Zebrałem komplet – nie potrafię ich zliczyć, może ze sto numerów. Około połowa ich treści to wspomnienia mieszkańców okolic sprzed lat. Czyta się to jednym tchem, bo jest szczere i prawdziwe, a przy tym każde z nich potwierdza intuicję, że żyjemy na progu jakiegoś wielkiego kulturowego przełomu, którego symptomem jest rewolucja w naszej relacji z przyrodą. Powtarza się to niemal w każdym wspomnieniu – opis wychowania rodzinnego, którego podstawowym elementem było wtajemniczenie w świat naturalny.

Z początkiem XX w. do mojej wsi zjeżdżali letnicy z Zagłębia. Rodzina Jagodzińskich wrosła w pejzaż i nawet założyli pierwszą szkółkę. Pisze Bolesław Jagodziński: Rozkoszne były te wyprawy do Sławkowa, nie tylko ze względu na tę bułkę z kiełbasą, ale również na pogawędki z babcią. Potrafiła nam odpowiedzieć na każde pytanie. Dużo dowiedzieliśmy się od niej i o zwierzątkach żyjących na polach i w lesie – jak sobie budują nory, jak zbierają zapasy na zimę, czy są pożyteczne czy szkodliwe itp. Tymi swoimi opowieściami uczyła nas kochać przyrodę – nawet może i te zwierzątka, które może są szkodnikami, ale też chcą żyć. Z opowieści Franciszka Żulichowskiego: Sięgając myślą lat dawnych, lat mego dzieciństwa, świat nie wyglądał jak w czasach dzisiejszych. Flora i fauna zmieniły się nie do poznania. Pozornie wydaje się, że nic się nie dzieje, jednak tak nie jest. Będąc młodym chłopcem, zawsze miałem w domu oswojone ptaki, z których matka nie była zadowolona, bo robiły nieporządki. Wróble, które były stałymi lokatorami, jadły z jednej miski. Miałem oswojoną wiewiórkę, która w czasie lata była na swobodzie, a z nastaniem zimy wracała do domu, śpiąc na kożuchu ojca. […] Któregoś dnia, będąc na grzybach, i mając już pełną torbę, postanowiłem zobaczyć na własne oczy ten zagadkowy Bielny Staw. Doszedłem wreszcie na koniec lasu. Przede mną Pustynia Błędowska. Ogromna połać piasku ciągnąca się aż po Błędów i Niegowonice. Po prawej stronie pustyni wzgórek, porośnięty lasem. Idę w tym kierunku i co widzę? Kanał jak gdyby umyślnie wykopany, skąd płynie potężna struga czystej jak kryształ wody. Patrzę z podziwem na ten cud przyrody. Miałem tam ulubione miejsce pod starym może z dwieście lat liczącym dębem, pod którym niejeden raz godzinami siedziałem, patrząc na czystą spokojną wodę.

Tak można by, naprawdę, cytować bez końca. Pamiętam, że przecież jeszcze w latach 90., przed erą komórek i internetu, wyglądało to podobnie, nawet jeśli grzeszyliśmy, pakując motyle do słoików. Swoją drogą za nic nie potrafię sobie przypomnieć, jak je chwytaliśmy. Spędzaliśmy dzieciństwo w polach i na boisku. Dom był raczej obiektem zbędnym, chyba że dobrze odbijał piłkę, ponieważ równie bezpiecznie jak w kuchni czuliśmy się na miedzy i pod lasem, dlatego wszyscy mogli nam nagwizdać. Nawet porywczy sąsiad, bo przecież życie w terenie naruszało niejedną prywatę, której istoty co do zasady nie rozumieliśmy.

Dziś czytam w jednym z tygodników o badaniach stwierdzających spadek zainteresowania młodych pokoleń wspieraniem inicjatyw ekologicznych. Jak piszą, ludzie wychowani przed ekranem komputerów zupełnie tracą zainteresowanie naturą. Ale przecież wystarczy przyjrzeć się temu i owemu, porozmawiać chwilę, by ujrzeć, jak rośnie ta szklana, niewidzialna bariera. Jak obojętnieją oczy człowieka wystawionego na pastwę wiatru i pól, który ratuje się przed pustką szybkimi rachunkami kosztów działek, zysków i strat. Jak brakuje jakiejś chemii, która pozwala wskrzesić reakcję ze światem, dlatego sięga się po matematykę, bo ta zawsze jest jakimś ratunkiem. Coraz więcej ludzi traktuje pozaludzką przestrzeń jak dane raz na zawsze tło, jak wypełniacz, jakąś mamałygę, kus-kus, który wystarczy okrasić przyprawą ludzkich emocji. A zdaje się, że spotkanie z przestrzenią, w szczególności samotne, kształtuje odrębny światopogląd i nawyki. Przecież jest to jakiś rodzaj medytacji, jak posiadówki pana Żulichowskiego pod dębem, a ta potrafi fizycznie wpłynąć na strukturę mózgu, a nawet, jak donoszą uczeni, wskrzesić nowe neurony. Moja prababka sporą część życia spędziła w oknie. Podobnie sąsiad z naprzeciwka. Po prostu patrzyli przez okno, czasem długie godziny, albo siedzieli na przydrożnej ławce i obserwowali, jak poruszają się rzeczy, zwierzęta i ludzie. W upalnie letnie dni, gdy powietrze stało parne i tłuste, nie poruszało się nic. W ten sposób niemal codziennie po ciężkiej pracy medytowali, dlatego byli od nas inni. Nawet mówili inaczej. Wolniej i często się powtarzali. Ci, którzy jeszcze żyją, robią to nadal, czego młódź znieść nie może. Dziś, aby im dorównać, trzeba zdwojonego wysiłku. Dziś coś, niegdyś dane niejako darmo w pakiecie z życiem, trzeba sobie wydzierać, co chwilami musi się kończyć porażkami.

Człowiek wsiada w auto i wyrywa się upokorzeniu miejskich korków. W końcu wyjeżdża na przedmieścia, mija ostatnią Żabkę i gdy w lusterku znikają budynki, skręca w las. Jak ostatniego lata w późne lipcowe popołudnie w Dolinie Będkowskiej po długim deszczu, który pozostawił na wąskim asfalcie esy mułu. Skały były zimne i szare. Komary gęstniały tylko w cieniu. Wyłączasz silnik, wysiadasz, łapiesz głęboki oddech, bo oczekujesz natychmiastowej ulgi, oczyszczenia, nirwany nawet, tymczasem jest tylko tłustawe powietrze i niemy las, który więdnie w pospolitym mroku, a teraz nawet nieco śmierdzi.

2

Mój wujek połowę życia spędził w lesie. Miał na imię Edward, ale mówili na niego Zbyszek. Edward, czyli Zbyszek. Rodzinna plotka głosiła, że jego chrzestny uchlał się i pomylił w kościele kolejność imion. Nie chciałem w to wierzyć, ale zadziałało prawo statystyki. Mój dziadek żyje z podobnym brzemieniem. Potem to sprawdziłem – rzeczywiście chrzciny wiązały się wtedy z zakrapianym zwyczajem. W każdym razie był czas, aby przed sakramentem nawalić się i wszystko popieprzyć.

Nasze boisko stało w środku lasu pod strzelistą ścianą sosen i brzóz. Tam też odbywały się w soboty zabawy taneczne. Graliśmy, dopóki było widać piłkę i jego, gdy wracał o zmierzchu z lasu, prowadząc swoją starą, obładowaną drewnem ukrainę, którą kitrał gdzieś w krzakach. Wstawał dobrze przed świtem, palił w piecu, potrafił jeszcze przed wschodem obrobić kawałek pola, a potem znikał. Wypuszczał się aż za Wodę, to jest rzekę Białą, w gęstwę Błędowskich Lasów. To wiem na pewno – znał każdą ścieżkę, gaj i jary, w których nic prostszego się zgubić, bo zawijając się, tworzą labirynty, a miejscami prawdziwe spirale bagien. Czasem mijał Tadka z Lasu, który grzał przez chaszcze do swojej chałupy w jego ostępach. Czasem spał ot tak, w środku lasu w krzakach, bo pił jak nieszczęście. Budził się wraz ze świtem, otrzepywał z paprochów i ruszał dalej. Oboje nie czuli przed nim strachu – wujek go oswoił, Tadek zagłuszył.

W jego domu nigdy nie brakowało opału, jagód, borówek, nie mówiąc o grzybach. Nie jestem w stanie sobie przypomnieć, bym widział Zbyszka bez uśmiechu. Z tymi niby radosnymi oczami, w których pogoda ducha mieszała się ze strachem albo z jakąś tajemną wiedzą, którą wynosił z tych uroczysk. Przynajmniej tak to wtedy widziałem. Bo niewiele mówił, a już nigdy się nie wynurzał, ale niewykluczone, że właśnie w ten sposób przestrzeń zmienia ludzi, bo zawsze pochłaniała ludzkie emocje, od których nadmiaru można zejść. Nic tak nie gasi zrywów ludzkiej złości i pychy jak samotna wędrówka przez duży, ciemny las. Taką pokutę również w ramach chrześcijańskiej prewencji powinni nakazywać księża.

Jeździł też sporo na rowerze. Od wiosny co niedzielę aż do Rodak pod Zawiercie, bo miał tam jakiegoś kuzyna. Żona robiła mu wałówkę, którą przypinał do bagażnika, bo nie za bardzo lubił jadać w gościach. Dawali sobie sporo luzu, bo ona wtedy wychodziła na bajki do koleżanek. Krzykawa, Laski, parę kilometrów Błędowskich Lasów, Błędów, znów lasy, Chechło, wyniosłe garby pól, skała, i za nią dopiero Rodaki pod bydlęcym wałem pasma smoleńsko-niegowonickiego, które zimą obrasta w grube futro śniegu. Kawał drogi. Był zdrowy jak koń.

Późną jesienią wracał od kolegi do Dziurki poboczem drogi przez te żółte, skisłe mgły. Jeszcze przed krzyżówką trzasnął go samochód, który opuścił miejsce zdarzenia. Skończyły się wędrówki, stracił pamięć, nie poznawał mnie, a potem zmarł.

Jeśli czegokolwiek żałuję, to tego, że nie chodziłem z nim do lasu. Mam gotowych tysiąc pytań, na które jakoś nikt nie zna odpowiedzi. Wujek był medium doskonałym, „człowiekiem mostem” między nami a tamtym, ale nie żyje. Takim medium mogłyby być sztuka i literatura, ale rezygnują z dialogu z przestrzenią. Przyroda była od swojego zarania jej równoprawnym bohaterem, czasem jedynym, ale gdzieś od rewolucji przemysłowej i nasilonej urbanizacji zaczęła brać z nią rozbrat. Tym, którzy tej tendencji się sprzeciwiają, przypina się łatki naturalistów, outsiderów i Bóg wie kogo jeszcze. Joseph Wood Krutch, nieznany w Polsce wybitny amerykański krytyk i filozof natury, określał literaturę współczesną najbardziej mroczną w swoich dziejach, winiąc za taki stan rzeczy oskalpowanie jej do jądra ludzkich, żrących emocji. Nie znam się na historii literatury, ale wystarczy przejrzeć pod tym kątem licealne podręczniki do języka polskiego, by potwierdzić taki stan rzeczy. Krytyk Konrad Górski o opisach Mickiewicza w „Panu Tadeuszu”: Otóż tajemnicą świetności opisów Mickiewicza jest nie tylko ruch, ale także światło i barwa. Te trzy elementy współgrają ze sobą w każdym obrazie, a do tego dochodzi nieustanne przenikanie się przyrody i świata ludzkiego. Ktoś dziś choćby tego próbuje? Jej obecność w literaturze czyniła język niezwykle bogatym i plastycznym, czego dziś brakuje większości tekstów. Nie trzeba sięgać do arcydzieł, wystarczy rzucić okiem na przeciętną prozę, choćby tatrzańskie nowele Rafała Malczewskiego, gdzie narracja podejmuje wyzwanie złożoności świata, a pewnym tego efektem jest zmysłowość opowieści. Nawet w wychwalającym racjonalizm pozytywizmie natura była koniecznym ekranem dla ludzkich fabuł. Młoda Polska to jeden wielki hymn na cześć jej majestatu. Stajemy się dziejowym wyjątkiem.

To mechanizm samonakręcający się, więc trudno uznać, że bez wpływu na zachowania społeczne. Między człowiekiem a światem rośnie szczelina, jak między nauką a duchowością, którą próbuje zasypać choćby genialny ks. Michał Heller. A kto dziś podejmuje z przestrzenią dialog? Wystarczy zerknąć na listę najważniejszych książek ostatnich lat. W większości z nich natura nie występuje w ogóle. Ludzie, ludzi, ludziom… Kiedyś na świecie tę chemię wskrzeszał choćby wychowany na prowincji Gabriel Garcia Marquez. U nas? Niegdyś wielu, choćby Myśliwski czy Nowak, a dziś? Stasiuk? Tokarczuk? Poeta Łukasz Jarosz, ostatnio laureat Nagrody im. W. Szymborskiej? Ktoś jeszcze? Jakoś nikt więcej nie przychodzi mi do głowy. Jeden z polskich autorów literatury faktu, uznawany za wybitnego, opowiadał przy mnie, że nie znosi opisywać przyrody, mało tego, po prostu nie potrafi. Nadmiar przynudnawych albo po prostu złych opisów przyrody i tak zetnie redaktor.

Może dlatego, że pisanie o niej wymaga nie lada kunsztu, być może największego. Przecież to wszystko porusza się i giba zupełnie inaczej niż człowiek, trudno mówić o jakiejś fabule i akcji od punktu A do B. Patrząc chwilę przez okno, można poczuć się wobec plastyczności i fenomenu natury bezradnym. Parę tygodni temu w pełni naszej słonecznej jesieni włóczyłem się po Dolinie Sąspówki pod Ojcowem. Wyszedłem na wielką polanę na jej górnym skraju, zamkniętą od zachodu szczelnym parawanem wypłowiałych modrzewi i jodeł. Późnym popołudniem na łąkę padało nierzeczywiste, gęsto żółte światło gdzieś daleko spoza tabelki palety kolorów. Czarne pałuby karłowatych gaików wśród łanów przybrały ludzkie kształty. A było coraz żółciej, jakby zaraz ziemia pod ciężarem nieznanej barwy miała obrócić się jak pokrywka na wodzie na drugą stronę. Zakażony w dzieciństwie umysł zaczął wyprowadzać z lasu skrzaty i muminki. Tak, jako autor, byłem wobec tej sceny bezradny, bo wierny i realistyczny opis tej sceny zostałby uznany za niewiarygodny, a w najlepszym razie surrealny, a więc passé.

3

Tymczasem nasz świetny niegdyś bokser Dariusz Michalczewski wykazuje się empatią, broniąc gejów i lesbijki. Cała ta awantura jakoś interesuje mnie mniej niż fragment tekstu Sławomira Sierakowskiego w „New York Timesie”, przedrukowanym przez „Wyborczą”. Pisze w nim o swojej znajomej, którą zadziwiła empatia nie-intelektualisty. Jakby empatia była wypadkową wykształcenia czy intelektualnego wyrafinowania. Mam nawet poczucie, że częściej jej łaską cieszy się wywołany przez publicystę „zwykły człowiek”, bo intelekt szybko wypala co nie jego.

Jej deficyt z pewnością jest jedną z przyczyn tego fatalnego podziału na dwie Polski, podziału nie tylko politycznego, ale kulturalnego, a zatem językowego, na Polskę katolicką i laicką, „nieufną” i „otwartą”, w dużej mierze na prowincjonalną i wielkomiejską. W telewizji widać tylko czubek góry lodowej, bo gadające głowy żywią się tymi instynktami, wykorzystując je do swoich nadrzędnych rozgrywek. A ta kolejna już szczelina rzeczywiście rozpycha się między rodzinami, przyjaciółmi i sąsiadami. To staje się nie do zniesienia, bo nieufność, która kiedyś była choćby w kulturze chłopskiej buforem przed szalonymi eksperymentami świata, staje w gardle, mutuje, wypierając zdroworozsądkowe poczucie umiaru, i wyżera społeczeństwo gorzej niż ebola. Wchodzę do gabinetu prawicowego wójta pewnej gminy w małej, pospolitej sprawie, człowiek widzi mnie pierwszy raz i od razu wali: A pan jest po której stronie? Żeby była jasność… Niespecjalnie wiedziałem, co powiedzieć.

W znacznej mierze ten spór jest sporem klasowym, konfrontacją „prostych ludzi” i aspirujących do czegoś innego, nawet jeśli gdzieś słyszy się o starym punku, który wojuje w obronie PiS-u i straszy Ruskimi, czy o szanowanym intelektualiście o podobnych przekonaniach, bo przecież ten obóz posiada równie, a niewykluczone że lepiej wykształconą formację intelektualną. Składa się tak, że żyję, chcąc nie chcąc, wśród tej uznanej za zacofaną. Rzuca się w oczy w tej wędrówce między jedną a drugą stroną jakaś komunikacyjna, językowa niemoc. Prawie jak te bzdurne gadki między ceprami a góralami. Jak kiedyś przy obiedzie u pewnej gaździny na Podhalu. – To co, zwieźliście siano? – pyta niepewnie w jakiejś kompletnej niemocy przybysz. – Ano zwieźlimy… – I cisza, przejmująca, krępująca cisza, której nie przegoni nawet głośniejsze chlipanie. To pitolenie przy weselnym stole, jak się posadzi naprzeciwko ludzi z „dołów” z tymi z „góry”. Jakoś chciałoby się nawet i pogadać, ale nie za bardzo jest o czym, dlatego lepiej wyjść na dwór. Rzecz w tym, że jest, bo każdemu coś w duszy rżnie i dręczą go podobne społeczne i egzystencjalne refleksje, tylko rzadko potrafi je zwerbalizować. Na szczęście w sztuce empatii słowa są tylko pióropuszem. „Prosty człowiek” być może jest najtrudniejszym wyzwaniem dla inteligenta, bo bez żadnego dystansu odsłania całą gamę w skrajnych przypadkach ekstremalnych uczuć, jakby natura chciała koniecznie w efekciarski sposób popisać się całym swoim warsztatem. Odbierasz telefon i słyszysz pod swoim adresem takie epitety, że skóra cierpnie, bo przypadkiem uszkodziłeś człowiekowi kawałek pola, a za pół godziny zaprasza cię na flaszkę. Możesz pojechać pogadać albo skorzystać z porady życzliwego pt. „nie tak załatwia się spory w XXI wieku…”, stawiając na lata mur na miedzy. Zyskanie zaufania u prostodusznego człowieka wymaga wielkiej empatii i wyczucia, bo zawsze bezbłędnie czyta fałsz. Jedyną tego racją jest to, że on jest. Wektor empatii działa w dwie strony.

Zdaje się, że ta szczelina będzie się pogłębiać, jeśli nie przyjmiemy językowego fundamentu tego nieporozumienia. Jedna strona posługuje się w tym sporze klasycznym racjonalnym argumentem i tylko to uważa za kartę przetargową. „Prosty człowiek” odwołuje się jedynie do wzgardzonej przez racjonalizm intuicji, która jest z zupełnie innego porządku. Wystarczy sięgnąć do słownika: „Czucie, głos wewnętrzny, instynkt, inteligencja, naturalny pęd, niuch, nos, przeczucie, przenikliwość, zmysł, zdrowy rozsądek, chłopski rozum”. A może powinniśmy dodać w tym sensie „sumienie”? Jest wartością nieredukowalną do żadnych innych racji i dowodów. A pogarda dla niego jako dla fałszywego argumentu to dla jej nosiciela potwarz, która budzi agresję. Nie znaczy to, że nie może prowadzić na czarne manowce jak sam intelekt, ale wydaje się, że uznanie tego faktu i jego uszanowanie mogą być dopiero punktem wyjścia jakiegokolwiek dialogu, bo nie ma dla człowieka nic gorszego niż okazana pogarda. Nawet jeśli staje w obronie wartości uznawanych przez jego grupę za ostateczne i święte założenia, zawsze jest jakieś pole manewru – materia ludzka jest zadziwiająco elastyczna pod sprawną batutą języka. A przecież ta przepaść rośnie wraz z podziałem na elitarne szkoły prywatne i publiczne, społeczno-językowe getta, które potem trudno przeskoczyć. Przecież niejedni przenoszą dziecko do prywatnej szkoły, bo nie znoszą „głupoty i zacofania” wiejskiej nauczycielki, na co pewien „prosty” człowiek odpowiedział: Panie, jak się dziecko nauczy z głupią nauczycielką gadać, to już z wszystkimi będzie umieć. Rosną kolejni komunikacyjnie upośledzeni.

To wzajemne niezrozumienie objawia się co krok. Na przykład gdy tzw. inwestor chce kupić ziemię pod wyciąg narciarski, jak kilka lat temu w mojej okolicy. Nie chcieli puścić tych pasków ziemi. Nawet sołtysa do tego zaangażowali, zarobkami nęcili, z księdzem chodzili – ni chu chu… A jak ich pytali, dlaczego nie, to odpowiadali: to jest moja ojcowizna, mój dziadek tu żył, mój pradziadek, i już. A gdy dalej drążyli, to padało to dobrze znane i już nieredukowalne: A bo tak… W spisach inwentarzy tej wsi sprzed czterech stuleci pojawiają się takie same nazwiska co dziś. Łatwo wzgardzić człowiekiem za pomocą powiedzenia „no i na co chłopu ta ziemia”, skoro mógł zarobić, ignorując fakt, że troska o pamięć i międzypokoleniową lojalność, nawet wyrażana w prymitywny czy wulgarny sposób, może być silniejsza od pokusy doraźnego zysku. Sprzedaż ojcowizny to dla wielu ogromna trauma.

Swoją historię w tej dziedzinie ma „Obywatel”. Gdy dekadę temu pisał o groźbie wielkiego finansowego i społecznego kryzysu, a inni ślinili się nad powabem nowego świata, zapłacił łatką osady faszystów. Naprawdę trzeba tylu lat i milionów bezrobotnych, by wyczuć, że to „nie tak”? Bo właśnie na ten chłopski rozum – jak można tolerować takie szwindle? Jak można obracać wirtualną kasą bez pokrycia w rzeczywistym świecie? Gdy człowiek, który za ciężką i uczciwą pracę przy produkcji najważniejszego produktu – pożywienia, dostaje dwadzieścia groszy za kilo jabłek, ziemniaków albo marchwi? Od hipermarketów jeszcze mniej, bo dyktują ceny… Dokąd tak można? Rozwalać życie rodzinne, tak potrzebny luz i czas wolny śmieciowym światem pracy? Jak można negować sferę publiczną, a więc wspólne sprawy? Jak można sprzedawać je pojedynczemu człowiekowi? Tłumaczyć ludzką wolę argumentem bezosobowego rynku? Chłopski rozum tego nie pojmie. Trzeba naprawdę lat intelektualnego fermentu, by dojść do powalającego wniosku, że człowiek potrzebuje nad sobą jakiegoś rygoru społecznej regulacji, bo w każdym tkwi kozioł, który skacze? Czy nie lepiej wyjdzie wszystkim odrobina powściągliwości obyczajowej bez zaglądania komukolwiek pod pierzynę? Trzeba naprawdę szkół, by zrozumieć, że niedobrze jest wycinać lasy na potęgę? Nie tylko już intuicja czy sumienie, ale i rozum podpowiada, że w dobie stwierdzonej w badaniach obojętności na losy natury jest coraz mniej miejsca na kompromis między nią a zakusami człowieka. Do zdrowego rozsądku odwołuje się sam Leszek Kołakowski w wydanym ostatnio przez „Znak” niepublikowanym wcześniej kapitalnym eseju „Jezus ośmieszony”, gdzie pisze: Zdrowy rozsądek – który bardzo często, choć nie zawsze, okazuje się słuszny – nie pozostawia wątpliwości: istnieje ścisły i wzajemny związek między zapomnieniem tradycji chrześcijaństwa a tym, nad czym ubolewamy i co aż za dobrze znamy jako symptomy choroby naszej cywilizacji. Może warto znów zrobić w sobie dla niego miejsce, bo przecież dla inteligenta nie może być większej urazy niż konkluzja po zatoczeniu wielkiego, intelektualnego koła, że prosty człowiek miał rację, nawet jeśli niewiele myślał. Na szczęście każdy ma swoją intuicję i rozum – ciągle jeszcze można robić swoje, miejscami stosując uniki, o czym w mieście zapominają już niemal wszyscy, powszechnie ulegając jakiemuś nowemu fatalizmowi, zapadając w straceńczym pędzie na plagi XXI wieku – fonoholizm, poczucie samotności, depresje i stres, który, jak ten intelekt, wypala co nie jego. Tymczasem wolna wola leży pod butem.

Zdolność komunikacji językowej zawsze rodziła się z empatii, a tę razem z intuicją i pokorą kształtowała uważna obserwacja świata, którego nieodłączną częścią jest przyroda – w realu, bo ferowanie wyroków kciukiem z pozycji kanapy czyni człowieka jakoś mało wiarygodnym, tym bardziej każdego publicystę, w szczególności lewicowego.

Andrzej Muszyński

(ur. 1984) – Pochodzi z Krzykawy. Pierwszy stypendysta Fundacji Herodot im. R. Kapuścińskiego i laureat konkursu na najlepsze opowiadanie 2012 roku na Międzynarodowym Festiwalu Opowiadania we Wrocławiu. Nakładem Wydawnictwa Czarne ukazały się: jego debiutancka książka „Południe” – zbiór reportaży z krajów globalnego Południa nominowany do Nagrody im. B. Pawlak (2013) oraz zbiór opowiadań „Miedza” (2013), nominowany do Nagrody Literackiej Gdynia w kategorii proza. W 2015 roku nakładem Wydawnictwa Czarne ukaże się jego książka reportażowa o Birmie pt. „Cyklon”. Stale współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym” oraz miesięcznikiem „Znak”. Mieszka na Jurze.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>