Pracy czy chleba? Konkurencyjne koncepcje bezpieczeństwa socjalnego

Zima 2014 |

Workfare state (państwo wspierające pracę) oraz welfare state (państwo dobrobytu) to dwie konkurencyjne drogi i wizje zapewnienia obywatelom bezpieczeństwa socjalnego i godnego życia. Pierwsza z nich dąży do bezpieczeństwa zapewnionego przez pracę, druga – przez zabezpieczenie społeczne. Obie koncepcje mogą poszczycić się sporymi sukcesami. Obie stwarzają też pewne problemy, z którymi ich zwolennicy starają się walczyć, wypracowując na ich gruncie nowe, innowacyjne rozwiązania. Trzy spośród takich rozwiązań postanowiłem przedstawić tak, by czytelnik mógł sobie wyrobić zdanie, w którą stronę powinniśmy pójść jako społeczeństwo. Niestety Polska jest w tej specyficznej sytuacji, że nie wybrała jak na razie ani jednego, ani drugiego modelu, pozostając niezdolną do zapewnienia obywatelom jakiejkolwiek stabilizacji materialnej.

Po pierwsze „elaspieczeństwo”

Flexicurity jest jedną z tych innowacyjnych koncepcji rynku pracy, których praktyczne efekty możemy już oceniać, gdyż liczne jej elementy wprowadzono do ustrojów szeregu państw europejskich już dobrych kilka lat temu. Jej nazwa powstała z połączenia angielskich słów flexibility (elastyczność) i security (bezpieczeństwo). W istocie jest ona próbą połączenia ognia z wodą, a więc postulatów deregulacji rynku pracy (na co najczęściej naciskają pracodawcy, choć nie tylko oni) z potrzebą stabilności zatrudnienia, artykułowaną przez pracowników i ich organizacje. Twórcy tej koncepcji wyszli z założenia, że potrzeba stabilnego zatrudnienia jest w gruncie rzeczy potrzebą posiadania stabilnego źródła dochodów. A o ile elastyczne zatrudnienie z zatrudnieniem stabilnym połączyć raczej trudno, to już ze stabilnymi dochodami dużo łatwiej. Powstała więc konstrukcja łącząca mocno zderegulowany rynek pracy z wyjątkowo szczodrym systemem zabezpieczeń społecznych.

Flexicurity pojawiło się jako przemyślana koncepcja w latach 90., a jej nazwa przypisywana jest Holendrowi Hansowi Adriaansensowi, który w roku 1995 zaczął jej używać, opowiadając o swym pomyśle przejścia od „bezpieczeństwa pracy do bezpieczeństwa zatrudnienia”. Miało to oznaczać przeniesienie akcentów z walki o utrzymanie dotychczasowych stanowisk pracy na dążenie do maksymalnego skrócenia okresów przebywania na bezrobociu. Pod koniec tego roku holenderski minister polityki społecznej ogłosił memorandum „Flexibility and Security”, gdzie nacisk położono na deregulację rynku pracy oraz rozszerzenie praw pracowników nietypowych (czyli np. czasowych), co zapowiadało upowszechnienie elastycznych form zatrudnienia.

Dużo większą rozpoznawalność i zainteresowanie wśród ekonomistów (i nie tylko) uzyskał jednak duński wariant flexicurity. W modelu tym ułatwiono przedsiębiorcom zwalnianie pracowników, w zamian za to oferując tym ostatnim szeroki zakres zabezpieczenia w tzw. okresie przejściowym, czyli podczas przebywania na bezrobociu. W Danii zmiany rozpoczęto jeszcze przed 1995 r. Dwa lata przed pojawieniem się w szerszym obiegu terminu flexicurity przeprowadzono tam reformę, ustanawiając nowe zasady wypłacania zasiłków. Wprowadzono dwa okresy ich pobierania: pasywny i aktywny. W tym drugim bezrobotnego zaczynał obowiązywać program aktywizacji zawodowej, który warunkował otrzymywanie pomocy. Rozpoczęto także skracanie okresu pasywnego, z 4 lat w 1995 r. do 1 roku w 1999. Natomiast okres aktywny wzbogacono o szeroki program doradztwa zawodowego, szkoleń i różnych form przekwalifikowywania się w nowym miejscu pracy. Rozpoczęty proces reformy rynku pracy stał się też elementem konsensusu między głównymi siłami politycznymi, co jest dość typowe dla państw skandynawskich. Wdrażanie reform rozpoczął socjaldemokratyczny rząd Poula Rasmussena (1993–2001), jednak duży wpływ na ich kształt wywarł wcześniejszy, konserwatywny rząd Poula Schluetera, a w XXI w. kontynuowali je liberałowie pod wodzą Andersa Fogha Rasmussena. W tzw. Komisji Zeuthen, która pracowała nad zrębami duńskiego flexicurity, spotkali się zaś przedstawiciele w zasadzie wszystkich środowisk społecznych – od pracowników, przez naukowców, po pracodawców.

Duńska koncepcja składa się z trzech głównych elementów, które tworzą tzw. złoty trójkąt. Pierwszym z nich są elastyczne regulacje rynku pracy, wprowadzone przede wszystkim po to, by ułatwić zwalnianie pracowników. Znacznie skrócono więc okres wypowiedzenia, wyraźnie wydłużając za to okres próbnego zatrudnienia. Obniżono też wysokość odpraw. Jednak deregulacja nie dotyczyła samego tylko zwalniania. Liberalizację prawa osiągnięto przede wszystkim dzięki szerokiemu stosowaniu układów zbiorowych, które uszczegóławiały na poziomie zakładu krajowe regulacje oraz porozumienia obowiązujące w poszczególnych branżach. Dzięki temu istnieje w Danii spora dowolność dotycząca czasowego wymiaru pracy oraz relacji między wynagrodzeniem a wydajnością.

Drugim wierzchołkiem trójkąta jest oczywiście, co należy mocno podkreślić, hojny system zabezpieczenia społecznego. Dzięki niemu pracownik, pomimo prawdopodobieństwa utraty pracy, w nocy śpi całkiem spokojnie. Fundamentem systemu są zasiłki dla bezrobotnych, których kwota zastąpienia, czyli wysokość pomocy w stosunku do ostatniej pensji, wynosi czasem nawet 90 proc. (zależnie od sytuacji bezrobotnego), co w połączeniu z wysokimi płacami, umożliwiającymi zgromadzenie sporych oszczędności „na czarną godzinę”, sprawia, że pracobiorcy w Danii nie muszą się zbytnio martwić o byt. Okres wypłacania zasiłków został co prawda ostatnio skrócony i wynosi obecnie dwa lata, ale to i tak cztery razy dłużej niż w Polsce. A trzeba pamiętać, że system zasiłków dla bezrobotnych jest dopełniany przez równie hojny system pomocy społecznej, obejmujący osoby, którym zasiłek dla bezrobotnych już nie przysługuje.

Trzecim filarem flexicurity jest aktywna polityka rynku pracy (ALMP), nakierowana na jak najszybsze znalezienie przez bezrobotnego nowego zatrudnienia. Opiera się ona z jednej strony na skutecznym pośrednictwie pracy, a z drugiej na działaniach zmierzających do zwiększenia zatrudnialności nie tylko bezrobotnych, ale też obecnie pracujących. To powoduje, że ALMP ma w dużej mierze charakter profilaktyczny i jest kierowana także do pracowników, którzy przecież za jakiś czas mogą przestać nimi być. Taka dalekowzroczność systemu zabezpieczenia społecznego w Polsce musi się wydawać czymś wręcz z innej planety, a przecież to wszystko ma miejsce całkiem niedaleko od granicy naszego kraju. Z kursów poszerzających kompetencje zawodowe korzysta aż 33 proc. Duńczyków w wieku 24–64 lat, co przy średniej unijnej (9 proc.) wygląda wprost niewiarygodnie. Poprawa kompetencji pracowników i bezrobotnych opiera się oczywiście na systemie szkoleń, staży i doradztwa zawodowego, ale w przypadku osób pobierających zasiłki dochodzi jeszcze jeden element, mianowicie warunkowość udzielanej pomocy. Inaczej mówiąc, oprócz uprawnień, na bezrobotnych w aktywnym okresie pobierania zasiłku nakładane są także obowiązki. Od ich wypełniania uzależniona jest dalsza pomoc. Właśnie ten element jest najczęstszym powodem krytyki modelu flexicurity.

Owa warunkowość, a także nacisk na jak najszybsze znalezienie pracy, jest dla wielu świadectwem odchodzenia duńskiego systemu zabezpieczeń społecznych od skandynawskiej formuły welfare state, która charakteryzuje się przecież uniwersalnością świadczeń. Jej miejsce zajmować ma właśnie workfare state, czyli koncepcja typowa raczej dla państw anglosaskich lub nadreńskich (np. Niemiec), gdzie duża część pomocy (np. ulgi podatkowe) kierowana jest głównie do osób mających pracę lub takich, które niedawno ją utraciły, w związku z czym partycypowały w kosztach ubezpieczenia społecznego. Według krytyków na flexicurity korzystają głównie pracodawcy, mogący łatwo zwalniać pracowników, a traci reszta podatników, gdyż bezrobotni trafiają wtedy na garnuszek państwa. Dodatkowo warunkowość pomocy dla bezrobotnych oznacza de facto przymus szybkiego znalezienia zatrudnienia, co nierzadko wiąże się z koniecznością pracy poniżej umiejętności i oczekiwań np. płacowych. Trudno jednak do końca zgodzić się z tymi zarzutami. Po pierwsze, welfare state nie opiera się tylko na instytucjach rynku pracy, ale także na wielu innych narzędziach państwa opiekuńczego (chociażby polityce mieszkaniowej), którym wszak funkcjonowanie modelu flexicurity nie musi zagrażać i z których wciąż mogą korzystać osoby tracące zasiłek. Głównym zadaniem instytucji rynku pracy jest utrzymywanie niskiej stopy bezrobocia, więc trudno stawiać flexicurity zarzut, że do tego właśnie dąży. Trudno też uznać dwuletni okres pobierania zasiłku za „przymuszanie do szybkiego znalezienia pracy”. Wydaje się to wystarczająco długim okresem, żeby znaleźć zatrudnienie odpowiadające wymaganiom, szczególnie w takim kraju jak Dania, gdzie podaż dobrej pracy jest wysoka. Nie można też zgodzić się z tezą, że na flexicurity korzystają jedynie przedsiębiorcy, gdyż partycypują oni w jego tworzeniu poprzez system wysokich podatków i składek, które wydatnie zwiększają ich koszty. W istocie „elaspieczeństwo” polega właśnie na tym, że wszystkie zainteresowane strony z czegoś rezygnują, by w innym obszarze coś zyskać.

Niestety, taki układ nie wydaje się możliwy w Polsce, gdzie strona pracodawców jedynie wysuwa kolejne żądania deregulacji i uelastyczniania rynku pracy, a na jakiekolwiek plany podniesienia obciążeń reaguje szantażem przechodzenia do szarej strefy i zwalniania pracowników. Duński model flexicurity niesie dla Polski przede wszystkim jedna lekcję – w reformowaniu rynku pracy wszystkie strony muszą być gotowe do pewnych ustępstw, by w innych, dla nich najistotniejszych, zyskać. Dobry rynek pracy musi być oparty na konsensusie, gdyż nawet jeśli jedna strona, obojętnie która, przepchnie swe postulaty korzystając z przewagi siły, to ostatecznie odbije się to niekorzystnie na całej gospodarce, a więc rykoszetem trafi także w silniejszego. Nie mówiąc już o tym, że jeśli straci on swą przewagę, wszystkie zmiany wprowadzone w jego interesie mogą zostać zastąpione przez rozwiązania odwrotne.

Za flexicurity przemawiają także wyniki. Od momentu rozpoczęcia zmian bezrobocie w Danii wyraźnie spadło – z 9,5 proc. w 1993 r. do 3,4 proc. w roku 2008. Podczas kryzysu gospodarczego znacznie wzrosło, jak we wszystkich krajach Zachodu, jednak wciąż jest jednym z najniższych w Unii Europejskiej – wg Eurostatu w roku 2013 wyniosło 7 proc., przy średniej unijnej 10,8 proc. Dodatkowo duńska gospodarka charakteryzuje się bardzo wysokim udziałem płac w PKB – w 2012 r. wskaźnik ten wynosił ok. 59 proc. i był jednym z najwyższych w UE (tymczasem w Polsce wyniósł on w tym okresie zaledwie 46,5 proc. i był jednym z najniższych). Wyniki te osiągnięto przy poziomie zabezpieczenia socjalnego, o którym Polacy mogą tylko pomarzyć. Wydaje się więc, że powinniśmy na duńskie rozwiązania spoglądać przynajmniej z zainteresowaniem.

Godna płaca w anglosaskim kapitalizmie

W roku 1997 późniejszy noblista, Amerykanin Edmund Phelps, napisał jedno ze swych najważniejszych dzieł: „Płaca za pracę”. Ten wielki zwolennik wolnej przedsiębiorczości i zagorzały przeciwnik keynesizmu po dokonaniu rzetelnej analizy amerykańskiej rzeczywistości lat 90. doszedł do wniosku, że nie wszystko jednak warto zostawiać wyrokom rynku. Stworzył pionierską koncepcję państwowych dopłat do najniższych wynagrodzeń, tak by wyraźnie zbliżyły się one do mediany płac (poziom płacy, poniżej którego zarabia 50 proc. zatrudnionych), dzięki czemu niewykwalifikowani pracownicy mogliby utrzymywać się z zarobków, a także zwiększać wydajność i kompetencje. Z drugiej strony rozwiązanie to nie zakłócałoby w żaden sposób konkurencji, gdyż nie narzucałoby pracodawcom w zasadzie żadnych dodatkowych zobowiązań.

Phelps zauważył, że płace względne (czyli odniesione do innych płac) najniżej opłacanych pracowników w USA zaczęły od lat 70. szybko spadać. Zarobki niewykwalifikowanych robotników tak bardzo oddaliły się od mediany płac, że zaczęli oni stanowić odrębną grupę społeczną, w zasadzie nieuczestnicząca w życiu gospodarczym całego społeczeństwa. Praca stała się dla nich tak mało opłacalna, że zaczęli czerpać dochód z działalności nielegalnej, która w dużo większym stopniu pozwalała im na utrzymanie. Bezrobotni stracili motywację do poszukiwania pracy, gdyż nie dawała im ona dochodów na tyle wyższych niż pomoc społeczna, by opłacalne było inwestowanie w poszukiwanie, a następnie utrzymanie jej. Wszystko to razem doprowadziło do wielu patologii, które na pierwszy rzut oka nie są związane z sytuacją na rynku pracy, takich jak narkomania czy ciąże nastolatek.

Phelps, wnikliwie obserwując amerykańskie społeczeństwo, stwierdził, że przytłaczająca większość problemów społecznych spowodowana jest niskimi płacami najsłabiej wynagradzanych pracowników. Dlatego uważał, że opłacalne byłoby wyłożenie na stworzenie proponowanego przezeń systemu dopłat choćby i dużych kwot, gdyż nawet w krótkim czasie mógłby on doprowadzić nie tylko do ograniczenia patologii (a więc do poprawy kondycji społeczeństwa jako całości), ale też do wymiernych oszczędności – chociażby dzięki ograniczeniu wydatków na system penitencjarny, organy ścigania czy pomoc społeczną. Doszedł więc do podobnych wniosków, co przedstawiciele szkoły sztokholmskiej kilkadziesiąt lat wcześniej w Szwecji – wydatki na instytucje państwa dobrobytu po prostu się opłacają. Jednak jako gorący zwolennik rynku, konkurencji i przedsiębiorczości przedstawił on inną koncepcję – zamiast welfare state stworzył własną, autorską odmianę: workfare state.

Phelps wychodzi z założenia, że pracodawcy płacą pracownikom stawki wynikające z ich wydajności. Płacenie stawek wyższych od wydajności prywatnej pracownika (czyli korzyści dla pracodawcy) nie jest opłacalne, gdyż wiązałoby się to z dopłacaniem do stworzonego miejsca pracy. Jednak każde miejsce pracy ma także swą wydajność społeczną, a więc wiąże się z korzyściami, jakie odnosi cała wspólnota z tego, że dany obywatel nie marnotrawi życia na podejrzaną działalność, lecz na miarę swych możliwości pracuje, utrzymuje się za zarobione pieniądze, zakłada rodzinę, wychowuje potomstwo itd. A dzięki regularnej pracy stopniowo poprawia wydajność i podnosi kompetencje, czym jeszcze bardziej przysługuje się gospodarce i społeczeństwu. I właśnie istnienie korzyści społecznej z każdego stanowiska pracy, wykraczające poza zwykłą korzyść pracodawcy, jest argumentem za tym, by stworzyć system subsydiów dla najmniej zarabiających.

System opierałby się na państwowych dopłatach do godzinowych stawek pracy. Trafiałyby one na konto pracodawcy w zamian za zatrudnienie nisko wykwalifikowanego pracownika za pensję wyższą niż jego prywatna wydajność. System dopłat obejmowałby tych pracowników, którzy spełnialiby pewne minimalne kryterium wydajności (Phelps określił je umownie na 4 dolary za godzinę). Osoby, których wydajność byłaby niższa (np. niepełnosprawni), kwalifikowałyby się do pomocy społecznej, której proponowany przez Phelpsa system nie miałby wcale zastąpić, a jedynie mocno ograniczyć niezbędny zakres jej działania. Dopłat nie otrzymywaliby także pracownicy zatrudnieni w niepełnymi wymiarze czasowym (minimum to 35 godzin tygodniowo). Zwroty miałyby trafiać do pracodawcy przede wszystkim w formie odliczeń od płaconych podatków (np. dochodowego od przedsiębiorstw), co gwarantowałoby korzystanie z dopłat jedynie przez firmy prowadzące realną działalność, dzięki czemu udałoby się uniknąć istnienia tzw. fabryk dopłat, a więc firm tworzonych tylko po to, by wyłudzić pieniądze od państwa.

Phelps pochyla się nad kilkoma innymi, konkurencyjnymi rozwiązaniami problemu niskich płac. Koncepcja negatywnego podatku dochodowego (dotacja wyrównująca dochód zgromadzony w danym roku do pewnego minimalnego poziomu) jest, według niego, nie do przyjęcia, gdyż jest on niezależny od zatrudnienia. W związku z tym mogłoby to doprowadzić chociażby do sytuacji, w której osoby już pełnoletnie (czyli mające już prawo do otrzymania dotacji), mając zapewniony byt na minimalnym poziomie, odkładałyby w nieskończoność wejście na rynek pracy. Phelps odrzuca także dopłaty liniowe – dla każdego pracownika dopłata ok. 3 dolarów za godzinę – gdyż byłyby one zbyt kosztowne, a dodatkowo kierowały wielki strumień pieniędzy do osób, które takiej pomocy nie potrzebują. Z tego samego powodu krytykuje koncepcję kwoty wolnej od opodatkowania – żeby jej skutki były dla najbiedniejszych naprawdę odczuwalne, musiałaby być bardzo wysoka, co odczułby budżet, a pomoc publiczna znów przy okazji trafiłaby także do bogatych.

W tej sytuacji najlepszym rozwiązaniem według Phelpsa jest system stopniowanych subsydiów, rozpoczynający się od 3 dolarów do pracy wartej 4 dolary za godzinę. Dzięki temu zabiegowi o połowę zmniejszy się dystans najniższych płac do mediany, która w okresie jego badań wynosiła 10 dolarów za godzinę. Od tego poziomu poczynając, dopłaty byłyby tym niższe, im wyższa pensja pracownika, a przestawałyby przysługiwać od poziomu 12 dolarów za godzinę wzwyż.

Koszt płacy za godzinę w dolarach

Dopłata za godzinę w dolarach

Płaca całkowita za godzinę w dolarach

4,00

3,00

7,00

5,00

2,29

7,29

6,00

1,65

7,65

7,00

1,12

8,12

8,00

0,71

8,71

9,00

0,43

9,43

10,00

0,24

10,24

11,00

0,13

11,13

12,00

0,06

12,06

Jak widać, dzięki temu, że dopłata nie spada zbyt szybko, pracownik przy kolejnych nie traci motywacji do podwyższania wydajności – każda podwyżka pomimo spadku dopłaty daje mu bowiem wzrost pensji. I na odwrót – pracodawca nie ma możliwości pozbawionego konsekwencji cięcia wynagrodzeń, gdyż każda obniżka o dolara, nawet pomimo wzrostu dopłaty, wiąże się ze spadkiem pensji, na którą zatrudniony już niekoniecznie będzie chciał przystać. Ograniczając dopłaty do zarobków na poziomie nie wyższym niż 12 dolarów za godzinę, państwo ma natomiast pewność, że nie dotuje osób zarabiających wystarczająco dobrze.

Pozostaje jeszcze oczywiście kwestia finansowania całego systemu. Według Phelpsa w długiej perspektywie miałby się on samofinansować. W związku ze wzrostem najniższych płac następowałby bowiem wyraźny wzrost zatrudnienia – niewykwalifikowani bezrobotni chętniej szukaliby zatrudnienia, które teraz realnie by się im opłacało, a pracodawcy, w związku z dopłatami, nie mieliby oporów przed ich zatrudnianiem, gdyż realnie kosztowaliby ich tylko tyle, ile sami byliby skłonni zapłacić. To przełożyłoby się z kolei na wzrost wpływów z podatków dochodowych i składek. Dodatkowo, wiele osób powróciłoby do życia gospodarczego głównego nurtu (mogliby zrezygnować z działalności nielegalnej oraz włączyć się w zwykłe korzystanie z dóbr konsumpcyjnych), co wzmogłoby popyt, a także spowodowałoby wzrost wpływów z podatków. W połączeniu z wymienionymi wcześniej oszczędnościami (np. na systemie pomocy społecznej) stopniowane subsydia mogłyby nawet przynieść nadwyżkę finansową, nie mówiąc już o wielu korzyściach społecznych. Należałoby jednak wcześniej zadbać o finansowanie programu dopłat w krótkim okresie, gdy jeszcze nie pojawią się efekty działania skumulowanych procesów przezeń uruchomionych. Według pomysłodawcy wystarczyłoby czasowe wprowadzenie 2,5-procentowego podatku od wynagrodzeń. Całą wartość programu w początkowej fazie oszacował on na niespełna 2 proc. PKB Stanów Zjednoczonych, a więc nie tak znowu dużo. Przykładowo, Polska wydaje na instytucje państwa dobrobytu ok. 19 proc. PKB, a więc gdyby w naszym kraju takie dopłaty były proporcjonalnie podobne, stanowiłyby one jedynie niewielką część wszystkich wydatków socjalnych.

Bardzo ważnym elementem koncepcji Phelpsa jest „korzyść społeczna” związana z każdym stanowiskiem pracy, wykraczająca poza korzyść przedsiębiorcy z pracy pracownika. Idealna dopłata do pensji byłaby właśnie równowartością nadwyżki korzyści społecznej nad prywatną, oczywiście umownie oszacowaną. Korzyści tego rodzaju wymienia Phelps bez liku. Chociażby takie jak efekt sąsiedztwa – gdy część mieszkańców trudnych dzielnic zacznie pracować za godne pensje, siłą rzeczy zmieni nawyki i styl życia. Będzie to pozytywnie promieniować na resztę członków wspólnoty lokalnej. Będą oni mieli dodatkową motywację (poza wyższymi płacami), by podjąć pracę i zrezygnować z działalności nielegalnej. Wzrost płac najniżej wynagradzanych zatrzyma także dziedziczenie biedy, a godne zarobki ojców, którzy nagle dzięki swej pracy będą mogli utrzymać rodzinę, doprowadzi do wzrostu ich samooceny, konsolidacji rodzin i poprawy jakości wychowywania potomstwa. Na tych wszystkich procesach skorzysta całe społeczeństwo, także warstwy najwyższe, gdyż na ograniczeniu patologii społecznych zawsze korzysta cała wspólnota.

Oczywiście do koncepcji Phelpsa można mieć szereg zastrzeżeń. Przede wszystkim bezrefleksyjnie daje on wiarę przesądowi, że wysokość płacy jest zawsze odzwierciedleniem wydajności pracownika. Przykład Polaków, których płaca według wszystkich statystyk jest nieadekwatnie niska w stosunku do produktywności, świetnie pokazuje, że takie przekonanie to szkodliwy mit. Zatrudniając pracownika, przedsiębiorcy nie oszacowują dokładnie jego wydajności – najczęściej po prostu płacą mu najniższą stawkę, na jaką się zgodzi. Należy również zauważyć, że koncepcja Phelpsa prawie w ogóle nie dotyka problemu rozwarstwienia – owszem, proponowany przez niego program podniesie najniższe wynagrodzenia w stosunku do mediany, ale nie zahamuje szaleńczego wzrostu najwyższych zarobków. Postępujące rozwarstwienie mógłby powstrzymać jedynie progresywny system podatkowy, któremu Phelps raczej się sprzeciwia. A po badaniach Kate Pickett i Richarda Wilkinsona wiemy już, że za wiele patologii społecznych odpowiada nie tylko bieda bezwzględna, ale także rozwarstwienie dochodowe. Poza tym w wyniku stopniowanych subsydiów zostanie stworzony kosztowny system pomocy publicznej, do której dostęp będą mieli jedynie zatrudnieni (uwagę na to zwrócą w szczególności zagorzali przeciwnicy workfare state), a tymczasem nierozwiązany pozostanie problem bezrobotnych niepracujących nie dlatego, że im się nie opłaca, ale dlatego, że po prostu nie ma dla nich zatrudnienia.

Nie ma co się tym zastrzeżeniom dziwić – w końcu Phelps to raczej zwolennik wolnego rynku (choć krytyczny), który całą swą koncepcję nazwał „rozwiązaniem rynkowym”, gdyż według niego nie ogranicza ona wolności gospodarczej. Jest to jednak wolnorynkowiec obdarzony niesłychaną wrażliwością społeczną. Nawet jeśli uznamy jego koncepcję za wadliwą czy niedoskonałą, to niewątpliwie wartościowe i unikalne obserwacje stanowią idea „korzyści społecznej” ze stanowiska pracy, która powinna zostać wyceniana i wliczana do płacy, a także teza, że za cały szereg patologii społecznych odpowiadają niewystarczające do utrzymania się płace, a ich podniesienie leży w interesie całego społeczeństwa.

Stabilizacja według prekariatu

Pozytywnego zdania na temat koncepcji Phelpsa na pewno nie podzieliłby Guy Standing, brytyjski ekonomista, były ekspert Międzynarodowej Organizacji Pracy i autor wydanej całej niedawno, lecz już kultowej książki pt. „Prekariat”. Opisuje ona nowo powstałą klasę społeczną – ludzi pozbawionych podstawowego zabezpieczenia socjalnego i stabilizacji, co jest skutkiem pracy w nietypowych formach zatrudnienia. Szczegółowa charakterystyka tej grupy nie jest nam jednak w tym momencie potrzebna, jako że ze względu na tematykę niniejszego artykułu bardziej interesujący jest model rynku pracy, który zarysowuje Standing. A jest to model przeciwstawny względem workfare state, nawet jego wrażliwej społecznie odmiany, którą zaproponował Phelps. Można nawet zaryzykować ostrzejsze sformułowanie – workfare state jest dla Standinga wrogiem publicznym numer 1. Natomiast modelem idealnym jest według niego porządek oparty o powszechny dochód gwarantowany, będący w istocie wariantem systemu bezpieczeństwa socjalnego zachowującym podstawowe cechy socjaldemokratycznej koncepcji welfare state – uniwersalność i bezwarunkowość.

Fundamentem koncepcji Standinga jest teza, że człowiek wcale nie pracuje tylko w miejscu zatrudnienia, ale także podczas wykonywania wielu innych czynności. I są to często zajęcia dużo bardziej korzystne społecznie niż praca zarobkowa. Mowa tu choćby o działalności społecznej (wolontariacie) czy opiekuńczej (wychowywanie dzieci, opieka nad starszymi członkami rodziny), ale nie tylko. Praca tego rodzaju także powinna być, według Standinga, premiowana przez społeczeństwo. Tymczasem obecnie fetyszyzuje się pracę zarobkową i w ogóle sam status osoby zatrudnionej. Niepracujący zarobkowo uznawani są za leni lub pasożytów, choć z punktu widzenia interesu społecznego nierzadko odgrywają ważniejszą rolę niż przedsiębiorcy albo etatowi pracownicy. Za tymi ostatnimi Standing raczej nie przepada – salariat, jak nazywa on etatowców, ma w panującym systemie monopol na zabezpieczenie społeczne, które należy się też w części prekariuszom, a więc ludziom bez stałego zatrudnienia. Jest to, jego zdaniem, wina warunkowej formuły workfare state, która zdominowała państwa Zachodu i w której pomoc uzależniona jest od „dobrego sprawowania się”, czyli albo stabilnego zatrudnienia, albo chociaż próby zdobycia go jak najszybciej, jak się da. To zaś sprawia, że ludzie podejmują pracę zarobkową marnej jakości i nie chodzi tu nawet o niskie pensje (choć o to też), ale głównie o niezgodność stanowiska z kompetencjami, charakterem czy zainteresowaniami pracownika. Tymczasem gdyby człowiek mógł się spełniać w tym, co go naprawdę interesuje i w czym jest najlepszy (nawet jeśli okresowo nie przynosi to żadnych profitów finansowych), dałoby to dużo lepszy efekt społeczny, niż wpychanie go na siłę w ramiona toksycznego zatrudnienia, które nie daje nic prócz poczucia braku spełnienia i skromnych zarobków.

Według Standinga formuła workfare state jest również sprzeczna z ideą wolnej gry rynkowej. Pracodawcy, wiedząc, że istnieje przymus społeczny podejmowania pracy, oferują niskie stawki oraz złe warunki pracy, ponieważ zdają sobie sprawę, że i tak prędzej czy później znajdą się chętni. Dlatego – jak zaskakująco by to nie brzmiało – należy jak najszybciej utowarowić pracę, czyli poddać ją w pełni swobodnej grze rynkowej. Na wolnym rynku pracy sprzedający (pracobiorca) nie będzie bowiem przymuszany do sprzedania swego „towaru” w związku z takim a nie innym porządkiem społecznym, lecz będzie go sprzedawał tylko wtedy, gdy uzna ofertę za satysfakcjonującą. Aby jednak zapewnić tego rodzaju wolność zawodu, oprócz zwalczenia przymusu społeczno-instytucjonalnego, trzeba jeszcze przełamać przymus ekonomiczny. A lekarstwem na to może być jedynie dochód podstawowy (minimalny dochód gwarantowany).

Dochód podstawowy to forma dotacji przysługująca wszystkim pełnoletnim osobom legalnie przebywającym na terenie danego kraju. Byłby on przelewany na konto osobiste każdego obywatela co pewien okres (np. miesiąc), w kwocie równej dla wszystkich i w wysokości mającej zapewnić byt na godnym, acz minimalnym poziomie. Nie byłby on warunkowany „dobrym sprawowaniem się”, określanym i weryfikowanym przez urzędników, nie mógłby być też odebrany (poza przypadkami ciężkich przestępstw). Dzięki temu zapewniłby ludziom prawdziwą wolność wyboru zatrudnienia i pracy, w związku z czym staliby się oni w negocjacjach z pracodawcą równorzędnym partnerem. Wartość pracy stałaby się wtedy prawdziwie rynkowa, gdyż nie byłaby warunkowana różnego rodzaju przymusem. W zasadzie można by wtedy nawet zrezygnować z wielu innych regulacji rynku pracy. Efektem byłoby zwiększenie wolności gospodarczej, i to dla wszystkich stron, a nie tylko tych posiadających przewagę kapitału.

Standing odpiera też niektóre zarzuty wysuwane przeciwko swojemu postulatowi. Tezę, że dochód podstawowy byłby demoralizujący, gdyż dawałby coś za nic, zbija celnie argumentem, że jego przeciwnicy bardzo często dostawali dużo więcej za nic – choćby w formie spadków. Dziedzice fortun nie zasłużyli sobie na nie niczym, dlaczego więc tylko oni mieliby korzystać z dorobku przodków, skoro jest on zawsze w jakiejś mierze owocem działań całej wspólnoty? Przecież to poprzednicy wszystkich obywateli tworzyli porządek umożliwiający bogacenie się. Dochód podstawowy można byłoby więc uznać za swego rodzaju dywidendę za osiągnięcia wcześniejszych pokoleń – wypłacaną każdemu, bo każdy powinien mieć udział w korzyściach wypracowanych przez wspólnotę na przestrzeni dekad i stuleci. Standing odpiera też zarzut mówiący, że taka sytuacja sprawi, iż wielu ludzi będzie beztrosko marnotrawić czas na lenistwie. Stawia on tezę, że leniwi stanowią drobny ułamek społeczeństwa (przyjął, że zaledwie 0,5 proc. populacji), tymczasem reszta z własnej woli będzie poszukiwać możliwie najbardziej wartościowej (zarówno dla siebie, jak i dla wspólnoty) formy pracy. Zatem prawo należy stworzyć z myślą o tych 99,5 procent. Garstce leniwych należy zaś pozwolić „swobodnie dryfować”, gdyż przymuszanie ich do pracy będzie w efekcie dużo bardziej kosztowne. Jakkolwiek oszacowanie części społeczeństwa niezbyt garnącej się do pracy na zaledwie 0,5 proc. wydaje się, delikatnie mówiąc, pewną przesadą, to z tym, że przeciętny człowiek wcale nie zamierza marnotrawić swojego życia na nicnierobienie, nawet w sytuacji bytu zapewnionego na minimalnym poziomie, można się chyba zgodzić. Podobnie jak z ogólną koncepcją tworzenia prawa odpowiadającego potrzebom i interesom większości społeczeństwa, a nie jego mniejszości.

Skąd Standing chce wziąć pieniądze na realizację swojego projektu? W tej kwestii jest już niestety dużo mniej konkretny. Uważa on, całkiem słusznie zresztą, że największym rezerwuarem kapitału, z którego należałoby czerpać, jest sektor finansowy, oferujący swym pracownikom nieproporcjonalnie wysokie zarobki. A dlaczego ktoś, kto ma unikalne umiejętności, dzięki którym sprawdza się w sektorze finansowym, ma żyć na tak dalece wyższym poziomie, niż ktoś, kto ma unikalne umiejętności w innej dziedzinie? Fakt, że praca w sektorze finansowym w obecnych warunkach daje szczególnie wysoką stopę zwrotu, nie oznacza wcale, że jest ona aż tyle warta dla społeczeństwa ani że na tyle powinna być wyceniana. Dlatego też słynny już podatek Tobina (podatek od wartości transakcji finansowych) mógłby być jednym ze sposobów zapewnienia środków dla dochodu podstawowego. Innym byłoby obciążenie inwestycji zagranicznych dokonywanych przez kapitał z danego kraju. Skoro firmy, dajmy na to, amerykańskie często przenoszą produkcję do krajów rozwijających się, powinny dzielić się zyskami z obywatelami państwa, z którego się wywodzą i które umożliwiło im wzrost aż do tego poziomu. Niestety nie przedstawia on żadnych, nawet pobieżnych, wyliczeń, które udowodniłyby, że ta koncepcja – przynajmniej na papierze – miałaby szansę się zrealizować. W przeciwieństwie do Phelpsa, który swą teorię wyliczył niemal co do dolara.

Standing w swej pracy przekonująco obalił zarzuty stawiane idei dochodu podstawowego z perspektywy moralnej. Może poza zbyt optymistycznym oszacowaniem odsetka leniwych, choć trzeba się z nim zgodzić, że takich osób jest zdecydowana mniejszość. Przedstawił też mnóstwo zalet ekonomicznych proponowanego przez siebie rozwiązania. Rzeczywiście dochód podstawowy wyraźnie zwiększyłby wolność i przejrzystość gry rynkowej, uwalniając najsłabsze jej strony od przymusu ekonomicznego. A to miałoby niebagatelne znaczenie dla uzdrowienia sytuacji gospodarczej, gdyż doprowadziłby przede wszystkim do urealnienia wyceny pracy, która obecnie często jest zaniżana, bo pracodawcy wykorzystują przymus ekonomiczny do oszczędzania na pracownikach. Niestety w kwestii finansowania jest dużo mniej przekonujący. Przyjmuje on niejako na wiarę tezę, że ludzkość osiągnęła już taki poziom rozwoju gospodarczego, że może sobie pozwolić na wprowadzenie instytucji powszechnego dochodu gwarantowanego. Nawet jeśli zgodzilibyśmy się z tą tezą, to jednak fundamentalne dla całej koncepcji założenie powinno być przynajmniej oszacowane, a nie jest. Brak jakichkolwiek wyliczeń dotyczących finansowania stanowi zdecydowanie najsłabszy punkt pracy Standinga. Nie mówiąc już o takich kwestiach jak chociażby inflacja – przecież skoro nagle wszyscy mieliby zapewnione co miesiąc dajmy na to 2 tys. zł, to ich wartość mogłaby zacząć szybko spadać. To z kolei mogłoby się wiązać z koniecznością ciągłej waloryzacji i wchodzeniem w spiralę inflacyjną. Owszem, niekoniecznie musiałoby tak być (wbrew pozorom nie istnieją żadne niepodważalne prawa dotyczące inflacji), ale należałoby przynajmniej spróbować pokazać, że byłoby inaczej: że podatek Tobina przyniósłby odpowiednią ilość środków, że udałoby się stworzyć mechanizmy redystrybuujące część zysków z inwestycji zagranicznych na rzecz funduszu wypłacającego dochód podstawowy. A listę tę można jeszcze wydłużyć.

Dummy state, czyli państwo-atrapa

Spory prowadzone przez zwolenników modeli workfare statewelfare state muszą się nam wydawać abstrakcyjne. Polakowi jako wręcz absurdalne mogą się jawić pretensje do państwa o to, że dąży do jak najszybszego znalezienia pracy bezrobotnemu. Nasze państwo ani nie pomaga znaleźć pracy, ani nie zapewnia bezpieczeństwa socjalnego bezrobotnym. Przytłaczająca większość polskich bezrobotnych marzy o sytuacji, w której państwo przymuszałoby do podjęcia pracy, nawet za cenę utraty zasiłku. Gdyby polskie państwo było skuteczne w zapewnianiu zatrudnienia obywatelom, to niezwykle hojne z naszej perspektywy zabezpieczenie socjalne, typowe dla państw skandynawskich, mogłoby już sobie darować. Niestety, jak na razie mamy co najwyżej dummy state – państwo-atrapę, które samo dobrze nie wie, w którą stronę powinno iść. I tkwi w miejscu, na czym cierpimy wszyscy. Dlatego Polacy muszą jak najszybciej stworzyć przemyślany model bezpieczeństwa socjalnego. Czy będzie on oparty o welfare state, czy o work state, to w naszej nieciekawej sytuacji naprawdę sprawa drugorzędna. Na szczęście dla nas, jak widać, jest całkiem sporo koncepcji, z których możemy czerpać inspirację.

Piotr Wójcik

(ur. 1984) – stały współpracownik „Nowego Obywatela”. Redaktor portalu Jagielloński24.pl, członek Klubu Jagiellońskiego i zespołu redakcyjnego „Pressji”. Katolik i komunitarysta.

Jedna odpowiedź na „Pracy czy chleba? Konkurencyjne koncepcje bezpieczeństwa socjalnego

  1. baba pisze:

    Mieszkam w środowisku wiejskim od lat. Część rolników utrzymuje się ze swoich gospodarstw, część pracuje zarobkowo za granicą a całkiem spora grupa utrzymuje się z rent, zasiłków i innych świadczeń socjalnych. Nie widzę w tej grupie osób , które chciałyby pracować dodatkowo wbrew temu co twierdzi autor artykułu. Nie znajdzie tu Pan do pracy nikogo przy wycince lasu, sadzeniu drzew, zrywania owoców, sprzątania, malowania , opieki nad niepełnosprawnymi i innymi podobnymi prostymi pracami. Ci którzy chcą pracować i nie mają „socjalu” wyjechali, reszta ma na życie, wino i papierosy i to im wystarcza. Może problem o którym piszecie dotyczy miast, bo tam naprawdę jest bieda.Na wsi od lat mało kto hoduje kury i krowy, ludzie nie schylają się już po jabłka. Kupują banany i colę w sklepie. Jest problem niskich cen produktów rolnych, ale to kwestia dopłat UE, które maja na celu likwidację produkcji polskiej zdrowej żywności.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>