Strach ma wielkie oczy

Skonstruowane u progu XIX w. maszyny przędzalnicze stały się jednym z motorów rewolucji przemysłowej i rozwoju gospodarki kapitalistycznej. Spowodowały także masowe bezrobocie wśród rzemieślników i degradację ich profesji. Odpowiedzią pokrzywdzonych było niszczenie urządzeń, których stosowanie pozbawiało ich pracy. Apogeum ruchu protestu, znanego dziś pod nazwą luddyzmu, przypadło na lata 1811-1813. Wtedy też parlament brytyjski wprowadził Frame Breaking Bill, regulację zaostrzającą uchwalone wcześniej prawo chroniące maszyny przed ludźmi. Zgodnie z nową ustawą, mającą obowiązywać przez dwa kolejne lata, niszczenie maszyn zagrożone było karą główną. Szacunkowe dane mówią o kilkudziesięciu powieszonych luddystach. Innych, potraktowanych łaskawiej, zsyłano dożywotnio do Australii.

Wszystko to działo się w okresie wojen napoleońskich, a okoliczności wojenne sprzyjały stanowieniu barbarzyńskiego prawa. Tylko nieliczni członkowie elit gotowi byli ująć się za ofiarami represji. Jednym z tych nielicznych był Lord George Byron, który obronie luddystów poświęcił swą pierwszą mowę parlamentarną.

Polscy dziennikarze bywają bardziej jednak lordowscy od angielskich lordów. Przekonują o tym poranne audycje w jednej ze stacji radiowych, gdzie chętnie ostatnio dyskutuje się o protestach społecznych. Przy nieśmiałych sprzeciwach prowadzącego mówi się tam, a wręcz nawołuje, do „demonstracji siły” rządu, do „pacyfikacji”, czemu towarzyszą przepełnione troską zdania o „podpalaniu Polski” przez „szkodników” w obliczu niestabilnej sytuacji w Ukrainie. W kolejnych dniach i tygodniach podobne głosy zyskują na sile i tracą na subtelności.

Wygląda na to, że na dzikich polach skojarzeń i epitetów jedynie krok dzieli uczestników kulturalnych dyskusji od posłużenia się otwarcie frazeologią zaczerpniętą z „Ogniem i mieczem”, od wprowadzenia na nowo w obieg publicznej debaty pojęć „tłuszczy” i „czerni”. Zmieniłyby się desygnaty, ale przekonanie o przyrodzonej wyższości poglądów elit nad masami pozostałoby niewzruszone i niewymagające dowodu, jak w toczących się w szlacheckiej Rzeczpospolitej historycznych powieściach Sienkiewicza.

Niedaleko trzeba szukać dowodów długiego trwania struktur mentalności szlacheckiej – pogardy oraz dehumanizacji grup słabszych ekonomicznie i zagrożonych społeczną marginalizacją, które upominają się o swoje prawa. Wystarczy poczytać internetowe komentarze pod dowolnym tekstem poruszającym omawiany w studio temat protestów. Tu, gdzie nie obowiązuje minimum dyskusyjnej etykiety, nie sposób otrząsnąć się z wrażenia, że moc sienkiewiczowskiego imaginarium – wtłaczanego do głów programem szkolnych lektur – przyczynia się do łatwości, z jaką poglądy i ekonomiczne interesy innych grup unieważnia się przy pomocy garści epitetów, ciągłego wytykania „chamstwa”, „roszczeniowości” czy „nieróbstwa”. W niepewnych czasach, gdy deklasacją zagrożonych jest tak wielu, tworzone mocą wyzwiska wyobrażone hierarchie społeczne pozwalają poczuć ulgę z powodu bycia szlachcicem wobec dowolnie wybranego chama. I chociaż nie aspiruję do roli nieomylnego psychoanalityka debaty publicznej, to jednak intuicja podpowiada mi, że za posługiwaniem się wobec protestujących tak pogardliwym językiem stać musi jakiś potężny, trudny do opanowania lęk. Przepojone pogardą emocjonalne epitety pomogą jednak tylko na krótką metę. Mam wrażenie, że jeśli nie lekarstwem, to przynajmniej remedium nadającym lękom konkretną formę mogłaby okazać się konfrontacja z ich narracyjnym, literackim ucieleśnieniem. W końcu już starożytni Grecy w perypetiach tragicznych bohaterów odnajdowali własne strachy i obawy, by się z nimi zmierzyć.

Wspomniany wcześniej lord Byron spędził lato 1816 r. nad Jeziorem Genewskim. Z powodu niskiej aktywności słonecznej oraz wielkiej erupcji wulkanicznej czas ten zapisał się w historii jako „rok bez lata”. Niedawna wojna w Europie, rozruchy społeczne na Wyspach Brytyjskich, anomalie klimatyczne i klęska nieurodzaju musiały podsycać niepokój. Tym bardziej, że i Byron, i towarzysze jego szwajcarskich wakacji – Percy Shelley i Mary Wollstonecraft Shelley – zdawali sobie sprawę, że błyskawiczny rozwój nauki i technologii zapowiada rychły przełom cywilizacyjny.

Ponieważ Szwajcarii nie ominęły deszcze i chłody, kompania spędzała czas w czterech ścianach, czytając niemieckie powieści gotyckie. W takich właśnie okolicznościach zrodził się pomysł zawodów literackich, w ramach których każdy stworzyć miał opowieść grozy. Potwór doktora Frankensteina, powołany do życia przez Mary Shelley, oraz przywrócona nowoczesności przez niedokończony utwór Byrona (oraz stworzone na jego kanwie pełnowymiarowe opowiadanie Johna Polidoriego) postać wampira są dziś żywymi figurami masowej wyobraźni. Wiedziony prometejskim imperatywem naukowiec stwarzający monstrum, oraz arystokrata żywiący się ludzką krwią powracają w różnych kostiumach w odpowiedzi na ciągle żywe lęki. Choćby tymi przed postępami alienującej się technologii (pieniądz, papiery wartościowe i giełda to także swoiste technologie) lub bezwzględnym, choć niekoniecznie arystokratycznym, wyzyskiem.

Wobec rzeczywistego lub udawanego lęku naszych „opiniotwórców” przed powrotem Jakuba Szeli (tego historycznego i tego z „Wesela”), chciałbym zaproponować im lekturę pewnej współczesnej powieści, bardzo poczytnej i obsypanej nagrodami przez czytelników literatury fantastyczno-naukowej. Książki poczytne bywają nimi także dlatego, że trafiają w problemy społeczne. Mogą też kształtować reakcje na te problemy, i to często takie, że aż strach. Książka, którą chciałbym tu przedstawić dotyka m.in. problemu relacji między oświeconymi elitami a masami.

Witajcie zatem na Midgaardzie, niezwykłej planecie zamieszkałej przez humanoidalne istoty. Doprawdy, lepiej znaleźć się tam, niż pozostać w Europie, gdzie przeklęty etatyzm i wszechobecne regulacje doprowadziły do takiego spętania indywidualnej wolności, że nawet lodówki napominają tu zdigitalizowanym głosem o szkodliwości spożywania alkoholu. Na Midgaard wysłano ekspedycję naukową, która – nie ingerując w zastany świat – miała go zbadać i niepostrzeżenie opuścić. Tak się jednak nie stało, zaś fabuła czterotomowej powieści Jarosława Grzędowicza „Pan Lodowego Ogrodu” wyrasta stąd, że kilkoro spośród członków ekspedycji nie odrobiło należycie lekcji doktora Frankensteina.

Autor, z pomocą swej etnologicznej i technologicznej swady i erudycji buduje świat miecza i klanu, magii i mitu, w którym z nieznanych powodów nie działają wytwory zaawansowanej ziemskiej techniki. Uczeni z Ziemi rychło pojmują, że mają za to dostęp do sztuki czarnoksięskiej i bezwzględnie korzystają z możliwości, jakie przed nimi otwiera. Wysłany z misją ratunkową główny bohater rychło przekonuje się, że uczestniczy w wydarzeniach do złudzenia przypominających fabułę „Jądra ciemności” Josepha Conrada, gdzie rzucony poza granice swej cywilizacji „człowiek europejski” powołuje w głębi kongijskich lasów do życia społeczne monstrum. Czytelnik zaś może bez trudu, posiłkując się autorskimi aluzjami, pojąć, że ma do czynienia nie tylko z dość zgrabnie skonstruowaną opowieścią fantastyczną, ale także z powieścią idei, odsyłającą do najzupełniej współczesnych światopoglądów.

Klucz ideowy nie jest tu nadmiernie skomplikowany. Sugerują go już choćby nazwiska uczonych, którzy postanowili zapanować nad światem Midgaardu. Postacie i swobodnie realizowane zamierzenia wysłanników z Ziemi – Ulrike Freihoff, Passionarii Callo i Piera van Dykena – to stosownie spreparowany amalgamat feminizmu, psychoanalizy, ideologii krwi i ziemi, kontrkulturowego terroryzmu, komunistycznej rewolucji, relatywizmu i dyskursu postmodernistycznego. Magia jako metafora ideologii prowadzi ich do zaprowadzenia totalitarnych reżimów. Nie trzeba dodawać, że mają się one kojarzyć czytelnikowi wyłącznie z rozmaitymi odcieniami idei choćby podejrzewanych o związek z lewicowością, a raczej z osobliwym, krojonym na potrzeby tendencyjnej polemiki jej obrazem.

Znamienne jest również wyobrażenie Grzędowicza o mechanizmie, poprzez który dokonują się opowiadane przez niego rewolucje społeczne. Ich czynnym, świadomym podmiotem są wyłącznie jednostki żądne osobistej władzy i kultu. Masy pozostają w istocie bierne, łatwe do sterowania, przepełnione pragnieniem krwi i resentymentem, nieskończenie plastyczne. Czekają jedynie, by je uwiedziono i sprowadzono na złą drogę – wprost do totalitarnego piekła opartego o kult jednostki.

Od tej reguły istnieją oczywiście odstępstwa. Oprócz uczonych łotrów i powolnych im mas spotkamy w powieści także ziemskich i midgaardzkich bogów i bohaterów, którzy zdołają uratować prawowitego dziedzica cesarstwa, przywrócić równowagę, zdrowy rozsądek, spokojne miejskie życie i wolny rynek.

Chociaż książka Grzędowicza pomyślana jest bez wątpienia jako miły w lekturze młot na lewicowe czarownice, nie zamierzam demaskować jej tendencyjnej jednostronności, nadużyć i uproszczeń – zadanie byłoby zbyt łatwe. Dawno już Jacek Dukaj zwracał uwagę na to, że polska fantastyka charakteryzuje się „wyobraźnią po prawej stronie”. Proponuję przeczytanie tej powieści części liberalnych elit po to, by przekonały się, że chętnie sięgają po chwyty retoryczne i wyrażają mimochodem takie przeświadczenia, jakich nie powstydziłby się w konserwatywnych zapędach autor „Pana Lodowego Ogrodu”.

Czarnym charakterem nie musi być wszak naukowiec, bo teorie spiskowe mają niejedno imię. Do tej roli, o czym przekonują dyskusje prowadzone w polskich mediach, świetnie nadaje się działacz związkowy, ewentualnie polityk ukryty za kulisami. Jednak nawet jeśli przyjmiemy założenie, że zawsze znajdą się tacy, którzy żerują na społecznym niezadowoleniu, to nie wynika stąd wprost i niezbicie, że wszelkie protesty są sterowane z zewnątrz, a przez to niesłuszne lub wręcz bezprawne. Niezwykle łatwo oświeceni komentatorzy przyjmują, że protestujący stanowią bezwolną masę, która daje sobą powodować. I powracają w swym opiniach do wciąż tej samej śpiewki o „niedojrzałym społeczeństwie” – oraz o powołanych z zasady do kierowniczej roli (chociaż już nieszlacheckich) elitach.

Na koniec wypada powrócić do ruchu luddystów. Nie po to, by komukolwiek przypisywać chęć krwawego tłumienia buntów społecznych, chociaż niektóre publicystyczne reakcje na protesty górników i rolników nie były odległe od stawiania takich postulatów. Nazwa angielskiego ruchu sprzed dwóch stuleci pochodzi prawdopodobnie od nazwiska Neda Ludda, na poły mitycznej postaci, której przypisywano pierwsze akty niszczenia maszyn przędzalniczych. Pieśń gminna głosi, że Ludd miał swoje schronienie nieopodal Nottingham, w lesie Sherwood, znanym jako kryjówka Robin Hooda i jego kompanii.

Niepostrzeżenie wkraczamy więc poprzez Sherwood z powrotem w dziedzinę zmyśleń, domysłów, literackich fikcji, prawd i narracji. Wkraczamy jednak od całkiem innej strony. Literatura w swych popularnych i wysokich odmianach pozwala konfrontować się i oswajać z lękami – przed krwawymi rewolucjami chociażby. Może też wyrażać nadzieję i dążenie do świata trochę lepszego i bardziej sprawiedliwego. Dlatego, chociaż strach ma wielkie oczy, głosu ulicy nie musicie koniecznie zbywać pogardą, zarzutami o interesowności, populizmie czy naiwności. Również dziennikarskie elity mają swoje interesy, swój populizm i swoją naiwność. Ich nazwanie i oswojenie poprzez lekturę oraz pozbawioną uprzedzeń debatę będzie z pewnością lepsze od wyższościowych fochów.

Michał Wójtowski

(ur.1974), polonista, niegdyś nauczyciel. Obecnie – z zamiłowania – zajmuje się historią idei i zastanawia się, co wyniknie z naszych ciekawych czasów.

2 odpowiedzi na „Strach ma wielkie oczy

  1. Wojtek pisze:

    Trafna diagnoza zjawiska.

  2. Przewodas pisze:

    Szwarc, mydło i powidło. Dużo ciekawostek, sensu zero.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>