Czyj właściwie jest Księżyc?

Wiosna 2015 |

Podaruję ci Księżyc – mówi George Bailey do swojej ukochanej w filmie „To wspaniałe życie”. Romantyzm tej obietnicy wynika z absolutnej niemożności jej spełnienia – możemy wpatrywać się w Księżyc, pisać o nim dziecięce rymowanki, wyznawać zabobony dotyczące jego faz, ale nie możemy go posiąść, bez względu na to, czy chcielibyśmy go zatrzymać dla siebie, czy komuś podarować. Wydaje się jednak, że ustanowienie prawa własności na Księżycu – i ogólnie w przestrzeni kosmicznej – jest już coraz bliżej.

Pod koniec zeszłego roku Bigelow Aerospace, firma zajmująca się technologiami kosmicznymi, na którą jej założyciel i deweloper nieruchomości Robert Bigelow przeznaczył już 250 milionów dolarów, złożyła wniosek do Federalnego Urzędu Komercyjnego Transportu Kosmicznego z prośbą o zapewnienie „strefy nieingerencji” wokół jej przyszłych działań na Księżycu. Bigelow wytwarza nadmuchiwane siedliska do użytku w przestrzeni kosmicznej (miękkie konstrukcje, zaprojektowane tak, aby zajmować bardzo mało cennego miejsca w rakiecie kosmicznej, powiększające później objętość) i planuje założenie bazy na Księżycu. Ten krok może być pierwszym ku ustanowieniu tam praw własności.

Technologia komercyjnych przedsięwzięć w przestrzeni kosmicznej wyprzedza tempem rozwoju ramy prawne – ale prawo w końcu nadrobi ten dystans. Zarządzanie terenami wspólnymi jest wystarczająco brzemienne w problemy tu na Ziemi – np. gdy chodzi o terytorialne dysputy dotyczące prawa do połowów w Morzu Południowochińskim lub o spory na temat finansowania nowojorskich parków. Decyzje te są o wiele bardziej skomplikowane, jeśli ma się do czynienia z wielkim dobrem wspólnym na niebie.

Podstawą międzynarodowego prawa regulującego kwestie przestrzeni kosmicznej jest Traktat o Przestrzeni Kosmicznej (Outer Space Treaty) z 1967, powstały na fali zimnowojennych obaw, że Stany Zjednoczone lub Związek Radziecki uruchomią z kosmosu broń nuklearną. Traktat ten zakazuje zarówno używania broni nuklearnej w przestrzeni kosmicznej (ale już nie konwencjonalnego uzbrojenia), jak i przywłaszczania sobie przez państwa Księżyca i innych ciał niebieskich. Został podpisany przez ponad setkę państw, łącznie z „Wielką Trójką” (Chinami, USA i Rosją) i jest uważany za wiążące prawo międzynarodowe. Nie wspomina on jednak o prywatnych przedsiębiorstwach, a jego wytyczne stają się w najlepszym razie rozmyte wraz z rozwojem komercyjnego biznesu w kosmosie. Trudno winić autorów Traktatu za przeoczenie. Wydobycie zasobów na asteroidach czy turystyka kosmiczna nawet obecnie brzmią szokująco – 50 lat temu musiały być więc trudniejsze do pojęcia.

Układ Księżycowy z 1979 r. poszedł dalej, zakazując posiadania własności na Księżycu – jego powierzchni, terenów podpowierzchniowych i wszelkich znalezionych tam zasobów – przez jakąkolwiek osobę, organizację lub rząd. Układ deklarował również, że jego sygnatariusze mają intencję ustanowić międzynarodowy reżim nadzoru w celu zawiadywania eksploatacją naturalnych zasobów na Księżycu. Podobny reżim zabezpiecza już zasoby wód międzynarodowych, a ustanowiony został poprzez Konwencję Narodów Zjednoczonych o Prawie Morza. Jednak żaden reżim dotyczący Księżyca nie został ostatecznie ustanowiony. Tylko 11 krajów podpisało Układ Księżycowy i nie ma pośród nich żadnego z państw aktywnych na polu podróży kosmicznych i transportu kosmicznego.

Bigelow nie prosi o prawo własności na Księżycu. Firma, założona w 1998 r., stawia sobie za cel ustanowienie tam bazy i użyczanie przestrzeni kosmicznej w leasing klientom. Chociaż powstanie bazy lunarnej wydaje się odległe o całe lata, Bigelow ma już na orbicie dwa prototypy siedlisk, a także, na mocy wartego 17 milionów dolarów kontraktu z NASA, zamierza dostarczyć Międzynarodowej Stacji Kosmicznej rozszerzalny moduł (obecna cena na stronie Bigelow to 25 milionów dolarów za dwumiesięczne użytkowanie Bigelow Alpha Station na prawach wyłączności). Jak twierdzi adwokat Bigelow, Mike Gold: Prosimy Federalny Urząd Komercyjnego Transportu Kosmicznego o aprobatę dla wystrzelenia i lądowania siedliska na powierzchni Księżyca oraz o zapewnienie, że jeśli to zrobimy, będziemy działać w strefie nieingerencji. Jest to zgodne z wymogami Traktatu o Przestrzeni Kosmicznej – państwa nadzorują handel. Bardziej niż prawa własności Bigelow pragnie zapewnień, że ich działania nie zostaną zakłócone. Tak czy inaczej odpowiedź FUKTK na prośbę Bigelow pozwoli rozproszyć istniejące obecnie niejasności prawne. Nasza prośba jest katalizatorem zmiany – mówi Gold.

Z perspektywy firmy Bigelow – a perspektywę tę podziela wiele osób w rozwijającym się przemyśle komercjalizacji przestrzeni kosmicznej – ustanowienie prawa własności na Księżycu nie jest nowością, lecz koniecznością. Prawa własności są kluczem do pozyskania inwestycji niezbędnych dla dalszego rozwoju – mówi Gold. Ignorujemy Księżyc na własne ryzyko – należy postawić pytanie nie o to, czy lunarne zasoby będą wykorzystywane, ale o to, kiedy i przez kogo. Chociaż trudno wyobrazić sobie powierzchnię Księżyca tak zatłoczoną poszukiwaczami zasobów, że mógłby pojawić się konflikt o terytorium, Gold wskazuje, iż miejsca, które mogłoby sprzyjać ludzkiemu bytowaniu i działaniu nie jest tam aż tak wiele. Wreszcie, jak dowodzi: Jeśli Stany Zjednoczone nie podejmą kroków, by przynajmniej ustalić pewne zasady gry w związku z działaniami na Księżycu, to jest to recepta na konflikt i katastrofę.

Gold jest zwolennikiem porównywania obecnych działań człowieka w przestrzeni kosmicznej z zasiedlaniem Zachodu Ameryki: najpierw następuje rekonesans rządu (NASA, Lewis i Clarke), ale najważniejsza praca wykonywana jest przez kolejną falę przybywających, cywili i przedsiębiorców poszukujących majątku. To zresztą interesujące, że Gold traktuje tę grupę jako ważną, dorastał bowiem w rezerwacie Indian w Montanie. Kiedy zapytałam go o tę część analogii, odparł po prostu: Cóż, na Księżycu nie ma Indian. Jest faktycznie niezamieszkany. I kontynuuje o swojej wizji: Rząd odegrał bardzo istotną rolę w przecieraniu szlaku, jednak najważniejszą odegrali rolnicy, osadnicy, przedsiębiorcy, którzy tak naprawdę zasiedlili region – a w przestrzeni kosmicznej to się po prostu nie wydarzyło. Dla Golda dzisiejszymi odpowiednikami tamtych osadników w kosmosie są firmy, włączając w to Bigelow, których celem jest założenie tam biznesu.

Osadnicy, którzy pakowali swoje wozy i zmierzali ku Wielkim Równinom, są pod wieloma względami różni od przedsiębiorców marzących o kosmosie. Po pierwsze, mieli oni Ustawę o Gospodarstwach Rolnych (Homestead Act), umożliwiającą ubieganie się o przyznanie im każdej parceli ziemi, na której pracowali i rezydowali. Czy tego rodzaju drogę postępowania Bigelow przewiduje dla kosmosu? W sensie idealnym, oczywiście. Ustawa o Gospodarstwach Rolnych, której skutkiem było zasiedlenie i rozwój Zachodu, to wspaniały model – mówi Gold. – Problemem byłoby jego wdrożenie – Traktat o Przestrzeni Kosmicznej zabrania gromadzenia terenów przez państwa, i tu właśnie można by popaść w kłopoty, gdyby zachować się jak w przypadku Ustawy o Gospodarstwach Rolnych. Ponieważ Stany Zjednoczone nie mają praw własności do ciał niebieskich, nie mogą zapewnić ich innym podmiotom.

Adwokat Michael Listner, założyciel firmy konsultingowej o nazwie Space Law and Policy Solutions, ma już dość słuchania analogii z Dzikim Zachodem, używanych, żeby opisać przyszłość przestrzeni kosmicznej. Pod koniec 2013, odpowiadając na publiczne obwieszczenie Bigelow, że firma wystosowała prośbę do FUKTK, napisał: Kosmos jest wszystkim, tylko nie Dzikim Zachodem. Zwolennicy prawa własności w przestrzeni kosmicznej, którzy używają tej analogii, ignorują obecne uwarunkowania polityczne i prawne. Środowisko geopolityczne jest inne, niż było w XIX wieku. Listner uznał też moment opublikowania prośby przez Bigelow za „kłopotliwy”. Obecne środowisko rozwiązań prawnych i politycznych nie jest przygotowane na ustrój, który jednostronnie zagwarantuje prywatne prawa własności w przestrzeni kosmicznej – napisał w artykule w „Space News”, ostrzegając, że jeśli USA spróbują wprowadzić to rozwiązanie w sposób tak jednostronny, może to sprowokować „silną reakcję geopolityczną”.

W Ustawie o Gospodarstwach Rolnych chodziło o skonsolidowanie amerykańskiej władzy w terytoriach, ale była ona również świadomie demokratyczna, oparta wprost na ideale „rolnika”. Jedynymi wymogami, aby otrzymać ziemię na Dzikim Zachodzie były: wiek przynajmniej 21 lat, brak antyrządowych wystąpień w przeszłości oraz gospodarowanie na ziemi od pięciu lat. Aby dotrzeć na Księżyc, przeciwnie  potrzebujemy sporo pieniędzy oraz statku kosmicznego.

W dzisiejszych czasach jest wiele firm, które mają obie te rzeczy. Prośba Bigelow jest częścią szerszej tendencji: w ostatnich latach powstało mnóstwo komercyjnych korporacji zainteresowanych kosmosem. Planetary Resources (Planetarne Zasoby) i Deep Space Industries (Przemysł w Przestrzeni Kosmicznej) chciałyby wydobywać rzadkie minerały z asteroid. Virgin Galactic Space Adventures (Kosmiczne Przygody w Dziewiczej Galaktyce) oferuje natomiast turystykę kosmiczną. Wszystkie te firmy zostały założone pomiędzy 2004 a 2013. Nowy prywatny sektor kosmiczny przyciągnął zainteresowanie – i kapitał – wielu chcących inwestować sław, m.in. Richarda Bransona, Erica Schmidta, Rossa Perota juniora czy Jamesa Camerona.

Jak do tej pory rozwój technologiczny – i oparty na technologiach biznes – postępuje z dużo większą szybkością, niż rozwijają się związane z nim ramy prawne. Ale, tak jak w odpowiedzi na powstanie internetu wyewoluowało nowe prawo dotyczące prywatności i własności intelektualnej, tak samo zostanie stworzone nowe prawo dotyczące przestrzeni kosmicznej. W lipcu 2014 r. dwóch deputowanych z Izby Reprezentantów, Bill Posey (republikanin z Florydy) i Derek Kilmer (demokrata z Waszyngtonu), przedstawiło projekt ustawy o nazwie American Space Technology for Exploring Resource Opportunities In Deep Space (ASTEROIDS) Act – Ustawa o Amerykańskiej Technologii Kosmicznej dla Poznania Możliwości Pozyskiwania Zasobów w Przestrzeni Kosmicznej. Ustawa sprawiłaby, że zasoby wydobyte na asteroidzie stawałyby się własnością firmy, która je wydobyła. Legislacja zagwarantowałaby „prawa mineralne” – prawo do wydobywania i eksploatacji jakichkolwiek złóż znalezionych na asteroidzie – a nie prawo do posiadania na własność samej asteroidy.

Listner nazywa ustawę ASTEROIDS dobrym pierwszym krokiem, ale twierdzi, że moment nie jest odpowiedni. Nie sądzę, żeby międzynarodowe środowisko prawne i polityczne było naprawdę gotowe dojść do porozumienia na temat takiego „prawa własności”. Z tego powodu wątpi, by owa legislacja miała wyjść poza tworzącą ją komisję. Dodatkowo, jak twierdzi, ustawa nie jest napisana w tak jasny sposób, jak powinno być napisane prawo dotyczące własności w przestrzeni kosmicznej. Mówię „prawo własności” w cudzysłowie, ponieważ nikt nie wie, jaki przybierze ono kształt. Zauważa też, że choć ustawa instruuje Kongres, by znalazł sposób na stworzenie owych praw własności, nie informuje, jak to zrobić.

Tradycja prawa rzymskiego ustaliła dwie obszerne koncepcje dotyczące zasobów niemających właściciela: res nullius („rzecz niczyja”) oraz res communis („własność wspólna”). Ta pierwsza dotyczyła rzeczy, takich jak dzikie zwierzęta leśne albo złoto Dzikiego Zachodu – ktokolwiek je znalazł i miał do nich dostęp, ten nabywał prawa do ich posiadania. Asteroidy wydają się należeć do tej kategorii; niektóre z nich zawierają platynę czy wartościowe minerały, ale jako że znamy ich w naszym Układzie Słonecznym już ponad 500 000, są w gruncie rzeczy kosmicznym „gruzem”. Jeśli chcecie zaklepać sobie prawo do kawałka lodowej skały pędzącej w przestrzeni kosmicznej, do dzieła!

Jeśli jednak chodzi o Księżyc, bardziej poprawne wydaje się być określenie go jako res communis albo „wspólny dla całego gatunku ludzkiego”. Tak jak napełnia nas goryczą pomysł, by ktoś posiadał na własność ocean, tak i idea posiadania Księżyca budzi podobne uczucia. Mogę pragnąć, by naukowcy studiowali Księżyc i starali się go objąć ludzkim rozumieniem, lub by od czasu do czasu wysyłano emisariuszy w celu prowadzenia tam eksperymentów czy przywiezienia okazów skał księżycowych, ale kiedy spojrzę ponad sylwetki billboardów i obwieszonych reklamami drapaczy chmur, rysujące się na tle nieba, chcę zobaczyć coś, co pozostaje poza sferą ludzkiej własności – nie symbol władzy człowieka, lecz jego maleńkości, coś, co da mi odpowiednią perspektywę w kwestii mojego miejsca w świecie. Innymi słowy, zasoby, które chcę pozyskać z Księżyca, to poczucie transcendencji i pokory.

Taka sentymentalna postawa, charakterystyczna dla luddystów, rzadko jednak ostatecznie zwycięża. Zatem, pomijając pomysł ustanowienia pozaziemskiej wersji Systemu Parków Narodowych, być może najatrakcyjniejszą wizję zarządzania dobrem wspólnym w przestrzeni kosmicznej sformułował Michael Simpson, dyrektor wykonawczy w Secure World Foundation, organizacji zajmującej się odpowiedzialnym wykorzystaniem zasobów kosmicznych. Tak jak Gold i inni zwolennicy prawa do posiadania własności w kosmosie, Simpson również przywołuje przykład z przeszłości Ameryki. Ale nie Dziki Zachód – chodzi mu o park Boston Common. Ten model jest dość intrygujący – mówi o najstarszym parku w Stanach Zjednoczonych, który na początku XVII wieku był terenem pod wypas bydła, dzielonym przez wielu lokalnych rolników. Tryb jego użytkowania zmieniał się wraz z miastem: był on używany jako baza wojskowa, miejsce wieszania skazanych lub teren pod publiczne wiece czy protesty. Dla XVII-wiecznych bostończyków – mówi Simpson – to była przestrzeń, której nie posiadał na własność żaden z użytkujących, ale zarządzano nią w sposób zrównoważony, tak aby była dostępna pod wypas bydła w kolejnym roku tak samo, jak była w bieżącym. Oczekiwano od ludzi, że będą znaczyli swoje zwierzęta, aby uniknąć konfliktów. Pomimo nieposiadania prywatnej własności w parku Common, mieszkańcy mogli go używać i pozyskiwać z tego dochód.

Simpson wierzy, że to dobry wzorzec w stosunku do Księżyca – udzielenie przyzwolenia na wspólne, zrównoważone użytkowanie zasobów, a nawet prawa do tych zasobów mineralnych, które mogą być wydobywane (jednak nadal nie ma mowy o prawie własności). Na Księżycu mamy całe mnóstwo zasobów o nadzwyczajnej wartości, zarówno rynkowej, jak i społecznej – mówi. Możliwe do pozyskania tam zasoby są warte o wiele więcej, niż wskazuje na to ich wartość handlowa. Na jego powierzchni znajduje się hel-3, izotop, który, jak wierzy wielu, może stać się rewolucyjnym paliwem napędowym. Odleglejsza strona powierzchni Księżyca, zwrócona tyłem do Ziemi, to najmniej zakłócany przez fale radiowe punkt w wewnętrznym układzie słonecznym, co czyni go kopalnią złota dla astronomów.

Będzie to taka sama dyskusja, jak w przypadku parków narodowych. Niektórzy uważają, że te miejsca posiadają wielką wartość społeczną i estetyczną, ale są i ci, którzy powiedzą: nie, musimy na tym zarobić. Simpson docenia fakt, że ustawa ASTEROIDS daje tylko prawo do wydobycia, uznając, że Kongres nie ma władzy nadawania tytułów własności do asteroid. Uważa nawet, że mimo braku międzynarodowego traktatu amerykańskie firmy mogłyby bez prowokowania geopolitycznych incydentów korzystać z minerałów wydobywanych na asteroidach pod warunkiem wejścia projektu ustawy w życie. Można by to osiągnąć albo sprzedając wydobyte minerały tylko w obrębie Stanów Zjednoczonych, albo poprzez podpisanie z innymi krajami osobnych umów, umożliwiających sprzedaż pozaziemskich zasobów. Ale jeśli chodzi o sprawę Bigelow, Simpson widzi większe źródło problemów w Traktacie o Przestrzeni Kosmicznej, który dyktuje krajowi ustanawiającemu bazę na Księżycu przymus udostępniania jej innym krajom.

Wreszcie, jak twierdzi Simpson, ustalenie, jak w pokojowy sposób dzielić się przestrzenią kosmiczną w obliczu braku władzy suwerennej, będzie trudnym przedsięwzięciem. Możemy przywoływać Dziki Zachód czy Boston Common ile tylko chcemy, ale, jak wskazuje Simpson, faktem jest, iż: W udokumentowanej historii nie ma śladu po tym, byśmy kiedykolwiek rozwinęli system rządzenia formalny lub nieformalny, przy braku suwerenności. A tym bardziej przy braku grawitacji.

tłum. Magda Komuda

Tekst pierwotnie ukazał się w „Dissent Magazine” w numerze z jesieni 2014 r. Więcej o piśmie: www.dissentmagazine.org

Rachel Riederer

eseistka, nauczycielka akademicka, redaktorka magazynu polityczno-kulturalnego „Guernica”. Jej teksty ukazywały się m.in. na łamach „The Nation”, „The New Republic”, „Tin House”, „Mother Jones” oraz w antologii „The Best American Essays 2011”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>