Doktryna silniejszego

Wiosna 2015 |

Władze Rio de Janeiro posłużyły się wielkimi imprezami sportowymi – Mistrzostwami Świata w piłce nożnej oraz Igrzyskami Olimpijskimi – jako pretekstami dla wprowadzenia „stanu wyjątkowego”. W jego trakcie mogły przeforsować prywatne projekty deweloperskie i neoliberalne reformy.

Idąc ulicami Rio w dzień otwarcia mundialu, byłam zaskoczona ilością haseł protestacyjnych: Nie będzie Mistrzostw! Przeciw autorytarnemu państwu policyjnemu! Chcę tylko szczęśliwie żyć w faweli, gdzie się urodziłem. Masy ludzi szły tego dnia ulicami z jednego powodu: oskarżały brazylijski rząd o nadmierne wydatki oraz korupcję i protestowały przeciw FIFA i MKOl.

Karioka (potoczna nazwa mieszkańców Rio) są znani z miłości do futbolu. Ale ogromne społeczne brzemię megaimprezy nie umknęło uwadze obywateli i obywatelek Rio. Miasto w lecie 2014 r. gościło osiem meczów mundialu, jest również jedynym gospodarzem letnich Igrzysk Olimpijskich w 2016 r. Tylko w związku z organizacją Igrzysk trwa właśnie realizacja 21. Strategicznych Projektów Rozwoju, od nowych linii autobusowych po budowę osiedli, których łączny koszt wynosi 10 miliardów dolarów. Wiele z tych wydatków jest jedynie luźno powiązanych z wydarzeniami sportowymi. Wśród przeciwników organizacji wielkich imprez powszechne jest pomstowanie na międzynarodowe komitety zarządzające sportem, jak FIFA i MKOl. Nienawiść do komercyjnych struktur, które, przebierając się w piórka organizacji non profit, naciągają państwa na miliardy dolarów, jest całkowicie uzasadniona.

FIFA i MKOl mają bardzo wiele do powiedzenia na temat tego, jak wyglądają megaimprezy w goszczących je krajach. Po zwycięstwie w konkursie na organizatora kraj musi podpisać umowę Host City Agreement (z FIFA) lub Matrix of Responsibilities (z MKOl), zawierającą złagodzone wymogi wizowe dla pracowników i współpracowników organizacji, zwolnienia podatkowe, pełnomocnictwo do upiększania okolic infrastruktury sportowej oraz wyłączne prawa dla sponsorów i oficjalnych partnerów do sprzedaży produktów na stadionach i w strefach kibica.

Obarczanie winą za marnotrawstwo środków publicznych jedynie FIFA i MKOl byłoby jednak pomyłką. FIFA wymaga od państw-organizatorów jedynie ośmiu stadionów na Mundial, tymczasem poprzedni rząd Brazylii, pod przewodnictwem prezydenta Luiza Inácio Luli da Silvy, postanowił wybudować ich dwanaście. Sporą część przygotowań do Igrzysk stanowiła przyspieszona „restrukturyzacja” regionu Porto Maravilha, mimo że w zwycięskiej ofercie miasta jego wykorzystanie nie było kluczowe.

Dlaczego zatem Brazylia i Rio de Janeiro wprowadzają w życie projekty przekraczające wymagania FIFA i MKOl? Otóż megaimprezy jawią się jako szansa dla miast na globalną promocję i na walkę z innymi miastami o inwestycje finansowe.

Miasta są transformowane w duchu neoliberalnej globalizacji: prywatyzują swój majątek i poddają decyzje dotyczące polityki publicznej logice globalnego rynku. Powstają nowe partnerstwa publiczno-prywatne, a gminy zmuszone są do współzawodnictwa na poziomie państwowym i międzynarodowym. Rio i inne miasta postępują jak przedsiębiorstwa, poszukując zagranicznych inwestorów poprzez tworzenie wizerunku opartego głównie na turystyce i handlu.

Siła polityczno-ekonomiczna ulega przekształceniu – międzynarodowe organizacje i korporacje uzyskują wpływy i notują zyski, podczas gdy samorządy obarczane są ryzykiem niepohamowanego rozwoju. Technokratyczni eksperci mogą już prowadzić interesy na całym świecie, oferując usługi samorządom oraz pomagając im w konkurowaniu z innymi. Tam, gdzie jeszcze istnieją, usługi publiczne skupione są na kontrolowaniu ludzi pozbawionych praw obywatelskich, przegranych w neoliberalnej rozgrywce. A organizacja megaimprez stała się w tej grze kluczowa.

Nie zawsze tak było. Do Letnich Igrzysk Olimpijskich w Los Angeles z 1984 r. megaimprezy były okazją do osiągania zysków poprzez korporacyjny sponsoring oraz sprzedaż praw do transmisji telewizyjnych. Igrzyska w Barcelonie (1992) przeniosły potencjał komercjalizacji o stopień wyżej, gdy Barcelona włączyła olimpijską modernizację do miejskich planów strategicznych, głównie w celu przyciągnięcia zagranicznych inwestorów.

Rio de Janeiro poszło tą drogą. Z pomocą katalońskich konsultantów Jordiego Borji i Manoela de Forn Rio stało się pierwszym miastem Ameryki Południowej, które stworzyło plan rozwoju oparty na promocji miasta jako kierunku turystycznego i na włączeniu go w obieg megaimprez. Ale Rio poszło za daleko, doprowadzając proces do takich ekstremów, że krytycy od Brazylii do Barcelony sygnalizują faul: za dużo prywatyzacji, za dużo przesiedleń, za dużo pieniędzy zainwestowanych w infrastrukturę olimpijską.

Fetysz rozwoju spotyka neoliberalizm

Brazylijskie miasta przeszły w ostatnich pięćdziesięciu latach ogromne przekształcenia. Pod rządami wojskowej junty w latach 1964–1985 wzrost miast odbywał się w warunkach centralnego planowania, a rząd nadzorował większość rozwoju ekonomicznego i urbanistycznego. W tym kształcie program rozwoju przedkładał ambicje krajowe nad miejskie. Wraz z transformacją ustrojową oraz presją wywieraną przez ruchy miejskie, domagające się reformy przestrzennej, nowy rząd włączył do konstytucji z 1998 r. rozdział o polityce miejskiej. Miasta uzyskały jeszcze szerszą autonomię w 2001 r. wraz z wprowadzeniem Statutu Miast Brazylijskich (Brazil’s City Statute), który uczynił władze miejskie odpowiedzialnymi za tworzenie „planów ramowych” poprzez szeroką partycypację społeczną.

Raquel Rolnik, brazylijska urbanistka, aktualnie Specjalna Sprawozdawczyni ONZ ds. Mieszkalnictwa, mówi, że te nowe zasady doskonale wpasowały się w tworzoną właśnie globalną agendę neoliberalną. W procesie, który nazywa „perwersyjnym sprzężeniem” między prawami miejskimi a neoliberalną prywatyzacją, wspomniany Statut przekazał w ręce samorządów sporą władzę, podczas gdy miasta stawały się przedsiębiorstwami rywalizującymi o państwowe i międzynarodowe fundusze. Nacisk położony na szeroką partycypację i konsultacje umożliwił prywatnym firmom uzyskanie rosnącego wpływu w kręgach tworzących prawo i oddziaływanie na przepływ funduszy od rządu centralnego.

A fundusze te płyną szerokim strumieniem. Chociaż brazylijski rząd sprywatyzował dużą część narodowego majątku i przetransferował ogromne źródła przychodów do sektora prywatnego, w kilku kluczowych kwestiach pozostał wciąż pod wpływem fetyszu rozwoju: koncentracji na wzroście ekonomicznym i tworzeniu miejsc pracy poprzez inwestycje w infrastrukturę. Nacisk ten wzmógł się po wybuchu światowego kryzysu finansowego w 2008 r. Gdy wiele państw wprowadzało kryzysową politykę cięć i oszczędności w wydatkach budżetowych, rządząca Partia Pracujących (Partido dos Trabalhadores, PT) rozpoczęła program wielkich projektów infrastrukturalnych w ramach antykryzysowego pakietu stymulacyjnego. Znaczenie ma jednak sposób, w jaki fundusze zostają rozdysponowane oraz wydane. Samorządy, jak korporacje, są albo zmuszone do konkurowania z innymi o część funduszy, albo uzyskują je bezpośrednio, z racji bliskich stosunków politycznych z decydentami.

Czasami obie te sytuacje występują równocześnie, a „zwycięzcami” są ci, którzy mają odpowiednie dojścia. Nie jest przypadkiem, że np. Odebrecht SA – największa cywilna firma budowlana w Brazylii oraz poważny sponsor partii rządzącej – od swojego powstania za czasów wojskowej dyktatury zdobywa ogromną część rządowych kontraktów zawartych w projekcie rozwojowym państwa. Tutaj właśnie fetysz rozwoju spotyka się z neoliberalizmem, jako że państwowe inwestycje infrastrukturalne w projekty rozwoju skutkują transferem funduszy z publicznej kiesy w ręce prywatne.

Rio de Janeiro przystępuje do realizacji projektów z entuzjazmem. Mundial 2014 i Igrzyska Olimpijskie 2016 dały miastu możliwość reorganizacji strategicznych planów rozwoju, czyli, mówiąc słowami brazylijskiego urbanisty Ermínia Maricato, stania się cidade corporativa, miastem-korporacją. Transformację Rio w korpomiasto łatwiej zrozumieć, jeśli skupimy się na trzech projektach powiązanych z megaiprezami: prywatyzacji Maracany, „rewitalizacji” Porto Maravilha i pacyfikacji faweli.

Maracanã 2.0

Każdy, kto interesuje się futbolem, słyszał o Maracanie. To prawdopodobnie najsłynniejszy stadion świata, znany z sektora stojącego, który może się dwukrotnie powiększyć na meczach reprezentacji narodowej. To stadion, który wielu z najlepszych piłkarzy w historii, jak Pele i Garrincha, nazywało domem. To tam miało miejsce niesławne „Maracanazo”, kiedy w meczu finałowym Mundialu z 1950 r. Urugwaj zwyciężył Brazylię, doprowadzając do jednego z największych rozczarowań w historii futbolu. Wciąż, mimo wielu lat wojskowej dyktatury i powszechnego ubóstwa, ta porażka jest dla wielu Brazylijczyków najciemniejszym punktem w historii państwa. Innymi słowy, Maracanã pozostaje dla brazylijskich kibiców czymś więcej niż tylko budynkiem. Zmieniło się to jednak dramatycznie wraz z Mundialem i Igrzyskami. Stadion został przebudowany do takiego stopnia, że trudno go teraz rozpoznać. Wygląda obecnie jak każdy inny sterylny obiekt przeznaczony do rozgrywania międzynarodowych spotkań. Obiekt, w którym korporacyjne boksy zastąpiły stojący tłum, jest dokładnie takim rodzajem sterylnego środowiska, jakie samorządy budują, aby piąć się w górę w światowej hierarchii miast, mogących przyciągnąć jeszcze więcej imprez, turystów i kapitału. Ogromne kwoty publicznych pieniędzy zostały zainwestowane w przebudowę stadionu w zgodzie z wytycznymi FIFA. Władze krajowe, regionalne i samorządowe wydały na ten cel około 598 milionów dolarów – dwukrotnie więcej, niż początkowo zakładano.

Jak pisze geograf Chris Gaffney, problem nie polega wyłącznie na wielkości inwestowanych kwot. Stadion mógł stać się „misiem na miarę brazylijskich możliwości”, wykorzystywanym tylko podczas megaimprez. Bardziej frapujący jest jednak fakt, że miejsce niegdyś publiczne zostało przekształcone w przestrzeń prywatną, gdzie wszystkie wydarzenia są podporządkowane generowaniu zysku dla spółki publiczno-prywatnej, która aktualnie zarządza stadionem. Maracanã jest również doskonałym przykładem nowo powstających specjalnych stref prawnych, które charakteryzują neoliberalną globalizację. Stadion i jego okolice są aktualnie „strefą wyłączności”, rynkiem wydzielonym dla FIFA i jej korporacyjnych sponsorów. Budweiser, Coca-Cola i McDonald’s sprzedają bez ograniczeń swoje produkty, za to nie uświadczy się tam podstawowych artykułów brazylijskich – churrasco, guaraná, czy açaí – jak również sprzedawców, którzy handlem nimi zarabiali na życie całymi latami.

Wielu brazylijskich komentatorów opisuje tę sytuację jako stan wyjątkowy: demokratyczne zasady zostają zawieszone na rzecz autorytarnych i nieprzejrzystych form zarządzania, kształtowanych przez niewybieralne, niezwiązane z rządem organizacje jak FIFA, MKOl i nowo utworzone w Rio ciało – Public Olympic Authority. Co ważne, brazylijski rząd nie znika w tym równaniu: jest konieczny do pisania prawa, które pozwala na tworzenie stref wyłączności i nowych instytucji. Stan wyjątkowy dotyczy również obywateli i obywatelek mieszkających w okolicy stadionu, ich miejsc pracy, domów i ciał, które uczyniono spisanym na straty odstępstwem od normy. W neoliberalnym mieście to właśnie biedni są pierwszymi do usunięcia w imię zysku.

Porto Maravilha

Megaimprezy nie ograniczają się do stadionów. Porto Maravilha (Cudowny Port) jest przedstawiany jako największy okołoolimpijski projekt w Rio. Całkowity koszt przebudowy pięciu kilometrów kwadratowych to bajońska kwota 4 miliardów dolarów.

A przecież ten projekt nie jest kluczowy dla organizacji Igrzysk, ma się tam odbyć jedynie kilka pomniejszych wydarzeń. Jego celem jest dalsza konsolidacja władzy w rękach największego partnerstwa publiczno-prywatnego, jakie widziała Brazylia. Okolice portu w Rio de Janeiro mają bogatą historię. To tam umiejscowione było centrum atlantyckiego handlu niewolnikami. Dzielnica wciąż pozostaje centrum kultury afrobrazylijskiej. Była domem dla portugalskiej monarchii, gdy jej przedstawiciele zbiegli z Półwyspu Iberyjskiego, a jeszcze niedawno mieściła się tam siedziba rządu. Ale wraz z przeprowadzką stolicy do Brasilii w latach 60., deindustrializacją w kolejnej dekadzie i odpływem firm do zachodniej części miasta w latach 80. okolica popadła w ekonomiczną zapaść. Dziś mieszczą się tu opuszczone budynki fabryczne, a mieszkańcy okolicy żyją w ubóstwie.

Firmy budowlane, inżynierskie i architektoniczne – wszystkie one mają chrapkę na „rozwój” portu. Projekty jego rewitalizacji zostały umieszczone na widocznym miejscu w strategii korpomiasta, obliczonej na przyciągnięcie zagranicznego kapitału, firm i turystów. W miastach na całym świecie dzielnice portowe – Puerto Vell w Barcelonie, Atlantic Gateway w Manchesterze, Inner Harbor w Baltimore, a teraz Porto Maravilha w Rio – są traktowane jako potencjalne centra turystyki, kultury, handlu nieruchomościami i biznesu.

Megaimprezy w Rio, tak jak podobne spektakle na całym świecie, sprzyjają powstawaniu istnych „stanów wyjątkowych”. Jak zauważają badaczki Fernanda Sánchez i Anne-Marie Broudehoux, zmianie uległy regulacje dotyczące podziału miasta, udzielono ulg podatkowych i zreformowano mechanizmy prawne w celu stworzenia największego konsorcjum prywatnych spółek, jakie kiedykolwiek było odpowiedzialne za realizację projektu w Brazylii. Rzeczone konsorcjum, nazwane Porto Novo, składa się z trzech firm – Odebrecht, Carioca i OAS, biorących udział w wielu projektach przebudowy Rio.

Poważni gracze od dłuższego czasu dążyli do stworzenia strategii przebudowy portu i nie jest przypadkiem, że oni właśnie realizują projekt. Mieli go na oku od wielu lat. Według Gusmão de Oliveiry nowa regulacja samorządowa, dająca im prawo do projektu, była w zasadzie kopią propozycji sektora prywatnego w sprawie przebudowy portu z roku 2009, stworzonej przez te właśnie firmy. Pośpiech związany z olimpiadą umożliwił szybkie przeprowadzenie zmian bez odpowiedniego publicznego nadzoru.

Ale liczy się nie tylko to, kto zyskuje na tych mechanizmach. Równie istotne jest to, kto i jak zostaje wypchnięty. Osiedla i dzielnice mogą zostać „zrewaloryzowane”, jeśli wcześniej uległy „dewaluacji”. Za zaniżających ich wartość uważani są biedniejsi lokatorzy. Ludzie, którzy przez pokolenia byli uciskani i zostawiani sami sobie, teraz zostaną wypchnięci ze swoich domów. Tego dokonuje się poprzez język i koncepcje rewitalizacyjne. Meu Porto Maravilha, interaktywna wystawa mająca na celu prezentację planów przebudowy, określa dzielnicę portową jako „pustą” i „porzuconą”. Ale szybki rzut oka na okolicę ukazuje pełne życia społeczności skupione wokół swoich domów, ludzi pracujących na ulicach i lokalne biznesy serwujące tłumom jedzenie w porze lunchu. Opisywanie dzielnicy jako martwej i opuszczonej wymazuje z obrazu tysiące ludzi. Retorycznie usuwana w celu legitymizacji procesu, uboga populacja Rio zostanie stąd wysiedlona, a wartość ziemi i nieruchomości poszybuje w górę w spekulacyjnym amoku.

Uciszyć fawele

Trudno o proces, w który rasa, klasa i retoryka opuszczenia wpisują się lepiej niż w pacyfikację faweli Rio. Te ubogie społeczności rosły bardzo szybko w ostatnich czterdziestu latach jako rezultat ogromnej fali urbanizacji, rozwijając się na wzgórzach i innych zielonych terenach otaczających miasto – jedynych obszarach dostępnych dla przybyszów zarobkowych z całego kraju.

Historyczna marginalizacja i pozostawienie faweli samym sobie przez rząd centralny i samorządy, sprawiły, że ich mieszkańcy nie mają normalnego dostępu do miejskiej infrastruktury i usług publicznych. Na przełomie lat 80. i 90., po kolejnych falach deindustrializacji przetaczających się przez kraj, Rio otrzymało szczególnie dotkliwe ciosy. Handel narkotykami okopał się w fawelach miasta jak w twierdzy. Było to szczególnie frapujące dla mediów i władz miasta, ponieważ fawele zlokalizowane są w sąsiedztwie niektórych bogatszych dzielnic Zona Sul. W związku z tym oczywistym zagrożeniem dla bogatych władze regionalne i krajowe postanowiły zdławić przemoc. Megaimprezy dostarczyły pretekstu do wdrożenia tego planu. Zajęcie faweli przez żandarmerię jest centralnym punktem strategii Rio dla wielkich wydarzeń sportowych. Pierwsza operacja militarna na wielką skalę odbyła się na krótko przed Igrzyskami Panamerykańskimi w 2007 r. Setki żandarmów wkroczyły do Complexo do Alemão, położonego w ubogiej Zona Norte, pod hasłem „odebrania” dzielnicy handlarzom narkotyków. Dziewiętnaście osób, głównie młodych czarnoskórych mężczyzn, zostało zabitych w trakcie operacji. W 2008 r., krótko po wygraniu przez Brazylię konkursu na organizatora Mundialu 2014, gdy Rio składało ofertę w konkursie na gospodarza Igrzysk Olimpijskich, władze miasta wdrożyły program Oddziału Policyjnej Pacyfikacji (Police Pacification Unit, UPP). Stworzony rzekomo w celu kontroli terytorium, na którym odbywała się spora część handlu narkotykami, doprowadził do stałej obecności sił policyjnych w wielu fawelach. Complexo do Alemão i inne ubogie społeczności zostały dotknięte najazdem sił UPP. Media przedstawiały obecność sił policyjnych jako sposób na uratowanie „niewinnych” mieszkańców faweli oraz ochronę zagranicznych turystów i gości w Rio.

Program pacyfikacji opracowano w części po to, aby zabezpieczyć megaimprezy i „chronić” mieszkańców faweli, mimo że to właśnie oni giną z rąk żandarmerii. Ale wpisuje się on również w szerszą neoliberalną strategię Rio. Mieszkańcy zubożałych dzielnic mówią, że pierwszymi, którzy wkraczali do faweli po żandarmerii, byli pracownicy firmy Light, sprywatyzowanej (dawniej państwowej) spółki zajmującej się infrastrukturą elektryczną. Po nich były oddziały banków oraz służby oczyszczania miasta. Program UPP jest częścią strategii integracji faweli z resztą Rio i zapewnienia wsparcia rządu tam, gdzie dotychczas go brakowało. Ale umożliwił również wprowadzenie permanentnego nadzoru policyjnego i otworzył fawele na sankcjonowany przez państwo rozwój ekonomiczny.

Pacyfikacyjna retoryka sławiła drobnych przedsiębiorców i próbowała przyciągnąć firmy do społeczności postrzeganych wcześniej jako „niebezpieczne” i „niewykorzystane”. Aktualnie organizuje się wydarzenia obliczone na wykorzystanie biznesowych możliwości oferowanych przez fawele. Impreza nazwana „Bairro Chic” (Szykowna Dzielnica), która odbyła się w maju 2014 r. w jednym z okazałych teatrów zgromadziła akcjonariuszy z sektora prywatnego na rozmowie o potencjalnych zyskach możliwych do uzyskania w spacyfikowanych fawelach. Takie wydarzenia, celujące w wypromowanie faweli, sprawienie, że będą modne, są w Rio na porządku dziennym.

Podczas gdy spacyfikowane fawele są sprzedawane w imię komercyjnego rozwoju, wartość ziemi rośnie. Zwłaszcza w Zona Sul, która oferuje piękny widok na ocean, spekulacja osiąga zatrważające rozmiary od czasu pacyfikacji. Do tego stopnia, że Vidigal, fawela położona po zachodniej stronie Zona Sul, wkrótce stanie się domem piłkarskiej megagwiazdy, Davida Beckhama.

Znów na ulicach

Tego dnia, w inaugurację mundialu, stałam z protestującymi. Grupy mieszkańców faweli skandowały hasła przeciw policyjnej przemocy towarzyszącej pacyfikacji. Aktywiści trzymali transparenty mówiące o prawdziwym obliczu „rewitalizacji” w dzielnicy portowej. Byli też wyrzuceni z okolic Maracany sprzedawcy oferujący im jedzenie.

Tego dnia, kiedy protestujący stali ramię w ramię na chodniku, związki stawały się oczywiste: renowacja, rewitalizacja i pacyfikacja. Wszystkie wiążą się z prywatyzacją mienia publicznego, wywłaszczają ubogich członków i członkinie społeczeństwa. Wszystkie są nieodłączną częścią skutków megaimprez organizowanych w Rio.

Jest prawdą, że niektórzy Brazylijczycy i Brazylijki zarobią pieniądze na Mundialu i Igrzyskach. To, co jest szczególnie zdradliwe w neoliberalnym mieście Brazylii owładniętej fetyszem rozwoju, to fakt, że ogromne sumy publicznych pieniędzy są inwestowane w rozwój infrastruktury, aby przynieść zysk tym, którzy już są bogaci i blisko powiązani finansowo i politycznie z głównymi partiami.

Ale ludzie są wściekli. Obywatele i obywatelki domagają się zmiany, demonstrując na ulicach Rio de Janeiro i innych brazylijskich miast. Retoryka i medialna dyskusja o protestach muszą wykroczyć poza krytykę megaimprez. Ruchy społeczne i demonstrujący, niezadowoleni z rewitalizacji Rio, muszą kontynuować dyskusję na ulicach i w salach konferencyjnych, biorąc na cel struktury władzy i ideologie, które sprawiły, że współzawodnictwo o fundusze i poszukiwanie zysku stały się jedynym możliwym i oczywistym kierunkiem rozwoju miasta.

Ze wszystkich miast, które zostały dotknięte prywatyzacją przez megaimprezy, może właśnie Rio jest w stanie rozegrać sprawę inaczej. Brazylijskie ruchy miejskie pokazały w przeszłości, że są w stanie doprowadzić do znaczących zmian. To dzięki nim prawa miejskie są zapisane w brazylijskiej konstytucji. Teraz nowe pokolenie aktywistów walczy, by nadać im w Rio prawdziwe znaczenie.

tłum. Mateusz Trzeciak

Tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Jacobin Magazine” nr 15–16, jesień 2014 r. Więcej o piśmie: www.jacobinmag.com

Carolyn Prouse

geografka związana z University of British Columbia. Jej zainteresowania naukowe dotyczą m.in. zagadnień rozwoju międzynarodowego, feminizmu, postkolonializmu, ekonomii politycznej miast oraz społecznych kosztów wielkich imprez sportowych. W ramach doktoratu badała m.in. brazylijski Program Przyspieszania Wzrostu Gospodarczego (PAC) zainicjowany przez prezydenta Lulę da Silvę. Wcześniej zajmowała się m.in. wywłaszczeniami związanymi z piłkarskimi Mistrzostwami Świata w 2010 r. w Republice Południowej Afryki.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>