Dobry kierunek – malutki krok

Dobry kierunek – malutki krok

Koniec z bezpłatnymi praktykami dla absolwentów. Firmy będą płacić im 300 zł miesięcznie. Nowelizacja ustawy wprowadza obowiązek płacenia młodym ludziom za naukę w przedsiębiorstwie. Wprowadza jednak kwotę minimalną – 20 procent najniższej krajowej.

Jak informuje portal forsal.pl, nowelizacja ustawy o praktykach absolwenckich to efekt wdrażania przepisów przyjętych przez Komisję Europejską. Dwa lata temu europejscy politycy przyjęli te rozwiązania jako sposób na poprawę sytuacji młodych osób, które po zakończeniu edukacji nie mogą znaleźć pracy.

Opinie na temat kwoty wynagrodzenia są różne. Przewodniczący Parlamentu Studentów RP Mateusz Mrozek mówi, że lepsze to niż nic, ale mimo wszystko to rozwiązanie uważa za skandalicznie niskie. Uważa, że to głodowa propozycja, która ma dać alibi obecnej ekipie rządzącej, de facto nie robiącej prawie nic w sprawie absolwentów. Polskie Stowarzyszenie Zarządzania Kadrami twierdzi, że pułap minimalny został ustawiony zbyt nisko. Prezes Piotr Palikowski ocenia, że rozmowę można rozpocząć od 50 procent najniższej krajowej. Może dojść do takiej sytuacji, że młodzi ludzie będą woleli się zarejestrować jako bezrobotni i ubiegać się o staż z urzędu pracy. Według niego zatem nowelizacja pośrednio promuje bezrobocie. Na stażu z urzędu pracy można zarobić 850 złotych na rękę. Jest tam jednak ograniczona liczna miejsc, spowodowana wielkością środków z Funduszu Pracy.

Kwota 350 zł miesięcznie brutto może sprawić, że niektórzy pracodawcy na niej poprzestaną. Górne widełki wynagrodzenia dla praktykantów to natomiast dwukrotność minimalnej krajowej.

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Lepsze życie? Nie tutaj

Lepsze życie? Nie tutaj

Z tegorocznej edycji badania Better Life Index, przeprowadzanego co roku przez OECD, wynika, że prawdopodobieństwo przejścia na bezrobocie w Polsce jest wysokie i wynosi 7,3%. Pod względem bezpieczeństwa zatrudnienia zajęliśmy dopiero 30. miejsce na 34 analizowane państwa.

Better Life Index bierze pod uwagę takie kryteria jak zatrudnienie, dochody, stan środowiska naturalnego, bezpieczeństwo, służba zdrowia i ogólne zadowolenie z życia.

Wyższe wyniki mają tylko Turcja, Portugalia, Grecja i Hiszpania. Najmniejsze prawdopodobieństwo utraty pracy dotyczy zaś Niemiec (3,1%), Szwajcarii (3,0%) i Japonii (2,4%). Średnia dla krajów OECD wyniosła natomiast 5,4%.

Badanie wykazuje, że Polska ma ponadprzeciętne wyniki w zakresie bezpieczeństwa osobistego, edukacji i umiejętności oraz więzi społecznych. Wypadamy jednak zdecydowanie poniżej średniego poziomu, jeśli chodzi o zdrowie, dochody i dobrobyt, subiektywne samopoczucie, pracę i płacę, jakość życia oraz warunki środowiskowe.

Cały raport w języku angielskim dostępny jest tutaj.

Fikcyjne wsparcie

Fikcyjne wsparcie

Zasiłek dla bezrobotnych w Polsce wynosi mniej niż minimum socjalne i mniej, niż oczekuje tego od nas Unia Europejska. Nie jest też, co jest w Europie rzadkością, uzależniony od wysokości zarobków.

Mamy jeden z najniższych i najtrudniej dostępnych zasiłków dla bezrobotnych wśród krajów UE. OPZZ zaapelował pod koniec lipca do premier Ewy Kopacz o jego podwyższenie. Powołuje się przy tym na Europejską Kartę Społeczną, z której wynika, że zasiłek musi pokrywać podstawowe koszty utrzymania. Powinien więc oscylować wokół minimum socjalnego – 1057 zł.

Polskim problemem jest jednak przede wszystkim brak koncepcji, czym ma być zasiłek i jakim celom ma służyć. Ani nie zapewniamy bezrobotnym bytu, ani nie próbujemy ich aktywizować.

Podstawowa kwota zasiłku w Polsce to 831 zł (ok. 710 zł na rękę) przez pierwsze 3 miesiące i 653 zł (ok. 570 zł netto) w kolejnych miesiącach. W zależności od stażu pracy wypłacane jest 80 proc. (staż do 5 lat), 100 proc. (5-20 lat) lub 120 proc. (powyżej 20 lat) tej sumy. Czas pobierania zasiłku waha się m.in. w zależności od miejsca zamieszkania i wynosi 6 miesięcy, jeśli stopa bezrobocia w naszym powiecie nie przekracza 150 proc. w stosunku do bezrobocia w kraju. Jeśli jest wyższa, ten okres wydłuża się do 12 miesięcy. Prawo do zasiłku mają osoby, które przepracowały co najmniej 365 dni w ciągu ostatnich 18 miesięcy i zarabiały w tym czasie przynajmniej równowartość płacy minimalnej, 1750 zł brutto, odprowadzając przy tym składki na Fundusz Pracy. Ta zasada obejmuje także umowy-zlecenia i umowy agencyjne.

W praktyce jednak już nie jest to takie proste. Mamy jedne z najbardziej wyśrubowanych zasad przydzielania zasiłków w Europie, a uelastycznienie rynku pracy spowodowało, że coraz mniejsza grupa osób spełnia ustawowe kryteria. W efekcie jedynie 14 proc. zarejestrowanych bezrobotnych ma prawo do zasiłku. Dramatyczny spadek liczby uprawnionych do niego pokazują dane Ministerstwa Pracy: w 1995 r. prawo do zasiłku miało ponad 1,5 mln bezrobotnych. W roku 2000 już tylko 550 tys., obecnie to jedynie 225 tys.

Tymczasem w Europie zasiłek otrzymać jest łatwiej: we Francji wystarczy przepracować 4 miesiące, w Grecji – 125 dni w ciągu ostatnich 14 miesięcy, w Hiszpanii – rok w ciągu ostatnich 6 lat. W Danii wymagane jest przepracowanie 1924 godzin (1 roku pracy na pełnym etacie) w ciągu ostatnich 3 lat, a zasiłek można pobierać aż przed 4 lata.

Na aktywizację zawodową Polska wydaje ok. 0,3 proc. PKB. Średnia w UE to 0,6 proc. Na pasywne polityki rynku pracy – wcześniejsze emerytury i zasiłki dla bezrobotnych – wydajemy ok. 0,3 proc. PKB, podczas gdy średnia europejska wynosi 1,2 proc. PKB. Nasz zasiłek nie spełnia ani funkcji przejściowej osłony, ani funkcji stabilnego wsparcia dla bezrobotnego.

Dobrym wzorem jest francuski „Chemage”, uznawany za jeden z najbardziej korzystnych zasiłków w Europie. Bezrobotni Francuzi są jednak obarczeni sporymi obowiązkami: regularnie biorą udział w spotkaniach ze swoim doradcą. Każda nieusprawiedliwiona nieobecność kończy się odebraniem pomocy. Regularnie trzeba też aktualizować wysiłki, które poczyniło się w celu znalezienia pracy – można to zrobić przez internet lub telefon. W Holandii z kolei monitoruje się liczbę wysłanych CV. Organizuje się też sesje grupowe, podczas których bezrobotni opowiadają o tym, jak szukają pracy.

„Propozycje podniesienia świadczeń wracają co pewien czas. Ale środki na zasiłki i aktywizację pochodzą z jednej puli. Musimy więc wybierać: coś kosztem czegoś. Minister Kosiniak-Kamysz postawił na aktywizację” – wyjaśnia rzecznik resortu pracy Janusz Sejmej. Jednak jej pozytywnych skutków ze świecą szukać.

W kieszeni koncernów

W kieszeni koncernów

Firma Coca-Cola płaci badaczom, którzy podważają sens stosowania diet i ograniczania spożycia kalorycznych napojów. Nie jest to pierwszy przypadek, gdy potentaci spożywczy finansują badania naukowe i oczekują tym samym wyników świadczących o korzyściach płynących ze spożywania ich produktu.

Jak informuje „New York Times”, największy producent napojów gazowanych na świecie współpracuje z naukowcami promującymi ideę zwiększania aktywności fizycznej i niezmniejszania spożycia kalorii. Firma powołała nawet specjalną organizację, Global Energy Balance Network, której celem jest przekonanie ludzi, że winne otyłości nie są batoniki i słodkie napoje, ale za mała ilość ruchu. Coca-Cola Company przekazała Global Energy Balance Network 1,5 mln dolarów na rozpoczęcie działalności.

Taką samą metodę zaciemniania obrazu wielkie koncerny stosowały już wcześniej. Firmy tytoniowe przekonywały, że nie ma związku między paleniem a rakiem płuc, a później podważały wpływ tzw. biernego palenia na zdrowie osób przebywających w towarzystwie nałogowców. Sposób ten sprawdził się też do pewnego stopnia w przypadku dyskusji o globalnym ociepleniu. Lobbyści finansowani przez firmy naftowe i energetyczne albo zaprzeczają jego istnieniu, albo przypisują jego powstanie naturalnym zjawiskom (byle nie uznać wpływu człowieka).

„The New York Times” przeprowadził w sprawie ekspertów od otyłości własne śledztwo. Dziennikarze odkryli, że od 2008 roku Coca-Cola Company przekazała ponad 4 mln dolarów dr Blairowi z Uniwersytetu Karoliny Południowej oraz prof. Gregory’emu Handowi, dziekanowi Wydziału Zdrowia Publicznego Uniwersytetu Zachodniej Wirginii. Pierwszy na prace badawcze otrzymał 3,5 mln dolarów., drugi ponad 800 tys. dolarów na jeden projekt oraz ponad pół miliona na założenie Global Energy Balance Network. Prezes GEBN, prof. James Hill z Wydziału Medycznego Uniwersytetu Kolorado, otrzymał od Coca-Coli grant w wysokości ok. miliona dolarów, który można dowolnie wykorzystać – informuje gazeta. Pieniądze te poszły na utworzenie organizacji promującej ideę, że nie należy zmniejszać liczby zjadanych i wypijanych kalorii, ale więcej ćwiczyć.

Dr Steven Blair to ekspert doradzający rządowi federalnemu. Prof. Hill zasiadał w komisjach Światowej Organizacja Zdrowia (WHO) oraz amerykańskich National Institutes of Health. Naukowcy nie pochwalili się dotacjami firmy na swojej stronie internetowej. Dopiero dr Yoni Freedhoff z Uniwersytetu w Ottawie, jeden z najlepszych kanadyjskich ekspertów ds. walki z otyłością, zdecydował się zapytać kolegów po fachu, skąd mają pieniądze na głoszenie dość kontrowersyjnych tez. Informacja o Coca-Coli pojawiła się wtedy na stronie, a dr Blair oświadczył, że jej brak był zwykłym przeoczeniem. Samą stronę gebn.org założyła Coca-Cola. To firma ma prawa własności i administrowania treściami z „badań”.

Coca-Cola nie jest jedyną firmą w przemyśle spożywczym, która finansuje badania lub publikacje dotyczące otyłości. W 2010 roku prestiżowy Uniwersytet Yale został skrytykowany za przyjęcie od PepsiCo grantu w wysokości 250 tys. dol. na studia nad dietą i otyłością. Nestle sfinansowało w 2014 roku specjalny dodatek do jednego z najpoważniejszych magazynów naukowych na świecie „Nature” poświęcony otyłości. Amerykańskie Towarzystwo Żywienia regularnie współpracuje z koncernami takimi jak Coca-Cola, PepsiCo, McDonald’s czy Kraft Foods. Oczywiście naukowcy za każdym razem podkreślają, że mają pełną niezależność prowadzenia badań i formułowania wniosków.

Magazyn „PLoS Medicine” zbadał ostatnio publikacje dotyczące diety i spożycia napojów gazowanych. Te finansowane przez Coca-Colę, PepsiCo i American Beverage Association wykazywały związek między spożyciem słodzonych napojów a tyciem pięć razy rzadziej niż pozostałe.