Pożegnania z koleją

Pożegnania z koleją

W połowie grudnia 2015 r. pociągi regionalne zostaną wycofane z następujących tras: Chełm – Dorohusk w województwie lubelskim, Tomaszów Mazowiecki – Drzewica w województwie łódzkim oraz Wieluń Dąbrowa – Kępno na pograniczu województw łódzkiego i wielkopolskiego.

Urzędy marszałkowskie decyzje o nadchodzącym wstrzymaniu ruchu pociągów tłumaczą małym zainteresowaniem podróżnych. Trudno spodziewać się, żeby było dużo pasażerów, jeśli na tych liniach kursują pojedyncze pociągi. Nawet jeśli ktoś chciał korzystać z kolei, to właściwie nie dano mu na to szansy – mówi Krzysztof Rytel, prezes Centrum Zrównoważonego Transportu. – Najskuteczniejszym lekiem na małą liczbę podróżnych jest poprawa oferty przewozowej. Na przykład na linii Poznań – Wągrowiec po podwojeniu liczby pociągów, liczba podróżujących tą linią zwiększyła się trzykrotnie.

Wycofanie pociągów z 40-kilometrowej trasy Kępno – Wieluń Dąbrowa oznacza, że dostęp do połączeń kolejowych całkowicie utraci położony na tym odcinku powiat wieruszowski, a Wieruszów wydłuży listę polskich miast pozbawionych pociągów pasażerskich. Wynika to z faktu, że wstrzymanie kursowania pociągów regionalnych zbiegnie się ze zmianą obsługi odcinka Wieluń – Kępno przez spółkę PKP Intercity. Obecnie na stacji Wieruszów Miasto zatrzymuje się codzienny pociąg TLK „Noteć” relacji Katowice – Poznań – Bydgoszcz, który w połowie grudnia 2015 r. przestanie kursować. Co prawda, na 2016 r. zaplanowano kursowanie odcinkiem Wieluń – Kępno nocnego pociągu TLK „Urania” z Krakowa do Kołobrzegu – jednakże skład ten będzie jeździł wyłącznie w majówkę, w długi weekend Bożego Ciała oraz w wakacje. Jednocześnie w planowanym rozkładzie jazdy pociągu TLK „Urania” nie został przewidziany postój w Wieruszowie.

O ile jedne obszary Polski dotyka problem znikających połączeń, o tyle inne dotyka problem demontowania infrastruktury kolejowej. Zapowiedzią demontażu torów jest zapadnięcie decyzji o likwidacji linii kolejowej. 10 września 2015 r. minister infrastruktury i rozwoju Maria Wasiak taką decyzję wydała w odniesieniu do 62-kilometrowej linii kolejowej Rokietnica – Międzychód. To oznacza, że ta nieużywana w ruchu pasażerskim od 1999 r. linia wybiegająca z aglomeracji poznańskiej w kierunku północno-zachodnim zostanie rozebrana. Decyzja ministerstwa przekreśla szansę na reaktywację połączeń kolejowych z Poznania przez Pniewy do Międzychodu. Dodajmy, że linia Rokietnica – Międzychód stanowiła fragment najkrótszego ciągu kolejowego między Poznaniem a Gorzowem Wielkopolskim. Kolejna decyzja likwidacyjna zapadła 9 października 2015 r. – tego dnia Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju dało zielone światło dla rozbiórki linii kolejowej Skoki – Janowiec Wielkopolski.

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” nr 6/80 (listopad-grudzień 2015): www.zbs.net.pl

Dział
Aktualności
Wcześniej informowaliśmy o…

Pracownik na żądanie

Pracownik na żądanie

Pracują na telefon – muszą czekać na sygnał od szefa, stawić się w firmie i wtedy rozpocząć wykonywanie zadań. Jeśli mają szczęście, mogą przepracować nawet pełny wymiar czasu w danym okresie (np. 40 godzin w tygodniu). Ale równie dobrze może zdarzyć się miesiąc, w którym pracodawca nie zadzwoni i nie zarobią ani grosza. Rynek pracowników jednorazowych, tymczasowych i pracujących tylko na sygnał niestety poszerza się.

Jak informuje „Dziennik Gazeta Prawna”, w Polsce, która jest europejskim liderem pod względem stosowania czasowego zatrudnienia, najczęściej polega to na zastępowaniu umów o pracę kontraktami cywilnoprawnymi lub samozatrudnieniem.

Ta niestałość zatrudnienia zyskuje jednak w ostatnich latach kolejny odcień. Nie chodzi już tylko o to, aby firma była jak najluźniej związana z kimś, kto dla niej wykonuje zadania. Idealny pracownik to taki, który wykonuje obowiązki tylko wtedy, gdy zatrudniający tego potrzebuje. Sposobów jest wiele – firma może skorzystać z usług agencji pracy tymczasowej i „wypożyczać” pracowników niezbędnych w danej chwili. Może stosować elastyczny czas pracy, czyli coraz powszechniejsze rozwiązania umożliwiające dostosowanie godzin wykonywania obowiązków do potrzeb firmy. Niedawno wprowadzoną metodą jest tzw. umowa zero godzin (0 hours contract). Zatrudnionych na jej podstawie wzywa się do pracy tylko wtedy, gdy firma ich potrzebuje i płaci im się tylko za przepracowany czas. To forma zatrudnienia stosowana jest w niektórych krajach zachodnioeuropejskich, ale pierwsze przypadki jej wykorzystywania odnotowano już także w Polsce. Polega ono na tym, że obie strony nie ustalają wymiaru czasu pracy, przez jaki dana osoba ma wykonywać obowiązki. Podwładni zobowiązują się być do dyspozycji firmy i świadczyć pracę w razie zgłoszenia takiej potrzeby przez pracodawcę.

Taki rodzaj kontraktu stał się szczególnie popularny w Wielkiej Brytanii w okresie ostatniego kryzysu ekonomicznego. Z danych brytyjskiego urzędu statystycznego (ONS) wynika, że na koniec 2014 r. w takiej formie zatrudnionych było 700 tys. osób. W niektórych branżach (np. gastronomii i hotelarstwie, ochronie zdrowia, edukacji) tacy pracownicy stanowili bądź stanowią już ponad 10 proc. wszystkich zatrudnionych, a w niektórych firmach – nawet 90 proc. ogółu załogi (np. w McDonald’s i Sports Direct). Wzmaga się jednak krytyka takiego zatrudnienia. Podnoszony jest przede wszystkim zarzut, że jest to rozwiązanie asocjalne. Wiele firm ze względów wizerunkowych deklaruje, że nie stosuje takich umów.

Ta szczególna asocjalność przejawia się przede wszystkim w tym, że zatrudnionym na podstawie kontraktu zero godzin nie przysługuje choćby minimalna gwarancja zarobków. Jeśli szef nie zleci pracy przed dłuższy okres, pracownik – który musi przecież pozostawać w jego dyspozycji – nie otrzyma wynagrodzenia (zdarza się też, że firmy – wbrew przepisom – nie płacą takim osobom wynagrodzenia za czas urlopu). To oznacza ogromne ryzyko dla podwładnego i sprawia mu szereg problemów w życiu codziennym.

Jednocześnie możliwość stosowania takich umów wpływa na cały rynek pracy. Brytyjskie związki zawodowe, które przeciwstawiają się kontraktom zero godzin, podkreślają, że firmy wykorzystują prawo do wprowadzenia takich kontraktów jako formę presji na zatrudnionych (grożą ich stosowaniem, jeśli pracownicy nie ograniczą swoich żądań odnośnie np. wynagrodzenia lub warunków pracy).

A jak jest w Polsce? „Taka forma wykonywania obowiązków nie jest możliwa na podstawie umowy o pracę. Zatrudniający musi bowiem wskazać wymiar godzin, które podwładny ma przepracować, oraz przedstawić mu harmonogram pracy” – tłumaczy prof. Arkadiusz Sobczyk z Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jeśli zatrudniony nie wypracuje umówionego wymiaru, trzeba mu wypłacić wynagrodzenie przestojowe. W praktyce jednak firmy próbują obchodzić prawo. Przypadki pracy na wezwanie się zdarzają – ujawnił je m.in. Okręgowy Inspektorat Pracy w Katowicach.

Polscy pracodawcy stosują np. umowy na część etatu. W praktyce zlecają następnie pracę w większym wymiarze, więc – w zależności od potrzeb firmy – zatrudnieni dłużej wykonują obowiązki. Innym sposobem jest bardzo rozpowszechnione podpisanie umowy cywilnoprawnej zamiast tej o pracę. W tym przypadku nie jest konieczne wskazywanie czasu, jaki musi przepracować zatrudniony (nie obowiązują go też dobowe i tygodniowe normy czasu pracy i odpoczynku). „Jednak i w takiej sytuacji praca na telefon budzi wątpliwości. Firma musi liczyć się z zarzutem, że jej działania są niezgodne z zasadami współżycia społecznego lub z samą naturą stosunku cywilnoprawnego. Swoboda umów nie jest przecież nieograniczona” – zauważa prof. Pisarczyk z Uniwersytetu Warszawskiego. „Jednocześnie pozostawanie w dyspozycji pracodawcy – czyli podporządkowanie jego decyzjom – sugeruje, że w takim przypadku mamy do czynienia ze stosunkiem pracy, a nie cywilnoprawnym”.

Inną metodą na sięganie po pracownika w razie potrzeb jest elastyczny czas pracy. Pod tym szeroko rozumianym pojęciem kryją się różne systemy organizowania godzin wykonywania obowiązków. Jest więc np. system przerywanego czasu pracy albo pracy weekendowej (w ramach której obowiązki świadczy się tylko w piątki, soboty, niedziele i święta). Teoretycznie rozwiązania te mają służyć firmom i zatrudnionym. Te pierwsze mają swobodniej organizować pracę (nie tylko w ramach sztywnych dniówek), a ci drudzy – łatwiej godzić obowiązki zawodowe z rodzinnymi. W praktyce równowaga nie jest zachowana. Elastyczne rozwiązania mogą bowiem stać się sposobem na dopasowanie czasu pracy do potrzeb firmy kosztem zatrudnionego.

Za umożliwieniem zatrudniania w Polsce na zasadach zbliżonych do umów zero godzin opowiadali się pracodawcy. W 2012 r. proponowali wprowadzenie do kodeksu pracy umowy o pracę dorywczą, zgodnie z którą zatrudniony zobowiązywałby się do wykonywania obowiązków przez określony czas każdego miesiąca (maksymalnie 5 dni, za wynagrodzeniem nie wyższym niż połowa płacy minimalnej). Takie propozycje na forum senackiej Komisji Rodziny i Polityki Społecznej przedstawiła wówczas Konfederacja Lewiatan. Postulaty te nie zyskały jednak aprobaty związków zawodowych i rządu.

Europejskie enklawy biedy

Europejskie enklawy biedy

Jak wynika z danych Eurostatu, w ubiegłym roku jeden na czterech mieszkańców Unii Europejskiej był zagrożony ubóstwem lub wykluczeniem społecznym. W złej sytuacji było122 mln osób, czyli 24,4 proc. populacji UE. W Polsce problem ubóstwa dotyczy 24,7 proc. mieszkańców.

Dane zgromadzone przez Eurostat pokazują, że problem ubóstwa na terenie Unii Europejskiej jest coraz większy. Od 2008 roku liczba osób zagrożonych ubóstwem wzrosła ze 116, 57 mln do 121,86 mln. Oznacza to, że w 2014 r. prawie co czwarty mieszkaniec UE (24,4 proc. populacji) żył w biedzie.

Najbardziej zagrożeni ubóstwem lub wykluczeniem społecznym są mieszkańcy Rumunii, gdzie odsetek biednych sytuuje się na poziomie 40,2 proc. Zła sytuacja materialna dotknęła również 40,1 proc. Bułgarów oraz Greków (36 proc. populacji). Na przeciwnym krańcu skali znalazły się Czechy (14,8 proc. populacji ), Szwecja (16,9 proc.), Holandia (17,1 proc.), Finlandia (17,3 proc.) i Dania (17,8 proc.), czyli kraje z najniższym udziałem osób zagrożonych ubóstwem lub wykluczeniem społecznym.
Polska w tym zestawieniu znajduje się w środku stawki, ze wskaźnikiem ubóstwa na poziomie zbliżonym do średniej unijnej. W 2014 r. zagrożonych biedą lub wykluczeniem było w naszym kraju 24,7 proc., czyli 9,34 mln mieszkańców.

Wśród państw członkowskich, dla których dostępne są dane, wskaźnik zagrożenia ubóstwem lub wykluczeniem społecznym wzrósł od 2008 do 2014 roku w czternastu państwach. Największy wzrost biedy (o 7,9 punktu procentowego) odnotowano w Grecji. W 2008 roku ubóstwo groziło 28,1 proc. populacji Greków, natomiast w 2014 r. odsetek ten wynosił 36,0 proc. Kolejne państwa, w których sytuacja mieszkańców uległa pogorszeniu od 2008 r., to Hiszpania (4,7 pp), Cypr (4,1 pp), Malta (3,7 pp), Węgry (2,9 pp) i Włochy (2,8 pp).

Statystyczny biedak według Eurostatu to osoba spełniająca przynajmniej jeden z trzech warunków: żyją na granicy ubóstwa (już po uwzględnieniu wsparcia socjalnego), mają bardzo trudną sytuację materialną, przez co nie mogą zaspokoić istotnych potrzeb, takich jak opłacenie rachunków czy ogrzewanie mieszkania, lub bytują w gospodarstwach domowych o wyjątkowo niskiej intensywności pracy.

W różnych państwach ustawowy próg ubóstwa ustalony jest na odmiennych poziomach. W ubiegłym roku (według Eurostatu) w Polsce granicą ubóstwa dla gospodarstwa jednoosobowego był roczny dochód na poziomie 13 tys. 439 zł, a dla gospodarstwa domowego złożonego z dwóch dorosłych osób i dwojga dzieci do lat 14 – 28 tys. 223 zł rocznie.

Przykład idzie z góry?

Przykład idzie z góry?

Gdy lokalni przedsiębiorcy z Crickhowell w Walii dowiedzieli się, w jaki sposób największe firmy unikają płacenia podatków w Wielkiej Brytanii, najpierw się zdenerwowali, a potem zrobili to samo. Od niedawna sklepy i firmy stosują takie same sztuczki, co Starbucks czy Google. Lokalni przedsiębiorcy chętnie dzielą się swymi doświadczeniami z firmami z innych miast, bo chcą w ten sposób zmusić rząd, aby zamknął wreszcie luki prawne i uszczelnił system podatkowy tak, by największe firmy nie mogły już unikać obciążeń, spoczywających na małych biznesach.

Jak informuje portal polishexpress.co.uk, podatkowy bunt objął już m.in. wędzarnię łososi, lokalną kawiarnię, księgarnię, zakład optyczny i piekarnię, i wciąż się rozprzestrzenia. Ludzie z Crickhowell wściekają się, gdy słyszą, że na przykład Amazon zapłacił tylko 11,9 mln funtów podatku za 2014 rok, przy obrotach sięgających 5,3 mld funtów. Złoszczą się tym bardziej, że unikające podatków firmy pchają się także do ich miasta, co grozi upadkiem małych sklepów i firm. Ostatnio lokalna społeczność z trudem obroniła się przed planami ulokowania w centrum miasteczka marketu jednej z dużych sieci. Wypowiadając się w materiale nakręconym niedawno przez BBC, lokalni przedsiębiorcy opowiadali, jak ciężko im konkurować choćby z Cafe Nero, która od 2008 roku nie płaci w Wielkiej Brytanii podatku dochodowego od osób prawnych, choć wykazuje przychody rzędu 1,2 mld funtów.

Crickhowell liczy niecałe 2,8 tys. mieszkańców i jest popularne wśród turystów dzięki swemu urokliwemu położeniu stóp gór i w pobliżu parku narodowego Brecon Beacons. „Byliśmy zszokowani odkryciem, że przychody uzyskane dzięki ciężko pracującym Brytyjczykom nie są opodatkowane. Chcemy płacić nasze podatki, ponieważ wszyscy korzystają z lokalnych szkół i szpitali, ale chcemy też zmiany prawa tak, by każdy płacił to, co powinien” – mówi Jo Carthew, właściciel lokalnej wędzarni. „Skoro rząd się do tego nie kwapi, musimy na razie skorzystać ze sztuczek dużych firm”.