Polska Rzeczpospolita Skolonizowana

Jesień 2015 |

Polacy mają skłonność do uważania własnych dziejów za zupełnie wyjątkowe. Właściwie nic dziwnego – każdy odbiera swoją historię jako coś szczególnego. W sytuacji przykrych doświadczeń sądzimy, że świat sprzysiągł się właśnie przeciw nam, a do naszych sukcesów przykładamy często zbyt dużą miarę. Jedną z metod poradzenia sobie z trudną przeszłością jest przyjrzenie się losom innych, którzy przeszli podobnie ciężką drogę. Ma to znaczenie terapeutyczne („jednak nie tylko ja dostaję po głowie”), ale także edukacyjne – pozwala wyciągnąć naukę na przyszłość. Wydaje się, że ostatnie 25 lat wymaga właśnie takiego przepracowania przez Polaków – był to okres reform bardzo dotkliwych społecznie i czas olbrzymiego napływu kapitału zagranicznego, który sprawił, że wielu z nas ma wątpliwości, czy mieszka jeszcze we własnym kraju.

Kupujemy w zagranicznych hipermarketach, trzymamy pieniądze w zagranicznych bankach, dzwonimy przez zagraniczną sieć komórkową. Nawet jeśli niektórzy powątpiewają, czy taki stan można nazwać neokolonializmem, to bez wątpienia jesteśmy w bardzo dużym stopniu zależni od kapitału zagranicznego. Jednak gdy spojrzymy na najnowszą historię gospodarczą, przekonamy się, że nasz los nie jest niczym wyjątkowym. Wręcz przeciwnie, polskie podporządkowanie globalnym podmiotom gospodarczym jest typowe dla państw, które transformowały gospodarki w latach 80. lub 90. Nie tylko my mieliśmy swoją terapię szokową, nie tylko u nas gościł Jeffrey Sachs i nie tylko w naszym kraju zagraniczne instytucje finansowe sprywatyzowały publiczne składki emerytalne. Wiele podobnych przykładów znajdziemy w Ameryce Południowej czy Afryce. I zamiast po raz kolejny dumać nad tym, kiedy w końcu dogonimy Niemców czy Francuzów, spróbujmy znaleźć w sobie poczucie wspólnoty losów z Boliwijczykami czy mieszkańcami Burundi. Taka terapia może wyjść nam na zdrowie bardziej niż kolejne zachwyty nad tym, jacy to już jesteśmy europejscy.

Zależność w teorii

Zgodnie z koncepcją Immanuela Wallersteina państwa będące uczestnikami międzynarodowej wymiany gospodarczej tworzą wspólnie jeden system-świat, w ramach którego zachodzą między nimi relacje gospodarcze, konkurencja oraz wzajemne wpływy przejawiające się na różne sposoby. Nie istnieją obecnie kraje, które zupełnie nie uczestniczyłyby w wymianie – nawet najbardziej zamknięta gospodarka Korei Północnej bierze udział, oczywiście w mocno ograniczony sposób, w handlu chociażby z Chinami, jest więc częścią systemu-świata, tak jak wszystkie współczesne państwa. Na każdego z uczestników wymiany wpływają działania innych – w mniejszym lub większym stopniu, pośrednio lub bezpośrednio, czasem nawet w sposób znikomy, prawie niedostrzegalny, ale jednak żaden kraj nie jest w stanie uodpornić się na wpływ gospodarczych zawirowań międzynarodowych. Nawet Korea Północna dostanie rykoszetem, jeśli np. światowe spowolnienie gospodarcze odbije się na jej relacjach handlowych z Chinami.

Siła państwa w ramach tak zintegrowanego systemu wynika więc nie tylko ze zdolności do kształtowania porządku wewnętrznego, ale także z umiejętności kreowania skutecznej strategii w relacjach zewnętrznych. Jasne jest, że państwa silniejsze gospodarczo mają przewagę, którą chcą wykorzystać. Nie oznacza to jednak, że narody słabsze ekonomicznie są skazane na porażkę – bardzo wiele zależy od skuteczności ich polityki, choć na starcie są na gorszej pozycji.

Bogate gospodarki usiłują kształtować globalną wymianę w taki sposób, by otwierać handel na te obszary produkcji, w których są mocne, a zamykać na te, w których boją się konkurencji ze strony słabszych uczestników. Właśnie dlatego w bogatym świecie tak silnie chroniony jest sektor rolniczy. Silne ekonomicznie wspólnoty dążą również do liberalizacji rynków surowców zużywanych w dużej ilości oraz tych o niezbyt dużych zasobach, dzięki czemu mogą zapewnić sobie bardziej stabilne dostawy i niższe ceny. Natomiast rynki tych surowców, których mają sporo, wolą pozostawić uregulowane, by móc w większym stopniu kontrolować ceny oraz wykorzystywać przewagę negocjacyjną. Doskonałym tego przykładem są okresowe spory między UE a Rosją, dotyczące liberalizacji unijnego rynku gazu. Rosji są one nie w smak, gdyż pozycja Gazpromu siłą rzeczy wtedy osłabnie, za to UE właśnie do tego stanu dąży, ponieważ chce zyskać bardziej zróżnicowane, stabilne i tańsze dostawy. Państwa zamożne pragną również otwierania międzynarodowych granic na przepływy kapitałowe, wiedzą bowiem, że mają przewagę, a ich rodzime podmioty będą mogły swobodnie inwestować tam, gdzie można maksymalizować zyski. Słabszym gospodarkom uwalnianie przepływów kapitałowych może nie być na rękę – co prawda napływ zagranicznych zasobów finansowych w krótkim czasie na pewno spowoduje ich wzrost, jednak może także zdusić krajową konkurencję oraz zdestabilizować sytuację, gdyż kierunki ich obrotu odwracane są często i z różnych powodów. W interesie mniej rozwiniętych gospodarek jest więc wolniejsze i bardziej rozważne otwieranie się na przepływy kapitału.

Jak widać, interesy silnych i słabych gospodarek w ramach systemu-świata są często zupełnie różne, żeby nie powiedzieć przeciwstawne. Państwa mniej rozwinięte mogą się jednak tej liberalizacji rynków opierać. Właśnie dlatego tak ważnym narzędziem w rękach najbogatszej części świata jest uniwersalizm, czyli tworzenie zbioru zasad, które niby są dobre dla wszystkich i powinny obowiązywać na całym świecie. Do upowszechniania tych zasad i przekonywania słabszych, że są one również w ich interesie, państwa silne ekonomicznie wykorzystują wpływy i pozycję w organizacjach międzynarodowych, ośrodkach naukowych i intelektualnych oraz w mediach. Dzięki temu rzekomo uniwersalne zasady, wykreowane przez najbogatszą część świata, zostają powszechnie uznane za naukowo potwierdzone, a osoby, które się im sprzeciwiają, są nazywane ignorantami lub szaleńcami. Oczywiście zamożna część świata nie dąży do uniwersalizacji wszystkich obszarów życia – np. utworzenie jednej powszechnej religii do niczego nie jest jej potrzebne. Uniwersalne zasady, których powinno przestrzegać każde cywilizowane państwo i z którymi powinien się zgadzać każdy światły i wykształcony człowiek, dotyczą głównie tych zagadnień, na których najbardziej zależy krajom zamożnym – czyli gospodarki.

W celu ich ustalenia został stworzony tzw. Konsensus Waszyngtoński, mający być zbiorem reguł dobrego zarządzania gospodarką. Zdecydowana większość ekonomicznych ekspertów zgadza się z nim niemal całkowicie. Zasady te, dzięki wytrwałym staraniom lobbystów rozwiniętego świata, weszły do światowego dyskursu jako oczywiste i „mówią nimi” już nawet szeregowi pracownicy mediów czy początkujący pracownicy naukowi na uczelniach na całym świecie. Wśród najważniejszych z nich można wymienić liberalizację handlu, likwidację krajowych ograniczeń dla zagranicznych inwestycji bezpośrednich, liberalizację przepływów kapitałowych i rynków finansowych, prywatyzację przedsiębiorstw państwowych, gwarancję praw własności, wprowadzenie wymiennej waluty i utrzymania jej stabilnego kursu, prowadzenie zdyscyplinowanej polityki budżetowej, obniżenie podatków oraz wydatkowanie środków publicznych na dziedziny, które gwarantują wysoką efektywność i rentowność. Jak widać, niemal wszystkie postulaty są zgodne z interesami podmiotów wymiany międzynarodowej dysponujących przewagą kapitałową.

Oczywiście, niektóre z nich są pożyteczne same w sobie – np. nikt przy zdrowych zmysłach nie zakłada dziś, że da się zbudować sukces gospodarczy bez gwarancji praw własności. Dobrze też jest trzymać politykę budżetową w ryzach, choć oczywiście zdarzają się przypadki, gdy trzeba je poluzować. Jednak wprowadzanie takich zasad zawsze i wszędzie, w dodatku w pakiecie, przyniesie korzyść głównie podmiotom silnym gospodarczo. Dla nich liberalizacja rynku jest z reguły korzystna, bo otwiera nowe pola działalności, na których są w stanie uporać się z konkurencją za pomocą swoich licznych przewag.

Instytucjonalną formą opisanego modelu są organizacje, które owe zasady wdrażają. Najważniejszą z nich jest Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Uznał on Konsensus Waszyngtoński za zbiór własnych recept przepisywanych każdemu. Inne z tych organizacji to Bank Światowy oraz Światowa Organizacja Handlu. Zamożne kraje, wyposażone w silne podmioty gospodarcze zdolne konkurować na międzynarodowych rynkach, posiadające zbiór ogólnych zasad oraz instytucje dbające o to, by je wprowadzać, miały otwartą drogę do gospodarczej kontroli nad słabiej rozwiniętymi rejonami świata, dzięki czemu zapewniły sobie większe możliwości generowania zysków. Według Noama Chomsky’ego odbywa się to zazwyczaj w podobny sposób. Bazą dla tych działań jest elita kraju rozwijającego się. Jej wiedza ekonomiczna jest mierna, a przez to są oni podatni na przekaz podawany w formie naukowej oczywistości. Dodatkowym atutem jest w tej sytuacji chęć zdobywania osobistych korzyści. Następny krok to otwarcie rynku wewnętrznego dla importowanych produktów, które mają taką przewagę jakościową, że dość szybko go podbijają. Cierpią na tym lokalne przedsiębiorstwa, zarówno prywatne, jak i państwowe, więc albo bankrutują, albo zostają kupione po zaniżonej cenie jako aktywa rzekomo mało wartościowe i mało perspektywiczne. Następnym etapem jest budowanie zagranicznej struktury usługowej, handlowej i infrastrukturalnej poprzez dominację kapitału zagranicznego w najbardziej dochodowych branżach oraz naturalnych monopolach – telekomunikacji, handlu wielkopowierzchniowym czy energetyce. Ukoronowaniem procesu jest zdominowanie sektora bankowego, co pozwala na prowadzenie polityki kredytowej zgodnie z interesem centrali. W końcu kształtuje się gospodarka dualna, w której najbardziej dochodowe przedsiębiorstwa znajdują się w rękach zagranicznych, natomiast w krajowych pozostają głównie mały i średni biznes oraz produkcja rolna.

Zależność w praktyce

Tworzenie zależności gospodarczej dzięki umiejętnemu kształtowaniu wymiany sięga jeszcze czasów, gdy tradycyjna kolonizacja miała się znakomicie. Doskonałym przykładem są relacje pomiędzy Europą a zachodem Afryki od XVI do XIX wieku. W tym czasie rozwijała się regularna kolonizacja Ameryk, powstał więc ogromny popyt na niewolników, potrzebnych do pracy na plantacjach. Rezerwuarem siły roboczej stała się zachodnia Afryka, gdyż tamtejsze państwa wciąż wykorzystywały ich do różnych prac. Niewolników pozyskiwano głównie dzięki toczonym tam wojnom. Europejczycy zaczęli więc nie tylko ich kupować, lecz także masowo sprzedawać broń kontrahentom, by ci mogli skuteczniej toczyć wojny. Upiekli przy tym dwie pieczenie na jednym ogniu – zapewnili sobie popyt na produkowaną broń oraz podaż kupowanych niewolników. Takie ukształtowanie wymiany momentalnie wpłynęło na charakter polityki, społeczeństwa i kultury słabszej strony. W zachodniej Afryce powstały całe państwa wyspecjalizowane w handlu niewolnikami i na nim oparte. Najsłynniejszym z nich było Królestwo Kongo, a oprócz niego np. Oyo (dzisiejsza Nigeria) czy Asante (Ghana). Symbolem upadku kultury zachodnioafrykańskiej pod wpływem europejskich handlowców było przekształcenie się słynnej wyroczni Arochukwu w Nigerii w „pułapkę na wiernych”, którzy w dobrej wierze przybywali do niej po radę, a kończyli na statkach płynących do Ameryki.

Innym przykładem jest traktat handlowy podpisany w 1858 r. w Tiencinie, dzięki któremu mocarstwa europejskie podporządkowały sobie handlowo Chiny po wojnach opiumowych. Zobowiązały one Chiny do eksportu po niskich cenach dóbr kupowanych przez Europejczyków oraz do otwarcia swojego rynku na import opium. Nie tylko bardzo osłabiło to gospodarczo Państwo Środka, lecz także wpędziło miliony jego mieszkańców w uzależnienie od opiatów. Kolejny, nowszy przykład kształtowania relacji wymiany przez silnych pochodzi już z naszych czasów. Podczas negocjacji handlowych zwanych Rundą Urugwajską (lata 80. i 90. XX wieku) dyskutowano kwestię otwarcia rynków usług. W ich efekcie otwarto głównie rynki tych usług, które były eksportowane przez kraje wysoko rozwinięte (finanse, informatyka), a np. usługi żeglugowe czy budowlane, w których kraje biedniejsze mogłyby „powalczyć”, nie zostały objęte porozumieniem. Negocjatorzy z USA przechwalali się potem korzyściami, jakie zdobył ich kraj, ale Afryka Subsaharyjska, jak wyliczył Bank Światowy, straciła na tym porozumieniu 2 procent PKB.

Równie źle jak handlowanie z dużo bogatszymi od siebie kończy się dla krajów uboższych wdrażanie „uniwersalnych” zasad upowszechnianych przez państwa zamożne oraz ich lobbystów, takich jak MFW. I to nawet wtedy, gdy nie są one wdrażane stricte w interesie współczesnych kolonizatorów – po prostu rozwiązania kształtowane z myślą o interesie wysoko rozwiniętych państw z reguły nie sprawdzają się w ubogich i zapóźnionych. Oczywiście nie psuje to samopoczucia międzynarodowym ekspertom, którzy wciąż serwują standardową waszyngtońską recepturę. W Maroku nieźle zaczęła się rozwijać hodowla drobiu. Państwowa spółka dostarczała przedsiębiorcom 7-dniowe pisklęta, a więc brała na siebie ryzyko wysokiej śmiertelności kurczaków w pierwszych dniach życia. MFW stwierdziło kategorycznie, że państwo nie jest od hodowli drobiu, w związku z czym Maroko zaprzestało tej działalności. Na zwolnione miejsce weszła firma prywatna, jednak ryzyko śmiertelności kurcząt było dla niej zbyt wysokie i dość szybko wycofała się z biznesu. Kolejnych prywatnych chętnych hodowców już nie było, więc obiecująca gałąź gospodarki upadła. Kenia tymczasem, zgodnie z „sugestią” MFW, zliberalizowała raczkujący sektor bankowy, co miało doprowadzić do większej konkurencji. Stało się zupełnie inaczej – przez sektor pozbawiony nadzoru przetoczyła się fala bankructw (w latach 1993–1994 upadło aż 14 banków), co konkurencję jeszcze zdławiło. Niespecjalnie tym zrażeni eksperci MFW zaczęli forsować liberalizację sektora finansowego w Etiopii. Tamtejszy rząd na czele z Melesem Zenawim, znając efekty takiej liberalizacji w Kenii, nie zgodził się na podobny ruch. MFW, widząc, że Etiopczycy nie chcą grzecznie wprowadzać wszystkich jego pomysłów, odciął Etiopię od finansowania. Dopiero interwencja grupy zachodnich ekonomistów, którzy poparli w tym sporze Etiopię, spowodowała, że Fundusz zmienił zdanie.

Oczywiście, większość działań wprowadzających wolnorynkowy uniwersalizm w mniej rozwiniętych rejonach świata jest nakierowanych głównie na zdobywanie nad nimi kontroli gospodarczej, a następnie maksymalizowanie zysków. Argumenty za prywatyzacją, mówiące, że prywatne podmioty gospodarują lepiej niż państwowe, to często zwykła zasłona dymna mająca ukryć zakusy bogatych na lokalny rynek. Wybrzeże Kości Słoniowej zgodnie z podpowiedziami MFW sprywatyzowało państwowego operatora telekomunikacyjnego w taki sposób, że… sprzedało go France Telecom, państwowemu operatorowi z Francji. Ten na raczkującym rynku szybko zdobył pozycję monopolisty i znacznie podwyższył ceny, co skończyło się m.in. w taki sposób, że studenci na uniwersytetach przestali korzystać z Internetu. Notabene rząd francuski miał czynny udział w wykluczaniu amerykańskiej konkurencji z tamtego rynku – jak widać współczesna kolonizacja to nie tylko walka z krajowymi podmiotami, lecz także zacięta rywalizacja między kolonizatorami.

Prawdziwe eldorado zachodnie firmy miały po prywatyzacji systemu emerytalnego w Chile. W latach 1981–2008 AFP (tamtejsze OFE) pobrały w formie opłat, bagatela, 1/3 wszystkich składek, jakie do nich wpłynęły, co oznacza, że tylko na tym ruchu zarobiły 20 mld dolarów. Oprócz tego niemal połowa pozostałych składek była inwestowana w wielkie korporacje działające na terenie Chile, a kolejne kilkanaście procent – za granicą, w czołowe instytucje finansowe. Sami Chilijczycy mieli z tego niewiele – w 2010 r. aż 1/3 emerytów musiała pobierać dodatkowe świadczenia od państwa, gdyż AFP nie zdołały odłożyć im środków wystarczających przynajmniej na minimalną emeryturę. Doskonałym przykładem symbiozy między działającymi na danym rynku zachodnimi firmami była historia liberalizacji sektora bankowego w Argentynie. Został on przejęty przez zagraniczny kapitał, który następnie zupełnie nie miał ochoty pożyczać pieniędzy lokalnym firmom, kredytując głównie międzynarodowe korporacje działające na tamtejszym rynku. Sektor małych i średnich przedsiębiorstw został odcięty od kapitału i wpadł w tarapaty.

Doskonałym przykładem gospodarczej kolonizacji, skupiającym w sobie niemal wszystkie omawiane zjawiska, jest Boliwia. Ten niewielki kraj Ameryki Południowej zmuszony był pod koniec lat 80. starać się o restrukturyzację długu w Klubie Paryskim, w zamian za co MFW zaserwował mu „terapię szokową” (co brzmi znajomo). Jednym z architektów tego planu był… dobrze znany w Polsce Jeffrey Sachs. Plan zakładał standardowy zestaw „uniwersalnych” postulatów: pełne otwarcie granic na import i wolny handel, nagłe zniesienie kontroli cen, zamrożenie płac oraz restrukturyzację państwowych firm z myślą o ich prywatyzacji. Według planów otwarcie na wolny handel miało stworzyć wiele nowych miejsc pracy dla bezrobotnych po restrukturyzacjach krajowych firm – a skończyło się 30-procentowym bezrobociem. Zamrożenie płac przy jednoczesnym uwolnieniu cen skutkowało drastycznym spadkiem siły nabywczej, która w pewnym momencie obniżyła się aż o 70 proc., po dwóch latach wciąż była niższa o 40 proc., a w XXI wieku wciąż nie odzyskała dawnego poziomu. Inflacja, która miała zostać błyskawicznie zlikwidowana, spadła poniżej 10 procent dopiero pod dwóch latach. Te wszystkie zjawiska doprowadziły do ogromnych niepokojów społecznych oraz demonstracji tłumionych za pomocą gazu łzawiącego i strzelania do protestujących. Zgodnie z planem przystąpiono także do prywatyzacji – po sprzedaży sieci wodociągów amerykańskiej spółce Bechtel ceny skoczyły trzykrotnie, co skończyło się kolejnymi rozruchami i renacjonalizacją. Do zmonopolizowania wydobycia gazu przez amerykańskie korporacje już nie doszło, ale tylko dlatego, że wcześniej wybuchły protesty. Zgodnie z radami Banku Światowego sprywatyzowano także system emerytalny, co w efekcie generowało co roku ogromny dług publiczny – 90 proc. corocznego deficytu budżetowego było spowodowane ubytkiem składek, przy ciągłej konieczności wypłacania emerytur według starego systemu. Głównymi beneficjentami „nowego systemu” były dwa zagraniczne banki, które nim zarządzały – hiszpański BBVA oraz szwajcarski Zurich Financial Services AG. Drastycznie negatywny wpływ prywatyzacji emerytur na państwowy budżet spowodował, że także ten pomysł został zarzucony i w 2010 r. lewicowy rząd Evo Moralesa doprowadził do renacjonalizacji emerytur. Jakby tego wszystkiego było mało, Boliwia zobaczyła również, co znaczy kształtowanie warunków wymiany zgodnie z interesem silniejszego. Kraj otworzył się na wolny handel, zmniejszając stawki importowe poniżej poziomu USA i dodatkowo współpracując ze Stanami Zjednoczonymi w likwidacji upraw koki. W odpowiedzi USA zamknęły rynek na niektóre produkty rolne, które Boliwijczycy zamierzali tam eksportować, np. cukier.

Podobnie sprawy miały się w Burundi, które również w latach 80. przeszło „restrukturyzację” pod dyktando wolnorynkowego uniwersalizmu. Krajobraz po tej reformie wyglądał niezwykle znajomo. W krajowych rękach zostały przede wszystkim niewielkie zakłady rzemieślnicze, natomiast większe (a wbrew pozorom były takie) trafiły w ręce zagraniczne. Identycznie wyglądał podział podmiotów handlowych – wszystkie większe sklepy czy supermarkety były własnością kapitału zagranicznego, natomiast rodzimi przedsiębiorcy dysponowali jedynie małymi sklepikami lub handlem bazarowym. W ręce zagraniczne trafiły najbardziej dochodowe i strategiczne branże – telekomunikację oraz dostawy internetu przejął, a jakże, France Telecom z cenami wyższymi nawet od tych we Francji. Również we francuskie ręce trafiła sieć elektryczna. Poza bankiem centralnym nie istniały rodzime banki – funkcjonowały za to filie zagranicznych, które nie tylko niechętnie kredytowały lokalnych przedsiębiorców, lecz także dyktowały mało korzystne warunki (uzyskanie kredytu bardzo ułatwiało np. posiadanie białego wspólnika). Utrwaliła się również niekorzystna struktura handlu zagranicznego – importowano gotowe wyroby, natomiast eksportowano produkty rolne, spożywcze i bawełnę. Nastąpiło także rozwieranie się nożyc między cenami produktów eksportowanych a importowanych – na niekorzyść tych pierwszych. Te niekorzystne warunki wymiany spowodowały oczywiście bardzo duży jak na możliwości Burundi deficyt na rachunku bieżącym (w 2004 r. było to 100 mln dolarów). Co więcej, importowane produkty przemysłowe były droższe niż w Europie, choć lokalna siła nabywcza była bez porównania niższa. Afrykanie byli także mocno poszkodowani w kwestiach płac – zatrudnieni w zagranicznych przedsiębiorstwach wysoko wykwalifikowani obywatele Burundi zarabiali nawet 30–40 razy mniej niż ich zagraniczni koledzy z pracy.

Skolonizowana Rzeczpospolita

Nasza transformacja przypadła na nieszczęśliwy okres reaganizmu-thatcheryzmu, który notabene trwa do dziś, jednak właśnie w latach 80. i 90. (wtedy już raczej w postaci clintonizmu-blairyzmu) miał swoje apogeum. Wolnorynkowa rewolucja znacznie ułatwiła silnym kapitałowo krajom zdobywanie kontroli nad państwami słabiej rozwiniętymi, tym bardziej jeśli przechodziły akurat spore kłopoty. Podobnie jak Boliwia musieliśmy negocjować spłatę kredytów z Klubem Paryskim (a także Londyńskim) i także do nas przyjechał Jeffrey Sachs, by stworzyć zręby planu, który miał być warunkiem otrzymania redukcji zadłużenia. Przy wdrażaniu planu nas również pilnował (oficjalnie: doradzał) Bank Światowy, który suflował wiele gotowych rozwiązań. Co więcej, przechodziliśmy problemy podobne do boliwijskich (wysoka inflacja) i w Polsce także miały one zostać rozwiązane bardzo szybko dzięki terapii szokowej, oczywiście w dużej mierze zgodnej z Konsensusem Waszyngtońskim. Trzeba też przyznać, że pierwszy warunek neokolonizacji według Chomsky’ego (istnienie w kolonizowanym kraju ignoranckich i niekompetentnych elit) został doskonale spełniony – mało kto z naszych decydentów rozumiał to, co proponował im Sachs.

Przygotowano Polsce dosyć typowy zestaw zaleceń, bez przejmowania się, czy jest on dostosowany do krajowych realiów i potrzeb. Program zawierał: otwarcie na wolny handel poprzez likwidację wszelkich pozwoleń na eksport i import oraz wprowadzenie dość niskiego podatku importowego (20 proc. wartości), zniesienie wszelkich dopłat dla przedsiębiorstw z budżetu państwa, likwidację preferencyjnych kredytów z banku centralnego, znaczne podniesienie oprocentowania kredytów (także tych już zaciągniętych) powyżej inflacji, likwidację kontroli cen przy jednoczesnym ograniczeniu wzrostu płac przez specjalny podatek od zbyt wysokich wynagrodzeń (tzw. popiwek), wprowadzenie wymienialności złotego przy jego silnej dewaluacji, a także – możliwie szybką prywatyzację. Była to więc polityka zupełnie oderwana od struktury polskiej gospodarki. Skoro wiedziano, że polskie przedsiębiorstwa nie są przystosowane do konkurencji rynkowej, gdyż przez lata funkcjonowały w zupełnie innym modelu gospodarczym, należało wprowadzić elementy protekcjonizmu w postaci substytucji importu, by dać im czas na dostosowanie. Tymczasem polską gospodarkę otwarto tak szeroko, że Polska zaczęła być nazywana „Hongkongiem Europy”. W obliczu słabości kapitałowej polskich firm należało uruchomić państwowy program nisko oprocentowanych kredytów, dzięki którym przedsiębiorstwa te mogłyby pozyskiwać fundusze na działalność. Drastycznie ograniczono jednak możliwości czerpania kapitału z tego źródła, zwiększając ponadto oprocentowanie pożyczek już zaciągniętych, a w efekcie przez nasz odcięty od finansowania sektor przedsiębiorstw przeszła fala bankructw. Dodatkowo, wiedząc o tym, że wartość większości polskich zakładów jest mocno niedoszacowana z powodu dewaluacji złotówki, należało odłożyć w czasie plany prywatyzacyjne i poczekać, aż sytuacja się unormuje. Tymczasem szybkie rozpoczęcie prywatyzacji było integralną częścią planu, w związku z czym wiele przedsiębiorstw sprzedano niemal za bezcen.

Efekty gospodarczo-społeczne polskiej terapii szokowej były zatrważające. PKB Polski w latach 1991–1992 spadł o ok. 25%, a realny spadek płac do roku 1993 wyniósł ok. 30%. O ile w roku 1989 poniżej minimum egzystencji żyło ok. 16% naszych rodaków, o tyle już w 1993 było ich ok. 40%. Roczna inflacja w roku 1990 wyniosła 600%, choć miała wynosić kilka, a wskaźnik jednocyfrowy udało się osiągnąć dopiero w 1999 r.

Jeśli polska transformacja była przeprowadzana w czyimś interesie, to na pewno nie był to interes polskiej gospodarki. Dowodzi tego długa lista firm, które upadły, choć wcale nie musiały. Warszawski zakład CEMI, produkujący układy scalone, diody i tranzystory, zatrudniał ok. 8 tysięcy pracowników i był największym tego typu przedsiębiorstwem w naszym rejonie Europy. Zbankrutował m.in. w wyniku nagłego zwiększenia wartości marży kredytu i dumpingowej konkurencji. Słynne Zakłady Radiowe im. Kasprzaka, produkujące wysokiej klasy magnetofony i zatrudniające 6 tysięcy pracowników, zbankrutowały z podobnych powodów, czym pociągnęły ze sobą na dno dwie współpracujące z nimi firmy, Muflex i Cemat. Upadła także kolejna fabryka magnetofonów, tym razem z Lubartowa – produkowała sprzęt odporny na wstrząsy, wykorzystywany m.in. przez wojsko. Kolejna słynna firma, czyli Zakłady Telewizyjne Elemis, również ucierpiała w wyniku wzrostu wartości kredytu, a także odcięcia od finansowania, pomimo perspektywy wielkiego kontraktu na 100 tysięcy odbiorników. Dobiła ją zagraniczna konkurencja ze strony Philipsa i Thompsona, którym… udzielono ulg podatkowych. Terapii szokowej nie wytrzymał również ZOPAN, produkujący aparaturę pomiarową, a także wiele innych firm, takich jak Telpod czy Fonica.

Wspomniane wyżej bankructwa były w interesie napływającego z zagranicy kapitału, któremu znikała konkurencja. Można ją było jeszcze ewentualnie rozbroić za pomocą „wrogiego przejęcia”. Sztandarowe przykłady takiego działania to poczynania Siemensa. Kupił on zakłady telefoniczne ZWUT, które wcześniej praktycznie zmonopolizowały produkcję i konserwację telefonów w Polsce i ZSRR i zatrudniały ok. 4000 pracowników. Niemcy wręczyli wypowiedzenia pracownikom, a następnie… zburzyli wszystkie budynki. Dokładnie taką samą strategię Siemens obrał w przypadku Zakładu Komputerowego Elwro z Wrocławia, tym razem jednak ocalał jeden budynek, w którym pozostawiono marginalną produkcję przewodów. Nie ostały się również Dzierżoniowskie Zakłady Radiowe pomimo wcześniejszych sporych inwestycji w linie produkcyjne. Po prywatyzacji zakłady te „odchudzono” o… 90%. Inną strategię przyjął szwedzko-szwajcarski koncern Asea Brown Boveri Ltd. W kolejnych kupowanych przez siebie firmach elektronicznych zamieniał produkcję gotowych wyrobów na wytwarzanie elementów do nich. Tak postąpił w przypadku warszawskiego Megatexu, wrocławskiego Dolmetu oraz łódzkiej Elty.

Te działania spowodowały, że w zaledwie 5 lat zupełnie rozbrojono polski przemysł. Zatrudnienie w zakładach wysokiej techniki spadło o 50%, czyli o ok. 200 tysięcy pracowników. Produkcja aparatury informatycznej zmalała o 26%, optycznej o 36,5%, maszyn i urządzeń energetycznych o 45%, a urządzeń elektronicznych aż o 66,5%. W porównaniu z 1989 rokiem w 1994 produkowaliśmy już tylko niecałe 7% tranzystorów, 0,6% (!) układów scalonych, 12% silników przemysłowych, 5% kombajnów zbożowych, 20% aparatury rozdzielczej i zabezpieczeniowej wysokiego i niskiego napięcia, 12% odbiorników radiowych oraz 6% żurawi i 25% suwnic. Drastycznie za to wzrósł import towarów z zagranicy. Jego udział w krajowej podaży sprzętu automatyki przemysłowej skoczył z 28,4% w 1991 r. do 74,1% w roku 1993. Ten sam wskaźnik dla maszyn przemysłu spożywczego wzrósł z 24,5 do 87,6%, dla narzędzi z 29,6 do 57,8%, dla obrabiarek z 40,3 do 71,4%, a dla maszyn i urządzeń elektroenergetycznych z zaledwie 9,3 do 41%.

Kolejnym polem, na którym podmioty zagraniczne podporządkowały sobie nadwiślańską gospodarkę, była tradycyjna prywatyzacja. Również ona została przeprowadzona zgodnie ze schematem opisanym przez Chomsky’ego, czyli po zdecydowanie niedoszacowanych cenach. Zakłady Papierowe w Kwidzynie były przedsiębiorstwem wyjątkowo nowoczesnym. Jeszcze pod koniec lat 70. za ok. 400 mln dolarów zakupiono sprzęt z Kanady, a drugie tyle warte było uzbrojenie ziemi i rozbudowanie infrastruktury. Tymczasem Amerykanie z International Paper Group w roku 1990 kupili 80% akcji za zaledwie 120 milionów dolarów. Co gorsza, suma zwolnień podatkowych, które w zamian za to uzyskali, wyniosła w sumie… 142 miliony dolarów. Inaczej mówiąc, dopłaciliśmy Amerykanom za to, że wzięli od nas całkiem nowoczesną fabrykę. Dwa lata później prezes International Paper chwalił się w amerykańskiej prasie, że takiej transakcji nie dałby rady zawrzeć pod żadną inną szerokością geograficzną na świecie. Największym skandalem prywatyzacyjnym była jednak prawdopodobnie sprzedaż Huty Warszawa. Choć wyceniano ją nawet na 3 miliardy dolarów, 51% jej akcji zostało sprzedanych włoskiemu Lucchini za… niecałe 34 miliony. Sam grunt do tej transakcji został wyceniony po cenie 38,5 tysiąca złotych za metr kwadratowy, choć ceny rynkowe ziemi w Warszawie wahały się w tamtym okresie między 320 a 900 tysięcy zł. Również inne polskie huty sprzedano za bardzo niskie kwoty. W 2003 roku 62% akcji Polskich Hut Stali, obejmujących 4 wielkie huty, zostało zakupionych przez Mittal Steel Company za 1,43 miliarda złotych, co stanowiło ledwie 48% zysku wypracowanego przez sprywatyzowaną grupę już w pierwszym roku po jej sprzedaży. Na tej transakcji raport NIK nie zostawił suchej nitki, stwierdzając w protokole pokontrolnym, że jej wartość została zaniżona o 2 miliardy złotych.

Następne etapy modelu opisanego przez Noama Chomsky’ego, czyli zdobycie kontroli nad najbardziej zyskownymi obszarami gospodarki oraz sektorem bankowym, zostały zrealizowane z podobną gorliwością. Jeszcze na początku 1993 r. tylko 10 banków należało do podmiotów zagranicznych, jednak dość szybko zmieniło się to przy czynnym współudziale polskich elit, które zupełnie nie doceniły wagi i wartości polskiego sektora bankowego. Wielkopolski Bank Kredytowy, obecnie BZ WBK, został sprzedany Europejskiemu Bankowi Odbudowy i Rozwoju, który miał zostać inwestorem strategicznym, jednak po niedługim czasie sprzedał wszystkie swoje akcje irlandzkiemu AIB z… sześciokrotnym przebiciem. To i tak lepiej niż Bank Śląski, którego dużą część sprzedano holenderskiemu ING, wyceniając jedną akcję na 500 tysięcy złotych. Tymczasem już po pierwszym notowaniu giełdowym cena ta wzrosła… 13,5-krotnie. Po tym skandalu do dymisji podał się minister finansów Marek Borowski, a NIK przeprowadziła kontrolę, w wyniku której dopatrzyła się znamion przestępstwa oraz wykazała zaniżenie kapitału banku przed prywatyzacją o ponad bilion starych złotych. Nie przeszkodziło to jednak Holendrom w zakupie kolejnych akcji, w związku z czym w 1996 r. w niezwykle oszczędny sposób stali się większościowym udziałowcem jednej z najzdrowszych i najbardziej nowoczesnych instytucji finansowych III RP. Zgodna polityka polskich decydentów i dysponentów zagranicznego kapitału skończyła się tak, że w 2011 r. zagranicznych banków już było ok. 60, a polskich zaledwie kilka.

W ręce zagraniczne oddano również polski sektor telekomunikacyjny, który prywatyzowano na takich zasadach, że nasi państwowi operatorzy trafiali w ręce… państwowych operatorów z innych krajów. Tak się stało zarówno z Telekomunikacją Polską, którą kupił, wspominany już przy okazji opisywania neokolonizacji Afryki, France Telecom, jak i z Polską Telefonią Cyfrową, która trafiła do niemieckiego T-Mobile. Natomiast w sektorze handlu wielkopowierzchniowego zagraniczny kapitał nie musiał nawet nic przejmować – wystarczyło, że wszedł na dziewiczy rynek i błyskawicznie zdobył pozycję dominującą. W 2011 r. istniały w Polsce 732 hipermarkety i dyskonty zagraniczne (a ich liczba od tamtego czasu znacznie wzrosła), z czego samo Tesco miało 370 sklepów.

Wisienką na torcie kolonizacji polskiej gospodarki była prywatyzacja systemu emerytalnego. Jednym z głównych warunków redukcji zadłużenia Polski w pierwszych latach transformacji było właśnie przeprowadzenie tej operacji, czego dopilnować miał Bank Światowy, wspierający proces oddłużenia. System OFE został więc de facto wprost polecony nam przez zagranicznych wierzycieli, którzy wcześniej kredytowali działalność władzy PRL. W pewnym momencie doszło nawet do tego, że gdy odpowiedzialny za reformę emerytalną minister pracy Leszek Miller nie wykazywał wystarczającego entuzjazmu wobec proponowanych zmian, został zastąpiony w wykonywaniu tego zadania przez ministra finansów Grzegorza Kołodkę, który do prywatyzacji emerytur aż się palił. Inaczej mówiąc, niechętny propozycjom Banku Światowego minister został zastąpiony innym, dużo bardziej przychylnym. Dodatkowo rozpętano wielką medialną akcję propagandową, która miała nie tylko skłonić Polaków do korzystania z usług OFE, lecz także zniechęcić ich do publicznego systemu. Do teraz przynosi to negatywny skutek w postaci nagminnego omijania płacenia składek przez naszych rodaków. Akcja ta była modelowym przykładem przedmiotowego potraktowania zarówno instytucji suwerennego państwa, jak i całego społeczeństwa. Zgodnie z planem w 1999 r. dokonano w naszym kraju częściowej prywatyzacji systemu emerytalnego poprzez oddanie części składki otwartym funduszom emerytalnym. Inaczej mówiąc, przekazaliśmy część publicznych pieniędzy prywatnym funduszom inwestycyjnym, by mogły nimi obracać na rynkach kapitałowych. Były to w zdecydowanej większości podmioty o kapitale zagranicznym – w 2013 r. wszystkie zagraniczne OFE miały w rękach niemal 80% rynku. Zarządzanie składkami emerytalnymi to wyjątkowo lukratywny biznes – w latach 1999–2013 z tytułu należnych im opłat OFE pobrały dla siebie 19 mld zł. Niestety, dla budżetu państwa i systemu ubezpieczeń społecznych był to silny cios – ilość środków w systemie emerytalnym wyraźnie spadła, a emerytury na starych zasadach wciąż należy wypłacać. W związku z tym w okresie 1999–2012 tylko z powodu wprowadzenia OFE dług publiczny wzrósł o 280 mld zł. Oznacza to, że połowa przyrostu długu publicznego w tym okresie była spowodowana wprowadzeniem tego systemu. Ogromny wyciek publicznych środków z systemu ubezpieczeń społecznych, który zaistniał w związku z wprowadzeniem OFE, oraz wcześniejsza akcja obrzydzania obywatelom ZUS spowodowały powstanie wielkiej dziury w systemie. Rządzący postanowili ją załatać, podnosząc wiek emerytalny. Rozwiązanie to wzbudziło wielki opór społeczny i ponad 2 mln obywateli podpisały się pod wnioskiem o referendum w tej sprawie, został on jednak odrzucony. Inaczej mówiąc, rząd wolał wyrzucić do kosza opinię 2 milionów Polaków, niż złamać słowo dane zagranicznym instytucjom finansowym i zlikwidować system OFE.

Z perspektywy czasu możemy już powiedzieć, że operacja neokolonizacji Polski się udała. Wśród 100 największych przedsiębiorstw działających w naszym kraju w 2011 r. zaledwie 17 było polskich. Udział polskiego kapitału w sektorze bankowym dopiero po zakupie Nordei przez PKO BP w drugiej połowie 2014 r. sięgnął około 40%, a więc kapitał zagraniczny posiada aż ok. 60% tego sektora – w krajach Zachodu nawet odwrotna relacja byłaby wystarczającym argumentem, żeby bić na alarm. Ta sytuacja na szczęście może się trochę zmienić na lepsze w obliczu planowanego kupna Alior Banku przez PZU. Przez podmioty zagraniczne zdominowane zostały także pozostałe najbardziej zyskowne branże, czyli telekomunikacja oraz masowy handel detaliczny. W sektorze telekomunikacyjnym kapitał zagraniczny ma ok. 70% udziałów w rynku. Jeśli chodzi o handel, to podmioty zagraniczne posiadają zaledwie 4% wszystkich sklepów, ale przy tym aż 28% całej powierzchni handlowej – różnica ta wynika z faktu, że zdominowały one sektor sklepów wielkopowierzchniowych, a ten odpowiada już w Polsce za ponad 50% całego handlu detalicznego. Dodatkowo po rozbrojeniu naszego rodzimego przemysłu staliśmy się nisko kosztową montownią dla zagranicznych przedsiębiorstw, co odbija się na płacach. Odsetek płac w PKB Polski wynosi ledwie 46%, przy średniej UE 56%. Oznacza to, że przewaga dochodów z kapitału nad dochodami z pracy jest w naszym kraju niemal najwyższa w UE.

Jak widać, czasy kolonialne nie odeszły wcale do lamusa i mają się znakomicie. Różnica jest taka, że obecnie kolonializm nie polega już na podboju militarnym, lecz na podporządkowaniu gospodarczym. Widać też wyraźnie, że zostaliśmy mu poddani w sposób dość typowy. Ktoś może powiedzieć, że przecież przez ostatnie 25 lat niemal nieustannie się rozwijaliśmy. I tu nie ma sprzeczności – współcześni kolonizatorzy nie niszczą kontrolowanych krajów, lecz je wyzyskują. Stabilny wyzysk musi iść w parze z jakimś rozwojem – w końcu zarobić można przede wszystkim na wartości dodanej, a tej służy osiąganie pewnego wzrostu. Jest to jednak wzrost mocno ograniczony rentą kolonialną oraz interesem światowych hegemonów dzierżących przewagę kapitałową, dla których niewygodny byłby zbyt wielki sukces gospodarczy kontrolowanych terytoriów, gdyż mogłyby wtedy wybić się na niezależność. Jeśli chcemy się w końcu naprawdę rozwijać na miarę naszych możliwości, musimy zrzucić z siebie ciężar gospodarczej zależności.

Piotr Wójcik

(ur. 1984) – stały współpracownik „Nowego Obywatela”. Redaktor portalu Jagielloński24.pl, członek Klubu Jagiellońskiego i zespołu redakcyjnego „Pressji”. Katolik i komunitarysta.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>