O nędzy pragmatyzmu i ślepym zaułku „przyszłości”. Spojrzenie z dystansu

Ostatnie wybory zaowocowały stanem bez precedensu we współczesnej Europie: w polskim parlamencie nie ma żadnej partii lewicowej1. Co więcej, na obie lewicowe listy (Zjednoczona Lewica i Razem) oddano zaledwie 11 proc. głosów, podczas gdy cztery lata wcześniej lewica (SLD i ruch Palikota) zyskała 18 proc. Polska scena polityczna została sformatowana przez liberalno-konserwatywny duopol PO-PiS, choć być może na biegunie liberalnym Platforma zostanie zastąpiona przez Nowoczesną. To zaskakujące dla kogoś, kto pamięta, że dziesięć lat temu liberalno-konserwatywna PO i konserwatywno-liberalny PiS wydawały się naturalnymi partnerami koalicyjnymi (tak, tak, były takie czasy!). Później jednak zaostrzający się spór między nimi spolaryzował polskie społeczeństwo – Platforma przesunęła się na pozycje integralnie liberalne (np. w sprawie in vitro), a partia Kaczyńskiego, wchłonąwszy elektorat LPR i Samoobrony, stała się narodowo-konserwatywną. Dla lewicy w tym układzie sił nie ma miejsca: Nowoczesna/Platforma przejmują jej elektorat liberalny kulturowo, PiS – elektorat socjalny.

Sytuacja ta nie wróży też dobrze perspektywom lewicy, skazując ją na rolę sekundanta w sporze głównych sił. Opór przeciw nielewicowym posunięciom nowych władz pchał będzie lewicowców pod komendę dominujących liberałów, przypieczętowując satelityzację lewicy. Akceptując to lewica polska nieuchronnie utraci własną tożsamość.

Oczywiście jakaś „lewica” będzie istnieć, powstaje jednak pytanie, jaka ona będzie, kto będzie używał tego sztandaru. Nad jej przyszłością pochylają się wszyscy: zarówno ci wierzący w jej rychłe wskrzeszenie, jak i stawiający na jej ostateczny zgon. Tymczasem przyszłości nie ma, to fantasmagoria, wróżenie z fusów i projekcje własnych marzeń. Zamiast tego pomówmy o przeszłości. To trudne, bo choć wszystko, co nas otacza, jest bezpośrednim skutkiem przeszłości, to jednak żyjemy w społeczeństwie „krótkiej pamięci”, w którym kolejne newsy i mody bez ustanku wymazują wcześniejsze. Dlatego nawet ludziom – teoretycznie – pamiętającym poprzednią dekadę trudno jest sobie uświadomić, że w 2001 r. Sojusz Lewicy Demokratycznej uzyskał poparcie 41 procent wyborców! Po wprowadzeniu Polski do Unii Europejskiej hegemonia lewicy wydawała się przypieczętowana na kolejne kadencje. Nikt nie spodziewał się katastrofalnego upadku, który niebawem nastąpił. I ten fenomen warto prześledzić.

Żadne zjawisko nie ma jednej przyczyny i również w przypadku zapaści polskiej lewicy możemy doszukać się wielu przyczyn. Spróbujmy uszeregować je od najgłębszych, obiektywnie zdeterminowanych, po doraźne, subiektywne, nawet przypadkowe. Po pierwsze, historia: w Polsce lewica zawsze była słaba, nigdy nie była ideowopolitycznym hegemonem, co wynikało tyleż z zacofania ekonomicznego kraju, co z indywidualistycznej i idealistycznej kultury politycznej Polaków (pomijam tu oczywiście PRL jako skutek ingerencji zewnętrznej). Lewicy w Polsce udawało się zyskiwać masowe poparcie tylko wtedy, gdy zgrywała swe działania z aspiracjami społeczeństwa: przykładami są walka niepodległościowa PPS, narodowy komunizm i „mała stabilizacja” w PRL.

I tu warto zwrócić uwagę, że typowy polski sympatyk lewicy nie ma najmniejszej ochoty na dostosowanie się, choćby taktyczne, do społeczeństwa, w którym żyje. On, ufny we wsparcie płynące z zewnątrz („wczoraj Moskwa, dziś Bruksela”, że zacytuję Kwaśniewskiego), chce dostosować społeczeństwo do siebie. Ustawia się w roli misjonarza cywilizującego zacofane peryferie, a gdy tubylcy uparcie obstają przy swoim – wtedy wojna. To jest właśnie przyczyna numer dwa porażek polskiej lewicy, tkwiąca w jej psychologii: autogettoizacja, samomarginalizacja. Mam wrażenie, że wielu lewicowców dobrze się czuje zamkniętych w ciasnym, ale przytulnym środowisku sobie podobnych, w poczuciu zgorzkniałej wyższości nad „ciemnogrodem”. To błędne koło: wyalienowana lewica przyciąga outsiderów i ekstrawagantów, outsiderzy i ekstrawaganci pogłębiają izolację lewicy. Jeśli ktoś przyłącza się do lewicy, to szuka światowości, egzotyki, a nie swojskości. Ale ludzie nie lubiący swego otoczenia, swego społeczeństwa, nie mogą oczekiwać, że to społeczeństwo polubi ich i poprze.

Przyczyna trzecia to zmiany strukturalne i demograficzne polskiego społeczeństwa w ostatnich dekadach: po bolesnych konwulsjach transformacji lat 90. większość społeczeństwa odnalazła swe miejsce w nowym systemie, a ci, którzy zostali trwale zmarginalizowani, przestali się liczyć. Rozpadły się wielkie grupy społeczne stanowiące naturalne zaplecze lewicy (wielkoprzemysłowa klasa robotnicza), a rozrosły nowe, lewicowości obce lub nawet wrogie (klasa średnia). No i, nie oszukujmy się, cokolwiek mówiliby krytycy transformacji, poziom dobrobytu w ostatnim ćwierćwieczu generalnie wzrósł. Wszystko to skutecznie erodowało sentyment po PRL. I wreszcie po piąte – to błędy taktyczne kierownictwa SLD, które najpierw po sekciarsku (a do tego zupełnie nieprofesjonalnie) wystawiło własną kandydatkę na prezydenta, a potem dla odmiany zawarło nonsensowny (z uwagi na arytmetykę wyborczą) sojusz ze zużytym Palikotem i różnymi planktonowcami2.

Przede wszystkim jednak chciałbym skoncentrować się na przyczynie numer cztery – błędach strategicznych lewicy. Oczywiście zalicza się tu lekceważenie własnego elektoratu, jego interesów i oczekiwań, w imię obłaskawiania wyborców – przede wszystkim elit – centrowych. Traktowane było to jako wymóg pragmatyzmu, w przekonaniu, że lewicowy wyborca i tak nie znajdzie alternatywy dla SLD. Jak to powiedziałby klasyk, „ciemny lud wszystko kupi”. W rezultacie rozgoryczony elektorat socjalny odpłynął najpierw do Samoobrony, potem – często – do PiS.

Zasadniczy wszakże błąd popełniony został, moim zdaniem, w sferze metapolityki: lewica pozwoliła się zdelegitymizować. Pozwoliła – będąc nadal u władzy! – na zakwestionowanie swej narracji historycznej, swej ideologii, swych aksjologicznych fundamentów. Pozwoliła na to, mam wrażenie, świadomie, choć oczywiście nie rozumiejąc długofalowych konsekwencji tego zaniechania.

Trzeba uświadomić sobie, że główna siła lewicy, SLD, tworzona była przez późne pokolenie aparatczyków lat 80., traktujących „ideolo” jako pusty rytuał, niepotrzebny balast, przekonanych, że przegrali konfrontację z „Solidarnością” właśnie z powodu obciążenia „nieżyciową” ideologią wymagającą jakiejś tam sprawiedliwości społecznej. Co więcej (i tu znowu kłaniają się reguły psychopolityki), elita lewicy miała głęboki kompleks wobec elit postsolidarnościowych (zwłaszcza tych z okolic Agory), epatujących wielkoświatowym blichtrem i koneksjami. Parlamentarna lewica, nawet gdy wygrywała wybory, pozostawała w głębi duszy Kopciuszkiem marzącym o dopuszczeniu na salony Księcia3. Stąd zupełnie inny modus operandi niż przyjęty przez prawicę: o ile prawica systematycznie, krok po kroku, budowała swoje zaplecze medialne (które obrastało siecią organizacji społecznych), to lewica szukała akceptacji mediów głównego nurtu. Gdy prawica kreowała własne salony, lewica antyszambrowała w salonie Agory, ślepa na fakt, że tenże czasy świetności ma za sobą.

Z tym wiązał się też brak lewicowej polityki historycznej. To historia była zasadniczą kością niezgody między socjalliberałami z SLD a socjalliberałami z UD, dlatego ci pierwsi najchętniej zapomnieliby o swej przeszłości. Przedwyborcze mruganie okiem do nostalgicznego elektoratu, okazjonalne gesty posłanki Sierakowskiej, nie zmieniają faktu, że cały wysiłek SLD w tej sferze polegał na spuszczaniu wstydliwej zasłony nad spuścizną PRL. „Wybierzmy przyszłość!”, wołał Kwaśniewski. Inne były przyczyny historycznej abnegacji różnych ultralewicowych sekt, często nie obciążonych (jak trockiści) negatywnymi aspektami PRL. Tu współgrały ze sobą oikofobia (jakże w tej ciemnogrodzkiej Polsce mogłyby istnieć jakieś godne przypomnienia tradycje rewolucyjne?!) i doktrynerstwo (lewica zwrócona jest ku postępowi, ku przyszłości, grzebanie w starociach zostawmy prawicy!). Jeśli już przypominano jakieś fakty z historii polskiej lewicy, związane były one – cóż za niespodzianka! – z mieszkającymi na naszych ziemiach mniejszościami narodowymi. Czytelnik „Dalej!”, „Solidarności Socjalistycznej” czy „Barykady” lepiej znał dzieje lewicy na Sri Lance czy w Burkina Faso niż w kraju, w którym miał nieszczęście pomieszkiwać.

I jeszcze jedna, również psychologiczna bariera, której istnienie uświadomiłem sobie, gdy przez lewicowe media po raz kolejny przetoczyła się dyskusja dotycząca Powstania Warszawskiego. Zawsze mnie zastanawiało, dlaczego lewica tak słabo odwołuje się do tradycji lewicowego ruchu oporu, dlaczego mitowi „Żołnierzy Wyklętych” nie przeciwstawia kontrmitu choćby Socjalistycznej Organizacji Bojowej (o GL/AL nie wspominam), dlaczego nie ukazuje młodzieży zafascynowanej bohaterami prawicy alternatywy w postaci heroizmu bojowców lewicy. I zrozumiałem, że współczesnej lewicy nadają ton ludzie, którzy przeciwni są heroizmowi jako takiemu. Dlaczego jednostka miałaby narażać się na dyskomfort, ból, śmierć w imię jakiejś tam „sprawy” (wszystko jedno, czy chodzi o Powstanie Warszawskie czy Komunę Paryską)? To sprzeczne z indywidualistycznym i hedonistycznym humanitaryzmem współczesnej lewicy. To nie jest materiał na rewolucjonistów. Takie sprawy woli więc omijać.

Tymczasem na opuszczone przez lewicowców pole wkroczyli historycy prawicy. Przekopywali archiwa, publikowali artykuły i książki, organizowali konferencje, zakładali instytuty i muzea, inspirowali twórców popkultury. Pracowicie przywracali pamięci społecznej nurty i postacie pomijane w PRL. Ale selektywnie! Zasada jest prosta: tym więcej uwagi, im bardziej na prawo. Niekomunistyczna lewica pokroju PPS była traktowana po macoszemu, starannie pomijano też niezgodne z prawicowym wariantem Politycznej Poprawności wątki takie, jak np. lewicowa geneza piłsudczyzny. Dekonstrukcja PRL4 nie otwierała więc drogi do odrodzenia lewicy niekomunistycznej, bo obowiązującą linią nie jest po prostu antykomunizm, ale integralna prawicowość5. Skoro nikt nie przypominał autentycznych tradycji polskiej lewicy, nic dziwnego, że w społeczeństwie utrwaliło się przekonanie, że cała lewica została tu zrzucona na spadochronach przez NKWD. Jeśli zaś taki – kolaborancki i zbrodniczy – jest rodowód lewicy, to jej spadkobiercy nie mają moralnego prawa bytu w III Rzeczpospolitej.

Wyrzeczenie się przez lewicę własnej historii ma jeszcze jeden paradoksalny skutek – przejmowanie za swoją historii cudzej. Lewica postkomunistyczna, która została wysadzona z siodła przez postsolidarnościowe elity, obecnie odnajduje się w roli najzagorzalszych orędowników dziedzictwa III Rzeczpospolitej: a więc planu Balcerowicza, konkordatu, interwencji w Iraku. Trudno to określić inaczej niż jako „syndrom sztokholmski” wiążący pokonanego z pogromcą, swoisty masochizm (już nawet nie uzasadniany obroną „mniejszego zła”, ale pełnym utożsamieniem się). Czyż jednak nie lepiej, zamiast wlec się w ogonie liberalnych obrońców Trzeciej, wystąpić jako samodzielna awangarda Piątej Rzeczypospolitej?

Przypisy:

1. Żeby było jasne: w tym tekście stosuję najprostsze możliwe kryterium lewicowości: autoidentyfikacji. Nie będę więc dzielił włosa na czworo, oddzielając lewicę „prawdziwą” (czymkolwiek miałaby być) od „nieprawdziwej”.

2. Wcześniej (2004-2005) takim błędem taktycznym zapoczątkowującym równię pochyłą, był wynikający z pychy konflikt kierownictwa SLD ze (względnie sprzyjającymi wcześniej) mediami czyli tzw. afera Rywina.

3. W „Okruchach Dziennika” Mieczysława F. Rakowskiego z końca 1992 r. można przeczytać: „Moi przyjaciele są zdumieni, że jestem […] czytelnikiem dziennika »Nowy Świat« [prawicowy dziennik, poprzednik »Gazety Polskiej« – przyp. J.T.]. /…/ czytam go namiętnie, ponieważ znajduję w nim /…/ publikacje obnażające niecne zamysły »lewicowców« spod znaku Mazowieckiego, Suchockiej, Michnika i Kuronia. Czyż mogłem kiedykolwiek marzyć, że ja – człowiek lewicy /…/ znajdę się /…/ w jednym szeregu z wyżej wymienionymi osobistościami?”. Opowiedz mi o swych marzeniach, a powiem ci, kim jesteś.

4. Utrwalająca komiksowy obraz PRL, w której żyjący w nędzy i terrorze naród, złożony niemal bez wyjątku z „żołnierzy wyklętych”, prowadził niezmordowaną walkę przeciw garstce cynicznych sprzedawczyków z obcego nadania, rujnującej spuściznę po mlekiem i miodem płynącej II Rzeczypospolitej.

5. Na jednym z prawicowych blogów znalazłem refleksje na temat tradycji PPS. Autor skłonny był zaakceptować lewicę o ile ta, po pierwsze – odetnie się od spuścizny PRL, po drugie – zaprzestanie walki z Kościołem i forsowania reform obyczajowych, po trzecie – uzna, że nie ma alternatywy dla kapitalizmu. Tylko tyle. Wyjątki takie jak Piotr Lisiewicz http://www.gazetapolska.pl/33441-list-z-sekty-smolenskiej-do-partii-razem potwierdzają regułę. Inną kwestią jest na ile prawidłowo Lisiewicz identyfikował adresata.

dr hab. Jarosław Tomasiewicz

(ur. 1962) – doktor nauk politycznych, pracownik naukowy Instytutu Historii Uniwersytetu Śląskiego, publicysta, autor książek „Terroryzm na tle przemocy politycznej (zarys encyklopedyczny)” (2000), „Między faszyzmem a anarchizmem. Nowe idee dla nowej ery” (2000), „Ugrupowania neoendeckie w III Rzeczypospolitej” (2003), „Zło w imię dobra. Zjawisko przemocy w polityce” (2009) i „Rewolucja narodowa. Nacjonalistyczne koncepcje rewolucji społecznej w Drugiej Rzeczypospolitej” (2012), a także wielu tekstów publicystycznych i naukowych. Stały współpracownik „Nowego Obywatela”.

9 odpowiedzi na „O nędzy pragmatyzmu i ślepym zaułku „przyszłości”. Spojrzenie z dystansu

  1. R. A. Zawierucha pisze:

    Analiza w wielu punktach bardzo trafna, jednak – jak na historyka przystało – przypisująca zbyt dużą rolę polityce historycznej lewicy i jej skutkom psychospołecznym. Zbyt łatwo autor prześlizgnął się po społeczno-ekonomicznym mechanizmie obecnej katastrofy. Brak klasowej analizy społeczeństwa neokolonialnie podporządkowanego ekonomicznie (ponadnarodowym korporacjom oraz ich narodowym metropoliom) i kulturowo (neoliberalny konsumpcjonizm) nie pozwala na wskazanie faktycznie niezbędnej na lewicy strategii nowoczesnej walki narodowo-wyzwoleńczej, do której należy dostosować dialektycznie zmienną taktykę i sojusze polityczne. Niewątpliwym plusem analizy jest wskazanie neoliberalnego kamerdynerstwa współczesnej tzw. lewicy polskiej i jej hedonistyczno-antyheroicznego lenistwa. Żadna rewolucja nie dokonała się bez indywidualnych ofiar.

  2. ort. pisze:

    „Inną kwestią jest na ile prawidłowo Lisiewicz identyfikował adresata.”

    Tak, w tym kontekście, czyli w odniesieniu do tekstu, jest to kwestia oczywiście inna, na osobne rozważania, ale tak w ogóle jest ona moim zdaniem podstawowa. Na niezalezna.pl wywołało to wiele ostrych a nawet bardzo ostrych komentarzy (i słusznie). Pzdr. Bury.

  3. Zachary pisze:

    „Parlamentarna lewica, nawet gdy wygrywała wybory, pozostawała w głębi duszy Kopciuszkiem marzącym o dopuszczeniu na salony Księcia.” odnośnie Rakowskiego jest chybione IMHO. Jeśli już Rakowski czytał protoplastę Gazety Polskiej się ustawiał w jednym szeregu z Kuroniem i innymi to tylko w takim sensie jak to robi Urban – obaj w swoich najdziwniejszych marzeniach (czyli takich, które tak naprawdę się nigdy w ich głowach nie pojawiły) nigdy nie przypuszczali, że tzw. Prawica po 89-tym znienawidzi tak samo Kuronia, Michnika i Mazowieckiego czyli członków KOR (do którego należał m.in. Macierewicz) tak samo jak prominentnych członków PZPR. Urban z Rakowskim mieli z tego polewkę, że obóz, który z nimi walczył tak się pokłócił. Dodatkowo Urban kiedy jeszcze był szefem TVP (przełom lat 80-tych i 90-tych) zapraszał do TV Korwina. Gdy się go pytali dlaczego to robi odpowiadał: „Korwin dowali nam, ale przy okazji dowali im”. Na takiej samej zasadzie pewnie Rakowski zaczytywał się we wczesnej Gazecie Polskiej.

    • Zachary pisze:

      Jeśli nie Razem, które jest teraz łajana na łamach GazWybu za nie skakanie na manifestacjach KOD, którego czołowy przedstawiciel czyli Zandberg nie wypiera się współpracy z Kuroniem (Kuroniem u schyłku swego życia, kiedy to był praktycznie w opozycji do swoich kolegów – to nie oznacza, że chciał wstąpić do PIS-u – i odnosił się sam krytycznie do III RP, której niestety był współtwórcą) to kto NacBole, Zmiana albo inni narodowi komuniści/bolszewicy albo niedobitki Zjednoczenia Narodowego Grunwald?

      • Zachary pisze:

        Odnośnie Powstania Warszawskiego. Brali w tym zdarzeniu udział także lewicowcy spod czerwono-czarnego sztandaru. Brali i AL-owcy. Nie uciekli do lasu. Ale to nie zmienia tego, że decyzja o powstaniu była błędem i była po prostu głupia. Należy się oczywiście cześć poległym, ale jednocześnie pozostaje jakiś niesmak z tak rozlanej krwi. Ja nie jestem za rozlewaniem krwi (jak już to wole ja oddać w centrum krwiodawstwa – możliwe, że jestem hedonistą?) tym bardziej jak sprawa jest z góry przegrana i ma przynieść tylko coś tak głupiego jak „zwycięstwo moralne” albo manifestację własnego ego.

  4. Poll pisze:

    Analiza trafna aczkolwiek bardzo płytka i w paru miejscach nieścisła. Po pierwsze lewica zniknęła z polskiego Sejmu nie w ostatnich wyborach a w roku 2007, tą lewicą nieco pokraczną była oczywiście Samoobrona utłuczona politycznie i dosłownie połączonymi siłami dzisiejszych śmiertelnych wrogów od Petru po Kaczyńskiego, przy wsparciu mediów i aparatu państwa. Te same siły i mniej więcej ci sami ludzie i te same redakcje próbowały w podobny sposób utłuc SLD dokonując na przełomie lat 1995/1996 zamachu stanu i obalając rząd Józefa Oleksego. Jednak SLD okazał się zbyt mocny by dać się utłuc, więc został rozebrany od wewnątrz, przede wszystkim dzięki zaprzaństwu i małości własnej elity. Autor ma sporo racji co do problematycznej ideowości liderów SLD ale nie zgodzę się do końca, że byli oni bezideowi od samego początku swoich karier, o ile wstąpienie do PZPR w latach 80-tych z pobudek ideologicznych było mało spotykane, to jednak liderzy SLD rozpoczynali swoje kariery w latach 70-tych, a wtedy bywało jeszcze różnie, w tym wypadku można raczej mówić o braku mechanizmów sukcesji w ramach PZPR, takich jak np. perfekcyjnie wypracowała Komunistyczna Partia Chin, ale to temat na inną dyskusję. Faktem jest, że jeszcze w latach 1993-1995 jako partia współrządząca SLD potrafił stawiać swoje racje zarówno w kontrze do neoliberalnych „cudów” Balcerowicza jak i prawicowej polityki historycznej, robił to nieśmiało i ze strachem, ale jednak. Po obaleniu rządu Oleksego zaczęła się powolna erozja SLD, przegrane całkowicie na własne życzenie wybory w roku 1997, przekształcenie SLD z szerokiej koalicji w wodzowską i bezideową partię władzy dopełniły klęski, a zdobycie olbrzymiej władzy w roku 2001 tylko ten proces przyspieszyło. Chociaż w roku 1995 SLD był sam przeciw wszystkim i wygrał tak jak teraz PiS, to jednak zamiast robić mniej więcej to samo co PiS teraz, a więc eliminować swoich wrogów zaczął się z nimi układać i co najgorsze przejmować ich program polityczny. W polityce gospodarczej SLD przeszedł drogę od warunkowej akceptacji kapitalizmu, na stronę jego najwierniejszych obrońców, zdradzony elektorat socjalny najpierw przestał na wybory chodzić, lub głosował na Samoobronę, w końcu trafił pod skrzydła PiS. To nie prawicowa polityka historyczna i uwikłanie w PRL podcięło korzenie SLD, przeciwnie najskuteczniej robili to sami przywódcy SLD z Kwaśniewskim na czele, zaczęło się od przepraszania za PRL (jakby komuniści przyszli do Polski dostatniej i demokratycznej i ją odebrali przy sprzeciwie całego narodu), potem SLD zaczął potępiać część PRL, oczywiście tę stalinowską, później Gomułkę za 1968, później również Gierka, w końcu jednym przywódcą PRL którego SLD potrafiło bronić był gen. Jaruzelski, przy czym za jego największą zasługę stawiano okrągły stół, czyli poddanie systemu i oddanie władzy Michnikowi i spółce. Tymczasem Kaczyński puszczając oko do lewicowego elektoratu nie miał żadnych oporów iść na grób Gierka i nazwać go patriotą, część prawicy puszcza też oko do zwolenników Gomułki za to, właśnie za to że Michnikowi pałą nakładł i za to, że się Niemcom stawiał. Więc SLD porzucił swój program polityczny, potem swoją tożsamość, a także zdradził nie tylko swój elektorat, ale nawet swoich byłych liderów, Kwaśniewski np. awansował generałów zasłużonych w sprawie Oleksego, SLD praktycznie nie upomniał się o sprawiedliwe rozliczenie zamachowców z 1995 roku, przeciwnie dawni liderzy SLD byli gotowi pokumać się z Wałęsą przeciwko Kaczyńskiemu, dla przykładu PiS szybciej podarowałby Bierutowi niż tym którzy w 1992 obalili rząd Olszewskiego, i to działa.

  5. Artur Gralla pisze:

    SLD ma tyle wspólnego z lewica co ja z drogimi samochodami czyli nic i może zamiast pisać kolejny płomienny artykuł na temat upadku lewicy to napisać co zrobić żeby to zmienić,bo pisać to każdy głupi potrafi a coś zrobić to już nie.

    • Paweł pisze:

      O upadku partii lewicowych warto podyskutować, ale to rzeczywiście materiał dla historyków już raczej. Lewica i dobre wspomnienie PRL-u przetrwało spadkobierców PZPR, bo jak sądzę w różnych badaniach opinii społecznej oceny PRL, dekady Gierka itd… nadal są w skali społeczeństwa podobne i podobny jest ich rozkład, tu demografia jak się okazuje wiele nie zmieniła. SLD chciał za wszelką cenę się odciąć od PRL i udało się, lepiej niż przypuszczali.

      A co do przyszłości to czas pokaże, póki co nie ma zbyt wiele do zrobienia. Trzeba patrzyć na ręce PiS, drzeć się jeśli odłożą na bok obietnice socjalne i tłuc neoliberałów.

  6. Realny Pragmatyk pisze:

    SLD i Palikot a jaka to lewica? SLD w życiu nie poparła ani jednego lewicowego programu, jedynie była zainteresowana utrzymywaniem status quo z KK i bronieniem swoich partyjnych interesów. Jeśli mam rację to obecny konserwatywny PiS ma więcej naprawde lewicowych pomysłów niż SLD. O PO nic nie napiszę bo to totalna porażka, której konsekwencje ludzie ciagle ponosza i będę nadal ponosic, chyba, że PiS (którego nie lubiłem i nie byłem nim wale zachwycony) zrobi z tym porządek.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>