Samochód – zbędny gadżet?

J.H. Crawford, autor książek „Carfree Cities” i „Carfree Design Manual”, twierdzi, że auto jest w mieście zbędnym przedmiotem. Jego upowszechnienie ma wiele wad – od zniszczenia tradycyjnej, lokalnej tkanki miejskiej centrów, po niepotrzebny rozrost miast, które powiększają się wyłącznie po to, by pomieścić kolejne samochody.

W zamieszczonym na stronie internetowej dziennika „Washington Post” felietonie Crawford przypomina, że jeszcze całkiem niedawno, bo tylko nieco ponad stulecie temu, wszystkie miasta były „bezsamochodowe”. Nie wszystkie kraje również zaakceptowały nowy wynalazek z takim entuzjazmem, jak zrobiły to Stany Zjednoczone. W Europie istnieją miasta (jak choćby Wenecja), których budowa i rozkład nie pozwala na wpuszczenie aut do ścisłego centrum, i pojawienie się ich tam nie było nigdy brane pod uwagę. Podobnym przykładem jest Fez w Maroku.

Samochody nie były nigdy miastom potrzebne, a nawet trzeba powiedzieć, że działają na przekór fundamentalnej idei miast: zgromadzeniu wielu ludzi w przestrzeni wspólnej, gdzie mogliby rozwijać się pod względem społecznym, gospodarczym i kulturalnym” – pisze Crawford. Auta potrzebują tak wiele przestrzeni na przemieszczanie się i parkowanie, że ich obecność w mieście działa wbrew temu celowi, musi się ono bowiem rozrastać we wszystkie strony, by je pomieścić.

Modele transportu – ich zmienność, tworzenie nowych i zanikanie dawniejszych – zawsze wywierały znaczący wpływ na urbanistyczny układ miast. Od XV wieku budowano szerokie, proste ulice, ze sporą ilością wolnego miejsca na ich rogach i przecięciach, tak by bez kłopotu zawrócić mógł powóz konny. W wielu miastach taki układ istnieje po dziś dzień. To poszerzenie ulic przed 500 laty stanowiło pod wieloma względami zwiastun pojawienia się automobilu, który miał być początkowo nowocześniejszym powozem.

Ale przecież w istnieniu ulic nie chodzi tylko o transport i przemieszczanie się. Są one także w dużej mierze społecznymi centrami o wysokim stopniu ważności. Większość miast europejskich zrozumiała już, jak wielką krzywdę obecność samochodów wyrządziła tej funkcji organizmu miejskiego. Niektóre z nich zachęcają mieszkańców do rezygnacji z samochodów na rzecz jazdy rowerem, korzystania z transportu publicznego oraz spacerowania. Przy podejmowaniu tego typu decyzji znaczącą rolę gra również czynnik ekologiczny – „wyrzucenie” samochodów z centrów miast spowoduje poprawienie jakości powietrza.

Nowe wynalazki, takie jak samochody napędzane bateriami czy samojezdne (ang. driverless cars), wbrew pozorom nie zmieniają w znaczący sposób sytuacji. Nadal potrzebują bowiem zbyt wiele przestrzeni i zużywają za dużo energii. Poruszanie się dużej liczby samochodów ulicami miast zawsze będzie miało negatywny wpływ na społeczną funkcję ich centrów, bez względu na to, jak ciche i bezpieczne te samochody będą.

Dobry transport publiczny wraz z bezpieczną siecią ścieżek rowerowych i chodników dla pieszych może łatwo rozwiązać problem poruszania się w granicach miast. Oczywiście autobusy także zakłócają spokój, lecz, według Crawforda, robią to „do akceptowalnych granic” i tylko na niektórych ulicach, podczas gdy inne pozostają idealnie spokojne. Jako ostateczne rozwiązanie publicysta proponuje zaś przeniesienie transportu publicznego pod ziemię. Problemem dla większości miast jest także obecnie transport dużych ładunków samochodami ciężarowymi, które zakłócają spokój i niszczą drogi i ulice.

Crawford postuluje usunięcie samochodów z miast i przeznaczenie naddatku przestrzeni (np. terenów pozostałych po parkingach) na ścieżki dla rowerzystów i spacerowiczów, oraz dla służb publicznych, takich jak kolej miejska, śmieciarki i karetki. „Wierzę, że zmiana jest absolutnie usprawiedliwiona przez społeczne korzyści, jakie ze sobą niesie. To prawda, że aby osiągnąć cel, trzeba poświęcić pewną wygodę, jednak dobre skutki byłyby ogromne. Moglibyśmy choćby oczekiwać sporej poprawy ogólnego poziomu zdrowia mieszkańców, którzy powróciliby do bardziej aktywnych form przemieszczania się. Stulecie samochodów to był powabny, zwodniczy błąd. Czas na zmianę” – pisze.

14 odpowiedzi na „Samochód – zbędny gadżet?

  1. kubek pisze:

    co to jest „społeczna funkcja miast”? O ile wiem, miasto, to jest takie miejsce, gdzie mieszkają ludzie żeby realizować swoje indywidualne cele i potrzeby. Nie wiem co to są „społeczne” funkcje i potrzeby, prawdopodobnie chodzi o jakieś magiczne prądy, które można wykryć różdżką, tak jak żyłę wodną.

  2. Jeszcze niedawno kiedy miasta były bezsamochodowe cieszono się, że automobile wpłyną na poprawę jakości powietrza bo nie będzie tych ton końskiego gnoju codziennie rozbijanych kopytami koni.

    http://www.uctc.net/access/30/Access%2030%20-%2002%20-%20Horse%20Power.pdf

  3. Misiek pisze:

    Wszystkim piewcom tej utopijnej wizji przypominam, że kiedyś nie było również antybiotyków i ludzie umierali na przeziębienie.

    • zając pisze:

      Bardzo dobre porównanie, bo antybiotyki nadają się na przeziębienie jak samochody do poruszania się po mieście. I z nadmiaru antybiotyków, i z nadmiaru samochodów nic dobrego nie wynika.

  4. Ziutek pisze:

    Proponuję jeszcze zrezygnować z elektryczności.
    Przecież jej produkcja jest taka szkodliwa dla środowiska. A telewizory, komputery, czajniki elektryczne? Cóż za zbędne gadżety, przecież 100 lat temu w miastach nikt o tym nie słyszał.

    Nie dawać takim ludziom prawa głosu…

  5. Nowy Obywatel pisze:

    Och, ilu mędrców się tu pojawiło i na jakie wyżyny ironii się wspięli. Tyle zrozumieliście z tego tekstu, że wystarczy mu przeciwstawić realia sprzed 100 lat i sprowadzić jego tezy – to zwyczajowy zabieg ludzi o małych rozumkach i nie potrafiących argumentować – do absurdu? To nic już nie piszcie, nikt na tym nie straci, że nie przeczyta tych waszych mądrości, a wy zaoszczędzicie czas.

  6. moa pisze:

    najpierw szanowny nowy obywatel zaczna artykuł (notatkę? streszczenie? niepodpisane coś?) zaczynając od ” jeszcze całkiem niedawno, bo tylko nieco ponad stulecie temu, wszystkie miasta były „bezsamochodowe” „, a potem wyzywa komentujących od małych rozumków. brawo.

  7. Zbychu pisze:

    Miasta nie rozrastają się po to, by pomieścić samochody tylko po to żeby pomieścić ludzi. To po pierwsze. Po drugie gdyby nie samochody ciężarowe autor musiałby jeździć za miasto aby coś kupić, zjeść, bo nie wyobrażam sobie, żeby sklepy były zaopatrywane przez riksze czy tragarzy przy obecnym zagęszczeniu ludzi.

    Parkingi zamieniać na ścieżki rowerowe? Nie widzę żadnego sensu w istnieniu ścieżki rowerowej o szerokości parkingu, no chyba, że autor koniecznie chce pojeździć rowerem, ale nie chce daleko jechać, więc uznał, że fajnie byłoby pojeździć sobie w koło po takim placu.

    Postęp technologiczny sprawia, że w miastach żyje się lepiej, a nie gorzej, co próbuje udowodnić autor. Samochody emitują teraz mało szkodliwych związków, końskie fajno nie jest nierozłącznym elementem ulic a kanalizacja w porównaniu do rynsztoków sprawia, że miasta to już nie XIX-wieczny smród.

    • Nowy Obywatel pisze:

      Ten tekst nie jest o tym, że samochody to samo zło i że nie miały żadnych zasług. Nie jest też o tym, że należy z nich zrezygnować całkowicie (np. do transportu towarów). To jest tekst nie przeciwko samochodom, lecz przeciwko ich dominacji w przestrzeni miejskiej i skutkom tegoż procederu. Wystarczy mniej się oburzać i mniej energii wkładać w polemizowanie, a bardziej skupić się na jego lekturze, żeby było to jasne.

      A końskie łajno? Zapewne brzydko śmierdzi, ale to nie końskie łajno, lecz spaliny samochodowe są dzisiaj poważną przyczyną zanieczyszczenia powietrza w mieście i skutków tegoż – chorób, zgonów itd. Inne skutki uboczne motoryzacji też są dotkliwe i dzisiaj już dobrze znane, wszystko to przy odrobinie chęci i wysiłku można wyguglać w 30 sekund.

  8. kolarz pisze:

    Nowy Obywatelu! Mieszkam w mieście, nie w samym centrum, ale też nie na przedmieściach. W ciągi roku co najmniej 20 razy biorę udział, z bratem i ojcem w zawodach na terenie całego kraju. Na sportowy wyjazd zabieramy ze sobą 3-4 rowery, komplet zapasowych kół, lodówkę turystyczną (niezbędna na gorących wyścigach), sporo narzędzi, trenażer rolkowy, torbę z jedzeniem, rzeczy osobiste. W jaki sposób mamy z całym ten bagażem dostać się z naszego mieszkania do samochodu, który podobno w mieście nie powinien w ogóle istnieć? Bo z taką ilością sprzętu nie pojedziemy transportem zbiorowym…

  9. TheManWithOwl pisze:

    Nie wiem, czy autor tekstu o tym pomyślał, ale jest wiele osób które muszą przewieźć przedmioty większe gabarytowo, lub uciążliwe dla transportu zbiorowego (materiały budowlane, materiały wszelkiego rodzaju w dużej ilości, popsuty rower, kajak itp.). W takim razie rozumiem że należałoby zamawiać firmy transportowe? Inna sprawa to transport osób kłopotliwych w transporcie (niepełnosprawnych, chorych, rodzących) i nie, karetki nie załatwią wszystkiego. Nie można także zapominać o zdarzających się potrzebach wyjazdu w dziwnych godzinach (np. nocnych kiedy jest mniej połączeń autobusowych, lub w święta gdzie niektóre połączenia mogą być odwołane).

  10. Kordylier pisze:

    Ludzie korzystają z aut bo są wygodniejsze. Wyrzucenie ich z miast to krótkowzroczność, bo nie usuwa się przyczyny ich używania – dużych odległości z miejsca zamieszkania do pracy, szkoły, sklepów. Groźne brzmi propozycja wstrzymania rozrostu miast wszerz – czy miałyby rosnąć w górę, zaciemniając i stłaczając ludzi, zabetonować ostatnie wolne skrawki przestrzeni? Horror!
    Jedyne rozwiązanie to powstrzymanie napływu ludzi ze wsi do miast, rozwijając inne ośrodki małych miasteczek, by uniknąć tworzenia metropolii wysysającej ludzi z otaczających miejscowości – w samym mieście, tworzenie wielu centrów dzielnicowych, by ograniczyć potrzebę masowego przemieszczania się.
    Powrót do koni to przeżytek, sto lat temu w Nowym Jorku ginęło więcej ludzi pod kopytami niż dzisiaj pod kołami! Do tego były przyczyną chorób, brudu, hałasu.

    Zaś nie wszystkie miasta można uzależnić od rowerów – akurat nasz klimat wyjątkowo temu nie sprzyja – mrozy, śnieg i opady przez 6 miesięcy w roku niemalże eliminują to jako solidną podstawę miejskiego transportu.

  11. Angelicus pisze:

    Czy Szanowny Autor próbował kiedyś zabrać trójkę, czwórkę dzieci przy pomocy komunikacji zbiorowej do lekarza w listopadowy poranek? Albo wozić autobusem i tramwajem dwójkę maluchów do przedszkola od października do lutego?
    Niekomfortowe okoliczności oczywiście można mnożyć, ale nie o to chodzi.

    Szanowny Autorze, zastanawiam się czy dopuszcza Szanowny Autor możliwość mylenia skutków z przyczynami. Tak się zastanawiam.. Gdyby przychodnia lekarska, przedszkole, szkoła, podstawowe sklepy zawsze były w w promieniu maksymalnie 500 metrów (no do kilometra), to pewnie ruch samochodowy klientów tych usług by spadł. Wzrósł by za to ruch samochodowy dostawców tych usług i ich potrzeby parkingowe. Jednocześnie, wydaje się, że znacząco wzrosły by koszty utrzymania tak rozproszonej infrastruktury. Podprowadzenie pod każde osiedle mieszkaniowe (tak zwane „inwestycje”) ogrzewanej/klimatyzowanej, często jeżdżącej komunikacji miejskiej to też nie są tanie rzeczy.

    Ja uważam, że prawda leży po środku, bo i my jako społeczeństwo pod kątem organizacyjnym stoimy trochę w rozkroku. Z jednej strony mamy w aglomeracji miejskiej wyspy punktów usługowych (jak „galerie handlowe”, gdzie są sklepy, kina, przedszkola, przychodnie lekarskie), z drugiej strony chcemy ograniczyć „obecność” samochodów. To najgorsze możliwe rozwiązanie.

    Wydaje mi się, że w sytuacji, w której chcemy odejść od samochodów, konieczne jest by najpierw zainwestować w hipernowoczesny i komfortowy transport publiczny [mała dygresja: to naprawdę nie jest przejaw jakiegoś wygodnictwa ze strony Polaków, u nas po prostu aura jest znacznie bardziej wymagająca i niestabilna niż choćby we Francji, nie mówiąc, o Włoszech, Hiszpanii, czy nawet krajach skandynawskich (stabilnie nie znaczy – zawsze ciepło)] oraz w infrastrukturę usługową, a dopiero potem „uwalniać” przestrzeń dla ludzi. Robiąc na odwrót osiągamy kuriozalny stan, w którym rzeczona komunikacja publiczna stoi w korkach powodując jeszcze większe fale frustracji.

    Druga możliwość jest taka: ograniczmy jak tylko się da prawo wolnego rynku pod kątem gospodarowania przestrzennego i dysponowania nieruchomościami. Absolutny zakaz budowania biurowców, w których liczba miejsc parkingowych nie jest bliska liczbie pracowników, do tego zakaz koncentracji jednego typu zabudowy (vide: warszawski Mordor), do tego mniejsze zagęszczenie budynków – by w każdej chwili z jednojezdniowej dróżki zrobić porządną, przynajmniej dwujezdniową drogę z bezkolizyjnymi rozjazdami (za korki odpowiada głównie płynność ruchu ograniczana skrzyżowaniami i stylem jazdy). Do tego rozsądna siatka parkingów wielopoziomowych.

    Pod kątem kosztów nie byłoby to specjalnie droższe od obecnych rozwiązań. Wymagałoby jednak myślenia (jako takiego) i pewnego strategicznego, długofalowego podejścia.

    W takiej rzeczywistości byłoby jeszcze więcej miejsca na normalne ścieżki rowerowe, a podejrzewam, że i komunikacja miejska zyskałaby na popularności…

    • Angelicus pisze:

      Byłbym zapomniał o największym zakazie ingerującym w wolność właścicieli nieruchomości – ogrzewanie budynków byle czym. A jednocześnie ten zakaz wpłynie najmocniej na jakość powietrza w wielu miastach. Jednocześnie byłbym, mimo wszystko, za pewnymi ograniczeniami w stosunku do samochodów. Plaga wycinania katalizatorów i filtrów cząstek stałych w samochodach z silnikiem diesela jest męcząca. Mówię to jako kierowca, stojący często w korkach z takimi wynalazkami. Nie wiem – jeżeli to chodzi o oszczędność to dajmy ulgę podatkową na montaż instalacji LPG – najbiedniejszym kierowcom będzie łatwiej ją zamontować, a to paliwo i tanie, i czyste.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>