Dwa w jednym – ruch robotniczy w dzisiejszych Chinach

Wiosna 2016 |

W kwietniu 2014 r. tysiące pracowników fabryki Yue Yuen Industrial w chińskiej prowincji Guangdong, czyli największych na świecie zakładów obuwniczych, przystąpiło do strajku. Domagali się opłacania składek emerytalnych i na ubezpieczenie społeczne, dowiedzieli się bowiem, że pracodawca od lat ich nie odprowadzał. Już w 2009 strajki i blokady wybuchały w hutach prowincji Hunan oraz w fabrykach odzieżowych i produkujących narzędzia mechaniczne w Shaanxi. Niektórzy robotnicy protestowali przeciwko zwolnieniom, inni żądali prawa do stworzenia niezależnych grup nadzoru (watchdog groups) czy nawet nowych związków zawodowych, które stałyby się adwokatami ich interesów.

Kusi, by wszystkie te działania postrzegać jako dowody na rozwój ruchu pracowniczego w największym kraju świata. W końcu w Chinach jest aż o ponad 26 mln więcej pracowników niż w trzech innych najbardziej zaludnionych krajach świata razem wziętych (Indiach, USA i Indonezji). Niestety – ta gigantyczna siła robocza nigdy dotąd nie zbudowała jednolitego ruchu, a obecnie wcale nie jest bliska stworzenia go.

Wszystko to dlatego, że chińscy pracownicy są mocno podzieleni na różne segmenty, a ich klasyfikacji dokonuje się ze względu na formę własności firmy, dla której pracują. Fabryka obuwia z Guangdong należy do Tajwańczyków i zatrudnia głównie młodych przybyszów ze wsi oraz produkuje na eksport. Huty, gigantyczne zakłady tekstylne i fabryki narzędzi to zarządzane przez państwo relikty gospodarki planowej, w których starsi, pracujący od wielu lat robotnicy wytwarzają przede wszystkim towary na rynek krajowy. Pracownicy sektora państwowego byli od 1949 r. postrzegani przez Partię Komunistyczną jako faworyzowana, wiodąca klasa społeczna, podczas gdy napływowi pracownicy sektora prywatnego tradycyjnie uważani byli za niewiele więcej od wysiedlonych chłopów.

Sztywny podział chińskiej siły roboczej na te dwie grupy przeszkadza od dawien dawna w rozwoju jakiegokolwiek spójnego ruchu pracowniczego. Być może jednak interesy pracowników zaczynają z wolna być ze sobą zbieżne zarówno w sektorze publicznym, jak i prywatnym. Aby zrozumieć, czemu tak jest i co to oznacza dla przyszłości chińskiej polityki pracowniczej, trzeba przypomnieć korzenie historyczne i skład chińskiej klasy robotniczej.

Posegregowana siła robocza

Historycznie udowodniony brak skoordynowanego ruchu, który zjednoczyłby cały kraj i wszystkich chińskich robotników, nie jest ani efektem ich wrodzonego spokoju, ani skutecznych represji ze strony reżimów, które rządziły Chinami od zarania industrializacji w końcu XIX wieku – od dynastii Qing, poprzez republikę-efemerydę, aż po rządy komunistyczne od roku 1949. Główną przyczyną tego stanu rzeczy jest nadzwyczajny stopień segmentacji siły roboczej we wszystkich tych okresach. Chińscy pracownicy byli i są podzieleni ze względu na region, rodzaj przemysłu, stopień umiejętności, status związany z pochodzeniem miejskim lub wiejskim oraz rodzaj firmy, dla której pracują (rodzinna, prywatna, państwowa lub z kapitałem zagranicznym). Okres komunizmu zintensyfikował i utrwalił te podziały przez ograniczenie mobilności robotników zarówno między prowincjami, jak i w ich obrębie, oraz wprowadzenie restrykcyjnego system zameldowania (hukou) i miejsca zatrudnienia (danwei). Reformy rynkowe lat 80. sprawiły, że obok starszych sektorów i fabryk, które uparcie broniły się przed odejściem w przeszłość, powstało wiele nowych. W dzisiejszych Chinach współistnieją dwie kategorie pracowników (prywatni i państwowi), a każda z nich ma własne zapatrywania polityczne i korzenie społeczne. Pracownicy sektora państwowego, zapomniani bohaterowie gospodarki planowej, czują się zdradzeni przez projekty reform i porzuceni przez Partię Komunistyczną. Przybysze-migranci, którzy porzucili ziemię, by pracować w sektorze prywatnym, zazwyczaj przyjmują reformy gospodarcze za dobrą monetę, jednak irytują ich przejawy nierówności, których doświadczają ze względu na swoje wiejskie pochodzenie.

W okresie maoistowskim (1949–76) pracownicy sektora państwowego byli traktowani jako ważne osobistości i nadal zajmują specjalne miejsce w ideologii komunistycznej oraz jej mitologii historycznej. Propagandowe opowieści o męczenniku Lei Fengu i „ludziach ze stali” wydobywających ropę w mroźnej tundrze, a także niezliczone filmy, plakaty i pieśni wychwalające wyczyny oraz wiodącą rolę klasy robotniczej pomogły scementować ten wizerunek. Ci z nich, którzy mieli szczęście utrzymać zatrudnienie, widzieli, jak rosną ich pensje i poprawiają się warunki pracy, zwłaszcza w następstwie kryzysu z 2008 r., kiedy rząd wpompował ogromne „fundusze na zachętę” w ten sektor. Jednak sławiona niegdyś socjalistyczna klasa robotnicza jest dziś jedynie wydmuszką, skurczyła się bowiem o ponad 50 proc., utraciła większość politycznej siły i status społeczny.

Pracownicy sektora prywatnego, zwłaszcza ci, którzy są podwykonawcami dla zagranicznych korporacji, takich jak Apple i Walmart, wyłonili się jako znacząca grupa społeczna w latach 90. Ta nowa podklasa, złożona głównie z migrantów ze wsi, dopiero niedawno zaczęła domagać się uznania swoich interesów i odgrywać istotną rolę polityczną. W chińskich centrach produkujących towary eksportowe coraz powszechniejsze stają się takie działania jak strajk w fabryce butów Yue Yuen, pozwy sądowe, petycje, protesty okupacyjne i dzikie strajki. Te prywatne miejsca pracy buzują aktywnością, która w innych częściach kraju ulega zapomnieniu lub zaniedbaniu. Większość zakładów państwowych i starszych centrów przemysłowych została zbudowana w ciągu sześciu pierwszych dekad XX wieku. Zanim nadszedł koniec stulecia, były już boleśnie przestarzałe i żałośnie niedoinwestowane, niezdolne zarówno do lokowania pieniędzy w nowe technologie i inne ulepszenia, jak i często nawet do wypełnienia swoich socjalnych i fiskalnych zobowiązań.

Różnice między pracownikami sektorów prywatnego i zarządzanego przez państwo sięgają korzeniami znacznie głębiej niż tylko do odmiennych lat ich powstania. Rozbieżne, odrębne historie zbudowały w każdej z tych grup inną tożsamość klasową i pojęcie interesów, co w konsekwencji prowadzi do różnych zachowań politycznych.

Od bezcielesnej awangardy do wypatroszonego proletariatu

Pierwsze, prowadzone w latach 20. próby organizowania przez komunistów pracowników sektora górniczego i jedwabnego przyniosły niewielkie rezultaty. Robotnicy ci mówili różnymi dialektami, byli rekrutowani w wioskach pochodzenia przez różnych brygadzistów lub nawet gangsterów, mieli odmienne poziomy umiejętności i status zawodowy. Po prostu nie uważali się za członków tej samej klasy. Nawet jeśli, posłużmy się terminologią Marksa, chińska klasa robotnicza miała zaistnieć jako klasa w sobie, była ona bardzo odległa od stania się klasą dla siebie. Komunistyczna Partia Chin była awangardą, ale pozbawioną wyznawców i naśladowców – przedstawicieli klasy robotniczej. Po dojściu do władzy w 1949 r. na fali „chłopskiej rewolucji”, kiedy „wsie przyniosły miastom oblężenie”, KPCh musiała „stworzyć” proletariat.

Gdy tylko w latach 40. Partia przejęła kontrolę nad kluczowymi chińskimi obszarami przemysłowymi na północnym wschodzie kraju i rozwinęła je w japoński stan-marionetkę Mandżukuo, jej liderzy szybko przystąpili do formowania ideologii nowego typu, powszechnie znanej jako „socjalizm jednostki roboczej” lub danwei. System ten – wprowadzony przez Gao Ganga, który szybko piął się po drabinie awansu w kadrze zarządzającej na tym terenie w latach 1945–1952 – umieszczał pracowników w fabrykach, które służyły im jako jednostki organizacyjne (i zapewniały opiekę socjalną) w każdym aspekcie ich życia. W tych miejscach robotnicy cieszyli się warunkami życia o wiele lepszymi niż dostępne w Chinach w tamtych czasach, aczkolwiek ich mobilność była mocno ograniczana, gdyż poruszanie się pomiędzy poszczególnymi oddziałami było prawie niemożliwe. Na początku tylko niewielki odsetek siły roboczej miał do nich wstęp.

We władzach Partii zaczął się rozłam – zastanawiano się, jaka jest optymalna strategia przekształcenia tradycyjnego społeczeństwa rolniczego w zindustrializowaną utopię socjalistyczną. Ostatecznie zwyciężył „socjalizm jednostki roboczej”. Pracodawcy zaspokajali wszelkie potrzeby pracowników, począwszy od opieki nad dziećmi i szkolnictwa, poprzez opiekę zdrowotną i zapełnianie czasu wolnego, po emerytury i pomoc osobom w wieku poprodukcyjnym. Prowadzili także kartoteki z danymi na temat każdego z pracowników i współpracowali z lokalnymi władzami, by dyscyplinować tych, którzy się wychylali, posuwając się nawet do osadzania ich i przetrzymywania w obozach reedukacyjnych. Robotnicy byli ze sobą mocno związani i połączeni wewnątrz firm, ale pomiędzy firmami i miejscowościami komunikacja nie była rozwinięta, nie mówiąc o solidarności. Prawie wszyscy mieszkańcy terenów miejskich należeli do jednostek roboczych i to właśnie one w dużej mierze determinowały ich losy – był to system określany często jako „żelazna miska ryżu”: zapewniał wszechstronną opiekę socjalną, ale jednocześnie sprawował kontrolę społeczną. Poruszanie się pomiędzy jednostkami roboczymi, choć formalnie niezabronione, było zazwyczaj niemożliwe.

W 1993 r. ponad 95 proc. z około 140 mln pracowników było zatrudnionych w sektorze państwowym lub w kolektywach miejskich. System zaczął się rozpadać w latach 90. Kiełkowały nieformalne prywatne przedsiębiorstwa, zatrudniające coraz więcej młodych ludzi i moonlighterów [pracownicy nocni, którzy mają inne zatrudnienie w wymiarze dziennym – przyp. tłum.] z sektora państwowego, rozwijały się również firmy z obcym kapitałem i duże krajowe spółki. Liberalizacja gospodarcza i reformy podatkowe sprawiły, że wiele państwowych jednostek roboczych zaczęło podupadać, zwalniając miliony osób. Pomiędzy 1993 a 2009 r. zlikwidowano ponad 76 mln miejsc pracy. Dziś tylko niecała połowa chińskich pracowników jest zatrudniana przez państwo.

W 1997 r. podczas kongresu Partii państwowe firmy zostały zobowiązane do „redukcji personelu w celu podniesienia wydajności” oraz do cięcia kosztów w nadziei, że pozwoli im to konkurować z prywatnymi i zagranicznymi przedsiębiorstwami. Jednak inicjatywa ta w dużej mierze spaliła na panewce. Gdy tylko miejsca pracy wygasły, bardzo niewielu zwolnionych pracowników zdołało znaleźć nowe zatrudnienie i aby przetrwać, byli zmuszeni podjąć pracę na własną rękę w założonych przez siebie malutkich biznesach. W chwili osiągnięcia wieku emerytalnego wielu z nich zorientowało się, że emerytury, które obiecywały im ich jednostki robocze, zniknęły. Pokolenie urodzonych zaraz po rewolucji z 1949, dorastających podczas chudych lat Wielkiego Skoku Naprzód [kampanii gospodarczej przeprowadzonej w latach 1958–1962 w Chinach w ramach realizacji polityki ogłoszonej przez Mao Zedonga – przyp. tłum.] i dojrzewających politycznie w cieniu hałaśliwej Rewolucji Kulturalnej, było systematycznie zubażane. Całe miasta i regiony popadły w gospodarczą ruinę. Jeden z robotników wypowiedział dla pewnej gazety znamienną uwagę: Jeśli nie ma nic do jedzenia, to czy to nadal socjalizm?

Ale pracownice i pracownicy z tradycyjnej socjalistycznej klasy robotniczej nie odeszli w ciszy. Przez całe późne lata 90. i w początkach XXI wieku wybuchały w całych Chinach tysiące protestów i strajków, a brały w nich udział miliony zwolnionych pracowników. W kilku przypadkach zamieszki ogarnęły całe miasta, wiązały się z wieloma dniami pełnymi przemocy i musiały być stłumione przez wojsko. W licznych miejscowościach protesty były tak powszechne, że cogodzinne radiowe raporty na temat korków drogowych uwzględniały informacje dotyczące rozmieszczenia barykad na skrzyżowaniach.

Jednak nawet w czasie wzmożonej działalności politycznej ostre podziały między robotnikami wywodzącymi się z jednego socjalistycznego korzenia były ewidentne. Na północnym wschodzie (stawianym za wzór doskonałości w gospodarce planowej) większość pracowników najemnych wyrażała swoje żale w klasycznych kategoriach maoistowskich, podczas gdy ci z Szanghaju i innych miejsc położonych wzdłuż środkowego wybrzeża (gdzie zasiłki socjalne dla bezrobotnych były dostępne, a nowe miejsca pracy stosunkowo łatwe do znalezienia) postrzegali swoje trudności jako przejściowe. Pracownicy z innych regionów dawali się łatwiej zastraszyć i zmusić do milczenia, jako że lokalne władze stosowały o wiele więcej represji niż na północnym wschodzie, a ponowne zatrudnienie i zasiłki socjalne opierały się na dużo bardziej prekaryjnych warunkach, niż miało to miejsce na środkowym wybrzeżu. Regionalne różnice pod względem gospodarki politycznej, wyraźnie odrębne historyczne doświadczenia związane z tworzeniem się klasy i znacznie kontrastujące ze sobą trajektorie reform gospodarczych wytworzyły w regionach odmienną politykę klasową. Robotnicy z północnego wschodu kurczowo trzymali się swojego, powstałego za Mao, statusu grupy kluczowej dla całego narodu, ci ze środkowego wybrzeża przyswoili reguły rynku i projekt reform, podczas gdy pozostali, pochodzący z innych regionów, byli nierzadko przerażeni sytuacją.

Dzisiaj sektor państwowy jest bardziej stabilny. Większość osób, które są w nim zatrudnione (a tworzą nadal ponad 48 proc. wszystkich chińskich robotników), albo ma po drodze z Partią, albo pogodziła się z nędzą i rozpaczą. Dużo mniej liczna załoga przedsiębiorstw państwowych składa się obecnie głównie z młodych, wysoko wyszkolonych techników, pracujących dla dużych, dochodowych firm w sektorach węglowym, gazowym, elektronicznym, finansowym, kosmicznym, mechanicznym i związanym z pozyskiwaniem ropy. Ich zarobki poprawiły się znacznie w ciągu ostatniej dekady, nawet jeśli ich liczba zmniejszyła się w stosunku do ogółu ludności.

W międzyczasie dzieci zwolnionych 15 lat temu robotników doświadczyły ogromnej walki, wchodząc na zmniejszony rynek pracy, ale ich atutami były o wiele niższe oczekiwania i większa mobilność. Rynek nie ma już w ofercie zatrudnienia na całe życie i poszukujący pracy młodzi muszą często podróżować do oddalonych miast (gdzie ani nie mogą pozwolić sobie na mieszkanie o przyzwoitym standardzie, ani nie mają dostępu do zasiłków), by znaleźć jakiekolwiek zajęcie.

Warsztat dla całego świata

Całkowicie odmienny rodzaj proletariatu w sposób bardziej organiczny wykształcił się w innej części Chin. Przez ostatnie 20 lat przyległa do Hongkongu i Macau delta Rzeki Perłowej była centrum sieci produkcji globalnej i wytwórstwa kontraktowego. To ludne – liczące ponad 100 mln ludzi – megalopolis produkuje lwią część chińskich dóbr konsumpcyjnych przeznaczonych na eksport: laptopy, plastikowe sandały, bieliznę, płaszcze przeciwdeszczowe, ceramikę sanitarną i węże ogrodowe.

Jeśli zdecydujemy się podsłuchać rozmowy klientów w kawiarni Starbucks w Guangzhou (stolicy prowincji Guangdong leżącej tylko 70 mil od Hongkongu) w piątkowy wieczór, możemy usłyszeć, jak hurtownicy tekstyliów z Pakistanu i Indii targują się o wyceny kontraktów na produkcję mnóstwa dżinsowych spodni i jedwabnych koszul. Dowiemy się także, jak przedstawiciele firm zabawkarskich z Europy Wschodniej domykają umowy na produkcję tysięcy plastikowych lalek, a amerykańscy producenci mebli umawiają się na ceny za zestawy sypialne. W alejkach niedaleko Beijing Road szmuglujący telefony komórkowe Afrykanie i nieformalni handlarze sprzętem IT kupują i sprzedają podczas jednego weekendu tysiące sztuk takich gadżetów. W tym samym czasie satelickie miasta Guangzhou, np. Foshan i Dongguan, pracują w pocie czoła, by zapełnić ten róg obfitości.

W latach 80. Dongguan było niewielkim miastem o populacji mniejszej niż 290 tysięcy mieszkańców, z których tylko 60 tysięcy zamieszkiwało region ściśle miejski. Obecnie jego populacja równa się nowojorskiej i jest ono jednym z większych centrów eksportowego wytwórstwa niskiego i średniego zakresu na świecie. Jeśli czytacie ten artykuł w Ameryce Północnej lub Europie, wasze ciała stykają się teraz prawdopodobnie z jakimś produktem wytworzonym w Dongguan – mogą to być buty, odzież, meble lub urządzenie elektroniczne.

W początkowym okresie istnienia tego centrum produkcji, czyli w późnych latach 80. i wczesnych 90., pracownicy mieli niewiele praw i możliwości ochrony. Mimo to rzadko narzekali, ponieważ ich płace i perspektywy na przyszłość były i tak znacznie lepsze niż ponure wiejskie realia, z których się wyrwali. Jednak po jakimś czasie zaczęli stawiać żądania i strajkować coraz większymi grupami.

Według danych przytaczanych przez „China Labour Bulletin” robotnicy z fabryk w całej delcie Rzeki Perłowej strajkowali w latach 2014–15 przynajmniej 324 razy. Pracownicy sektora prywatnego w innych częściach kraju podejmowali strajki prawie równie często. Protesty te ogniskowały się wokół stosunkowo prostych problemów, takich jak niewypłacanie pensji lub premii na koniec roku, ale obecnie koncentrują się na bardziej złożonych kwestiach: bezpieczeństwie w miejscu pracy, opiece zdrowotnej, zasiłkach emerytalnych czy zasadach dotyczących nadgodzin. Pracownicy-migranci są coraz bardziej świadomi i nie wahają się zakładać spraw sądowych lub wykorzystywać mediów i organizacji pozarządowych do nagłośnienia swych roszczeń. Członkowie nowej klasy pracującej zmobilizowali się, by bronić już zdobytych praw i walczyć o nowe korzyści, nie są już bowiem zadowoleni ze względnego awansu, który stał się ich udziałem. Jednak od początku XXI wieku zmieniła się również – i to w sposób istotny – ich pozycja w strukturze społecznej. Pracodawcy nie mogą już polegać na ciągłych rezerwach w postaci armii chłopów, których trzymali w zanadrzu w latach 90., gdy pracownicy sektora prywatnego tracili grunt pod nogami, miejsca pracy znikały, a światowe rynki stawały się bardziej konkurencyjne.

Przyszłość chińskiej polityki pracy

Choć chińska klasa robotnicza pozostaje podzielona, to jednak od czasu kryzysu gospodarczego z 2008 roku przesunęły się linie wyznaczające jej dwie główne części składowe. Wyhamowały tendencje wzrostu standardu życia i poziomu bezpieczeństwa socjalnego tych, których możemy nazwać niedobitkami starego proletariatu w sektorze państwowym. Jednocześnie przewaga ekonomiczna nowej klasy robotniczej, zatrudnionej w prywatnych firmach, zmniejszyła się w porównaniu ze źródłami utrzymania osób pracujących na terenach wiejskich, pomimo że pracownicy pierwszego typu stali się odważniejsi i lepiej poinformowani. Obie grupy są coraz bardziej asertywne i niezależne od Partii. Albo unikają przywództwa kontrolowanych przez komunistów związków zawodowych, albo usiłują nagiąć je do swoich interesów, a jednocześnie szukają nowych partnerów, np. wśród organizacji pozarządowych, czy wręcz tworzą własne organizacje. Pracownicy fabryki obuwia w Dongguan zażądali na przykład wsparcia ze strony oficjalnego związku i biura pracy w przeprowadzaniu nacisków, które miały zmusić pracodawcę do wypłacenia im zasiłków – i w wyniku podjętych działań otrzymali je. Osoby zatrudnione w innych miejscach, np. w fabrykach motoryzacyjnych i restauracjach fast-food, szukały pomocy u organizacji pozarządowych i związków zawodowych, by wyegzekwować od pracodawcy zasady zawiadywania godzinami nadliczbowymi i bezpieczeństwem. Tymczasem pracownicy sektora państwowego, coraz mniej zatroskani o utratę zatrudnienia, często obecnie strajkują lub protestują, by walczyć o wyższe płace, bezpieczniejsze warunki pracy i umowy zbiorowe.

Prawne zasady rządzące stosunkami pracy również się zmieniły i to wręcz niewiarygodnie, w wyniku czego przekształceniom uległa zarówno polityka pracowników sektora publicznego, jak i prywatnego, a także zaczęły się zmniejszać różnice między nimi. Do lat 80. Chiny, pomimo obowiązywania systemu socjalistycznego, a może właśnie z tego powodu, nie miały prawa pracy. Pierwsza tego typu ustawa została uchwalona w 1986 oraz 1987 roku i głosiła, że każdy pracownik musi podpisać z pracodawcą formalną, ograniczoną czasowo umowę o pracę. W teorii powinno to było zakończyć erę nieformalnych umów zatrudnienia na całe życie i promować oparty na zasadach rynkowych system kierowania pracą, zgodnie z którym zarządzającym miała zostać przyznana władza zatrudniania i zwalniania pracowników, a prawa tych ostatnich i wypłacane im dodatki socjalne byłyby chronione przez oficjalne umowy. Prawo to wprowadzano jednak chaotycznie pod względem geograficznym, szczególnie w dominującym nadal sektorze państwowym.

Później pojawiło się prawo pracy z 1994 r. i skutecznie zakończyło obowiązywanie „żelaznej miski ryżu”. Zmusiło ono dziesiątki milionów pracowników najemnych sektora państwowego do przejścia na prywatny rynek pracy, anulując obowiązującą od lat 50. społeczną umowę, która wiązała ich z pracodawcami na całe życie; ułatwiło także zwolnienie, lekko licząc, połowy z nich. Za to pierwszy raz w historii Chin prawo sensownie określiło długość dnia roboczego, zagwarantowało bezpieczne miejsce pracy, świadczenia socjalne, takie jak ubezpieczenie zdrowotne i emerytura, oraz wskazało mechanizmy rozwiązywania sporów z pracodawcami. Kolejne przepisy, wprowadzone w 2008 r., zaczęły chronić pracowników na umowach długookresowych przed zwolnieniem bez powodu i rozszerzyły możliwość bycia reprezentowanymi przez oficjalny związek zawodowy na cały sektor prywatny.

Prawa te stopniowo pomogły zmniejszyć różnice między pracownikami obu grup. Mimo iż rząd wprowadzał te zasady w sposób niekonsekwentny, to właśnie ich zaistnienie doprowadziło do poważniejszego zbliżenia się statusów i interesów chińskich pracowników najemnych z firm prywatnych i państwowych.

W rezultacie pracownicy protestujący w całym kraju wykorzystują obecnie podobne taktyki, by szukać zadośćuczynienia za często identyczne krzywdy. Coraz większe ich grupy ze wszystkich sektorów i wszystkich rodzajów przedsiębiorstw strajkują w związku z zasiłkami socjalnymi i zasadami zatrudnienia, a porzuciły raczej pisanie petycji czy protestów w sprawie zwolnień czy niewypłacanych pensji. Dzieje się to pomimo faktu, że pracownicy zglobalizowanego sektora prywatnego mocno doświadczyli zwolnień i cięć wynagrodzeń, chociaż ich koledzy pracujący w resztkach sektora państwowego radzą sobie lepiej. W wyniku światowego kryzysu finansowego z lat 2008–2009 utracono dziesiątki milionów miejsc pracy w kwitnącym wcześniej sektorze prywatnym, a rząd w tym czasie w sposób nieproporcjonalny stymulował i podtrzymywał finansowo przy życiu gospodarkę państwową. Gdy tylko gospodarka wyszła z kryzysu, a reformy prawa pracy z ostatnich dwóch dekad stały się w pełni efektywne, reformy polityczne Komunistycznej Partii Chin, przeprowadzone, aby wesprzeć rynek, uczyniły sprzymierzeńców z obu grup pracowników. Zupełnie inaczej zadziałały narodowe i światowe siły gospodarcze, które nagrodziły to, co pozostało z jednej z grup, a ukarały drugą.

Paradoksalnie, to właśnie napędzane przez państwo zmiany prawne, instytucjonalne oraz dotyczące praktyki rynkowej zrobiły z tego podmiotu mniej istotnego gracza w stosunkach pracy. Oficjalny związek zawodowy oddał pole organizacjom pozarządowym i nieformalnym grupom pracowniczym. Kiedy pojawia się spór lub wybucha protest, mniej prawdopodobne niż w przeszłości jest to, że państwo będzie stanowiło bezpośrednią stronę działań. Robotnicy nie muszą już ani negocjować z nim w sprawie poszczególnych doznanych krzywd, ani szukać jego oficjalnej interwencji, by uzyskać od opornych pracodawców jakieś ustępstwa. Państwo jest dziś o wiele bardziej niż kiedyś skłonne do pozostania na uboczu, a pracownicy i menedżerowie rozstrzygają swoje spory przed sądami oraz na drodze mediacji, nawet jeśli strajki i protesty rozlewają się jednocześnie na ulice. Rząd ustępuje na margines właśnie z powodu sukcesów autorytarnego dążenia do konsolidacji kontroli politycznej nad instytucjami rynkowymi.

Czy pracownicy będą kiedyś w stanie grupowo zmobilizować się pomimo dzielących ich różnic? To kluczowe dla chińskiej polityki i społeczeństwa pytanie, na które odpowiedź poznamy w nadchodzących latach. Zasięg ich ruchu i mobilizacja zwiększają się, a ich krzywdy, taktyki i żądania stają się coraz bardziej podobne do siebie. Jednak nadal prawie wszystkie protesty i strajki organizowane są przez niewielkie grupki w oddalonych regionach kraju. Jeżeli obok zbieżnych interesów pracowniczych będą szły podobne sposoby działania, całkiem możliwe jest, że autentyczny i spójny ruch robotniczy zmieni kształt chińskiej polityki i społeczeństwa. Chińscy przywódcy będą musieli zacząć dbać o troski robotników, zwłaszcza że dopiero po omacku przecierają sobie drogę do modelu wzrostu gospodarczego mocniej opartego na konsumpcji krajowej. Będą musieli również rozwinąć bardziej zrównoważoną formę rządów, czyli taką, która byłaby mniej zależna od swojej przymusowej funkcji i współzawodnictwa elit w grze o najwyższe stawki, a mocniej zakorzeniona w reakcjach społecznych i legitymacji, jaką dostaje od ludu. Jednakże reakcja przywódców na zmiany będzie zależała przede wszystkim od tego, czy pracownicy zdołają przezwyciężyć trudności, które w przeszłości stały na przeszkodzie rozwojowi ruchu robotniczego. Tylko wtedy można mieć nadzieję, że największa w świecie klasa robotnicza przemówi głosem własnym i słyszalnym w całym kraju.

Tłum. Magda Komuda

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w amerykańskim lewicowym czasopiśmie „Dissent Magazine” w wydaniu z wiosny 2015 r.

William Hurst

profesor nadzwyczajny nauk politycznych na Northwestern University. Autor książki „The Chinese Worker after Socialism” (2009), współautor prac „Laid-off Workers in a Workers’ State: Unemployment with Chinese Characteristics” (2009) i „Local Governance Innovation in China: Experimentation, Diffusion and Defiance” (2015). Autor wielu artykułów dotyczących polityki pracy i ekonomii politycznej.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>