Małe banki – wielkie korzyści

Wiosna 2016 |

Od 2008 r. w USA zamknięto jeden na cztery banki lokalne. Czy powinniśmy traktować to jako narodowy kryzys? Podczas gdy megabanki zarabiają megadolce, banki lokalne finansują przedsięwzięcia, które dają pracę oraz dbają o nasz dobrobyt. Dlaczego zatem właśnie one znikają tak szybko?

Oto dane, które powinny zaalarmować każdego zainteresowanego odbudową gospodarki na poziomie lokalnym i przekierowaniem strumienia środków z Wall Street ku celom bardziej produktywnym: w ciągu ostatnich siedmiu lat zniknął co czwarty bank lokalny (community bank). Tych małych, miejscowych instytucji finansowych mamy dziś o 1971 mniej niż na początku 2008 r. Około 500 z tej liczby upadło całkowicie, a ich deponentów spłaciła Federalna Korporacja Ubezpieczeń Depozytów (FDIC), gros pozostałych zaś przejęły i wchłonęły większe podmioty.

To niepokojący trend, który z kilku powodów powinniśmy traktować jako przejaw ogólnonarodowego kryzysu. Oto w 1995 r. megabanki, czyli banki z aktywami przekraczającymi 100 miliardów dolarów (według wartości dolara z roku 2010), kontrolowały 17% ogółu aktywów bankowych. W roku 2005 ich udział sięgnął 41%, a dziś jest to aż 59%. W międzyczasie udział w rynku utrzymywany przez banki lokalne i spółdzielcze – instytucje o aktywach nieprzekraczających miliarda dolarów – gwałtownie spadł z 27% do 11%. Cztery ogromne instytucje finansowe – Bank of America, JPMorgan Chase, Citigroup i Wells Fargo – zdominowały sektor bankowy, a każda z nich stała się większa od wszystkich krajowych banków lokalnych razem wziętych.

Jeśli będziemy nadal podążać tą drogą, zabijemy ideę bankowości zaangażowanej (relationship banking) – twierdzi Rebeca Romero Rainey, w trzecim już pokoleniu prezeska Centinel Bank w Taos w stanie Nowy Meksyk. Podobnie jak inne lokalne banki, Centinel podejmuje decyzje pożyczkowe na podstawie pogłębionej wiedzy o lokalnym rynku, bazując na swoich relacjach z klientami. Udziela także miejscowym rodzinom różnych kredytów biznesowych i hipotecznych. Wielu spośród takich kredytobiorców zapewne nie zakwalifikowałoby się do otrzymania pożyczki w wielkich bankach, ponieważ nie mieściliby się w zestandaryzowanych wzorach, jakich te używają, by oszacować niebezpieczeństwo niewypłacalności.

Jednak to właśnie Centinel ma znakomite osiągnięcia w dziedzinie oceny ryzyka, chociaż jego portfolio kredytowe składa się z niekonwencjonalnych pożyczek udzielanych lokalnie, jak choćby ta, którą otrzymał budowniczy energooszczędnych domów z butelek i innych surowców wtórnych. W roku 2014 na straty trzeba było spisać zaledwie 0,05% kwot niespłaconych należności. Dla kontrastu – 21 amerykańskich megabanków musiało uczynić to samo z 0,54% wartości niespłaconych kredytów, a więc odsetkiem dziesięciokrotnie większym.

Centinel został założony w 1969 r. przez dziadka Romero Rainey i obecnie jest jednym ze 180 amerykańskich banków należących do Latynosów. I chociaż podobne mu banki lokalne przodują pod względami zaspokajania podstawowych wymagań, jakie stawiamy naszemu systemowi finansowemu, to jednak gwałtownie znikają. Konkretne przyczyny tego stanu rzeczy są dziś tematem żywej debaty.

Czy obwiniać ustawę Dodda-Franka?

Część naukowców i bankierów zrzuca winę za tę sytuację na konieczność poniesienia przez banki lokalne dodatkowych kosztów dostosowania się do przepisów reformy bankowej Dodda-Franka. Na jej mocy utworzono Biuro Ochrony Finansowej Konsumenta (Consumer Financial Protection Bureau), a ona sama narzuciła nowe reguły działalności bankowej. W lutym Marshall Lux, starszy wykładowca na harvardzkiej Kennedy School of Government i konsultant Boston Consulting Group, oraz student Robert Greene opublikowali szeroko dyskutowany artykuł, w którym dowodzą, że spadek liczby banków lokalnych przyspieszył w drugim kwartale 2010 roku, mniej więcej w czasie wprowadzania ustawy Dodda-Franka. Lux i Greene twierdzą, że nałożyła ona nowe koszty dostosowawcze na lokalne banki, które ani nie generują systemowego ryzyka, ani też nie prowadzą zróżnicowanej działalności pozwalającej pokryć takie wydatki. Istotnie, badania wskazują, że banki tego typu wydają więcej na koszty dostosowawcze wynikające ze wspomnianej ustawy, w tym na zatrudnienie dodatkowego personelu, a wynikające stąd obciążenia skłaniają wiele z nich do sprzedaży swoich aktywów i majątku większym bankom.

Jednak korelacja między reformami Dodda-Franka a spadkiem liczby banków lokalnych nie jest wcale tak jasna i oczywista, jak sugerują Lux i Greene. Wiele z  owych postanowień weszło w życie dopiero w minionym roku, toteż nie mogą one wyjaśniać negatywnego trendu z lat poprzednich. Obrońców praw konsumenta niepokoi, że Lux i Greene zalecają w swoim artykule zmiany przepisów, które utrudniłyby prawodawcom narzucanie instytucjom finansowym nowych reguł, co z kolei mogłoby napędzać kampanię wielkich banków na rzecz utrącenia reform Dodda-Franka. Grupy lobbystyczne, takie jak American Bankers Association (ABA), już teraz wykorzystują trudne położenie banków lokalnych, by naciskać na zniesienie części przepisów, w tym wielu regulacji stosujących się tylko do rekinów z Wall Street.

Podczas lutowego przesłuchania senator Elizabeth Warren przywołała ABA do porządku pod tym właśnie względem. W dyskusji z R. Danielem Blantonem, prezesem grupy, wskazała, że pierwszym żądaniem ABA w sprawie ograniczenia nacisku regulacyjnego na banki lokalne było przyjęcie ustawy zwalniającej banki dowolnego rozmiaru z zapisu mającego uniemożliwić przyznawanie kredytów hipotecznych, których pożyczkodawcy nie są w stanie spłacić. Jak panu wiadomo, w świetle obecnych przepisów banki o aktywach poniżej 2 miliardów dolarów, które emitują mniej niż 500 hipotek rocznie, pozostają w zgodzie z prawem – mówiła. Gdyby Kongres przyjął ustawę, której chce American Bankers Association, to ile kredytów hipotecznych banków lokalnych stałoby się uprawnionych i jak miałoby się to do liczby kredytów Citibanku i JP Morgan, które stałyby się dopuszczalne w wyniku proponowanej zmiany?

Jak się przyciska banki lokalne

Bardziej wyczerpującą i zniuansowaną odpowiedź na pytanie, dlaczego lokalne banki znikają tak licznie, przedstawił Arthur E. Wilmarth, profesor prawa na George Washington University. W swoim obszernym artykule potępia on wynikające z regulacji niedogodności dla lokalnych banków, nie wpisuje się jednak w deregulacyjną propagandę wielkich graczy. Ustawa Dodda-Franka nie jest pozbawiona wad, twierdzi Wilmarth, ale nie ograniczają się one jedynie do ciężarów narzucanych na lokalne banki. Jej głównym niedostatkiem jest fakt, że nie uczyniła nic, by skończyć ze statusem „zbyt-wielki-by-upaść”, przysługującym megabankom, a także z wynikającymi z niego hojnymi dotacjami publicznymi. Innymi słowy – nie wymusiła fundamentalnej zmiany w modelu biznesowym megabanków.

Wilmarth postrzega regres banków lokalnych w kontekście polityki zmian rozpoczętych w latach 90. Uwolniły one banki od wpływu lokalnych społeczności i umożliwiły cieszącym się publicznymi gwarancjami placówkom komercyjnym angażowanie się w ryzykowne spekulacje. Taka zmiana polityki pozwoliła wielkim instytucjom finansowym na przemianę w olbrzymie koncerny, pożerające udziały w rynku oraz mniejszych konkurentów. Kryzys finansowy powinien był stać się dzwonem na trwogę, powiada Wilmarth, jednak politycy tylko zdwoili swe wysiłki. Rząd federalny zachęcał do dalszej konsolidacji, przyjmując nadzwyczajne programy ratunkowe, by zapewnić przetrwanie największym instytucjom finansowym – zauważa Wilmarth. Zgoła inaczej twórcy tej polityki traktowali banki lokalne: Federalni prawodawcy wydali setki dyrektyw kapitałowych oraz innych nakazów wykonawczych godzących w banki lokalne, a także pozwolili, żeby ponad 450 spośród nich upadło.

Wilmarth dostarcza kolejnych przykładów na to, jak w następstwie kryzysu prawodawcy naciskali banki lokalne, skrupulatnie sprawdzali każdą pożyczkę i żądali poziomu kapitałów gwarancyjnych wyższego nawet od przewidywanego przepisami, a jednocześnie – ostentacyjnie zwalniali z tych wymogów megabanki. Twierdzi, że pokryzysowe reformy pod wieloma względami nadal faworyzują większych. Jakkolwiek część ustawy Dodda-Franka dotycząca kredytów hipotecznych zawiera liczne ulgi dla banków lokalnych, to jednak ogólne skutki nowych przepisów oznaczają dalszą standaryzację takich pożyczek. To zaś działa na korzyść bankowych gigantów, traktujących kredyty jak produkty i posługujących się zautomatyzowanymi systemami oceny pożyczkobiorców. Jest natomiast niekorzystne dla banków lokalnych, utrudniając im udzielanie pewnego typu pożyczek, w których przyznawaniu przodują i których oczekują od nich lokalne społeczności – dostosowanych do klienta i opartych na miejscowych relacjach.

We znaki dają się także nowe skomplikowane reguły rządzące ilością kapitału własnego, jaki musi pozostawać w dyspozycji banków. Chociaż utrzymywały wyższy od megabanków poziom kapitałów oraz niższy odsetek nietrafionych pożyczek, banki lokalne muszą dziś składać obszerne kwartalne sprawozdania, przypominające w swej złożoności raczej wymogi bilansów księgowych wielkich banków. Tabela aktywów ważonych ryzykiem zajmuje w sprawozdaniu 57 rubryk oraz 87 stron instrukcji, a przecież od większości banków lokalnych nie oczekuje się utrzymywania dodatkowego kapitału – wskazała w swym niedawnym przemówieniu Esther George, przewodnicząca Rezerwy Federalnej Kansas City.

Gdy coraz bardziej skomplikowana stawała się struktura bankowych koncernów, prawodawcy przyjmowali coraz bardziej złożone przepisy. W gruncie rzeczy sprzyja to jednak megabankom, co wyjawił w jednym z wywiadów Jamie Dimon, szef banku JPMorgan Chase. Zauważył on, że regulacje mogą zmniejszyć zyski jego banku, ale za to zwiększają udział w rynku. Wielki bank stać na poruszanie się wśród tych reguł, jego mniejszych rywali – nie. Prowadzący ów wywiad analityk finansowy relacjonował: Z punktu widzenia Dimona wyższe wymagania kapitałowe, reguła Volckera i reformy rynku instrumentów pochodnych na dłuższą metę zwiększają koszty i utrudnią wejście na rynek nowym graczom, to zaś faktycznie umocni pozycję JPMorgan.

Tajemnica braku nowych banków

Na gwałtowny spadek liczby lokalnych banków wpływa jeszcze jeden czynnik, który niewątpliwie odcisnął się w danych ekonomicznych najbardziej dramatycznym piętnem zmiany. Obecnie przestają powstawać nowe banki. Kontrastuje to jaskrawo z pięcioma latami poprzedzającymi kryzys, kiedy to prawodawcy zezwalali na powstanie przeciętnie 156 banków rocznie, zastępujących mniej więcej połowę tych, które upadły lub dokonały fuzji z innymi. Od końca 2010 r. dali zielone światło zaledwie jednemu nowemu bankowi, tym wyjątkiem był Bank Bird-in-Hand, mała instytucja w wiejskich rejonach Pensylwanii, obsługująca wspólnotę amiszów.

Niektórzy przypuszczają, że winę ponosi polityka Rezerwy Federalnej, utrzymującej od 2008 r. niemal zerowe stopy procentowe. Małe banki, które wciąż koncentrują się na zamienianiu oszczędności swej społeczności na przeznaczone dla niej pożyczki, czerpią 80% dochodów z „odsetek netto”, będących zasadniczo różnicą między odsetkami wypłacanymi z tytułu depozytów a odsetkami zarabianymi dzięki pożyczkom. Gdy stopy procentowe są skrajnie niskie, utrzymanie marży pozwalającej wyjść na swoje stanowi wyzwanie, szczególnie dla debiutantów. Wielkie banki są na to o wiele mniej wrażliwe, ponieważ generują większe dochody z tytułu opłat: począwszy od tych za prowadzenie rachunku, znacznie wyższych w wielkich bankach, a kończąc na opłatach pobieranych od operowania skomplikowanymi papierami wartościowymi.

Podczas poprzednich okresów zniżkowania stóp procentowych powstawanie nowych banków nie zamierało aż do tego stopnia. Jednym z mających na to wpływ czynników może być zmiana polityki FDIC, wydłużająca z trzech do siedmiu lat okres, podczas którego wymaga się od banków utrzymywania wyższych rezerw kapitałowych oraz poddawania się częstszym kontrolom. Trudność zebrania znacznego kapitału – zwykle więcej niż 20 mln dolarów – w warunkach gospodarczej recesji, połączona z coraz bardziej uciążliwą procedurą ubiegania się o możliwość rozpoczęcia działalności, jaki wprowadziła FDIC na początku kryzysu, tworzy wrażenie, że uruchomienie nowego banku staje się właściwie niemożliwe.

Czy los banków lokalnych to nasza sprawa?

Nie każdy sądzi, że zablokowanie powstawania nowych banków to coś złego. Matthew Yglesias, były felietonista „Slate”, dowodził, że Ameryka ma o wiele za dużo banków i kpił kpił, że broni się ich uporem godnym lepszej sprawy. Twierdził, że banki lokalne są marnie zarządzane, obarczone wyższym ryzykiem i mniej konkurencyjne w porównaniu z dużymi graczami.

W wynikach przeprowadzonych badań i w historii finansowej placówek nie sposób znaleźć podstaw do takich wniosków. W rzeczywistości lokalne banki przewyższają większych konkurentów pod względem kilku kluczowych wskaźników wydajności i dochodowości: więcej zarabiają na swych portfoliach usług, mają niższe koszty finansowania i wydają mniej na koszty ogólne. Są też znacznie lepsze w dziedzinie lokowania należących do społeczeństwa kapitałów, podejmują rozumniejsze decyzje inwestycyjne i pożyczkowe. Kierują także więcej kapitału na tworzenie miejsc pracy oraz kreowanie dobrobytu społeczności, sprowadzając na nią znacznie mniejsze ryzyko niż wielcy konkurenci.

W ciągu ostatnich 15 lat banki lokalne i spółdzielcze miały w porównaniu z dużymi placówkami mniejsze wskaźniki strat w niemal każdej kategorii pożyczek indywidualnych i komercyjnych. Różnica jest szczególnie wyrazista w okresach spadku koniunktury, gdy poziomy niewypłacalności w megabankach rosną w zawrotnym tempie.

Dobrym przykładem są tu pożyczki hipoteczne. Według Tanyi Marsh, specjalistki prawa bankowego w Wake Forest University, między 2009 a 2012 rokiem odsetek niespłacanych kredytów mieszkaniowych we wszystkich bankach był 16-krotnie wyższy niż w bankach lokalnych. Taka różnica może głęboko oddziaływać na życie rodzin i całych regionów. Jedno z badań pozwala wyciągnąć wniosek, że – przy innych czynnikach utrzymanych na podobnym poziomie – hrabstwa, gdzie banki lokalne utrzymują udział w rynku powyżej przeciętnej, doświadczyły znacznie mniejszej liczby zajęć nieruchomości. Jednak najistotniejszym, co przemawia za traktowaniem regresu lokalnej bankowości jako narodowego kryzysu, jest fakt, że podczas gdy megabanki poświęcają większość swych możliwości na działania powiększające własne wyniki finansowe, często kosztem całej gospodarki, banki lokalne wykonują rzeczywistą pracę na rzecz finansowania biznesu oraz innych produktywnych inwestycji, które dają pracę i poprawiają nasz dobrostan.

Udział banków różnej wielkości w kredytowaniu małych przedsiębiorstw jest szczególnie wymowny. Oto banki małe i średnie oraz spółdzielcze, dysponujące 24% zasobów bankowych, realizują 60% potrzeb kredytowych małych przedsiębiorstw; megabanki zaś, przeciwnie, kontrolują 59% zasobów, a finansują zaledwie 23% takich pożyczek. Wiedząc, jak dużo wielkie banki zyskały w ciągu ostatnich lat kosztem małych, nietrudno zrozumieć, dlaczego – mimo ożywienia gospodarczego – kurczy się poziom kredytowania małych przedsiębiorstw.

W niektórych regionach marzenie Yglesiasa o systemie bankowym złożonym w całości z dużych regionalnych i ogólnokrajowych instytucji szybko staje się rzeczywistością. Płynące stamtąd doświadczenia nie są pozytywne – lokalny biznes rzadko może liczyć na finansowanie, a według studium opublikowanego przez Rezerwę Federalną – gdziekolwiek upada lokalny bank, cierpi na tym miejscowa gospodarka: wzrost zatrudnienia zwalnia, spadają dochody gospodarstw domowych, wzrasta poziom ubóstwa.

Oznaki zmiany kierunku polityki bankowej

Są stany, w których lokalne banki nie znikają. Wiele ich pozostało w Północnej Dakocie, gdzie posiadają aż 70% ogółu depozytów. Wiejski charakter stanu oraz jego solidna gospodarka częściowo wyjaśniają tę odmienność, lecz jej główną przyczyną jest działanie istniejącego od 96 lat Banku Północnej Dakoty (BND), jedynego w kraju banku będącego własnością stanu. BND wzmacnia możliwości i pozycję konkurencyjną lokalnych banków, zawierając z nimi partnerstwa w sprawie pożyczek i zapewniając usługi bankowości hurtowej. Efekty są widoczne. Północna Dakota nie tylko ma wyższy od innych stanów wskaźnik liczby banków, wyraźnie wyższy poziom kredytów rolniczych i komercyjnych, ale także wyższy udział kredytów hipotecznych pozostających pod kontrolą stanu, dzięki czemu odsetki płacone przez mieszkańców wspierają gospodarkę stanu, nie zaś Wall Street.

Kilka stanów i miast – w tym Colorado, Santa Fe, Seattle – bada obecnie przypadek BND jako potencjalny wzorzec dla ich własnych banków publicznych; wstępne kroki w tym kierunku poczyniły także stany Vermont i Oregon. I chociaż te wysiłki mogą być przełomowe i mają potencjał transformacyjny, to jednak nowe publiczne banki będą potrzebowały lat, by osiągnąć rozmiary pozwalające na zdobycie odpowiedniego wpływu na rzeczywistość. Nim to się stanie, potrzebujemy pilnej naprawy poważnych błędów federalnej polityki bankowej.

Na razie dobrą nowiną jest to, że do fundamentalnej zmiany naszego podejścia do tej polityki nawołuje kilkoro wpływowych prawodawców i regulatorów. Popularność zyskuje idea głosząca, że banki lokalne i megabanki to różne odmiany działalności biznesowej, które powinny podpadać pod odmienne reżimy regulacyjne. Ani ja, ani żaden z lokalnych bankierów nie jesteśmy orędownikami świata bez regulacji i przymusu – mówiła do uczestników niedawnej konferencji Rezerwy Federalnej Romera Rainey z Centinel Banku. – Ale potrzeba nam regulacji adekwatnych… To przecież dwa różne modele biznesowe.

Na początku kwietnia 2015 r. Thomas Hoenig, wiceprzewodniczący FDIC, zarysował plan sugerujący, by różnice między rodzajami banków zaakcentować przez zwolnienie z pewnych regulacji tych z nich, które nie obracają papierami wartościowymi, ograniczają swe zaangażowanie w derywaty i utrzymują rezerwy kapitałowe na poziomie nie mniejszym niż 10% niespłacanych pożyczek i inwestycji. Co ważniejsze, znaczenia nabiera idea, że najlepszym sposobem na uzdrowienie systemu bankowego jest nie nakładanie kolejnych warstw skomplikowanych, technokratycznych regulacji, lecz wprowadzenie prostych reguł dotyczących rozmiaru i struktury banków.

15 kwietnia 2015 r. senator Warren wygłosiła mowę wspierającą takie podejście. Wypowiedziała się, między innymi, za podziałem wielkich banków oraz przywróceniem starej zasady, obalonej w roku 1999, w myśl której banki przyjmujące depozyty nie mają prawa uczestniczyć w spekulacjach na Wall Street; w ten sposób podatnicy mogą być pewni, że nie będą ubezpieczać i dotować tego ryzykownego handlu. Wyjaśniając, dlaczego dała pierwszeństwo podejściu strukturalnemu, nie zaś technokratycznemu, Warren mówiła: Gdy 11 banków jest wystarczająco wielkich, by grozić upadkiem całej gospodarki, potrzeba grubych warstw regulacji, by je nadzorować. Gdy jednak banki te są podzielone i zmuszone do ponoszenia konsekwencji podejmowanego przez siebie ryzyka, gdy bankowa część ich modelu biznesowego jest dobrze widoczna i łatwa do oceny, wówczas nadzór regulacyjny może być lżejszy. Pokładanie nadmiernego zaufania w podejściu technokratycznym bywa rozgrywane przez wielkie banki – zauważyła Warren. Często prowadzi do niekorzystnych efektów ubocznych: zwiększa obciążenia banków lokalnych i spółdzielczych. Potrzeba nam mądrzejszych i prostszych regulacji, które dają mniejszym instytucjom szanse spełnienia wymogów dostosowawczych bez popadnięcia w bankructwo.

Przypuszczalnie najlepszym argumentem za powrotem do prostszej polityki bankowej jest to, że nakłaniając banki do głębszego zakorzenienia się w lokalnych społecznościach, upewniamy się, że dobrobyty banków i pożyczkobiorców będą ze sobą organicznie związane.. Najcelniej mówi o tym Romera Rainey: Jeśli nie powodzi się naszym klientom, to nie ma szans, żeby powodziło się nam.

Tłum. Michał Wójtowski

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w internetowym wydaniu czasopisma „Yes! Magazine” z 6 maja 2015 r. Na potrzeby przedruku pominięto wykresy oraz przypisy odsyłające do szczegółowych źródeł informacji przywołanych w tekście.

Stacy Mitchell

wicedyrektorka Institute of Self-Reliance (Instytutu Samodzielności), prowadzi w nim Community-Scale Initiative (Inicjatywę na Skalę Społeczności), gdzie pracuje nad badaniami i analizami oraz współpracuje z szeregiem partnerów społecznych nad projektowaniem i wdrażaniem polityki wzmacniającej lokalną konsolidację gospodarczą i wspierającą przedsiębiorstwa mające korzenie w lokalnej społeczności.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>