O uchodźcach bez napinki

Kategoryczni przeciwnicy przyjmowania jakiejkolwiek liczby uchodźców dobijających do bram Europy starają się uchodzić za racjonalnych obrońców polskiego interesu, kierujących się chłodną polityczną kalkulacją. Jeśli ich argumenty czasem przyjmują formę rozemocjonowanego jazgotu, to oczywiście tylko po to, by ich tezy lepiej wybrzmiały i przekonały szersze grono odbiorców. Hasła o islamskim najeździe czy odcinanych przez islamistów głowach – to tylko licentia poetica. Wypowiadają je przecież w istocie twardo stąpający po ziemi komentatorzy, którzy nie chcą dopuścić, by w naszym kraju również zakwitły szariackie „no go zones” i miały miejsce zamachy takie, jak niedawny w Brukseli. W tej optyce, z drugiej strony, każdy, kto dopuszcza w ogóle możliwość ugoszczenia w naszych progach uciekinierów z Syrii czy Iraku, jest w najlepszym razie idealistą, który stracił kontakt z brutalną rzeczywistością, a w najgorszym – perfidnym szpionem, chcącym kuchennymi drzwiami doprowadzić do dechrystianizacji Polski przy pomocy hord Maurów.

Nie po raz pierwszy okazuje się, że głośne wykrzykiwanie polskich interesów rzadko idzie w parze z realnym ich wspieraniem. Nie przypadkiem mistrzami pragmatycznej polityki są wiecznie uśmiechnięci i przytakujący Chińczycy, którzy, zamiast wyznaczać sztywne granice, od których „dalej nawet o krok”, spokojnie próbują ugrać na wielu frontach pulę większą, niż byłaby do zgarnięcia na jednym. Napinanie się nigdy nie było dobrą strategią dla tych, którzy znają swoją wartość – a od zawsze stanowiło raczej domenę tych, którym nic poza prężeniem wątpliwych muskułów już nie zostało.

W wyniku wrześniowych negocjacji przypadło nam w udziale przyjęcie 7 tysięcy uchodźców. Jednak po zamachach w Belgii premier Szydło zapowiedziała, że w tej sytuacji Polska nie przyjmie deklarowanej wcześniej liczby. Abstrahując na razie od rozstrzygania, czy 7 tysięcy dla Polski to dużo czy mało, pytanie brzmi, po co w ogóle obecnie zabierać głos na ten temat, skoro kwestia ich rozlokowywania jak na razie de facto stoi w miejscu. Z grupy 106 tysięcy, która została, brzydko mówiąc, podzielona między kraje członkowskie, jak na razie rozmieszczono około 1000 osób. Sama Polska na początku roku ogłosiła, że ma już gotowych… 100 miejsc na przyjęcie gości z Bliskiego Wschodu. W sytuacji, gdy proces rozmieszczania uchodźców jeszcze na dobrą sprawę nawet nie ruszył z miejsca, choć minęło już pół roku od uzgodnień, kolejne podgrzewanie i tak już gorącej atmosfery wokół Polski w UE jest ostatnim, co powinniśmy robić.

Zasady przyjęcia uchodźców przez Polskę są tak wyśrubowane, że zebranie grupy tych 7 tysięcy osób, które zadeklarowaliśmy przyjąć, zająć nam może kilka lat. Już pierwszy z warunków będzie trudny do spełnienia – jasno wyrażona chęć, by zostać azylantem w naszym kraju. Konia z rzędem temu, kto znajdzie 10 imigrantów z Bliskiego Wschodu, których celem jest na stałe zamieszkać nad Wisłą. Od lat 90. przewinęło się przez nasz kraj ok. 90 tys. uchodźców z Czeczenii, a ostało się ich mniej niż 10 tysięcy. Nawet jeśli w końcu uda się zebrać odpowiednią grupę, to będzie trzeba jeszcze ją zweryfikować – sprawdzić, czy to na pewno uchodźcy z terenów ogarniętych wojną, a nie imigranci zarobkowi, a także czy nie mają powiązań z terrorystami. A to niełatwe, trzeba to przeprowadzić dokładnie, więc siłą rzeczy zajmie wiele czasu.

Rozsądna polityka Polski wobec problemu, przed którym stanęła Europa, powinna jednak wyglądać dużo bardziej aktywnie. Przyjęcie 7 tysięcy muzułmanów nie powinno stanowić dla Polski ani większego problemu, ani zagrożenia. Od lat 90. przyjęliśmy w sumie około 90 tys. Czeczenów, którzy w dużej części są salafitami, a więc reprezentują najbardziej radykalny odłam islamu. Prześwietlenie 7 tysięcy przybyszów nie powinno być dla naszych organów żadnym kłopotem. Podczas najbliższych wakacji przyjedzie do Polski na Światowe Dni Młodzieży prawie 2 mln ludzi i nikt jakoś nie krzyczy, że będzie to dla naszych służb zadanie nie do wykonania.

Trudno też brać na poważnie ostrzeżenia przed islamizacją – w Polsce jest obecnie ok. 25 tys. muzułmanów, więc nawet gdyby przyjechało ich kilkanaście tysięcy, to i tak stanowiliby promil społeczeństwa. We Francji, przed którą tak przestrzegają wieszczący islamizację, muzułmanów jest 7,5%, a w Szwecji 4,5%. Nie mówiąc już o Bułgarii (14%) oraz Cyprze (25%), choć jakoś nie słyszy się, by w tych dwóch krajach wyznawcy islamu zaczęli wprowadzać terror kulturowy. Nie ma również powodów przypuszczać, że uchodźcy przybywają tu „ciągnąć socjal”. Trudno uznać, że główne marzenie ludzi decydujących się na przepłynięcie tratwą przez morze albo przejechanie chłodnią przez Europę, to wygrzewanie się na zasiłku. Absurdem jest twierdzenie, że ktoś, kto decyduje się na tak niebezpieczną podróż, musi być szczególnie leniwy – akurat energii witalnej trudno tym osobom odmówić.

Owszem, muzułmańscy imigranci są w czołówce pobierających zasiłki na zachodzie UE, ale nie dlatego, że są generalnie leniwi, a dlatego, że są imigrantami właśnie, a ci najczęściej zasilają dolne warstwy społeczne. Powinni być na to wyczuleni szczególnie Polacy, na których temat przecież też często bywa upowszechniany krzywdzący stereotyp „przejadaczy socjalu”.

A więc zamiast zapierać się rękami i nogami przed przyjęciem tej w istocie garstki ludzi, dużo bardziej produktywnie byłoby skupić się na innych ważnych dla Polski kwestiach związanych z tym tematem. Chociażby na zwiększeniu ochrony zewnętrznych granic UE, co dla Polski, posiadającej takie granice i leżącej w dosyć niepewnym regionie, jest sprawą niezwykle istotną. Tym bardziej, że jedyną unijną agencją mającą siedzibę w Polsce jest Frontex, który odpowiada właśnie za tę sferę. Za ochronę granic zewnętrznych odpowiedzialne jest z osobna każde państwo, na którego terenie one leżą, co w obecnym kryzysie zupełnie się nie sprawdza, gdyż granice niektórych krajów (np. Grecji) są dziurawe jak sito. Sam Frontex jest obecnie jedynie kadłubkiem – zatrudnia zaledwie ok. 350 osób, które i tak pracują w jego administracji, a przy każdej akcji musi prosić państwa członkowskie o strażników granicznych oraz o pozwolenie na działanie na danym terytorium. Nawet po niedawnych podwyżkach jego budżet roczny wynosi ok. 140 mln euro, a budżet operacji morskich i lądowych to tylko 73 mln euro. Przeniesienie większej odpowiedzialności za granice zewnętrzne na Unię jako całość i zapewnienie Frontexowi stałej załogi strażników granicznych byłoby nie tylko pożądane w obliczu obecnego kryzysu migracyjnego, ale też zwiększyłoby bezpieczeństwo Polski w perspektywie ewentualnych napięć na wschodnich granicach. Szczególnie w sytuacji, gdy konflikty przygraniczne przyjmują obecnie formę toczonych cichaczem wojen hybrydowych.

Wzmocnienie mającej siedzibę w Polsce agencji wzmocniłoby pozycję Polski na arenie unijnej. Przedstawienie pomysłu na reformę ochrony unijnych granic wraz z koncepcją rozbudowy struktury i kompetencji Frontexu byłoby w oczach innych unijnych graczy dużo bardziej poważną postawą, na której moglibyśmy zyskać znacznie bardziej niż na ugraniu tysiąca czy dwóch tysięcy azylantów mniej. Wzmocniony i sprawny Frontex mógłby być niezłym substytutem stałych baz NATO, o które tak bardzo zabiegamy. Aby jednak przekonać resztę UE do naszej wizji wspólnej ochrony granic, najpierw dobrze byłoby poważnie podejść do wcześniejszych uzgodnień dotyczących rozładowania tego kryzysu migracyjnego, który już mamy.

Kolejną korzyścią z rzetelnego przestrzegania uzgodnień dotyczących relokacji byłoby czerpanie instytucjonalnego know-how. Nasze służby nie są obecnie doświadczone w inwigilacji środowisk islamskich, a ekspansja islamistycznego terroryzmu powoduje, że muszą te kompetencje posiąść jak najszybciej. Również nasze instytucje opieki nie mają pojęcia o integracji i pomocy imigrantom – nie tylko muzułmańskim, ale jakimkolwiek. A w sytuacji problemów demograficznych oraz postępującej globalizacji połączonej ze stopniowym bogaceniem się naszego kraju, takie umiejętności w niedługim czasie będą im niezbędne. Nawet gdyby założyć, że udałoby nam się „wywinąć” od obecnego kryzysu migracyjnego, to bez wątpienia podobne wyzwania dopadną nas w nadchodzącym czasie. Tymczasem teraz rysuje się znakomita szansa, by domagać się wsparcia polskich instytucji w radzeniu sobie z problemem od służb naszych sojuszników z UE. Dzięki bliskiej współpracy na tym polu moglibyśmy np. od służb francuskich czerpać wiedzę o rozpoznaniu radykalnych środowisk islamskich, a od instytucji szwedzkich przejmować know-how w zakresie asymilacji przybyszów z zagranicy. A wszystko odbywałoby się we względnym spokoju, gdyż obecnie to nie bezpośrednio na nasze granice napierają imigranci, a prześwietlenie i integracja 7 tysięcy osób nie stanowi wielkiego wyzwania. Gdy w przyszłości historia postawi nas pod ścianą z problemami o dużo większej skali, na naukę może być już za późno.

Zamiast wykłócać się o to, czy przyjmiemy 6, czy 8 tysięcy osób, lepiej przenieść dyskusję na tematy dużo bardziej kontrowersyjne z naszego punktu widzenia. Chociażby na kwestię poziomu pomocy, jaką uzyskają tu uchodźcy. Nie do pomyślenia jest, by po pierwszym okresie asymilacji otrzymywali oni wyższe wsparcie niż nasi potrzebujący rodacy, których na tle innych państw UE jest w naszym kraju mnóstwo. Sytuacja, gdy status uchodźcy jest lepszy niż status potrzebującego Polaka, byłaby absolutnie nieakceptowalna, a do tego mógłby prowadzić pomysł ujednolicenia poziomu wsparcia dla imigrantów w całej UE. Skala pomocy musi być też dostosowana do możliwości poszczególnych państw – wydatki na przybyszów nie mogą odbijać się na krajowych programach społecznych, skierowanych do własnych obywateli. Kolejną kwestią wartą nieustannego podnoszenia jest rzetelna weryfikacja – nie możemy godzić się na przyjmowanie osób, co do których nie będziemy mieli pewności, że pochodzą z terenów ogarniętych wojną i nie podejmowali współpracy z radykalnymi islamistami. Nawet jeśli oznaczałoby to, że w efekcie przyjmiemy mniejszą liczbę, niż zakładano.

Po co kreować się na czołowy antyislamski kraj w Europie? A taki obraz Polski wyłania się nie tylko z działań i wypowiedzi polityków, ale przede wszystkim z atmosfery wytworzonej przez część mediów i liderów opinii publicznej w naszym kraju. Bliska współpraca Polski z kilkoma dużymi krajami muzułmańskimi przyniosłaby nam wiele korzyści, jednak antyislamskie nastroje mogą w tym przeszkodzić. Aspirująca do UE Turcja to nie tylko niemal 80-milionowy dynamiczny rynek zbytu, do tego umiarkowanie zamożny, a więc doskonały dla naszych firm produkujących co najwyżej średniej jakości produkty. To także bardzo silna armia, należąca do pierwszej dziesiątki na świecie i kraj, który ma na pieńku z Rosją, a więc doskonały potencjalny sojusznik naszego państwa w obliczu indolencji militarnej większości krajów UE i niepewnej przyszłości wschodniej flanki NATO. Wspieranie Turcji w jej dążeniach do członkostwa w UE, co na szczęście ostatnio ma miejsce (vide spotkanie naszego MSZ z tureckim odpowiednikiem) zbliżyłoby oba kraje i mogłoby nam zapewnić bardzo silnego sojusznika w Unii. Z drugiej strony, danie Turcji realnej perspektywy członkostwa musiałoby uruchomić w tym kraju stopniową liberalizację systemu politycznego, by negocjacje akcesyjne mogły iść naprzód. A to byłoby już w interesie obywateli Turcji oraz Kurdów, z którymi obecny rząd turecki prowadzi cichaczem wojnę.

Kolejny z potencjalnych partnerów Polski to Iran, który właśnie odmraża kontakty z Zachodem. Czołowe kraje Zachodu już zacierają ręce na myśl o wejściu na irański rynek, jednak Polacy jak zawsze są dwa kroki z tyłu. Tymczasem na poziomie społecznym nasze kraje cieszą się dobrymi relacjami, mającymi początek jeszcze w czasach II wojny światowej, gdy polscy uchodźcy zostali dobrze przyjęci na irańskich ziemiach. Iran to gigant surowcowy: ma największe na świecie zasoby gazu i czwarte na świecie zasoby ropy. Dla importera surowców, jakim jest Polska, taki sojusznik to skarb, jednak bliska współpraca z Iranem wymagałaby aktywnej polityki Polski na tamtym odcinku, tymczasem jak na razie panuje w tej kwestii cisza. Bez wątpienia bardzo pomocny w tworzeniu relacji z Turcją i Iranem byłby korzystny klimat wokół Polski jako kraju przyjaznego islamowi. Obecnie uchodzimy za jeden z bardziej niechętnych islamowi krajów Europy. Z taką łatką możemy raczej zapomnieć o statusie ważnego partnera Turcji i Iranu.

Rozpalanie nastrojów antyislamskich będzie też bez wątpienia przeszkodą w zwalczeniu jednej z przyczyn masowej imigracji, czyli terroryzmu islamistycznego. Wygrać z nim można tylko przy współudziale wspólnoty muzułmańskiej oraz umiarkowanych krajów islamskich. Umiarkowani muzułmanie stanowią zdecydowaną większość wspólnoty islamskiej i to nawet w macierzystych krajach organizacji islamistycznych. Przykładowo zaledwie 8% Pakistańczyków stoi po stronie talibów, a 10% Nigeryjczyków popiera Boko Haram. W Jordanii deklaratywnych zwolenników Al Kaidy jest ok. 11%. Co więcej, te odsetki regularnie spadają. W krajach europejskich radykalnych muzułmanów jest o wiele mniej. We Francji zwolennicy salafizmu są szacowani na zaledwie 2 promile wszystkich tamtejszych muzułmanów. Oczywiście nawet tak wąska grupa islamistów może urządzić krwawą łaźnię, jednak sprowadzanie walki z islamizmem do walki z islamem jest nieporozumieniem. Wręcz przeciwnie, z islamizmem będzie można wygrać tylko przy udziale umiarkowanej większości muzułmanów, która musi podjąć walkę z islamistami nawet nie tyle fizyczną, co teologiczno-polityczną, dzięki której zdelegitymizuje terrorystów w oczach całej swojej wspólnoty religijnej. Póki umiarkowane kraje muzułmańskie (Algieria, Indonezja, Malezja itp.) nie dołączą do koalicji antyislamistycznej, umiarkowani imamowie nie wystąpią przeciw islamistom w meczetach, a zwykli muzułmanie nie zaczną wprost piętnować fundamentalizmu, ekstremiści nie zostaną zmarginalizowani i wciąż będą mogli swobodnie funkcjonować w przestrzeni religii muzułmańskiej. Jednak gdy będziemy utożsamiać islamistów z wszystkimi muzułmanami, to na zasadzie samospełniającej się przepowiedni niechybnie w końcu stanie się to prawdą i zamiast walki z islamizmem w sojuszu z islamem, zostanie nam walka z całym islamem. A wygrać ją będzie bez porównania trudniej. Tak więc rozbudzanie nastrojów antyislamskich, nie tylko w Polsce, ale też wszędzie indziej, jest szkodliwe z punktu widzenia walki z terroryzmem.

Przy „okazji” każdego dramatycznego wydarzenia związanego z islamizmem szeroko pojęci polscy przeciwnicy islamu przypominają jako przykład polskiej wiktorii „odsiecz wiedeńską”, podczas której Jan III Sobieski ruszył na pomoc Austriakom w wojnie z Turcją. Trudno o większy idiotyzm – uczestnictwo w Bitwie pod Wiedniem był jednym z największym błędów strategicznych w historii. Po pierwsze, uratowaliśmy Austriaków, którzy niewiele później uczestniczyli w naszych rozbiorach. Po drugie, osłabiliśmy Turcję, dzięki czemu umożliwiliśmy Rosji ekspansję na zachód. Po trzecie wreszcie, daliśmy się wpuścić w potyczkę z Turcją, czyli krajem, który był naszym naturalnym kandydatem na sojusznika i nigdy nie uznał naszych rozbiorów. Niestety oparta na uproszczonych schematach myślowych polityka doprowadziła do tego brzemiennego w skutki błędu. A obecnie podobne schematy każą młodym Polakom epatować wizerunkami husarii i brać na sztandary to pyrrusowe zwycięstwo, które zaszkodziło nam bardzo. Oby od podobnych schematów uwolniła się polityka współczesnej Polski, bo poza zagrożeniami związanymi z kryzysem imigranckim widać tez ewidentne szanse. Zrzucenie klapek z oczu pomogłoby je wykorzystać.

Piotr Wójcik

(ur. 1984) – stały współpracownik „Nowego Obywatela”. Redaktor portalu Jagielloński24.pl, członek Klubu Jagiellońskiego i zespołu redakcyjnego „Pressji”. Katolik i komunitarysta.

13 odpowiedzi na „O uchodźcach bez napinki

  1. mmaassd pisze:

    Można dodać jeszcze kilka argumentów z wachlarza realpolitik.
    Po pierwsze, szkodliwe, by nie powiedzieć kretyńskie jest zmienianie własnej polityki po jakichkolwiek, udanych bądź nie, zamachach. Udowadnia się wtedy terrorystom, że ich metody mogą odnieść porządany skutek, ba, mogą odnieść go tam gdzie nawet nie był planowany (bo przecież nikt bezpośrednio Polski na cel wówczas nie brał). Wysyła się sygnał nie nieustępliwości, lecz uległości. Waszczykowski po Paryżu, a Szydło po Brukseli wystawili na zagrożenie bezpieczeństwo Polaków, de facto uginając się pod siłą „argumentacji” Daeshu.
    Druga sprawa to korzyść z przyjecia tej niewielkiej liczby imigrantów. Dynamika demograficzna jak i dynamika migracji jest nieubłagana. Polska będzie coraz bardziej potrzebować imigrantów, a imigranci coraz bardziej będą potrzebować Europy, w tym m.in. Polski. Dzisiejsza fala uchodźca to przecież jedynie niewielki wyciek, zestawiając ją z tym, co przypadnie w udziale Afryce w ciągu najbliższych dekad. Pustynnienie Sahelu, przeludnienie, brak dostępu do wody pitnej czy jedzenia to tylko kilka przyczyn nadchodzących, zapewne o wiele większych fal migracji. Oczywiście, ci ludzie nie będą uciekać przed wojną, zostaną „zarobkowymi” kozłami ofiarnymi, nie uzyskując naszego współczucia zarezerwowanego jedynie dla uchodźców. Ale czymże, jeśli nie uchodźctwem, jest przebycie drogi z przymierającej głodem wioski z Płd. Sudanu? Nie ma równości pomiędzy imigrantem zarobkowym wyjeżdzającym z Rzeszowa do Londynu z osobą która głoduje, a co gorsza, nie ma i nigdy mieć nie będzie nawet cienia szansy na poprawę swojej sytuacji na miejscu (głównie przez skutki imperialnej polityki Europy, w tym i Polski). Imigranci zarobkowi to też uchodźcy i to oni są wyzwaniem przyszłości. Dlatego odrzucanie ich dzisiaj jest takim samym środkiem zaradczym jak kropla wody na rozgrzanym kamieniu. Perspektywicznie byłoby przyjąć wszystkich z przydzielonej Polsce puli, być może nawet więcej. Nie tylko przez wzgląd na wskaźniki ekonomiczne. Polska potrzebuje wypracować skuteczną politykę integracji tych ludzi – czy to będzie multikulturalizm, transkulturalizm, asymilacjonizm czy jeszcze coś innego. Relatywnie znikome ilości imigrantów są świetnym polem dla testów i prób. Rząd Polski, jak zwykle w tyle, chyba tylko czeka na powtórkę sytuacji z Niemiec, które przez większość okresu od otwarcia wrót dla gastarbeiterów do dzisiaj, uznały, że najlepszą polityką integracyjną jest jej brak. Nadwyraz osobliwe jest stwierdzenie Merkel, w którym orzeka nieudolność multikulturalizmu, gdyż Niemcy nigdy albo jedynie szczątkowo prowadziły taką politykę.

    • Ferdynand pisze:

      Relatywnie znikome ilości imigrantów są świetnym polem dla testów i prób

      Aha. Skoro wszystkie eksperymenty na pewnym polu zawiodły (obojętnie gdzie, od pewnej ilości są identyczne problemy z imigracją muzułmańską) to CZEMU, na litość boską, Polska musi też sobie stuknąć młotem w głowę aby się samemu przekonać, że to boli? Przecież to jest podejście ludzi mądrych inaczej!

      • mmaassd pisze:

        Przepraszam ale jakie eksperymenty i na jakich pola? Czy nieprawdą jest to, że zdecydowana większość imigrantów z krajów Azji i Afryki prowadzi stabilne, ułożone życie, pracuje jak ich „rodowici” koledzy, udziela się w organizacjach społecznych, a największy problem jaki z nimi jest, to bez końca szukanie w nich kozła ofiarnego i pompowanie nagonki w mediach? Jeśli znałbyś historię imigracji do Francji, Wlk. Brytanii czy nawet i tych nieszczęsnych Niemiec – ale nie pisaną na śmiesznych forach internetowych albo ukrytą za żółtymi napisami na bzdetnych filmikach na jutubie czy wykopie – to może nie pisałbyś, takich banialuków? Nie zaprzeczam, że w pewnym procencie i w tych społecznościach istnieje problem, tylko ich etniczność czy religijność jest wtórna do problemu biedy czy wykluczenia który, toutes proportions gardées, możnaby przyrównywać z Bałutami, Kielcami czy wrocławskim Nadodrzem. Jeśli zechcesz odpowiedzieć, to staraj się unikać tej nienaukowej nowomowy rasistowskiej o „kręgach kulturowych” czy innych „dystansach kulturowych”, bezwiednie powtarzanych przez domorosłych antropologów.

      • mmaassd pisze:

        Dodam jeszcze, że nie wiem czy Pan zalicza się do nowowyrosłej kasty „patriotów” w Polsce, ale zdumiewające jest, że ludzie którzy chlubią się na lewo i prawo swoją polskością, nie mają za grosz wiary w to, że w tym kraju coś się może udać albo że, o zgrozo!, komuś mogłoby podobać się tu na tyle by chciał zostać Polakiem.

  2. Anna Mikulska pisze:

    Bardzo ciekawy artykuł, przeczytałam z zainteresowaniem i popieram przedstawione w nim tezy.

  3. Ja pitole pisze:

    Ja pitole, agent w trzech osobach.

  4. Gdańszczanin pisze:

    Ale po co ta rusofobia i doszukiwanie się sojusznika w każdym, kto ma na pieńku z Rosją?

    • Piotr Wójcik pisze:

      Choćby dlatego, że Rosja doszukuje się agresywnych wobec niej zachowań w każdym ruchu wojsk natowskich na terenie krajów naszego regionu.

      • Gdańszczanin pisze:

        Reakcje Rosji rzeczywiście bywają absurdalne, aczkolwiek warto pamiętać, że umowa NATO-Rosja z 1997 roku zobowiązuje do braku obecności wojsk Sojuszu w Europie Wschodniej.

        Prowadzące pragmatyczną politykę państwa Europy Zachodniej (min. Niemcy i UK) doskonale zdają sobie z tego sprawę. Nic więc dziwnego, że tej idei przyklaskują tylko wyobcowane z kontynentalnej rzeczywistości Stany Zjednoczone oraz pozbawione realnej suwerenności ich europejskie protektoraty, jak np. Estonia.

        Ogromna szkoda, że Polska nie wzoruje się na neutralnej Finlandii, która chociaż graniczy z Rosją na przestrzeni ponad 1300 km, to nie widzi powodów do tworzenia na swoim terytorium arsenału NATO.

  5. Lewiatan i Morda tego potwora pisze:

    Art trochę na boku całej „napinki” z „uchodźcami”. Dla Polski problem NIE ISTNIEJE ponieważ:
    1) nie są to uchodźcy tylko imigranci ekonomiczni
    2) w żadnym razie nie zmierzają do Polski.
    Istnieją ogromne problemy z funkcjonowaniem EU, decyzjami NATO, polityką w rejonie Bliskiego Wschodu itp ale zgodnie z tytułem nie o tych problemach ma być ten artykuł.
    PS. Napiszę szczerze – czytam Państwa od dawna i taki art, przyjmujący skompromitowaną i naiwną optykę zachodu, jest najzwyczajniej żenujący. Proszę nie iść tą drogą gdyż zaprowadzi ona pismo tam, gdzie za kilka lat trafią aktualne lewackie elity EU (w Austrii już się zaczęło). Jeżeli ktoś kieruje się odruchem serca i emocjami to powinien działać w jakiejś fundacji albo stowarzyszeniu ponieważ pismo dotykające problemów gospodarczych i społecznych wymaga spojrzenia o znacznie szerszej perspektywie, dalszym horyzoncie czasowym oraz wyposażonego krytycyzm większy niż liberalna wiara że „rynek to załatwi”.

  6. Gdańszczanin pisze:

    Zabawne jest generalizujące stwierdzenie pt. „nie uchodźcy, tylko imigranci ekonomiczni”.

    Cofnijmy się do początku II WŚ, kiedy wielu Polaków – zwłaszcza lepiej sytuowanych – opuściło nieistniejącą już II RP, najczęściej traktując przy tym sąsiednie Węgry i Rumunię nie jako kraj docelowy, lecz tranzytowy na Zachód. Czy zgodnie z logiką dzisiejszych ksenofobów ówcześni Polacy wyjeżdżający do Europy Zachodniej także nie byli uchodźcami? Wszystko na to wskazuje.

    Nie powinno dziwić to, że emigruje się do państw lepiej rozwiniętych. Orientujący się w europejskich realiach doskonale wiedzą, że np. w leżącej na skraju kontynentu Grecji nie ma czego szukać. W związku z tym przemieszczają się tam, gdzie istnieje realna szansa na znalezienie pracy i ułożenie sobie życia. Ot, cała filozofia.

    Akurat tak się składa, że poza nielicznymi wyjątkami, największą popularnością wśród uchodźców cieszą się państwa będące największymi niszczycielami Bliskiego Wschodu i Afryki. Można by rzec, iż sprawiedliwości staje się zadość…

  7. Lewiatan i Morda tego potwora pisze:

    Poczułem się wezwany do tablicy cytatem:)
    Oczywiście że generalizuję aby uchwycić problem rzędu milionów ludzi. Nie mam problemu z umiarkowaną migracją z kultur europejskich ale zarzucanie mi strachu wobec szybko rosnącej populacji wyznawców Islamu, trwale odrzucających normy kulturowe cywilizacji europejskiej i wyznających bardzo ekspansywną religię, przy wskaźnikach dzietności mówiących o kilku pokoleniach potrzebnych aby Szariat legalnie przejął władzę w Europie jest równie niedorzeczne, jak twierdzenie że osoby które „przemieszczają się tam, gdzie istnieje realna szansa na znalezienie pracy i ułożenie sobie życia” są „uchodźcami” a w żadnym razie imigrantami ekonomicznymi. Niestety mass-media (oraz pewni politycy europejscy) od zeszłego roku zawzięcie określają masy niezidentyfikowanych ludzi mianem „uchodźców”. Z tego co mi wiadomo, ludzie przybywający z terytorium kraju bezpiecznego nie uzyskują statusu uchodźcy. Uchodźcy szukają schronienia. Migranci wyższej jakości życia. Ot cała filozofia:)
    Pomijając fakt że terminy którymi się posługujemy wynikają z prawa międzynarodowego uchwalonego już po 2WŚ odpowiem na postawione pytanie: TAK. Zgodnie z przyjętymi zasadami, uciekający przez terytoria nieobjęte wówczas wojną powinni być traktowanie w krajach zachodniej Europy jako imigranci. Tutaj dochodzimy do dzisiejszego problemu EU: o ile imigranci z Polski w czasach 2WŚ byli przydatni dla Zachodu (zmotywowane mięso armatnie / wydajna siła robocza nie będąca problemem kulturowym w sytuacji gdy Adolf i Josif startowali z masową rozbiórką Europy), o tyle większość dzisiejszych imigrantów stanowi problem (choć pewni szczwani liderzy EU proponują zatrzymanie u siebie jednostek przydatnych gospodarczo i zrzut elementów nieprzydatnych na tereny biednych kolonii w UE). To jest mój pogląd na dzisiejszą rzeczywistość. Jest zimny i cyniczny ale świat o którym dyskutujemy jest lepiej reprezentowany przez krwawe materiały video z Syrii, Egiptu, Tunezji czy Turcji niż dawne ulotki biur podróży. To rzeczywistość fali noworocznych ekscesów w Niemczech oraz braku wolności prasy i manipulowania danymi przez służby publiczne jednego z filarów UE. Wobec takiej sytuacji – która puka do naszych drzwi – przyjmuję postawę sceptyka.

  8. Ferdynand pisze:

    Przyjęcie 7 tysięcy muzułmanów nie powinno stanowić dla Polski ani większego problemu, ani zagrożenia

    Chciałbmy zwrócić uwagę na to że tak właśnie się zaczeło w Szwecji-kilka tysięcy, nie ma sprawy.Dzisiaj się palą przedmieścia (które coraz bardziej przypominają 3. świat , mówią z doświadczenia) kiedy rząd chce zmiejszyć socjał. Przecież nie chodzi tutaj o „7000” jednorazowo tylko o kwote, przydzielanom nam przed de facto Niemcy (jestem oczywiście pewna że nie zatrzymają dla siebie wykształconych a nam przyślą resztę :-/). Co do „ewidentnych” szans- Bardzo przepraszam, nie ma takich w tym wypadku. Szansa to wtedy, kiedy przyjeżdrzają ludzie skłonni do asymilacji, nauki i pracowici, gotowi nawet pracować w warunkach ciężkich i często za niską płace. Tak jak n.p Chinczycy w USA, którzy tyrali przy budowie dróg szynowych, a ich wnuki dzisiaj pracują na wysokich stanowiskach. We Francji n.p doskonale widać ten fenomen: 3-4 generacja muzułmanów, którzy mieli/mają wszystkie możliwości vs. Wietnamczycy, którzy przyjechali w latach 70 jako uchodźcy. Jedni dalej płaczą że „rasizm”, są na dnie społeczeństwa, żądają, aby ich pompowano itp a inni robią kariery, nie żądając niczego od państwa. Oczywiście możnaby, z GIGANTYCZNYM wysiłkiem i nakładem finansowym, może ich jakoś tam zintegrować. Pytanie, po co, skoro możnaby zaprosić n.p ludzi z Mongolii, Filipin itd zamiast zadłuszać obywateli Polski w imię tego że bogate kraje nie chcą przyjmować do siebie dalszych muzułmanów.

    Co do „Prześwietlenie 7 tysięcy przybyszów nie powinno być dla naszych organów żadnym kłopotem. ” No cóż, Mossad, chyba jeden z najlepszych służb, przyznał się do tego że nie jest w stanie, ale nam się na bank uda, prawda? Prześwietlić ludzi, którzy nie mają papierów.

    Twierdzi Pan Autor, że nikt nie ryzykuje swojego życia dal socjału. Nie prawda! Z Niemiec już odleciało kilkasetek Irakijczyków bo stwierdzili, że nie dostali tego czego chcieli: Wysokopłatną pracę, dom, samochód. W tym sporo ludzi którzy zaryzykowali podróż łodzią!

    od służb francuskich czerpać wiedzę o rozpoznaniu radykalnych środowisk islamskich, a od instytucji szwedzkich przejmować know-how w zakresie asymilacji przybyszów z zagranicy.

    To te same służby które nie dają sobię radę z coraz większą radykalizacją (przecież obserwowały! ostatnich kilku zamachowców i co? I nic. A co do Szwecji, radzą pojechać sobie i sprawdzić samu, jak bardzo im to się nieudało.

    Osobiście nawet się nie boję aż za bardzo terroryzmu, tylko tego, co można obserwować na Zachodzie: Miasta, które przestają być europejskimi, społeczeństwa, które się fragmentalizują (i żaden piepszenie „socjologów” o „nowych powiązaniach intra-społecznych”, o „Niemcach plus”tego nie upiększy) i w których kapitał społeczny topnieje w zatrważającym tępie (tylko 18% Niemców jest gotów bronić swą Ojczyzne. Były żołnierz Bundeswehry mi wyjaśnił, że nie odda życia swego za multikulti i tyle)

    Na zakończenie: Imigracja tak, ale mądrze!!! Rozmawiałem ostatnio z Francuzami,Belgami,Brytyjczykami i Niemcami. Oni powiedzieli mi, że byli już w Polsce, im się bardzo podoba europejska atmosfera i kultura, bo oni tego już nie mają. Chętnie by przyjechali, bo to kraj dla europejskich dzieci. Oczywiście trzeba będzie stworzyć warunki. Nie stworzymy ich wydając na próby asymilacji zupełnie obcych kulturowo miliardy, zamiast inwestować w polską gospodarkę. Polska ma szanse stać się krajem, do którego wpierw małymi, potem coraz szerczymi strumieniami, Europejczycy, którzy do nas dobrze pasują. Po co, na litość boską, szukać, jeszcze za własne pieniędze, dziury w głowie? Czy NO staje sie nowa Krytyka Polityczna?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>