Rzeczpospolita Wyzysku

Lato 2016 |

– Jaka jest geneza raportu „Outsourcing usług ochrony oraz sprzątania w instytucjach publicznych. Wpływ publicznego dyktatu najniższej ceny usług na warunki zatrudniania pracowników przez podmioty prywatne”, który niedawno został przez panią ukończony?

Katarzyna Duda: Ośrodek Myśli Społecznej im. Ferdynanda Lassalle’a postanowił sprawdzić, na jakich warunkach instytucje publiczne udzielały zamówień w okresie od 19 października 2014 roku do 1 czerwca 2015 roku. Badaliśmy, czy państwo wymagało od firm zatrudniania pracowników na podstawie umów o pracę, oraz z jakimi konsekwencjami wiąże się praca na umowie cywilnoprawnej. Oprócz mnie w skład zespołu projektowego weszli Michał Syska i Rajmund Niwiński.

– Zacznijmy od uporządkowania pojęć. Czym są zamówienia publiczne? Kto może je składać? Względem jakich podmiotów?

– Zamówienia publiczne to właściwie zakupy, których dokonuje państwo, czyli jego instytucje publiczne, zarówno jednostki rządowe, jak i samorządowe. Badaliśmy cztery grupy zamawiających: urzędy wojewódzkie, urzędy marszałkowskie, sądy okręgowe oraz uczelnie wyższe.

Projekt, którego się podjęliśmy, był odpowiedzią na wydarzenia z Poznania sprzed dwóch lat, nagłośnione przez związek zawodowy Inicjatywa Pracownicza, czyli na niewypłacanie wynagrodzeń kobietom sprzątającym tamtejszy sąd okręgowy i budynki Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza (UAM). Przypomnę: pracownice UAM i sądu świadczyły usługi od grudnia 2013 roku i już wówczas pojawiły się sygnały, że coś jest nie tak z pracodawcą. Jedna ze sprzątaczek pracowała także za drugą osobę, której nie zatrudniono. Obiecywano jej, że w końcu ktoś zostanie zatrudniony i że dostanie wynagrodzenie za pracę tej drugiej osoby. Jednak nie otrzymała tak zarobionych pieniędzy: ani w styczniu, ani w lutym, ani w marcu 2014 roku. W dodatku w sądzie w Poznaniu od kwietnia do czerwca tamtego roku panie pracowały bez umów…

– Na czarno?

– Tak. W sądzie. Pracownice nie dostały również wynagrodzeń za maj i czerwiec 2014 roku. Sąd rozwiązał umowę o współpracy z firmą FMD Marcin Działowski. Instytucja podpisała z firmą umowę zlecenie, lecz firma z pracownikami już nie.

Dla pracowników szczególnie niebezpieczne są ostatnie miesiące współpracy przedsiębiorstw z instytucjami publicznymi, zwłaszcza gdy firma nie jest zakorzeniona lokalnie, nie zależy jej na dobrej opinii w miejscowym środowisku i wie, że nie będzie już w przyszłości potrzebowała tych dorywczych pracowników. Na Uniwersytecie Opolskim mieliśmy do czynienia z sytuacją, gdy przetarg wygrała firma ze Szczecina. Menedżer w ostatnim miesiącu powiedział pracownikom, że najprawdopodobniej nie dostaną wypłat. Niestety, pracownikom trudno w takiej sytuacji jechać do Szczecina, żeby tam się sądzić, zorganizować się w kilkanaście osób. Poszli do uczelnianego kanclerza i osoby odpowiedzialnej za finanse uniwersytetu. Od obojga usłyszeli, że przecież nie są pracownikami uniwersytetu. Koordynator tego zespołu postawił wówczas pracodawcy warunek: albo wypłaty na stół i odzyskujesz firmowe stroje, albo ich już nie zobaczysz. Widocznie były to drogie rzeczy, ponieważ właściciel się ugiął.

O specyfice sytuacji świadczy jeszcze co innego – instytucja publiczna nie może zerwać umowy dlatego, że pracownice nie dostają pensji. UAM zerwał umowę z firmą, ale z tego względu, że kobiety przestały przychodzić do pracy, czyli nikt nie sprzątał. Nikt nie świadczył usługi, zatem przedsiębiorstwo nie wywiązywało się z umowy.

Zastanawiałam się, czy w innych miastach i instytucjach też dochodzi do tego typu sytuacji i na ile odpowiedzialnością za to można obarczyć właśnie państwo. Wina wykonawcy jest bezdyskusyjna – niewypłacenie wynagrodzenia. Ale zastanawiało nas, na ile zawiniły same reguły wyłaniania wykonawców i instytucje dokonujące wyborów. Wydawało nam się już na pierwszy rzut oka, że ciężar winy za zaistniałą sytuację jest łatwo przerzucany na firmy prywatne działające jako podwykonawcy. W takiej sytuacji władze instytucji publicznych bez trudu odrzucają jakąkolwiek odpowiedzialność – rektor UAM stwierdził, że te sprzątaczki to przecież nie są jego pracownicy, a władze uczelni dbają o swoich podwładnych. Taka sama sytuacja miała miejsce na Uniwersytecie Warszawskim. W odpowiedzi na późniejszy list Komitetu Kryzysowego Humanistyki Polskiej rektor Marcin Pałys stwierdził, że instytucja dba o własnych pracowników, ale osoby zatrudnione przez firmy zewnętrzne to nie jest jej sprawa: ubolewa nad ich sytuacją, lecz nie poczuwa się do winy. Zastanawialiśmy się, czy można zapobiec takim sytuacjom w samym procesie udzielania zamówień publicznych. Na pewno w trakcie jego trwania ofertę złożyło wiele podmiotów, które rzetelnie wywiązałyby się ze swoich zadań.

– Na jakich warunkach są składane zamówienia publiczne?

– Ustala się warunki udziału w postępowaniu oraz kryteria oceny ofert. Patologią systemu zamówień publicznych jest to, że od wielu lat najważniejszym kryterium jest w nich najniższa cena usług. Wynika to z zasad gospodarowania finansami publicznymi. Praktycy zarządzania tymi środkami interpretują zapis na temat oszczędnego gospodarowania jako nakaz maksymalnego obniżania kosztów. Nie dotyczy to jednak tylko urzędów czy uczelni. W Strzelcach Opolskich zajmowałam się sprawami kobiet, które pracowały w Przedsiębiorstwie Usług Komunalnych i Mieszkaniowych jako sprzątaczki, i tam też zdecydowano się na outsourcing, który „potania koszty ekonomiczne”, czyli przenosi je na koszty społeczne.

Niebezpieczeństwa najniższej ceny wiążą się także z wymiarem rynkowym. Za sprawą tego kryterium firmy są nastawione nie tyle na zysk, ile na przetrwanie. Aby wygrać przetarg, zaniżają koszty, przede wszystkim te związane z pracownikami. Zatrudniają ich na czarno lub na umowach cywilnoprawnych. Trwa wyścig między przedsiębiorstwami prywatnymi, a polega on na równaniu w dół. Firmy nie są w stanie wywiązać się z podjętych zobowiązań.

– Wywołuje to sytuacje wręcz groteskowe, np. gdy sprzątaczki nie otrzymują środków czyszczących, używają wielokrotnie tych samych jednorazowych worków na śmieci, a co gorsza – miesiącami nie dostają należnych pieniędzy. Ale przecież do kogoś płyną przelewy.

– Może być tak, że przedsiębiorcy już na etapie składania oferty nie uwzględniają kosztów, np. środków czyszczących – brak na ten temat szczegółowych informacji. Wcale nie musi to oznaczać, że właściciel firmy bierze do kieszeni pieniądze zaoszczędzone na braku takich wydatków lub na niewypłacaniu pensji. I wcale nie musi chodzić o nieuczciwość w tym sensie, że właściciel nastawiał się na kradzież zarobków – rzecz w tym, że aby wygrać głodowy przetarg, zaproponował warunki najbardziej głodowe także dla siebie.

Nie chcę być rzeczniczką prywatnego biznesu. Tyle że takie fatalne warunki dotyczą choćby spółdzielni socjalnych, które również mogą się ubiegać o wykonywanie zamówień publicznych. Jedna z nich świadczy usługi na rzecz Uniwersytetu Opolskiego i zatrudnia panie, które sprzątają. Boryka się ona dokładnie z tymi samymi problemami, co prywatne przedsiębiorstwa. Takie realia niszczą cały rynek. Do myślenia daje to, że nawet organizacja pracodawców Lewiatan od dawna przeciwstawia się dyktatowi najniższej ceny i lobbuje za klauzulami propracowniczymi. Są oni za tym, żeby instytucje miały obowiązek wymagania w przetargu zatrudnienia na umowę o pracę. Lewiatan ma świetnego eksperta, Marka Kowalskiego, który zna się na tym znakomicie i wiele o tym pisze. Nawet związki zawodowe nie mają kogoś takiego. Więcej jeszcze: Lewiatan wraz ze związkami wystosował w tej sprawie przynajmniej kilka pism do parlamentarzystów i polskich władz. Kowalski jest przewodniczącym w zespole doraźnym ds. zamówień publicznych, który działa w ramach Rady Dialogu Społecznego w Warszawie i za tym lobbuje. To on wywierał nacisk na grupę posłów Platformy Obywatelskiej i Solidarnej Polski, żeby wprowadzili do ustawy o zamówieniach publicznych zapis o prospołecznych klauzulach. Wszedł on w życie w 2014 roku.

Było dla mnie zaskoczeniem, że to właśnie pracodawcy i ówcześnie rządząca partia zdecydowali się na wprowadzenie ustawy, w której zapisano możliwość wymagania od wykonawców zatrudnienia na podstawie umowę o pracę. Wielką rolę odegrał tu Adam Szejnfeld – czytałam jego artykuły na ten temat. Oczywiście wskazywał, że to się opłaca właśnie pracodawcom. Oni sami zauważają spadek jakości świadczonych przez siebie usług, gdy nie stać ich, by odpowiednio ubrać i wyposażyć pracowników.

– Ale to organizacje pracodawców przekonywały Polaków przez lata, że niskie koszty to błogosławieństwo dla biznesu. Przy okazji: Fundacja CentrumCSR.PL podaje, że zamówienia publiczne stanowią nader intratny biznes. Na przykład w branży ochroniarskiej to 40 proc., a w usługach sprzątania aż 60 proc. całego rynku.

– Od jakiegoś czasu widać wyraźnie, że podmioty prywatne zderzyły się z państwem, które zaczęło stosować tę samą logikę, co biznes. Spory fragment swojego raportu poświęciłam transformacji tożsamości instytucji publicznych. Instytucje publiczne, osoby decyzyjne, od których zależy praktyczna aplikacja prawa, myślą o państwie w kategoriach urynkowionych. Są dwa główne źródła tego stanu rzeczy. Po pierwsze, praktycy biznesu przechodzą do pracy do instytucji publicznych i przynoszą swoje nawyki myślenia. Po drugie, te stanowiska zajmują ekonomiści, teoretycy tej nauki. Na przykład na Uniwersytecie Opolskim pani profesor ekonomii, gdy doszła do władzy, zrobiła outsourcing usług sprzątania. W Strzelcach Opolskich pani, która wcześniej pracowała w przedsiębiorstwie prywatnym, przeszła do publicznego i również zarządziła outsourcing. Jeśli gdzieś tak zrobiono, to kto właściwie sprawuje tam władzę – podmioty publiczne czy prywatne?

Ważny jest także język. Praktycy administracji
i usług publicznych nazywają swoje instytucje klientami, a w jednym znanym mi przypadku pracownik urzędu wojewódzkiego nazwał ten urząd biznesem, stwierdzając, że w przypadku zamówień publicznych spotykają się dwa biznesy. Mówimy w Polsce o procesach transformacji, myśląc o początku lat 90. XX wieku. Ale to, co dzieje się obecnie w sferze administracji publicznej, to również jest transformacja, która przyspieszyła w ostatnich latach.

– Co determinuje ten wymiar przeobrażeń polskiego państwa?

– Ustawa o finansach publicznych z 2009 roku każe oszczędnie i celowo zarządzać środkami publicznymi. Zostało to zinterpretowane bardzo wąsko: rzecz sprowadzano do optymalizacji wszelkich kosztów. Okazuje się, że filozofia i praktyka, którą firmy prywatne stosują choćby względem pracowników i własnych podwykonawców, im samym nie służy w kontakcie z instytucjami publicznymi.

– Jakie są główne, związane z opisywanymi zjawiskami, zagrożenia dla pracowników?

– W przeprowadzanych przez siebie badaniach nie spotkałam się z zupełnym brakiem wypłacania wynagrodzeń. Za to, owszem, zdarzały się sytuacje opóźniania wypłat o dwa, trzy miesiące. Znacznym zagrożeniem jest „odchudzanie” zespołów pracowniczych w imię oszczędności finansowych. Dąży się do tego, by jak najmniejsza liczba osób wykonywała jak najszerszy zakres prac. Skojarzyłam filozofię szczupłego zarządzania, wziętą ze świata biznesu, z negatywnymi zjawiskami w świecie zamówień publicznych.

– Co to jest „szczupłe zarządzanie”?

– Koncepcja i jej wdrażanie pochodzi z zakładów produkcyjnych Toyoty. Dążono do likwidacji marnotrawstwa czasu, choćby za pomocą parametryzacji planów wykonywanych zajęć. W naszych realiach ta koncepcja została całkowicie wypaczona, sprowadza się do coraz dalej idącej eksploatacji pracownika. Bardzo na to narzekały sprzątaczki, z którymi rozmawiałam: pracownic jest coraz mniej, a powierzchnie do sprzątania są duże. Owszem, sprzątaczki mają wyższe wynagrodzenia niż pracownicy ochrony, zachowywana jest minimalna stawka godzinowa. W przypadku ochroniarzy problemem są niskie stawki i praca po 200, 300, 400 godzin miesięcznie. Rekordzista przepracował 480 godzin: 240 plus 240 w dwóch instytucjach. Zdarzają się pracownicy trzech instytucji, czasem na zasadzie miksu: praca na rzecz publicznych i prywatnych instytucji, np. urząd wojewódzki, marszałkowski, dyskoteka. Jeden z ochroniarzy – opowiadała mi o tym pracownica sądu – został zwolniony, ponieważ wciąż był bardzo niewyspany…

– A to wszystko, żeby ile zarobić?

– 700-800 zł za 180 godzin. Niskie stawki powodują, że coraz bardziej wydłuża się czas pracy tych ludzi. Z kolei sprzątaczka ma „dokładaną” drugą część piętra do wysprzątania, a jej stawka z 12 zł zmniejsza się do 6 zł.

– Czy znane są jakieś szersze statystyczne badania, dotyczące takich właśnie kwestii, które pokazywałyby patologie outsourcingu zamówień publicznych?

– Nie ma jak dotąd ilościowych badań naukowych tego problemu. Pokazywałam problemy opisowo, a potrzebne byłyby badania zarobków, czasu pracy itp. w poszczególnych grupach pracowników najemnych zatrudnionych w ramach outsourcingu zamówień publicznych.

W ramach pogłębionych wywiadów rozmawiałam z grupą około 25 sprzątaczek i ochroniarzy. Pytałam o wiek, wykształcenie. W przypadku sprzątaczek w większości były to emerytki, a ochroniarzy – emeryci. Nierzadko byli to także mężczyźni w wieku przedemerytalnym, którym wiek i stan zdrowia nie pozwala już na wykonywanie cięższych fizycznych prac, jakimi wcześniej się parali. Co mnie zdziwiło w przypadku ochroniarzy – w większości przypadków nie są to np. byli milicjanci lub policjanci.. W zespole szesnastoosobowym pracowników y Uniwersytetu Opolskiego dawni funkcjonariusze służb różnych to były dwie, trzy osoby, w zespole dziesięcioosobowym – jedna osoba. W przypadku mężczyzn często są to ludzie z kredytami do spłacenia, w przypadku kobiet – osoby, którym emerytura nie starcza na życie.

– I dorabiają sobie?

– One nie dorabiają – one zarabiają na życie, na podstawowe potrzeby… W przypadku tych kobiet widać, jak system emerytalny został skompromitowany przez swoją obecną formę. Przecież z zasady emerytura powinna wystarczać ludziom na życie. A te kobiety muszą często wybierać między opłatami, kupnem leków i jedzenia.

– Jak wygląda codzienny tryb życia tych pracowników? Jak łączą czasochłonne życie zawodowe z życiem osobistym?

– Wielokrotnie spotykałam w miejscu pracy tych ludzi ich współmałżonków. To były nietypowe godziny: dwudziesta, dwudziesta druga. Albo były tam ich zwierzęta. Nie pisałam o tym w raporcie, żeby komuś nie zaszkodzić. Bardzo częste są telefony do pracy od bliskich – wtedy musiałam przerywać rozmowę. Podkreślam w raporcie, że drastycznie kurczy się sfera prywatności tych osób. Także dlatego, że ochroniarze pracują w przestrzeni, która jest objęta monitoringiem, więc właściwie wciąż są nagrywani.

Moi rozmówcy często porównywali swój tryb życia do wyjazdu za granicę. A to dlatego, że często są dwa/trzy/cztery dni w pracy. Ponieważ nie wszyscy pracodawcy pozwalają im na sześćdziesięciogodzinne dyżury, niektórzy na 24 godziny idą do jednej pracy, na 24 godziny do kolejnej i 12 godzin jeszcze gdzie indziej. Wtedy pracodawca nie wie, w jakim trybie pracują.

– To musi przekładać się na zdrowie tych nie najmłodszych przecież mężczyzn i kobiet.

– Często spotykałam się ze skargami na przemęczenie i chroniczne niewyspanie. Ci ludzie, nawet gdy wracają do domów, śpią niespokojnym snem – długie cykle pracy powodują, że także w domu śpią snem czuwającym. Niejednokrotnie słyszałam, jak skarżyli się, że jest w stanie wybudzić ich nawet szelest. Ochroniarze nie narzekają zbyt często na bóle, w odróżnieniu od sprzątaczek, którym dają się we znaki tak duże przestrzenie do posprzątania. W ochronie standardem są dyżury 24-godzinne, czymś naturalnym jest zatem ucinanie sobie podczas nich drzemki. Może się to skończyć traumatycznym przeżyciem. Pewnego ochroniarza osoba kontrolująca zbudziła ze snu, świecąc mu latarką prosto w oczy. Od tego wydarzenia ten człowiek śpi bardzo niespokojnie. Praca ochroniarzy w polskich realiach to dla mnie skargi wciąż niewyspanych ludzi.

W niektórych z tych opowieści odbijają się realia III RP. Jeden z mężczyzn opowiadał mi historię swojego życia. Kiedyś był kolejarzem, ale w 1990 roku postanowił zostać przedsiębiorcą, wzbogacić się. Nie wynikało to jedynie z ducha czasu, chciał kontynuować dawne tradycje rodzinne. Ale zderzył się boleśnie z rzeczywistością, przedsiębiorstwo upadło, w 1998 roku zatrudnił się w agencji ochroniarskiej. Zarabiał wówczas 18 złotych za godzinę.

– To świetna stawka jak na tamte czasy!

– Pracował w banku. Nawet prezesi firm przyznają, że to były dobre czasy w tej branży – od 1990 do 2000 roku. Zaczęło się to psuć w okolicach 2005 roku, na dobre w 2008 roku. Teraz zarabia 4,50 zł za godzinę, ćwierć kwoty, którą otrzymywał, gdy życie było tańsze. W 2009 roku, gdy przyszedł kryzys, został zwolniony z banku. Na jego miejsce przyjęto kogoś na umowę cywilnoprawną. Zatrudnił się w lokalnej firmie ochroniarskiej. W latach 90. jego marzenia dotyczyły wzbogacenia się. Teraz marzy o tym, żeby się wyspać…

– A o czym marzą kobiety, które pracują w ramach outsourcingu zamówień publicznych?

– Zacznę od szerszej kwestii. Wciąż niektóre instytucje publiczne mają własne, nie-outsourcingowe zespoły pracownicze. Ale coraz częściej odchodzi się od tego. Wymusza się wówczas na kobietach, żeby przeszły na niskie świadczenia przedemerytalne. Oczywiście najpierw muszą zarejestrować się jako bezrobotne, żeby uzyskać prawo do tego świadczenia. Ich emerytury w związku z tym później są jeszcze niższe. Jak wiadomo, sytuacja starszych kobiet na rynku pracy jest znacznie gorsza niż mężczyzn. Dodam, że osoby na świadczeniu przedemerytalnym nie mogą również korzystać z Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych. To mocno wykluczające.

– W dodatku w Polsce starsze kobiety powszechnie zajmują się wnukami.

– Pracuję również jako ankieterka i wiem, jak często emerytki zajmują się wnukami. Kobiety zdenerwowane liczbą obowiązków nierzadko odmawiają rozmowy. Co ważne: te panie troszczą się nie tylko o wnuki, pielęgnują również swoich mężów. To powoduje, że są jeszcze bardziej obciążone obowiązkami, sfrustrowane. Obecnie prowadzę badania na temat nieodpłatnej pracy kobiet i widzę, że jest to często drugi domowy etat.

– Czy można zaryzykować stwierdzenie, że w kwestii zamówień publicznych mamy dziś do czynienia z cichym przyzwoleniem na stały wyzysk? I to za publiczne pieniądze – pod okiem państwowych instytucji?

– Gdy podejmowałam badania, myślałam, że to może niedopatrzenie albo niewiedza, że można zamawiać usługi, zabezpieczając prawa pracowników. Obecnie sądzę, że chodzi o w pełni świadomą politykę zlecania usług tak, aby było taniej, choć kosztem pracowników. To nie jest ciche przyzwolenie – to wręcz instytucjonalny nakaz. Jeżeli udaje się przy tym zachować jakość usługi na tym samym poziomie, to dobrze. Ale priorytetem jest oszczędność. Wszyscy zainteresowani o tym wiedzą. Analizy poprzedzające zamówienia koncentrują się głównie na sprzęcie, maszynach i pracownikach. Nie jest zatem tak, że nikt nie myśli o tym, jakie będą koszty zatrudnienia. Przeciwnie – chce się oszczędzić na ubezpieczeniu, chorobach i wypoczynku, czyli urlopie pracownika. Stąd umowy cywilnoprawne są korzystniejsze. Ochroniarze, z którymi rozmawiałam, kiedy chorują, często płacą swoim kolegom, żeby ich zastępowali. Także po to, żeby nie stracić pracy: gdyby ktoś wskoczył na ich miejsce, mógłby już zostać.

W jednym z postępowań w ramach kryterium oceny ofert przy zamówieniu publicznym spotkałam się ze szczegółowym opisem tego, jak będzie punktowany papier toaletowy – szary, niebieski, zielony i biały, najwyżej punktowany. Ale klauzuli propracowniczej nie zawarto. Pracownik jest marginalizowany – celem jest zakup najtańszej usługi.

Mówiłam już o problemie zmiany tożsamości instytucji publicznych. Trzeba pamiętać i o tym, że instytucja z firmą-podwykonawcą również podpisuje „umowę śmieciową” – zawiera ją na rok, zatem i pracownik ma umowę na rok. Sytuacja pracownika wynika z tego, jakie zasady przyjęły instytucje: że to będzie powtarzalne, krótkoterminowe, z firmą na zleceniu, z kryterium najniższej ceny, która wymusza jak najniższe koszty pracy, a zatem także najniższe płace, składki itd.

– Urzędnicy, z którymi Pani rozmawiała, nie mieli świadomości, jaki system budują, albo tego, że w grę wchodzi pewna odpowiedzialność społeczna, wpisana w decyzje, które podejmują?

– Jeden z urzędników przygotował się do rozmowy ze mną w taki sposób, że przyniósł artykuł, z którego wynikało, że pracownicy zatrudnieni na śmieciówkach lubią właśnie taki stosunek pracy… Później zapytałam o to pracowników w tej instytucji – żaden nie chciał pracować na umowie cywilnoprawnej. Wracając do wcześniejszej kwestii – brakuje właśnie badań ilościowych, z prostym pytaniem: czy chcesz, czy nie chcesz być na umowie śmieciowej.

Urzędnicy uważają, że outsourcingowani pracownicy najemni dostają część pieniędzy pod stołem albo że pieniądze, które są „oszczędzane” na składkach, dostają do ręki. Ale tak nie jest, a z pewnością nie jest tak w tych branżach.

Poza tym w instytucjach publicznych panuje obawa, że jeżeli nie będą stosować kryterium jak najniższych cen, to odpowiednia kontrola zarzuci im niegospodarność albo wykaże, że gdyby nie stosowano umów o pracę, to usługa byłaby tańsza. Presja idzie z góry. Nie jest to winą organów kontroli – one nie czynią niczego wbrew stanowionemu prawu, wbrew jego przepisom i wytycznym przedstawionym urzędnikom NIK.

– Tymczasem w Konstytucji mamy zapis o społecznej gospodarce rynkowej.

– Od tego wychodzę w raporcie. Zamówienia publiczne powinny być formą realizacji społecznej gospodarki rynkowej. Ale ten element społeczny albo nie jest realizowany, albo wdraża się go bardzo niechętnie. Przez ostatnich dwadzieścia lat tak bardzo skoncentrowano się na zasadzie rynkowej, że praktycy zamówień publicznych nawykli do zdecydowanie urynkowionego myślenia. Wiąże się to z kolejnym pojęciem, które wprowadziłam: kryzys tożsamości instytucji publicznych. Długo budowano prorynkowe myślenie w administracji państwa, zmieniano je w instytucje biznesu. A teraz, gdy wprowadzono klauzule społeczne, wymaga się od urzędników, żeby nagle dostrzegli kwestie społeczne, choć przez dwie dekady kładziono im do głów tylko wagę czynnika ekonomicznego.

Co ważne, aspekty społeczne można obecnie uwzględniać, a element rynkowy musi w nich być zawarty. Stąd np. zatrudnianie bezrobotnych albo niepełnosprawnych lub stosowanie umów o pracę jest fakultatywne. Natomiast owa celowość, która w praktyce sprowadza się do jak największej oszczędności – to element konieczny. W dodatku praktycy zamówień uważają, że realizacja społecznej gospodarki rynkowej polega właśnie na finansowych oszczędnościach. Oni wypracowali własną definicję społecznej odpowiedzialności jako oszczędzania środków publicznych: przecież podatnicy chcą płacić jak najniższe podatki, a żeby było to możliwe – trzeba jak najmniej wydawać.

– Zastanawiam się, na ile tę kastę wysoko postawionych urzędników w ogóle obchodzi świat kilka pięter niżej. Czy nie cieszy ich raczej to, że sami jeszcze w miarę dobrze zarabiają, w związku z czym nie zamierzają się w żaden sposób wychylać i zainteresować losem outsourcingowanych pracowników niskiego szczebla?

– Nie spotkałam się z sytuacją, żeby ktoś lekceważył kwestię tego, ile zarabiają sprzątaczki czy ochroniarze. Słyszałam od urzędników, że chcieliby, aby oni wszyscy dobrze zarabiali – ale obawiają się, że zostaną pociągnięci do odpowiedzialności, gdy zrezygnują z filozofii „jeszcze taniej”.

– Czy badała Pani, jaką pulą środków, wedle odgórnie przyjętego rozdzielnika, dysponują instytucje?

– To ważna sprawa. Nie prowadziłam badań ilościowych dotyczących tego, ile pieniędzy poszczególne instytucje otrzymywały w poprzednich latach. Ale pytałam, czy obecnie otrzymują tych środków mniej niż kiedyś. Z pewnością wymaga się od nich, by coraz mniej przeznaczały na swoje utrzymanie. Ważną kwestią jest to, że okres, na jaki otrzymują środki, to rok. To bardzo krótkoterminowa perspektywa, narzucona odgórnie. Piszę o tym wprost w raporcie: wszystkie ogniwa tego systemu żyją w niepewności, a na końcu jest szeregowy outsourcingowany pracownik, u którego niepewność przyszłości jest największa. Dotyczy to zwłaszcza uniwersytetów, na których niepewność dotacji jest największa i prawie nie istnieje klasycznie rozumiana społeczna odpowiedzialność.

– Z jednej strony mówimy o sprawach systemowych. Z drugiej – to przecież niesprawiedliwość, która rodzi ludzką krzywdę.

– Jedna ze sprzątaczek z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, której firma FMD Marcin Działowski nie wypłaciła wynagrodzenia, od urodzenia żyła w mieszkaniu, które nie było własnościowe. To jej miejsce na świecie. Nagle usłyszała, że albo je wykupi, albo kto inny będzie mógł nabyć to mieszkanie. Musiała wziąć kredyt, pozostały jej jeszcze trzy lata spłacania. Spójrzmy, jak to funkcjonuje – nie dość, że osoby takie jak ona, starsze kobiety, nie mają zagwarantowanego odpowiedniego świadczenia emerytalnego, to są źle traktowane w momencie, gdy podejmują pracę.

– Jaka jest sytuacja tych poznańskich sprzątaczek?

– One jeszcze nie próbowały dowieść swoich racji w sądzie cywilnym. A to jest najwłaściwszy sąd w tej sytuacji. Oczywiście, gdyby chciały ustalić, jaki zachodził tam właściwy stosunek pracy, powinny udać się do sądu pracy. Ale póki co musiałyby spróbować w sądzie cywilnym, co kosztuje. Inicjatywa Pracownicza na razie nie ma pieniędzy, żeby im pomóc.

– To mnie frapuje – jakie jest wsparcie różnorakich podmiotów społecznych dla tak wykorzystanych pracownic i pracowników? Choćby ze strony dużych związków zawodowych?

– W raporcie pochwaliłam „Solidarność” Uniwersytetu Warszawskiego za list do rektora, w którym proszono, żeby stosował klauzule społeczne w przypadku zamawianych usług publicznych. Ale niewiele miejsca mogłam poświęcić związkom zawodowym. Pojawia się kolejny problem: organizowanie się w związki w momencie, gdy firma wygrała już przetarg, musiała jak najniżej oszacować koszta i pracodawca nie ma pieniędzy choćby na etaty, faktycznie zabije te firmy. Albo przyjmijmy, że do przedsiębiorstw wchodzi kontrola Państwowej Inspekcji Pracy i zmienia wszystkim ochroniarzom warunki zatrudnienia na umowę o pracę. W takiej sytuacji firmy zbankrutują, ponieważ nie mają zakontraktowanych takich środków w ramach usług dla instytucji państwowych.

Jeśli chodzi o „Solidarność”, to w kwestiach zamówień publicznych bardziej tropi ona powiązania rodzinne między prezesami firm a osobami władnymi w instytucjach. Ludzie z tego związku częściej pokazywali mi, kto jest z kim powiązany, np. że firma siostry ważnej urzędniczki „dostaje sprzątanie”, niż skupiali się na umowach o pracę. Jeden z działaczy tych wielkich związków stwierdził, że dobrze, że jest Inicjatywa Pracownicza, bo oni robią dym, a my możemy się odnieść do sprawy na spokojnie, roztropniej. Pytałam też pracowników, czy chcieliby organizować się w związki zawodowe. Nie tak rzadko odpowiadali, że nie. Ich zdaniem powinno te kwestie regulować prawo, powinien się tym zająć rząd.

– A jakie są reakcje np. środowiska naukowego na ten problem? Czy da się tam dostrzec jakąś wrażliwość społeczną?

– Wiem, że na UAM i na UW osoby reprezentujące społeczność naukową wystosowały listy do władz uczelni w tych kwestiach. Zatem reakcją nie była obojętność. W raporcie zauważam, że procesy związane z outsourcingiem w instytucjach publicznych odbijają się niekorzystnie również na pracownikach naukowych i choćby z tego względu warto, żeby interesowali się tymi sprawami.

Przy okazji: rozmawiałam kiedyś ze sprzątaczką z Urzędu Statystycznego w Opolu. Opowiadała mi, że niegdyś urzędniczka biurowa mogła w trudnej sytuacji dorobić sobie jako sprzątaczka, żeby podreperować budżet. Instytucja była dla wszystkich i w jej obrębie ludzie mogli szukać pomocy. Ale zdarzały się też sytuacje odwrotne – awansu osób sprzątających na pracownika administracyjnego. Słyszałam także o podobnych sytuacjach na Uniwersytecie Opolskim, gdy pracownik naukowy dorabiał sobie jako portier – nie było to dla nich uwłaczające. Dziś wszelkie „usługi” są wypychane na zewnątrz. A przecież niekiedy sami studenci pytają, czy mogliby dorobić na uczelni, choćby jako szatniarze, w ramach zwolnienia z części opłat.

– Temat, którym zajęła się Pani w swoim raporcie, wzbudził zainteresowanie mediów głównego nurtu.

– Tak, choć często to tylko pięcio-, dziesięciominutowe rozmowy, w których najistotniejszy jest chwytliwy nagłówek, a nie analiza problemu systemowego czy mechanizmów prowadzących do tego, że ochroniarz bez odpowiedniej odzieży ochronnej w ramach wymuszonych na nim obowiązków, niezapisanych w umowie, zajmował się znoszeniem zwłok do kostnicy. A przecież znacznie szerszym problemem jest tworzenie wielofunkcyjnych stanowisk pracy, w ramach których iarz nie tylko jest iarzem, ale np. szatniarzem i współpracownikiem elektryka.

Myślę, że wydarzenia w Poznaniu, nagłośnione właśnie przez „krzykaczy” z Inicjatywy Pracowniczej, spowodowały, że media zaczęły postrzegać problem jako „wart materiału”. Warto więc nagłaśniać podobne wydarzenia, tym bardziej, że przyniosło to konkretne rozwiązania – zaczęto wykorzystywać klauzule społeczne na UAM i na UW. A przecież rok wcześniej w Opolu mieliśmy do czynienia z podobną sytuacją, która przeszła bez echa. Choć był to temat na materiał prasowy, zagrożeni brakiem wypłat pracownicy poradzili sobie z pracodawcą sami. Jeśli powiemy ogólnie, że instytucje publiczne nie korzystają z klauzul społecznych, to żadna z nich się nie przejmie. Przecież rektor Uniwersytetu Warszawskiego swój list-odpowiedź w tej sprawie zaczął od tego, że ubolewa, jak na całej sprawie ucierpiał wizerunek uczelni…

– Ktoś może powiedzieć, że mamy do czynienia z dość błahym fragmentem rzeczywistości i nie ma potrzeby specjalnie się nad tym rozwodzić.

– Nie myślę tak. Ale jeśli ktoś potrzebuje innego rodzaju dowodów, to spójrzmy choćby na problemy z partnerstwem publiczno-prywatnym w przypadku budowy autostrad. Zastanawiam się, czy dyktatura najniższej ceny nie jest też groźna dla procedur demokratycznych. Przecież w przypadku ostatnich wyborów samorządowych i późniejszego fatalnego liczenia głosów firma świadcząca usługi została wybrana według tego kryterium. Wiele osób ubolewało, że musi przeprowadzać postępowania w zamówieniach publicznych wedle takich norm.

Problemem nie jest zatem to, że usług dostarczą podmioty prywatne w ramach partnerstwa publiczno-prywatnego. Moim zdaniem, aby realnie przekonać się, czy ten model działa, potrzebne byłoby jego sprawdzenie przy innych kryteriach funkcjonowania. Te, które determinowały stan rzeczy w ostatnich latach, utrudniają to.

– W jednej z internetowych dyskusji dotyczących spraw, o których rozmawiamy, zapisała Pani takie zdania: „Na podstawie przepisów, które obowiązują od 19.10.2014, instytucje są zobowiązane do stosowania również innych niż cena kryteriów oceny ofert, przy czym obowiązek ten nie dotyczy usług powszechnie dostępnych o ustalonych standardach jakościowych, a więc np. usług sprzątania. W branży czystości nadal dominuje wyłącznie kryterium cenowe. Po drugie, ustawodawca nie określił minimalnej wagi dla innych kryteriów, gdy już muszą być stosowane, a więc łatwo jest obejść ten przepis, np. nadając drugiemu kryterium wagę 10, 5 albo nawet 1 pkt. Choć nawet w przypadku, gdy waga ta wynosi ok. 20 pkt., nie ma to większego znaczenia przy rozstrzyganiu ofert. Inne kryteria są więc stosowane pozornie, dla spełnienia formalnego wymogu. I jeszcze jedno – np. przy usługach ochrony ustawodawca nie nakazuje ustalania dwóch kryteriów, a co najmniej dwóch, lecz znów – zamawiający spełniają w większości jedynie ustawowe minimum i stosują tylko dwa. Uznać należy, że próba złamania dyktatu najniższej ceny z 2014 r. zakończyła się niepowodzeniem. Nie spotkałam jeszcze pracownika ochrony albo sprzątania, który pracując bez urlopu, stawki minimalnej oraz opieki podczas choroby, wypowiadałby się o umowie cywilnoprawnej ciepło, i ja też nie zamierzam”. Jak wnioskuję z kontekstu tej wypowiedzi (szczególnie z jej zakończenia), dla jakiejś części rodzimej opinii publicznej elastyczne formy zatrudnienia to najwspanialsza rzecz, jaka może spotkać pracownika najemnego. A do tego wiele wskazuje na to, że to państwo polskie wręcz „produkuje” pracujących ubogich.

– W administracji dotyczy to przede wszystkim usług pobocznych. Nie mówiliśmy wprost o koncepcji „taniego państwa”, ale do tego w praktyce rzecz się sprowadza. Gdy przystępowałam do tego projektu badawczego, nie miałam żadnych założeń, dotyczących choćby kwestii politycznych. Okazało się, że już w czasach pierwszego rządu Prawa i Sprawiedliwości, w czasach Zyty Gilowskiej, pojawił się potężny nacisk na jak najtańsze państwo. Zrealizowano to kosztem pracowników najniższych szczebli, na różne sposoby powiązanych z budżetówką. I dziś pojawia się zdziwienie, związane z kryzysem tożsamości instytucji publicznych: dlaczego nagle mamy stosować umowy o pracę, gdy kazano nam oszczędzać na wydatkach?

Dopóki nie zmienią się zasady wydatkowania środków publicznych finansów publicznych, ta niekonsekwencja czy sprzeczność będzie odczuwana. Gdyby mocnymi zasadami wyznaczającymi kwestie finansowania w obrębie instytucji publicznych były kryteria jakości, innowacyjności, dobra pracownika, to sprawy mogłyby wyglądać inaczej. Ale teraz może się okazać, że ustawa o finansach publicznych będzie mówiła jedno (jak najtaniej!, jak najtaniej!), a ustawa o zamówieniach publicznych – coś trochę innego (klauzule społeczne!). Wyobrażam sobie rozdarcie praktyków zamówień publicznych w takiej sytuacji. Tym bardziej, że w języku administracji publicznej terminy typu „racjonalizacja” wiążą się z takimi, jak „optymalizacja” i „cięcie kosztów”.

– A jak to się przekłada na życie tych ludzi na dole drabiny społeczno-ekonomicznej?

– Zwykle brak jednego uprawnienia skutkuje utratą kolejnych. Na przykład brak wymogu minimalnego wynagrodzenia za pracę powoduje, że pracownica lub pracownik tracą ubezpieczenie chorobowe i prawo do urlopu. W dodatku taka osoba musi przepracować znacznie większą liczbę godzin, żeby zarobić kwoty wystarczające do przeżycia. Ludzie nie tylko pracują po 300 godzin miesięcznie, ale nie opłaca im się przyjeżdżać do pracy tylko na osiem godzin. To także ważna kwestia – komunikacja. Jeżeli ktoś jest spoza miasta, w którym świadczy usługę, to praca tam musi mu się kalkulować również pod względem dojazdu. Dlatego ludzie pracują jednym ciągiem po 24, a nawet 48 godzin – krócej się nie opłaca, bo to naraża na dodatkowe wydatki.

– Państwo amortyzuje wydatki ich kosztem, oni amortyzują wydatki kosztem własnego życia.

– Dla wszystkich jest oczywiste, że „płacą sobie sami za dojazd”, że nie jest to refundowane. Ale ja jestem przekonana, że tak nie powinno być – szczególnie w sytuacji, gdy zarabiają tak mało.

– Socjalistyczna fanaberia…

– Godne wynagrodzenie!

Opowiem historię byłego ochroniarza ze szpitala MSW w Opolu. Warunki jego pracy były bardzo złe. Wina leży po stronie instytucji, która nie zawarła klauzuli, lecz to firma robi z tymi ludźmi, co chce: nakłada wysokie kary i zwalnia pod byle pretekstem, co pozwala nie wypłacać im wynagrodzeń. Historię jednego z pracowników opowiedział jego kolega, niestety nie udało mi się z nim osobiście skontaktować. Firma płaciła 3,70 zł netto za godzinę, w związku z czym musiał przepracowywać tam ponad 400 godzin miesięcznie. Nie układało mu się życie rodzinne: przynosił za mało pieniędzy, za rzadko był w domu. Często się o to kłócił z żoną. Ukradł ze szpitala farbę, aby pomalować dzieciom pokój i przypodobać jej się. Skończyło się to najgorzej, jak mogło – końcem jego małżeństwa oraz pracy w tym szpitalu, gdyż żona na niego doniosła. Skonfrontujmy tę historię z debatami nad działaniami w zakresie polityki prorodzinnej. Nowelizacja prawa zamówień publicznych i wzmocnienie klauzuli propracowniczej to naprawdę nie są sprawy abstrakcyjne.

– Swego czasu w warszawskich szkołach (dzielnica Śródmieście) w roku szkolnym 2012/2013 po komercjalizacji stołówek ceny posiłków wzrosły nawet o ponad 40 proc. O tej sprawie jeszcze nie mówiliśmy, a to także efekt braku troski o wysokiej jakości standardy w przypadku zamówień publicznych.

– Podobnie jest w szpitalach – jak najtańszy catering doprowadził na ogół do znacznego obniżenia jakości posiłków osób, które powinny mieć ściśle sprofilowaną dietę. W dodatku w służbie zdrowia sprzątaczka nierzadko zmienia się w salową, ochroniarz jest panem od dźwigania zwłok itd. Szczerze mówiąc, bardzo się dziwię, że nie mieliśmy jeszcze do czynienia z jakąś wielką tragedią w branży ochroniarskiej. To są ludzie wciąż niewyspani, bardzo nisko opłacani. Odczuwałam to niejednokrotnie w rozmowach z nimi, w ich sposobie opowiadania, w smutnych żartach. Nie chcą się przyznać do swojej biedy, do poczucia marnej sytuacji zawodowej. Często obawiają się o swoje życie prywatne. Słyszałam wypowiadane niby ironicznie: jutro wracam do domu, mam wspaniałą żonę, ale czy ona jeszcze tam będzie… Byli ludzie, którzy opowiadali, że żyje im się jak w filmie Barei, że są w domu tylko przez kilka godzin i w dodatku je przesypiają. A zarabiają przecież nie więcej niż 1600 złotych na rękę.

– Myślę, że to jest problem rzeczywistego wykluczenia. Oni nie żyją na ławkach w parkach, w przytuliskach dla bezdomnych. Przeciwnie: mają domy, mają rodziny. A jednak balansują na krawędzi tych dwóch światów.

– Ochroniarz, który niegdyś chciał być przedsiębiorcą, pytał mnie: Czy to normalne, że czuję się jak margines społeczny? Marginesem społecznym byli kiedyś życiowi wykolejeńcy, a teraz ja – pracujący za dwóch. Ten człowiek pilnował obiektów Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, a równocześnie nie miał żadnego ubezpieczenia zusowskiego. W budynku stoi olbrzymie akwarium. Mówił mi, że patrzenie na nie go uspokajało. I że chciałby, żeby w drugiej pracy było podobne akwarium. To było przejmujące – takie marzenie. Dla mnie to akwarium go niejako pacyfikowało, tłumiło jego żal. Ochraniał także szpital, a gdy sam ciężko zachorował, był zdany tylko na pomoc żony. A w Poznaniu w sądzie sprzątały kobiety bez umów, których nie stać teraz na prawnika. Te wszystkie instytucje, które reprezentują cywilizowane standardy życia, nie są dla nich…

Dodajmy do tego, że od wielu ochroniarzy wymaga się, aby byli elastyczni także względem miejsca wykonywania pracy. Nie chronią jednego obiektu, lecz wiele obiektów należących do danej instytucji publicznej. Jeden z ochroniarzy został zwolniony przez pracodawcę, bo gdy zakończył się przetarg w Urzędzie Wojewódzkim, wolał zostać w tym właśnie obiekcie, gdzie z wielu przyczyn dobrze mu się pracowało. I w ten sposób stracił pracę w innych miejscach, obsługiwanych przez dawnego pracodawcę.

– Jak rozumiem, tacy pracownicy nie mają żadnych kart przetargowych, muszą tańczyć, jak im instytucje publiczne i prywatne firmy zagrają?

– W jaki sposób mogliby się postawić? Trudno nawet o międzyludzką solidarność, ponieważ te podziały są bardzo różne. Na przykład gabinet wojewody sprząta wewnętrzna firma na umowach o pracę, a pozostałe miejsca w tym samym urzędzie – outsourcingowana ekipa na umowach śmieciowych. A do tego dochodzą podziały w poszczególnych firmach współpracujących z instytucjami publicznymi, zespoły są wewnętrznie podzielone, niektórzy mają umowy o pracę, a inni – umowy cywilnoprawne. Nawet prezesi firm widzą, jakie rodzi to podziały między samymi pracownikami. Czasem mają miejsce szantaże: pracodawca mówi pracownikowi, że da mu umowę o pracę, jeżeli na umowie cywilnoprawnej będzie sprzątał lub ochraniał dodatkowe budynki. Takie sytuacje zdarzyły się nawet w instytucjach, w których zastosowano klauzule społeczne…

– Mamy do czynienia ze splotem czynników dotykających całego człowieka, to są zarazem sprawy instytucjonalne, legislacyjne, społeczno-gospodarcze, zawodowe, etyczne, rodzinno-domowe, jak i głęboko osobiste frustrujące doświadczenia. Jakie, Pani zdaniem, powinno być antidotum na te patologie?

– Można chociażby pytać, czy lepsze są klauzule propracownicze, czy zupełny odwrót od systemu outsourcingu i powrót pracowników niskiego szczebla do instytucji publicznych na etatach. Moim zdaniem najlepszy byłby powrót do poprzedniego modelu – etatowego zatrudnienia osób sprzątających czy ochraniających dany podmiot.

– Dostrzega Pani jakieś realne szanse na poprawę? Wprowadzenie, oprócz klauzul społecznych, minimalnej stawki godzinowej? Zwiększenie kompetencje Państwowej Inspekcji Pracy?

– To są ważne instrumenty, ale prawda jest taka, że największą barierą może się okazać brak środków oraz ukształtowana przez lata mentalność. Może zdarzyć się tak, że jeżeli instytucja nie będzie chciała realnie wprowadzić klauzul społecznych, a formalnie będzie musiała je stosować, to np. nie przyzna sobie uprawnień kontrolnych. Czyli nie będzie sprawdzać, co się dzieje. A wtedy będzie dochodzić do samowolki. Sprawdziłam siedem postępowań, w jednym przypadku pracownicy mieli jedną ósmą etatu, w innym dziesięciu pracowników y miało umowę o pracę, a piętnastu – cywilnoprawną. Może być też tak, że firmy nadal nie będą grały uczciwie, i żeby uzyskać przetarg, umówią się ze swoimi pracownikami, że nie będą im płaciły tych 12 zł za godzinę.

Realna zmiana na lepsze byłaby możliwa wówczas, gdyby państwo zaczęło więcej płacić, gdyby wobec wszystkich pracowników obowiązywał jeden – pełniejszy – stosunek pracy, gdyby nie opłacało się firmom zaniżać tych kosztów.

– Część naszej klasy politycznej – przypomnę choćby całkiem niedawne ataki Pawła Kukiza pod adresem Państwowej Inspekcji Pracy – głosi radykalnie liberalną wizję „odbiurokratyzowania” państwa, wizję „państwa jeszcze tańszego”. W jaki sposób obywatele mogą przeciwdziałać liberalnej demagogii?

– Myślę, że powinniśmy się zastanowić nad społeczną odpowiedzialnością samego społeczeństwa. Dużo mówi się o społecznej odpowiedzialności instytucji publicznych, społecznej odpowiedzialności biznesu. Ale doszłam do takiego momentu, gdy w tej kwestii uświadomiłam sobie nieodpowiedzialność społeczną wśród ludzi. Myślę o Strzelcach Opolskich, gdzie spółdzielnie mieszkaniowe same wymuszały na firmie sprzątającej budynki, aby ta oferowała jak najtańsze usługi, bo inaczej znajdą sobie firmę prywatną. A jeden z ochroniarzy, który pracował w szpitalu, bardzo ciepło wypowiadał się właśnie o Pawle Kukizie…

– Dziękuję za rozmowę.

Opole, 7 lutego 2016 roku

Katarzyna Duda

(ur. 1990) – absolwentka prawa, doktorantka w zakresie nauk o polityce na Uniwersytecie Opolskim. Współpracowniczka Ośrodka Myśli Społecznej im. Ferdynanda Lassalle’a. Autorka raportu pt. „Outsourcing usług ochrony oraz sprzątania w instytucjach publicznych. Wpływ publicznego dyktatu najniższej ceny usług na warunki zatrudniania pracowników przez podmioty prywatne”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>