Śląsk Zbuntowany. Bunty chłopskie od XVII do połowy XIX wieku a pruska kolonizacja Śląska

Lato 2016 |

Już pod panowaniem Habsburgów refeudalizacja na Śląsku spowodowała nędzę wsi i zahamowała rozwój gospodarczy miast. W połowie XVII wieku ustawodawstwo śląskie upoważniło panów feudalnych do zwiększania pańszczyzny i przymuszania do niej nawet chłopów czynszowych. Doprowadziło to do pierwszych buntów chłopskich. W 1645 roku, pod koniec wojny trzydziestoletniej, miejscowi chłopi odmówili wszelkich świadczeń dla dóbr zamku opolskiego, powołując się na rzekomą obietnicę siedmiu lat wolnizny. Obietnicę taką złożył ponoć polski król Jan Kazimierz, któremu miało być w zastaw przekazane księstwo opolsko-raciborskie.

Po zniszczeniach wojennych i wzroście obciążeń ze strony szlachty, dążącej do odbudowy, utrzymania lub pomnożenia majątków kosztem wzmożonego wyzysku, w latach 1668-1669 doszło do wystąpień chłopów przeciw pańszczyźnie w tymże księstwie – wkrótce po oddaniu go przez Wazów pod bezpośrednie panowanie Habsburgów. Dalsze podnoszenie wymiaru pańszczyzny na przełomie XVII i XVIII wieku doprowadziło do rozruchów w latach 1706-1713 na ziemi raciborskiej. W latach 1722-1727 czynny opór stawiali polscy i niemieccy chłopi w dobrach niemodlińskich. Od 1727 do 1730 roku trwała powszechna rebelia w królewszczyznach opolskich i kozielskich, którą stłumiło dopiero wkroczenie wojsk austriackich.

W tajnej umowie prusko-austriackiej, zawartej w Schnellendorf 9 października 1741 roku, Fryderyk II zadowolił się Dolnym Śląskiem do rzeki Nysy, a na prawym brzegu Odry do rzeki Brynicy. Według źródeł austriackich na dworze w Wiedniu nie mieli pojęcia, gdzie płynie owa Brynica. Jednak wiedzieli to Prusacy – najpewniej dzięki sugestii jednego z kupców z wrocławskiej rodziny Giesche, która od 1704 roku miała wyłączny przywilej na eksport galmanu, czyli rudy cynku i ołowiu z Górnego Śląska, okolic Bytomia i Tarnowskich Gór. A tych surowców armia pruska bardzo potrzebowała do produkcji amunicji.

Na Ślązaków nałożono olbrzymie podatki: dwa i pół miliona talarów rocznie. W jednej z ulotek krytykujących rządy pruskie czytamy: jego cesarska mość gnębiony licznymi potrzebami, a zwłaszcza przez wojnę z Turkami, domagał się od nas jednorazowej kontrybucji w wysokości dwóch milionów guldenów. Były to wszak rządy, które nas podobno gnębiły, a zostawiały nam swobodę uchwalania tejże kontrybucji, podczas gdy obecnie pod „słodkimi” rządami pruskiego króla musimy dawać na utrzymanie wojska pruskiego trzysta tysięcy florenów, co stanowi rocznie trzy miliony i sześćset tysięcy guldenów, z czego my, Ślązacy, i nasz Śląsk nic nie mamy prócz nowych utrapień, utrudnień i poniżeń. I jeszcze głosi się, że każdy, kto nie zapłaci, traktowany będzie jak wróg. Mówi się, że owym wrogom Prusacy spalą dach nad głową i wypędzą z kraju. Z kraju, który jest ojczyzną każdego Ślązaka, z kraju Piastów chcą nas wypędzić, jeśli nie zapłacimy w terminie, jak od nas żądają.

Na co takie podatki? Pod panowaniem Habsburgów na Śląsku stacjonowało maksymalnie do dwóch tysięcy żołnierzy monarchii austriackiej. Natomiast Prusy wprowadziły 35-tysięczną armię i narzuciły ludności obowiązek jej utrzymania. Jeszcze w wiele lat po wojnach śląskich, w 1791 roku, państwowa komisja pruska wyliczyła, że dwie trzecie dochodów górnośląskich miast i miasteczek pochłaniały koszty utrzymania kwaterującego wojska pruskiego.

Skutki rabunku Śląska pod panowaniem Fryderyka II spisał pruski inspektor Lautensack, sporządzający dokładny rejestr śląskich posiadłości: Na prawym brzegu Odry, na polskiej stronie, położenie chłopa godne jest współczucia. Ci ludzie nie będą mogli w przyszłości zapłacić podatków. Znowu powiększyła się i tak już przerażająca liczba opuszczonych domów i porzuconych zagród na wsi […]. Miasteczko Toszek […] jest chyba najnędzniejszą mieściną na Górnym Śląsku. Stoi tu już dwadzieścia opuszczonych domów, a pozostałe są w takim stanie, że ci biedni ludzie podczas deszczu leżą w wodzie. Ale jest tu na stałe szwadron huzarów z pułku Hostiz, którym mieszczanie musieli udostępnić swoje stajnie, a ich własne bydło stoi pod gołym niebem […]. Tarnowskie Góry: ze względu na upadek górnictwa ludzie cierpią głód i uciekają do Polski. Stoi tu 61 opuszczonych domów. Bytom: […] tylko 123 domy są zamieszkałe. Ludzie są bez wyjątku bardzo biedni i skarżą się na hrabiego. […] Jeśli tak dalej pójdzie, miasto zginie. Gliwice: są mniejsze jak Bytom, kilkakrotnie spalone. Wybudowano tu byle jak 131 domów, a ponad sto nie zostało odbudowanych. Z 1757 roku zachowała się taka relacja z Górnego Śląska: mieszkańcy miasteczek muszą pomagać panu przy żniwach, muszą strzyc jego owce, uprawiać wydzielone im pola, utrzymywać w porządku staw zamkowy, oczyszczać fosę i młynówkę, przywozić z odległości czternastu mil kamienie młyńskie, wozić drewno budowlane i owies i są w tym samym położeniu, jak chłopi pańszczyźniani. Ale do tego zdążyli się już przyzwyczaić. Natomiast podatki, kwaterunkowe, serwisowe, akcyza – to przekracza ich możliwości, powoduje smutek i niechęć do życia. Ludzie nie widzą przed sobą żadnej przyszłości.

Największą jednak udręką mieszkańców był przymusowy zaciąg do wojska. Gdy minął początkowy okres ochronny, w latach 1742-1743 na pruskim Śląsku utworzono tzw. kantony rekrutacyjne dla 13 regimentów. Przykładowo już wiosną 1742 roku pruski feldmarszałek Schwerin żądał z samego tylko terenu księstwa opolsko-raciborskiego dwóch tysięcy rekrutów. Do 1743 roku armię pruską powiększono w ten sposób o 18 tysięcy rekrutów. Dlatego przed pruskimi werbownikami zaczęto uciekać na Łużyce, w głąb Austrii czy do Polski. W latach 1740-1780 z Górnego Śląska tylko do Polski zbiegło ok. 15 tysięcy chłopów. Zbiegostwo było – po opieszałości i niedbalstwie w odrabianiu pańszczyzny – jedną z form oporu chłopskiego przeciw wyzyskowi feudalnemu.

Szlachta, która posiadała na pruskim Śląsku 70% ziemi, powiększała folwarki kosztem ograniczania pastwisk i łąk, z których dotychczas korzystali również chłopi. Feudałowie śląscy podnosili też chłopom świadczenia, czyli pańszczyznę i tzw. robocizny. Dochodziło w rezultacie do licznych, niekończących się procesów między panami a gospodarzami wiejskimi, wygrywanych zwykle przez feudałów, którzy powoływali się na dawne przywileje i ustalenia. Jeszcze w 1753 roku minister Śląska von Münchow żądał od Wrocławskiej Komory danych na temat handlu poddanymi. W odpowiedzi m.in. starosta bytomski potwierdził, że śląscy panowie mają prawo sprzedać, przehandlować lub podarować swoich chłopów tak samo jak inne rzeczy.

Pod panowaniem pruskim władze w sporach między wsią a panami zaczęły popierać chłopów, bo chciały względnie zamożnego stanu włościańskiego. To chłopi mieli płacić podatki do kasy państwowej i to oni byli poborowymi w nowym typie armii, opartej na piechocie. Dlatego zaraz po zajęciu Śląska, w latach 1741-1749, w Prusach wydano kilka zarządzeń mających jakoby chronić chłopów przed zachłannością szlachty. W 1746 roku doszło nawet do tego, że starosta (landrat) strzelecki, hrabia Henckel, opracował regulamin obowiązków chłopskich. W piśmie przesłanym do ministra Śląska prosił, aby nie ujawniać jego autorstwa, bo mógłby wiele ucierpieć od tutejszej noblessy [stanu szlacheckiego – przyp. R.A.] lub zgoła mogłoby go spotkać jakie nieszczęście… Szlachta stawiała bowiem opór wszelkim zmianom na korzyść chłopów.

W wyniku tych zarządzeń doszło m.in. do buntu śląskich chłopów w podgłubczyckich Lewicach w 1748 roku i stłumionego rok później buntu w Białej Prudnickiej. Z powiatu głubczyckiego dotarła do Fryderyka II skarga, w której chłopi pisali: Przedtem pracowaliśmy dla pana dwa dni w tygodniu, obecnie trzy, ale w ten sposób, że wypędzają nas z domów przed piątą rano niemiłosiernie batożąc, by zwolnić nocą, kiedy już gwiazdy świecą na niebie.

Bunt chłopów wybuchł również w dobrach rybnickich w 1749 r. Jak przypomniał Oswald Stefan Popiołek w opracowaniu „Bunty chłopskie na Górnym Śląsku do 1811 r.”, władze pruskie, aby go stłumić, zakwaterowały wojsko w każdej zagrodzie. Zrujnowało to chłopów zupełnie. Poza tym chciano ich ukarać. I tu zaczęły się kłopoty. Co dla udręczonych ludzi może być jeszcze karą? Ciężkie roboty? Taczki? Więzienie? Przecież od najmłodszych lat wykonują najcięższe roboty, nie było dnia, który by się nie równał taczkom i robotom przymusowym! Więzienie zaś o suchym chlebie i wodzie byłoby dla nich ulgą i polepszeniem bytu. Przecież i tak nic lepszego nie jedzą i ciężko przy tym pracują, a w więzieniu nie musieliby robić! Po-przestano więc na pobiciu ich.

Przypuszczalnie pod wrażeniem tych buntów władze pruskie nakazały w 1749 roku właścicielom ziemskim stosować wprowadzoną ustawowo ochronę chłopów, m.in. zakaz wykupu przez właścicieli ziemskich ziemi chłopskiej, czyli rugowania chłopów. Co więcej, nakazały zwrot gruntów zagarniętych w ten sposób w ciągu poprzednich kilkunastu lat. Ustawa jednak nie weszła w życie i już w 1750 roku bunty ogarnęły ponad 20 wsi w powiecie raciborskim.

Od 1755 roku minister do spraw Śląska, Ernst Wilhelm von Schlabrendorf, próbował wprowadzić dziedziczenie ziemi przez chłopów, zakazywał stosowania kar cielesnych, handlu poddanymi i podnoszenia świadczeń pańszczyźnianych. Jednak działania te miały jedynie wymiar propagandowy, ponieważ większość tutejszych chłopów nie była właścicielami ziemi. Decyzje ministra miały kreować wśród chłopów przekonanie, że „dobry król” i ministrowie o nich dbają, a ich gnębicielami są jedynie „źli panowie”.

W 1756 roku wybuchła chłopska rebelia na Śląsku austriackim, w dobrach lutyńskich irlandzkiego hrabiego Mikołaja von Taaffe. Dwustu czterech chłopów z Niemieckiej Lutyni, Dziećmorowic, Skrzeczonia i Wierzniowic zbuntowało się przeciw pańszczyźnie i koczowało na polach za dworem w Niemieckiej Lutyni. Gdy do wioski wkroczyły wojska austriackie, uciekli na pruski Śląsk i obozowali pomiędzy Łaziskami a Godowem. W tej sytuacji hrabia von Taaffe zwrócił się do cesarzowej Marii Teresy, a ta poprosiła o pomoc… króla Prus. Fryderyk II nie omieszkał skorzystać z okazji i wojska pruskie zmusiły buntowników do powrotu na stronę austriacką, gdzie dziesięciu przywódców wtrącono do lochów zamku w Lutyni, a następnie skazano na kilka lat ciężkich robót w twierdzy Ołomuniec. Tak wyglądała klasowa solidarność feudałów ponad państwowymi konfliktami.

Podczas działań wojennych Śląsk był łupiony tak przez Prusaków, jak przez armie Habsburgów. Jeden z mieszkańców Jeleniej Góry zanotował: Wydaje się, że wszystkie wojujące partie sprzymierzyły się w zamiarze doprowadzenia Śląska do ruiny. Armia austriacka zaczęła na Śląsku plądrować i zdzierać okup z ludzi, którzy po złych zbiorach w 1760 roku już i tak cierpieli głód. Wkraczające do wiosek oddziały pieczętowały chłopom stodoły, aby ci nie mogli zabrać niczego na własne potrzeby. W tym samym czasie Fryderyk po odzyskaniu Wrocławia zażądał od niewiernych mieszkańców miasta 300 tysięcy talarów w srebrze, 500 tysięcy od śląskich kościołów i klasztorów, narzucił też klerowi katolickiemu, wbrew ugodzie z Altranstädt, 50-procentowy podatek. Następnie wprowadził do obiegu fałszowane pieniądze, co doprowadziło do gwałtownego wzrostu cen. Przykładowo – ryż zdrożał o 100%, dwie marchewki kosztowały 1 srebrny grosz.

Była to zapewne kolejna przyczyna, dla której nawet wojna nie całkiem stłumiła opór chłopski. Zimą 1760 roku kontrybucje doprowadziły do zamieszek w powiecie kozielskim, a komendant twierdzy w Koźlu wysłał list gończy za byłym deputowanym powiatowym von Lipa z Radoszowa i byłym starostą von Blumencronem. Obaj poszukiwani utworzyli z unikających zaciągu do wojska chłopów oddział partyzancki, założyli bazę pod Opawą i robili rajdy przeciw Prusakom aż pod Opole. W 1761 roku poddani z królewszczyzny opolskiej odmówili dostarczenia Prusakom tzw. podwodów, czyli wozów z zaprzęgiem, którymi do huty królewskiej w Ozimku produkującej uzbrojenie miała być dowożona ruda żelaza. Dopiero interwencja wojska pruskiego zmusiła ich do wykonania świadczenia. W tymże roku hutnicy z huty w Krogulnie, przeważnie wolni robotnicy najemni, zażądali podwyżki płac.

W wyniku samej tylko wojny siedmioletniej zginęło 853 tysięcy ludzi. W śląskich wsiach zniszczono 3323 domy, 2225 stodół, 3495 obór. W miastach – 2917 domów, 399 stodół i 1380 obór i stajen. Na odbudowę zrujnowanego wojnami Śląska Fryderyk II przeznaczył 3 miliony talarów, czyli mniej więcej jednoroczne podatki, jakie z tej prowincji ściągał od ponad 20 lat. Od 1736 do 1763 roku liczba ludności Śląska spadła z ok. 1 miliona 800 tysięcy mieszkańców do 1 miliona 95 tysięcy. Zniknęło prawie 700 tysięcy Ślązaków! Oto demograficzna katastrofa wywołana podbojem Śląska przez Prusy.

Wojna doprowadziła liczne majątki szlacheckie do ruiny i w rezultacie śląscy panowie feudalni nie byli w stanie płacić podatków. Wprawdzie już w 1758 roku król wstrzymał licytację zadłużonych posiadłości do czasu zakończenia wojny, jednak po jej ustaniu gwałtownie spadły ceny zboża, co znów doprowadziło na skraj bankructwa kolejne majątki ziemskie. W tych latach niżsi i wyżsi urzędnicy państwa pruskiego kupowali połacie ziemi, karczowali lasy wbrew przepisom i ustawom państwowym, zaganiali ludzi do wszelkich możliwych robót, by czym prędzej wycisnąć jak najwięcej gotówki z nabytego majątku, a następnie sprzedać go szybko z zyskiem następnemu kupcowi. Przy tych transakcjach bardzo ważną rolę odgrywała liczba poddanych, a im liczniejsze i większe były ich służebności, tym więcej płacili nowi nabywcy. Ludzie byli w tym procederze żywym inwentarzem przynależącym do majątku.

Sprzeciw wobec takiej kolonialnej gospodarce pruskich urzędników i nowych panów pruskich na Śląsku doprowadził w 1764 roku do żywiołowych wystąpień chłopskich w kilku wsiach powiatu świdnickiego na Dolnym Śląsku. Rok później chłopi z Ołdrzyszowa k. Nowogrodźca między Jelenią Górą a Żaganiem odrzucili nowe żądania tamtejszego dworu, a następnie zbrojnie odpierali ataki zaprawionego w wojnie siedmioletniej wojska pruskiego, które z trudem zdołało ich pokonać. Wiosną 1766 roku wybuchł kolejny śląski bunt chłopski, tym razem w powiatach rybnickim, raciborskim, bytomskim, pszczyńskim, nyskim i gliwicko-toszeckim. Chłopi wypowiedzieli posłuszeństwo hrabiemu Emanuelowi Wengierskiemu, właścicielowi majątków w ziemi rybnickiej. Później odmawiali zapłacenia panom wszelkich danin. Uzbrojeni gromadzili się po lasach. Zaniepokojony rząd wysłał przeciw nim znajdujące się w pobliżu pułki. Od kul żołnierzy ginęli nie tylko zbuntowani mężczyźni, lecz także kobiety i dzieci. Po likwidacji powstania nastąpił odwet panów. Jak wyglądał, ujawnia pismo poborcy podatkowego z Toszka do ministra Schlabrendorfa, z którego wynika, że na własne oczy widział, jak pan przydeptał dwóm poddanym gardła, gdy wymierzał im 150 batów „na gołą koszulę”.

Tymczasem rozruchy chłopskie z powiatu raciborskiego przeniosły się na Śląsk austriacki, do stanowego państwa frysztackiego, które od 1748 roku należało do wspomnianego Mikołaja von Taaffego. Na czele ruchu stanął Ondra Fołtyn, gospodarz posiadający konia pod wierzch, czyli siodłak (po śląsku siedlok), ze Starego Miasta pod Karwiną. Trzykrotnie był on wcześniej ze swoimi skargami w Wiedniu – bezskutecznie. W 1766 roku spisanie wspólnych skarg do władz i wysłanie delegacji na dwór cesarski zaproponował Maciej Kolář z Dětmarowic. Na delegatów wybrano jego i Fołtyna. Jednak informacje o przygotowaniach szybko dotarły do burgrabiego Schwartza, który miał donosicieli wśród chłopów. Kolář i sześciu innych przywódców chłopskich zostało zatrzymanych i uwięzionych w Cieszynie. Fołtyna uratował huzar Széhenyego, który u niego mieszkał. Dzięki tej pomocy gospodarzowi udało się spiesznie wyruszyć w drogę. Dotarł do Wiednia 22 lutego i przekazał „memoriał” frysztackich chłopów Johannowi Karlowi hrabiemu Chotka von Chotkow und Wognin, cesarskiemu kanclerzowi Czech. Ten jednak kazał Fołtyna zatrzymać i pod eskortą odesłać do Cieszyna na przesłuchanie. Gdy więzień został zwolniony, pod jego wodzą wybuchły w majątku frysztackim największe zaburzenia chłopskie w tej części Śląska. Wydarzenia zaczęły się toczyć szybko: Fołtyn założył w Olszynach „wolną osadę” dla frysztackich siedloków, a ze Śląska cieszyńskiego trafiły do Wiednia 73 skargi. Wywołało to rozruchy w sąsiednich państwach stanowych. Wprawdzie Fołtyn został aresztowany wraz z innymi przywódcami rebelii na pół roku, jednak żony aresztowanych dotarły do cesarzowej, dzięki czemu Fołtyn został uwolniony, co znacząco podniosło jego autorytet na Śląsku Cieszyńskim. Wkrótce stanął na czele nowej delegacji wysłanej przez chłopów do Wiednia. W listopadzie 1766 roku wraz z Maciejem Michalcem z Petrovic znów był w stolicy.

Ożywiło to legalną aktywność chłopów ze Śląska Cieszyńskiego i Opawskiego: w latach 1767-1768 ze 137 gmin wysłano do cesarzowej Marii Teresy ponad 1600 skarg i próśb. Chłopi przedstawiali w nich krzywdy, jakich doświadczali od panów, oraz prosili cesarzową o pomoc. W rezultacie w 1767 i 1771 roku w austriackiej części Śląska powołano specjalne komisje, tzw. komisje urbarialne, które miały ustalić i spisać dokładne wysokości chłopskich świadczeń na rzecz panów feudalnych, oraz wydano patent robotniczy (1771 rok). Również właściciele państwa frysztackiego musieli pójść na ustępstwa. W następnych latach cesarzowa Maria Teresa i jej następca, cesarz Józef II, ogłosili kilka zarządzeń ograniczających wyzysk chłopów, a w 1781 roku – ograniczenie osobistego poddaństwa chłopów.

W 1780 roku realia pruskiego Śląska opisał pewien Anglik, który zwiedził te okolice: zadziwią się moi rodacy, że w europejskich krajach chrześcijańskich istnieją szlachcice, co nie mogą pojąć, dlaczego panu nie miałoby być wolno okładać kijem i biczem swoich poddanych, ile razy im się podoba. Nic dziwnego, że pod koniec lat 70. XVIII wieku kolejne wsie wszczynały procesy przeciw swoim panom. Gdy wyroki okazały się niekorzystne dla nich – chłopi znów przestali „wychodzić na pańskie”. Uzbrojeni w kosy, siekiery itp., chronili się w lasach i organizowali zasadzki na patrole wojskowe. Kolejne powstanie chłopskie wybuchło w powiecie pszczyńskim w 1780 roku, po wysłaniu na wiosnę memoriałów i próśb do króla w Berlinie, które pozostały bez odzewu. Wówczas kilka wsi przerwało pracę podczas żniw na polach księcia pszczyńskiego Fryderyka Ferdynanda Anhalt-Köthen. Znów wezwano wojsko, znów była twierdza dla przywódców i baty dla pozostałych. Wydano nowe zarządzenie z ostrzejszymi karami, wzywające chłopów do spokoju i posłuszeństwa. Wójtowie mieli czuwać, by chłopi nie zbierali się po karczmach lub chatach, nie naradzali się w sprawie odmowy służby panom i nie urządzali zbiórki pieniędzy na pokrycie kosztów procesowych, podróży delegatów do króla lub opłacanie doradców. Wyszło też rozporządzenie ministra uprawniające panów do odebrania chłopom posiadłości i oddania ich innym – bardziej posłusznym. Rząd wysyłał wojsko do każdej opornej wsi, a chłopi na swój koszt musieli je kwaterować i żywić.

Najniebezpieczniej w latach 178–1786 było w powiatach kluczborskim, opolskim, prudnickim i średzkim oraz w ziemi kłodzkiej, wałbrzyskim i na Pogórzu Sudeckim, gdzie ruchy powstańcze chłopów miały już częściowo charakter masowy i były w pewnym stopniu zorganizowane. Nietypowy przebieg miały zamieszki w 1787 roku, gdy dobra w Ruptawie kupił Traugott von Ziemietzki, dotychczasowy właściciel Świerklan Dolnych, znany z surowości i gwałtowności. Gmina ruptawska nie chciała go przyjąć, a gdy nadjeżdżał, pojawili się chłopi z widłami i cepami. Do rzezi nie doszło tylko dlatego, że nowy właściciel obrał inną drogę do dworu i przenocował w spichlerzu. Przez noc chłopi ochłonęli i w końcu przyjęli nowego pana.

W tym czasie na śląskich chłopów spadły nowe udręki ze strony pruskiej szlachty: jeszcze w 1788 r., dwa lata po śmierci Fryderyka, sprzedawanie chłopów odbywało się na Śląsku bez ingerencji władz pruskich. Szlachta bowiem, wypełniając wolę króla, przystąpiła do budowy manufaktur i fabryk, w których zatrudniani byli chłopi – zmuszani do pracy w nieznanych sobie warunkach w ramach pańszczyzny lub tzw. odrobku.

Od 1792 roku na śląską wieś zaczęły docierać informacje o rewolucji we Francji i o uchwaleniu konstytucji w Polsce. W napiętej – z powodu handlu ziemią i ludźmi – atmosferze doszło w 1793 roku do krwawych rozruchów niemal we wszystkich powiatach górnośląskich. Dworom odmawiano pracy i płacenia podatku gruntowego, odbijano i uwalniano aresztantów, znęcano się nad urzędnikami dworskimi nieludzko postępującymi z chłopami, żądano wydalenia ich. Podobnie zachowano się w stosunku do wójtów uległych panom, odgrażano się szlachcie, obijano chętnych do pracy. Zaczęto nieprawnie korzystać z pastwisk dworskich i niszczyć dworskie zagajniki. Wybuchały protesty przeciw zbyt częstemu zamykaniu ludzi w areszcie, nędznemu odżywianiu i opłacaniu czeladzi dworskiej, przeciw likwidacji pastwisk, zakazowi hodowli owiec przez chłopów i wypasaniu pańskich owiec na chłopskich gruntach. Chłopom marzyła się równość stanów, podział gruntów pańskich i to, żeby wojsko nie występowało przeciwko nim.

W takiej atmosferze w Jemielnicy pod Strzelcami Opolskimi Marek, zwany Prawym (niem. der Gerechte), stanął na czele protestu chłopów śląskich przeciw niesprawiedliwemu gospodarowaniu drewnem w lasach opactwa cystersów. Według donosu miał on grozić, że jeśli ludzie nie dostaną lepszego drewna na opał, to powtórzy się to, co we Francji, i naród weźmie sobie drewno siłą. Podobno głosił też, że los chłopów nie poprawi się, jeśli na Śląsku nie powtórzy się to, co lud zrobił we Francji. Na podstawie takich donosów władze kazały pojmać go. A 17 marca 1794 r. – pięć dni po wybuchu insurekcji w Polsce – na rynku w Opolu w dzień targowy przepędzono Marka Prawego sześciokrotnie przez szpaler żołnierzy, którzy bili go pałkami. Po dwóch dniach skatowanego odwieziono do Jemielnicy, gdzie zmarł w wyniku odniesionych ran. Miejscowi chłopi zostali skutecznie zastraszeni. Mimo to w latach 1799-1800 znów wybuchały w tzw. polskich powiatach zamieszki, które miały już wyraźnie antyfeudalny charakter. W tym czasie wśród robotników w hutach i kopalniach Bytomia i Tarnowskich Gór oraz pośród chłopów z okolicznych wsi nasiliły się antypruskie nastroje. W 1798 roku doszło tam do buntu, po którym świerklaniecki Donnersmarck wypędził z Rudnych Piekar 24 rodziny górnicze mówiące po polsku. Powoli antykolonizatorskie nastroje wykraczały poza stan włościański.

W 1799 roku wskutek wyzysku i ucisku panów feudalnych wybuchł w Krzyżowicach, Szerokiej i Boryni dobrze przygotowany bunt chłopski. Nowością było to, że chłopi uciekli do lasu i zaczęli zbójować. Tymczasem do Krzyżkowic przybył wysłannik rządowy, dzierżawca majątków księcia pszczyńskiego w tych wioskach, Schlütterbach. Gdy w tłumie chłopów zebranych w karczmie trzech ze starszyzny wiejskiej – szanowanych chłopów krzyżkowickich – zdobyło się na odwagę, by powiedzieć mu prawdę o warunkach panujących w ich wiosce, Schlütterbach postanowił ich ukarać. Kazał im się rozebrać do koszul i gaci, a następnie wejść do klatki dla zwierząt. W końcu weszli wszyscy trzej. Parobcy dworscy musieli ich włożyć na sanie i konwój wyruszył przed karczmę pod osobistym dozorem samego Schlitterbacha. […] Zanim ich dowieziono do karczmy, Poloczkowi już puściła się krew z nosa. Osunął się na kolana, jedną dłonią opierając się o dno, drugą o boczną ścianę klatki. Po siwych włosach zaczęła mu kroplami sączyć się krew. Nieszczęśliwi, nie mogąc poruszać się swobodnie, zmieniali pozycję tylko o tyle, że raz opierali się plecami, raz lewym, kiedy indziej prawym ramieniem o ostre kanty klatki. Na jej dnie zaś raz klękali kolanami, to opierali cały swój ciężar na stopach, to podpierali się rękami. Ostre kanty coraz głębiej wbijały im się w ciało… W tym momencie na miejsce kaźni przybyli zbuntowani chłopi-zbójnicy z pobliskiego lasu i… zabili dzierżawcę. Na znak solidarności z chłopami krzyżowickimi spłonęły wtedy także pańskie stodoły w Boryni i Szerokiej.

Bunty przeciw pańszczyźnie trwały również w latach 1800-1806, tak na Dolnym, jak i na Górnym Śląsku. Ale jeszcze bardziej zaczęło wrzeć wśród chłopów, gdy po klęsce Prus w wojnie z Napoleonem na chłopów spadły główne ciężary francuskiej kontrybucji oraz grabieże i rekwizycje francuskich strzelców i huzarów (np. w Wodzisławiu i okolicy). Tym bardziej, że sprusaczona szlachta śląska coraz gwałtowniej zaczęła egzekwować powinności feudalne wcześniej często niewykonywane, a nawet nakładać nowe. Po włączeniu, na mocy pokoju w Tylży, pruskiego tzw. Nowego Śląska do Księstwa Warszawskiego oliwy do ognia dolała połowiczna reforma Fryderyka Wilhelma III, który 9 października 1807 roku zniósł wprawdzie poddaństwo osobiste chłopów, ale ziemię przez nich uprawianą pozostawił w ręku szlachty. Sprawiło to, że chłopi, osobiście wolni, nadal mieli obowiązek świadczyć dawne powinności feudalne, w tym pańszczyznę, a także podlegali sądownictwu feudałów. W 1808 roku nastroje jeszcze bardziej podgrzało uwłaszczenie chłopów w pruskich dobrach państwowych.

W 1811 roku wybuchł kolejny bunt, znany pod nazwą zmowy tworkowskiej. Tym razem przyczyną była wieść gminna, jakoby panowie ukrywali przed ludem ustawę, na mocy której w Prusach zniesiono poddaństwo. Ponieważ jej tekst był po niemiecku – Ślązacy mówiący w większości po polsku nie mogli jej zrozumieć, a tam, gdzie się o niej dowiadywali i żądali jej wprowadzenia w życie, byli przez panów oszukiwani. W rezultacie doszło do powstania chłopskiego w 170 polskich i czeskich gminach powiatów pszczyńskiego i raciborskiego, m.in. na lewym brzegu Odry w Tworkowie, Bieńkowicach, Boguminie i okolicy, a na prawym brzegu – w Lubomi, Nieboczowach, Kamieniu, Rogowie, Bełsznicy, Czyżowicach i Syryni. Wiodącą rolę odegrali w nim sołtysi i wolni kmiecie.

W tym czasie panem na zamku w Tworkowie był Johann von Eichendorff, stryj znanego niemieckiego poety romantycznego ze Śląska, Josepha von Eichendorffa. Mimo przypomnienia edyktem z 24 października 1810 roku, że chłopi mają obowiązek odrabiania pańszczyzny dopóty, dopóki nie doprowadzą do ugody z właścicielami ziemi w sprawie jej zniesienia i np. zastąpienia oczynszowaniem, chłopi nie wierzyli urzędnikom pruskim i panom feudalnym. W przypadku Tworkowa – nie bez podstaw – dotyczyło to Johanna von Eichendorffa. Ów brak zaufania doprowadził w połowie stycznia 1811 roku do zwołania w Tworkowie zjazdu przedstawicieli 19 okolicznych gmin, którzy pod przywództwem rzeźnika (po śląsku: masorza) Macieja Gracy oraz gospodarza (czyli kmiecia) Drobnego, ogłosili, że będą się przeciwstawiać dalszemu odrabianiu pańszczyzny, bo według nich jest to niezgodne z wolą króla. W rozmowach z przedstawicielami władz oświadczyli, że są wolni i nie dadzą się zmusić żadną przemocą do jakichkolwiek pańszczyzn, że sprzymierzyli się z sobą i chętniej pozwolą się posiekać na kawałki niż dalej odrabiać robocizny.

Tak rozpoczęła się „zburzka”, jak wówczas te rozruchy nazywano. Do czynnej walki wzywał chłopów Szymon Boczek, chałupnik z Kamienia w powiecie raciborskim. Twierdził, że trzeba zbroić się, poruszyć do powstania chłopów sąsiednich gmin i pójść do Tworkowa. Stanisław Michalkiewicz, autor książki o tym buncie, przywołał opinię anonimowego pruskiego szlachcica, że po polskiej stronie Odry było jeszcze spokojnie, aż około 10 lutego 1811 r. wystąpiła wieś Pszów, która wysłała 50 chłopów do Krzyżkowic, którzy udali się do ludzi odrabiających pańszczyznę, aby odstąpili od pracy, bo zgodnie z edyktem królewskim [z 9 października 1807 roku – przyp. R.A.] wszelka pańszczyzna ustaje. O ile relacja ta jest niezupełnie zgodna z chronologią wydarzeń, bo już 7 lutego protest przeciw pańszczyźnie podjęli chłopi z Godowa, a 8 lutego z Gołkowic – o tyle godne uwagi jest to, że w opinii cytowanego Prusaka oraz w świetle innych urzędowych dokumentów istniała wówczas „polska strona Odry”, co znaczyło, że w powszechnej ocenie klas panujących na prawym jej brzegu ludność mówiła śląską polszczyzną.

Już 8 lutego sąd dominialny w Wodzisławiu Śląskim wysłał do śląskiego Wyższego Sądu Krajowego we Wrocławiu pismo, w którym stwierdzał, że Obecnie wskutek działalności deputacji wysyłanych z gmin już objętych powstaniem, szerzy się ono także na obszarze tutejszego dominium. […] Gminy nie tylko odmawiają wykonywania obowiązujących powinności, ale sięgają znacznie dalej niż ich sąsiedzi, albowiem gwałtownie wzbraniają dominium korzystania z lasów, które chcą sobie przywłaszczyć.

W takich okolicznościach Ernst Wilhelm von Birkhahn, starosta (landrat) powiatu pszczyńskiego, rozesłał do sołtysów okolicznych wsi wezwanie, aby stawili się 11 lutego wraz z dwoma przedstawicieli wiosek do jego siedziby w Marklowicach Górnych. Zamierzał powagą swego urzędu wymóc posłuszeństwo wobec właścicieli majątków feudalnych i zachowanie spokoju publicznego. Jakież było jego zaskoczenie, gdy rankiem tego dnia pod wodzą sołtysa Józefa Bieni z Jedłownika zaczęły do dworu w Marklowicach ściągać tłumne delegacje, głównie z dominium w Boguminie. Wystraszony landrat zbiegł do Pszczyny, nie spróbowawszy nawet zorganizować planowanego zgromadzenia. W tej sytuacji chłopi pod wodzą Bieni wdarli się na podwórze dworu w Marklowicach i zażądali od przerażonej żony landrata okazania edyktu królewskiego wyzwalającego od pańszczyzny. Gdy okazało się, że w siedzibie starosty takowego nie ma, zażądali wydania dokumentu zwalniającego ich z robót na rzecz dworu starościńskiego w Marklowicach. Wówczas nadjechał dziedzic majątku w Połomi Ludwik von Minnigerode. Chłopi wzburzeni ucieczką landrata i brakiem żądanych dokumentów chcieli go zmusić do podpisania ugody zwalniającej chłopów z robót w jego majątku. Gdy odmówił, obili go 50 razy pałką, jego żonę publicznie znieważyli, a następnie przegnali chłopów nadal w pobliżu odrabiających pańszczyznę. Wkrótce kilkuset chłopów pod wodzą Bieni, Jakuba Antończyka z Wilchw oraz ośmiu chłopów pańszczyźnianych z wsi Odry ruszyło do Marklowic Dolnych i wtargnęło do majątku baronowej von Tann. Tam również rozpędzili odrabiających pańszczyznę dla jej dworu oraz zażądali dokumentu zwalniającego okolicznych chłopów z robocizn. Następnego dnia podczas najścia zbuntowanych chłopów z Dolnych i Górnych Marklowic, Jastrzębia i Dolnej Boryni na dwór deputowanego powiatu pszczyńskiego von Schlotterbacha w Boryni Górnej doszło do starcia z jego czeladzią dworską. Chłopi zwyciężyli, jednak i tym razem nie zdobyli królewskiego „edyktu wolności” ani dokumentu potwierdzającego rezygnację z pańszczyzny na rzecz dworu.

W powiecie pszczyńskim w powstaniu brały udział 74 gminy, w tym 32 gminy ograniczyły się tylko do odmowy wykonywania świadczeń, 36 gmin wykazało bardzo dużą aktywność, a udział chłopów w powstaniu był powszechny. W Baranowicach groźna 500-osobowa gromada chłopów z okolicznych wsi znieważyła tamtejszą właścicielkę dworu i jej córkę von Durant i zmusiła do czterokrotnego wystawienia rewersu o rezygnacji z powinności Baranowic, Osin i Rzuchowa. […] W gminach tych oraz w Szerokiej zrodził się pomysł całej opisanej wyprawy do Baranowic. Po Baranowicach ta sama gromada chłopów udała się do Rogoźnej. Splądrowano dwór i spowodowano liczne szkody, które szacowano na blisko 730 talarów – sumę bardzo znaczną. Równocześnie wymuszono wystawienie rewersu o rezygnacji z dotychczasowych powinności. Bunt chłopski nadal się rozszerzał. Między ludźmi z innych wsi ludzie z Osin i Baranowic udali się do majątku w Gardawicach. Uciekającą właścicielkę zatrzymano i zmuszono do rezygnacji ze świadczeń feudalnych oraz wypłacenia 36 talarów, kwotę tę przypuszczalnie chłopi podzielili między siebie. Straty powodowane napadami oszacowano na 190 talarów. Potem udano się do Woszczyc, gdzie między innymi wymieniono sołtysa z Osin Harazima. Stamtąd skierowano się do Rudziczki, gdzie wyróżnił się też Harazim, a wyrządzone szkody wyniosły 56 talarów – pisał Stanisław Michalkiewicz w książce „O rzeźniku Gracy, zmowie tworkowskiej i powstaniu chłopskim w 1811”.

Do buntu przyłą¬czyły się wkrótce wszystkie gminy dominium rybnickiego: Książnice, Golejów, Ochojec, Grabownia, Wielopole, Przegędza, Rybnicka Kuźnia, Orzepowice, Jejkowice, Szczejkowice, Ligota, Smolna, Zamysłów, Radoszowy, Niedobczyce, Chwałowice, Bogu¬szowice, Rowień, Kłokocin, Popielów, Bierułtowy, Radziejów, Rój, Jankowice Rybnickie oraz Świerklany Górne. W sumie uczestniczyli w nim chłopi z 25 podrybnickich gmin. Anonimowy szlachcic sporządził następujący opis wydarzeń: przybyło do Rybnika 4000-5000 chłopa, otoczyli dzierżawcę tamtejszego urzędu inwalidzkiego i żądali od niego edyktu. Kiedy ten zapewniał, że go nie ma, krzyczeli: powiesić go! Przypadkowo jeden z nich krzyknął: na pewno ksiądz go ma. Halo, do niego! – wrzeszczeli wszyscy. Wywlekli go z izby, kiedy edyktu, rzecz jasna, nie miał, chcieli go powiesić. Wyszedł kapelan

CC0 JanDix, pixabay.com/pl/topór-stary-drwal-ostrze-tło-1008982/

w ornacie i z krucyfiksem w ręku, oni jednak na to nie zważali, wciągnęli go do izby i kazali mu szukać edyktu. W tym momencie prześliznął się ksiądz i uciekł. W sam raz przybył w tej chwili porucznik Tilow z 30 ułanami, którzy swymi dzidami zaraz zaatakowali tych 400 chłopów. Kilku z nich zadźgano, bardzo wielu raniono i jeszcze więcej schwytano. Ci ostatni zostali na miejscu wychłostani i tak uratowano szczęśliwie księdza, kapelana i dzierżawcę. Następnego dnia przyszli od powstańców kurierzy do wszystkich wsi z odezwą: Halo, halo, do walki do Rybnika, my chcemy pomścić naszych braci. Moi ludzie i ci w sąsiedztwie obiecali pójść, zostali jednak w domu. […] W Baranowicach dostała baty starsza pani von Jänisch, zarządcę nieomal zabito. Pani von Dyren, niegdyś żona pułkownika von Dyrickea, została również zmaltretowana, musiała chłopom nałożyć fajki, zapalić, później ją obrabowano.

16 lutego chłopi z Pielgrzymowic udali się do Pawłowic, gdzie napadli na dwór Ferdynanda Gusnara. Gusnar każdemu chłopu musiał ucałować ręce. W Pawłowicach wyrządzono szkodę na 1200 talarów. […] Dołączyli do nich przybysze z Jastrzębia Górnego oraz Bzia. Wsadzili właściciela do drewnianej klatki, wywieźli do pobliskiego Strumienia i zmusili do zniesienia pańszczyzny w swoich dobrach. Przywódcą był Maciek Kiełkowski z Pielgrzymowic. Na pomoc przybyło wojsko pruskie, które osadziło buntowników w pałacowych lochach i każdemu z nich wymierzyło karę chłosty od 20 do 60 uderzeń. Ruch chłopski między 11 a 16 lutym polegał na żądaniu wydania edyktu wolności, odrzuceniu jakichkolwiek świadczeń na rzecz dworów, lekceważeniu i poniżaniu panów, stosowaniu wobec nich przemocy, masowych wystąpień wykraczających poza ramy legalności – stwierdza wspomniany Michalkiewicz. Oznaczało to, że dalsza eskalacja oporu wsi zaczynała z punktu widzenia władz przybierać charakter zbyt niebezpieczny, groźny dla istniejącego porządku feudalnego.

Dlatego 11 lutego 1811 roku pruski komisarz Lehmann wracał do Tworkowa z 60-osobowym oddziałem huzarów pruskich, zachowując szczególne względy ostrożności, aby zaskoczyć oporną gminę i jej sąsiadów. W nocy z 10 na 11 lutego oddział został postawiony na nogi, a około piątej nad ranem wymaszerował z Raciborza pod dowództwem rotmistrza Koehlera. Jak pisze S. Michalkiewicz, do Tworkowa nie było daleko. Już o wpół do siódmej oddział znajdował się w pobliżu wsi. Część żołnierzy kordonem opasała Tworków. Natomiast jeden z podoficerów z grupą huzarów pośpieszył w stronę kościelnej dzwonnicy, by nie dopuścić do bicia w dzwony i zaalarmowania całej okolicy, co utrudniłoby wykonanie egzekucji. Podstawowa część oddziału tymczasem posuwała się w się w głąb wsi i przypuszczalnie została zauważona przez mieszkańców Tworkowa, gdyż prawie natychmiast po pojawieniu się żołnierzy ludność jak na komendę zaczęła gromadzić się w miejscu normalnie odbywanych zebrań gminy. Wśród przybyłych brakowało jedynie Gracy, który próbował wydostać się poza granice Tworkowa, ale został rozpoznany i zatrzymany przez jednego z żołnierzy. Należy przypuszczać, że zamierzał zaalarmować gminy związane zmową, by następnie podjąć walkę.

15 lutego 40 ułanów wkroczyło do Mikołowa. Porucznik Sługocki z tego oddziału otrzymał zlecenie, aby z 20 ułanami pospieszył jak najszybciej do Łazisk Średnich, gdzie chłopi plądrowali dwór Blandowskiego, wszystko mu zniszczyli, a jego samego ciężko poturbowali; Sługocki pierwszy przybył do Mikołowa, a dowiedziawszy się, że tu w pewnym szynku jest około 50 chłopów zgromadzonych, otoczył ów szynk i pragnął chłopów pojmać; to mu się jednak nie udało, bo chłopi się rzucili na ułanów tak zawzięcie, że ci tylko gęstą strzelaniną zdołali chłopów rozproszyć, ale nie pojmać. Porucznik Sługocki podążył dalej i po drodze we Wyrach miał bardzo poważne starcie z chłopami, którzy byli właśnie przy plądrowaniu dworu; tu we walce kilku chłopów zginęło, 32 wzięto do niewoli i odstawiono do Koźla, a kilka dni później jeszcze dalszych 14 chłopów aresztowano. Podczas starcia w Wyrach zginął Franciszek Wodziczko, chałupnik z Mokrego, który mianował się generałem. Wielu innych chłopów odniosło rany. Wyrządzone straty oceniano na 1750 talarów. Poza Wodziczką szczególną aktywnością odznaczyli się jego zastępca Jan Bończyk z Mokrego, kanonier Bartek Nawrot i fizylier Wałek Szopa oraz Piecha i Jantuła z Łazisk. Z samego Mokrego podobno uczestniczyło w zajściach 64 chłopów. Do starć z wojskiem doszło też m.in. w Ornontowicach i Mizerowie pod Pszczyną.

16 lutego do Raciborza wkroczył batalion fizylierów z Nysy i szwadron huzarów z Prudnika, a 18 lutego do Wodzisławia – śląski pułk ułanów. Rozpoczęła się pacyfikacja: ruchliwość oddziałów wojska na lewym i prawym, „polskim” brzegu Odry, wkraczanie prawie do każdej wioski, czasem kilkakrotne w ciągu dnia, sprawiały wrażenie wszechobecności armii pruskiej. 20 lutego oddziały skierowały się przez Borynię do Kopciowic, a stamtąd do granicy państwa. Ludzie pod przymusem wrócili do dawnych zajęć, schwytani za uczestnictwo w rebelii otrzymali po 50 plag, a przywódcy zostali uwięzieni w Pszczynie. Przez kilka dni trzymano ich o chlebie i wodzie. Wreszcie 18 marca, aby ostatecznie spacyfikować zbuntowanych chłopów, aresztowano 256 przywódców i pod silną eskortą wojska, zakutych w kajdany lub dyby, przypędzono do Raciborza. W więzieniu miejskim nie było już miejsc, więc, jak opisuje Michalkiewicz, zamknięto ich w celach klasztoru dominikańskiego. Każdego aresztanta położono na ławce i wymierzono mu po 20 batów. Wy macie rozum w zadkach, więc trzeba wam go wbić do głowy – tłumaczono tę czynność nieszczęsnym delikwentom. […] I tak do końca 1811 roku wojsko bez przerwy miało zajęcie przy pacyfikowaniu jednej wsi za drugą, a w końcu niemal każdy gospodarz miał swego umundurowanego stróża. W marcu 1811 zburzka chłopów była już wszędzie stłumiona; około 70 chłopów straciło w niej życie. Ale pomimo uspokojenia oddziały wojskowe pozostały nadal na straży w powiecie pszczyńskim, w okolicach Rybnika, Gliwic itd. Aż do czerwca tego roku. Sądy rozpatrzyły sprawy 788 chłopów, dwóch skazano na karę osadzenia w twierdzy, 91 ukarano więzieniem, 582 poddano chłoście, a 113 uniewinniono.

Początkowo przywódcy powstania przebywali w twierdzy w Koźlu, później przekazano ich do więzienia w Raciborzu. Byli wśród nich M. Graca i jego współtowarzysz, były gwardzista pruski, Kokolla z Olzy. Obaj uciekli. Jak stwierdzono w śledztwie, Kokolla i Graca wyzyskali nieduży otwór okienny, znajdujący się na wysokości 61 stóp nad powierzchnią rzeki, i przy pomocy sznura uplecionego ze słomy opuścili się na dół. Kto dostarczył im słomy, nie udało się wykryć. Zbiegów nie złapano. Kokolla prawdopodobnie uciekł do Księstwa Warszawskiego i wstąpił do polskiego wojska. Obok Gracy i Kokolli w czasie chłopskiego powstania wyłoniło się wielu większych i pomniejszych przywódców. Spośród znanych przywódców buntu raport Lehmanna wymienia 10 osób, m.in. sołtysa Józefa Bienię z Jedłownika, który również zbiegł po stłumieniu zaburzeń do Księstwa Warszawskiego.

Ludność miasteczek położonych na obszarze objętym powstaniem sympatyzowała z chłopami, ale – sterroryzowana kwaterunkami wojska pruskiego – nie udzieliła im czynnego poparcia. W „zburzce” wzięła udział pewna liczba żołnierzy urlopowanych lub wysłużonych, wśród których prawie wszyscy mieli nazwiska polskie. Chłopski opór na Śląsku przyczynił się w znacznym stopniu do dalszych reform pruskich: 14 listopada 1811 roku ogłoszono tzw. edykt regulacyjny, na mocy którego chłopi uzyskali możliwość nabywania na własność uprawianej ziemi, ale płacili za to oddawaniem panom jednej trzeciej, a w wielu przypadkach połowy gruntu, ewentualnie – płacili gotówką jednorazowo lub w ratach znaczne sumy. Ze względu jednak na opór miejscowych feudałów w 1827 roku rząd pruski ogłosił specjalną ustawę dla Górnego Śląska, na mocy której w regionie wstrzymano znoszenie pańszczyzny dla zagrodników.

Dla budowanych kopalń, hut i fabryk magnaci powstającego przemysłu potrzebowali taniego robotnika. Pozbawieni środków do życia śląscy chłopi zostali w ten sposób urzędowo skazani na wydziedziczenie i dołączenie do rodzącego się proletariatu. Wyrugowani z ziemi, zasilili szeregi robotników najemnych i znaleźli się w trybach równie wyniszczającego kapitalistycznego wyzysku. Dokonywanego go na eksploatowanym kolonialnie Śląsku, w interesie pruskich magnatów węgla i stali, pod dyktatem najpierw militaryzmu Prus, a później Niemiec, zjednoczonych „krwią i żelazem” przez kanclerza Bismarcka.

Roman Adler

(ur. 1961) – absolwent Uniwersytetu Śląskiego, historyk kultury pracy na Śląsku, „czerwony” polski Ślonzok, autor artykułów historycznych do pism branżowych „Atest – Ochrona Pracy” i „Praca. Zdrowie. Bezpieczeństwo” oraz związkowych, m.in. dla dwutygodnika „Górnik”. Bloger historyczny („Tropy” http://romaquil.blog.onet.pl/) oraz polityczny („Razy” http://staniflor.blogspot.com/). Od końca lat 90. ubiegłego wieku założyciel i współanimator Samorządowej Inicjatywy Mieszkańców najpierw w Chorzowskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, następnie wśród mieszkańców Chorzowa.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>