Rany kłute klasy robotniczej

Jesień 2016 |

Za rasizmem wyborców Trumpa kryją się rany klasy robotniczej. Jeśli uważnie wsłuchamy się w słowa jego zwolenników, uda nam się dostrzec w nich tęsknotę za postępową polityką.

66-letni Jon Lovell nie różni się niczym od innych wyborców Donalda Trumpa. Wpadłem na niego w noc republikańskich prawyborów na przedmieściach Portland w stanie Oregon, podczas świętowania zwycięstwa tego kandydata. Lovell pracuje na budowie, jest białym mężczyzną w starszym wieku, republikaninem oraz weteranem wojny w Wietnamie, gdzie walczył w Korpusie Piechoty Morskiej Stanów Zjednoczonych. – Zajmuję się wszystkimi rodzajami budownictwa: robię podłogi, ściany z płyt gipsowo-kartonowych, remonty, wszystko – powiedział. Popiera Donalda Trumpa ze względu na wszystkich tych Latynosów, których spotyka się dziś na budowach. Wykonają tę samą pracę taniej, niż ja bym to zrobił.

Niechęć Lovella do osób pochodzenia latynoskiego sięga poza miejsce pracy. Wspomina jedno ze swoich ostatnich zleceń – pracę przy remoncie domu klientki: Remontowałem dom tej kobiety. Ma on trzy sypialnie, a właścicielka wynajmuje go latynoskim rodzinom za 800 dolarów miesięcznie. Umieszcza w każdym z pokoi jedną rodzinę i dodatkowo jedną w garażu. Latynosi niszczą dom do tego stopnia, że musi wydawać co kilka lat 10 do 15 tysięcy dolarów na jego remont. Zapytałem: „Czemu nie wynajmie go pani białej rodzinie? Nie zrobią takich zniszczeń”. Odparła: „Jeśli tak postąpię, ktoś z tej rodziny straci pracę i przestanę dostawać czynsz. Jeśli jeden z Latynosów straci zatrudnienie, ktoś inny wciąż będzie mi płacił”.

Nie zadałem sobie trudu spierania się o to, że umieszczenie czterech rodzin w domu przeznaczonym dla jednej to prosta droga do zrujnowania go – bez względu na pochodzenie tych ludzi. Zamiast tego, powiedziałem Lovellowi, że wielokrotnie widziałem podobne sytuacje w Nowym Jorku: Ta kobieta prawdopodobnie obciąża każdą z rodzin kosztem bliskim pełnej wartości czynszu, zapewne około 2500 dolarów miesięcznie lub więcej – powiedziałem. – To dlatego może sobie pozwolić na odnawianie domu co dwa lata. Lovell milczał, przetrawiając moje słowa. Dodałem: Oni także są wykorzystywani.

Rozmawiamy o jego rodzinie. Jedna z córek ukończyła uczelnię wyższą i wiedzie udaną karierę zawodową, druga zaś w kółko trafia do więzienia, jest z niego wypuszczana po odbyciu kary, po czym znów wraca za kratki. Jego syn ma problemy psychiczne i opiera swe utrzymanie na SSI [Supplemental Security Income – program rządowy zapewniający stypendia osobom o niskim dochodzie, które są jednocześnie starsze, niewidome lub niepełnosprawne – przyp. tłum]. Mówi z uczuciem o swojej córce sprawiającej kłopoty, która jest lesbijką: Powiedziałem jej – to, że jesteś homoseksualna nie sprawia, że musisz angażować się w całe te narkotyki i przemoc. Piętnaście lat temu jej partnerka zadzwoniła do Lovella i powiedziała, żeby zabrał czwórkę swoich wnuków albo ona złoży wniosek o oddanie ich do rodziny zastępczej.

Lovell, który jest rozwiedziony, wychowywał dzieci samodzielnie. Jego rodzina opierała byt na programach Food Stamps [federalny program pomocowy, ułatwiający ubogim rodzinom zakup produktów spożywczych – przyp. tłum.], Medicaid [pomoc zdrowotna dla obywateli w starszym wieku i/lub o niskich dochodach – przyp. tłum.] i Temporary Assistance for Needy Families [federalna pomoc finansowa dla rodzin niezamożnych – przyp. tłum.]. Najmłodsze z jego dzieci jest obecnie w college’u, pozostałe już zakończyły edukację.

Zapytałem go, jak godzi swoje poparcie dla Republikanów z faktem, że jego rodzina trwa dzięki wsparciu z pomocy społecznej. Zawahał się. Zwilgotniały mu oczy. W końcu powiedział: Ludzie potrzebują tych programów. Nie możemy z nich zrezygnować. Potrzebują ich, by przetrwać.

Lovell jest jednym z ponad czterdziestki wyborców Trumpa, z którymi rozmawiałam na tłumnym wiecu w Eugene w Oregonie, na Uniwersytecie w Portland czy wreszcie w czasie celebrowania wyniku prawyborów. Uosabia on paradoks uroku Trumpa. Pracownicy przeczołgani przez globalny kapitalizm chcą, by rząd udzielał pomocy „prawdziwym Amerykanom” i karał nielegalnie zatrudnionych imigrantów zarobkowych – zamiast swój gniew skierować wobec tych, którzy ich zatrudniają, wliczając w to samego Trumpa. W tym kontekście „zbudowanie muru” na granicy z Meksykiem jest dosłowną manifestacją ich obaw i niepokojów dotyczących gospodarki, społeczeństwa i rasy.

Wielu komentatorów koncentruje się jednak wyłącznie na pompatyczności i rasizmie Trumpa, określając jego wyborców jako „grupę bigotów” oraz „idiotów”, którzy „nie są ofiarami”. Jest to poziom niedoinformowania podobny do tego, jakim charakteryzuje się wiara, że deportowanie 11 milionów imigrantów pozwoli klasie robotniczej dorobić się fortun.

Po pierwsze na Trumpa w prawyborach głosowało 14 milionów ludzi, a żadna grupa tej wielkości nie stanowi monolitu. Wśród jego wyborców, których poznałem, byli weterani wojenni, emeryci, studenci, absolwenci uczelni wyższych, przedsiębiorcy, biznesmeni, pracownicy fabryk i sektora usług, policjanci, personel zarządzający, członkowie związków zawodowych czy prawnicy. W grupie tej znaleźć można nawet niewielką liczbę Azjatów, osób czarnoskórych i homoseksualistów, rozmawiałem też z wieloma kobietami, chociaż grono wyborców Trumpa jest w sposób nieproporcjonalny zdominowane przez mężczyzn. Spotkałem chrześcijańskich konserwatystów i ateistów, gorących zwolenników wojny i izolacjonistów, żarliwych wyznawców, którzy mówili: Kochamy Trumpa tak mocno, że to aż boli, a także tych, którzy sami nie mogli uwierzyć, że popierają wulgarną gwiazdę telewizji, ale robią to, ponieważ – jak sami przyznawali – w ich oczach stanowi ona mniejsze zło.

Wiele danych wskazuje także, iż popieranie Trumpa jest związane z niepokojami gospodarczymi i społecznymi. Poparcie dla jego kandydatury jest najwyższe pośród białych wyborców, których dotknęły spadek lub stagnacja wynagrodzeń, a którzy jednocześnie nie mają wyższego wykształcenia i nie ukończyli szkoły średniej, zostali wyrzuceni poza nawias grupy pracowników najbardziej poszukiwanych na rynku, a ich szacowana długość życia spadła. Ta ostatnia informacja, potwierdzona przez najnowsze badania, jest zaskakująca, ponieważ spadek szacowanej długości życia w krajach rozwiniętych zdarza się wyjątkowo rzadko – nawet podczas wojen. To dowód, że biali pracownicy w średnim wieku wyraźnie cierpią na wiele sposobów z powodu polityki gospodarczej prowadzonej zarówno przez liberałów, jak i konserwatystów. Odnotowany w latach 90. boom na giełdzie papierów wartościowych nie złagodził uderzenia, od którego ci pracownicy ucierpieli, a związanego z polityką prowadzoną przez Clintona – obejmującą np. NAFTA (Północnoamerykański Układ Wolnego Handlu), restrykcyjną politykę karną wymierzoną w ubogich, cięcia w systemie pomocy społecznej i deregulację Wall Street.

Donald Trump wie o tych faktach i wykorzystuje je. W Eugene „rozszarpywał” Clintonów, nazywając NAFTA „klęską, która zniszczyła nasz kraj”. Zorientowany rasowo gospodarczy populizm Trumpa rozwija się i kwitnie, choć obie strony sporu są zakładnikami Wall Street.

Wielu białych pracowników, którzy obecnie planują głosować na Trumpa, popierało w przeszłości jednego z kandydatów Demokratów, ale dzisiaj partia ma im niewiele do zaoferowania. Oliwy do ognia dolewa to, że liberałowie wyszydzają ich jako uprzywilejowanych rasistów-ignorantów, zamiast wziąć pod uwagę ich realne obawy ekonomiczne. Choć nie zadałem im pytania o Berniego Sandersa, kilku z nich wspomniało to nazwisko, mówiąc, że był ich drugim wyborem po Trumpie. Ci, którzy darzyli Sandersa sympatią, rozmawiali ze mną na temat swoich osobistych nieszczęść związanych z sytuacją gospodarczą kraju i wyrażali wsparcie dla takich działań politycznych, jak ukrócenie umów o wolnym handlu i stworzenie publicznych programów infrastrukturalnych.

Przy głosowaniu na Trumpa u ciążących w lewo wyborców największe skrupuły wywołują kwestie rasowe. Kandydaci tacy jak Sanders nie rozwiążą tych problemów samotnie. Silniejsze związki zawodowe i ruchy społeczne mogłyby pomóc tym wyborcom w zrozumieniu postępowej polityki klasowej, zamiast zostawiać ich bez szans na obronę, na pożarcie populizmowi Trumpa.

Dwie najpowszechniejsze postawy, jakie wyborcy Trumpa przejawiają wobec kwestii imigracji, odsłaniają punkty, w które postępowe kampanie wyborcze mogłyby uderzyć w przyszłości. Pierwsza z nich to opisywanie imigrantów jako obciążenia podatkowego. Na wiecu Trumpa w Eugene Michael, 34-letni kurier, powiedział: Nie można po prostu przejść sobie przez granicę i wysysać system, korzystając z pomocy w zakupie żywności i otrzymując opiekę medyczną. Mariah, sprzedawczyni po czterdziestce, zgadza się z tą opinią: Imigracja to największy problem. Nie przyjeżdżajcie do tego kraju tylko po to, by ciągnąć od nas pomoc.

Przyrównywanie imigrantów do pasożytów to metafora rasistowska. To także porównanie nietrafne: różnica pomiędzy tym, co rząd amerykański wydaje na pomoc społeczną dla nielegalnych imigrantów, a tym, co kraj zarabia na płaconych przez nich podatkach, jest bardzo mała, jeśli w ogóle istnieje. Jednak nie jest prawdopodobne, by serca tych wyborców mogła podbić postępowa polityka gospodarcza, ponieważ są oni zwolennikami Tea Party i wrogami programów socjalnych. Janice, pracownica młyna, była bardzo negatywnie nastawiona do Sandersa, ponieważ chce nas opodatkować i rozdawać nasze pieniądze.

Ale nie wszyscy głosujący na Trumpa postrzegają nielegalnych imigrantów w ten sposób. Inni członkowie tej grupy łączą problem z wynagrodzeniami, miejscami pracy i wolnym handlem. 29-letni Rick, student inżynierii elektrycznej z Uniwersytetu Oregońskiego, mówi: Nielegalni imigranci powodują obniżenie pensji pracowników niewykwalifikowanych. Paul, 42-letni stolarz, dodaje: W ciągu ostatnich trzech lat dłużej byłem bez pracy, niż pracowałem. Uważam, że Trump pomoże szaremu człowiekowi. Paul, który twierdzi, że Sanders był jego drugim rozważanym wyborem, popiera restrykcje związane z imigracją: Czas odzyskać Amerykę, odebrać im nasze miejsca pracy.

Choć tego typu język niesie powiew rasizmu, jest istotne, by pamiętać, że nie jest on chorobą nieuleczalną. Jak pisze Michelle Alexander w swojej książce „The New Jim Crow”, to wyuczone zachowanie oraz presja systemu społecznego. Zapewnienie alternatyw opartych na identyfikacji klasowej mogłoby oduczyć ludzi rasizmu. To jedna z lekcji, jakie wynieśliśmy z wyborów w 2012 r. Kandydujący wtedy Barack Obama zdobył o ponad połowę głosów więcej niż Mitt Romney wśród białych wyborców – robotników płci męskiej, którzy byli członkami związków zawodowych. To widomy znak, że klasa może być ważniejsza niż kwestie rasowe – i obalenie założenia, że przedstawiciele białej klasy robotniczej są urodzonymi rasistami.

Jednak kampania wyborcza Hillary Clinton skręciła w innym kierunku. Kandydatka zadeklarowała, że single-payer healthcare [system opieki medycznej, w którym z założenia państwo, a nie prywatni ubezpieczyciele, płaci za leczenie podatników – przyp. tłum.] nigdy, przenigdy nie zostanie wprowadzony. Zaatakowała też Sandersa za nawoływanie do wprowadzenia darmowej edukacji wyższej oraz odrzuciła projekty zamknięcia banków inwestycyjnych, gdyż uczynienie takiego kroku nie zakończyłoby ery seksizmu, rasizmu i homofobii. Wytyczyła podobny kurs jeśli chodzi o wolny handel, zapewniając Trumpowi pod tym względem niezłe argumenty przeciw sobie. Jej nagła, dokonana w roku wyborczym, zmiana polityki związanej z Partnerstwem Transpacyficznym, nie wybiła jej z rytmu demonstrowania wieloletniego przywiązania do Wall Street. Dziedzictwo NAFTA, jak i 21,6 miliona dolarów, które zgarnęła od 2013 r. za wygłaszanie przemów w korporacjach, osłabiły jej wiarygodność u białej klasy robotniczej głosującej na Demokratów na przemysłowym Środkowym Zachodzie USA. Jednak zamiast próbować zdobyć ich głosy z powrotem, potrafi ona jedynie, jak złośliwie mawiają niektórzy Demokraci, podebrać Trumpowi dwóch Republikanów umiarkowanych w kwestiach społecznych i wyborców niezdeklarowanych na jednego pracownika fizycznego, którego traci w tym regionie kraju.

Trump także znalazł niezły sposób na Republikanów takich jak Jon Lovell, czyli tych, którzy są zatroskani cięciami w systemie opieki społecznej. Otóż atakuje on Clinton z lewej strony, flirtując z obietnicą podniesienia płacy minimalnej i wzmocnienia programu ubezpieczeń społecznych. Takie podejście odpowiada wyborcom, którzy polegają na systemie ubezpieczeń, emeryturach oraz rentach wojskowych i policyjnych, Medicaid, opiece społecznej i Department of Veteran Affairs [rządowym systemie wsparcia dla byłych żołnierzy – przy. tłum.]. Troje wyborców Trumpa, z którymi rozmawiałem, przyznało, że z powodu niepełnosprawności pobiera Supplemental Security Income. Również na tym froncie Clintonowie nie są przyjaciółmi pracowników, jako że już w latach 90. przeforsowali drastyczne cięcia w systemie opieki społecznej, a nawet chcieli go sprywatyzować.

Bez wątpienia wielu wyborców Trumpa to osoby o zimnych sercach i rasiści, postrzegający świat według zasady dog-eat-dog (po trupach do celu). Jednak wielu z nich to ludzie cierpiący, a sporej części ekonomicznego cierpienia, którego doświadczają, jest winne to skrzydło Partii Demokratycznej, na którym znajdują się Clintonowie.

Gdy weźmiemy pod uwagę, jak wielu wyborców zdążył do siebie zrazić Trump, jego ścieżka do zwycięstwa wydaje się w najlepszym razie wąska. Ale rozpętana przez niego kampania oparta na zbiórce funduszy, reklamie, pomocy konsultantów, badaniach opinii publicznej i dokładnym pisaniu scenariuszy wystąpień, wytyczyła być może ścieżkę jakiemuś demagogowi przyszłości, który będzie potrafił zaprząc do swoich celów rasistowski populizm, porzucając jednocześnie wulgarność charakterystyczną dla Trumpa.

Hillary Clinton cynicznie używa kwestii rasowych i płciowych, by napuścić pracowników na siebie nawzajem, co ułatwia jej posuwanie się naprzód z „programem Wall Street”. Sprawi to jednak tylko, że coraz liczniejsi przedstawiciele klasy robotniczej odwrócą się od Demokratów. Najlepszą drogą do pokonania „trumpizmu” byłaby synteza postulatów antyrasistowskich, lewicowo-klasowych oraz dotyczących równości płci. A punktem wyjścia jest nauka słuchania głosów wyborców Trumpa i znalezienie takich punktów stycznych, które odwiodłyby ich od dzielącej społeczeństwo bigoterii w kierunku działań na rzecz wspólnego dobra.

Tłumaczenie Magdalena Okraska

Tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej „Yes Magazine” 30 czerwca 2016 r.

Arun Gupta

jest dziennikarzem śledczym i reporterem. Pisuje do „Yes! Magazine”, „The Nation”, „Telesur”, „The Progressive”, „Raw Story” i „The Washington Post”. Był redaktorem naczelnym „Occupy Wall StreetJournal”.

Jedna odpowiedź na „Rany kłute klasy robotniczej

  1. Agnieszka pisze:

    Bardzo ciekawy tekst. Ale tłumaczenie powinno było przejść przez solidną redakcję.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>