Piłka na aucie

·

Piłka na aucie

·
Okazuje się, że nie tylko Turek i Koreańczyk z Południa, ale nawet Ekwadorczyk może od czasu do czasu wzlatywać z radości dzięki transmisjom z piłkarskiego superturnieju. Polaka futbolowy show dobija.A może tak jest lepiej? Ponad dziesięć lat temu, kiedy nad III Rzeczpospolitą brzmiały trąby triumfalne, a w tym samym czasie Rumuni pod wodzą Hagiego oraz Bułgarzy ze Stoiczkowem na środku wdzierali się do puli finałowej na mistrzostwach w USA, dworski dziennikarz, Jerzy Baczyński, oświecił swoich rodaków, że nie mają czego zazdrościć lekceważonym zwykle mieszkańcom Bałkanów. U nich bowiem liberalne reformy są jeszcze w lesie, a my – to zupełnie co innego.

Na przekór radom swojego chwalcy, tutejsze elity bardzo chciały chociaż raz świętować wspólnie ze swoim ludem. Sport byłby po temu wymarzoną okazją, lecz los jakby się zawziął. Atleci z naszego kraju nie od dziś zwykli wygrywać – co w pewnym stopniu dotyczy i Małysza – w sportach mniej popularnych. Obojętne, jak wielkim patriotą by się nie było, trudno roznamiętnić się żeglowaniem Mateusza Kusznierewicza. Nic więc dziwnego, że gwiazdy polityki, jak również najpopularniejszych pasm ekranu, oddały się prawdziwemu zaklinaniu piłki. Tropem futbolowych „Orłów”, spotykając się na trasie z Edytą Górniak, latał z upodobaniem Aleksander Kwaśniewski. Jak widać, brat naczelnego pogromcy Polski postkomunistyczno-układowej wiernie go w tym naśladuje (jeśli oczywiście pominąć udział wspomnianego słowika popkultury).

Na polu sportowym, jednakże, prawda nie kryje się w mało znanych głębiach, ale śmiało wychodzi na powierzchnię i wręcz się obnaża. Nie da się czekać na obfite zbiory tam, gdzie niewiele posiano. Trudno pojąć, na pierwszy rzut oka, dlaczego Polska, która na tle europejskim ma populację całkiem sporą, i w dodatku chętnie uprawiającą futbol, od dwóch dekad nie zdołała wystawić pełnowartościowej jedenastki. Żebyśmy nie łamali sobie głowy nadaremno, przypomnijmy nazwiska dwóch kolejnych prezesów Polskiego Związku Piłki Nożnej, Mariana Dziurowicza i Jacka Dębskiego. Nienawidząc siebie i zajadle zwalczając, byli o­ni siebie warci, jak Pac pałaca, zaś pałac Paca. Ci doborowi przedstawiciele aparatów monopartyjnej nomenklatury, uwłaszczającej się od czasów Gierka, oraz opozycyjnej „pierwszej kadrowej”, która wzbogaciła się na przekrętach prywatyzacyjnych, dokonali w gruncie rzeczy tego samego. Tyleż symbolizowali, co pogłębiali przenikanie najpopularniejszego polskiego sportu przez struktury paramafijne. Herosa, który potrafiłby oczyścić stajnię Augiasza, jaką zostawili w spadku, próżno oczekiwać.

Bądźmy jednak sprawiedliwi. Gdyby Dębskiego i Dziurowicza zabrakło, sytuacja nie musiałaby pod względem zasadniczym zmienić się na lepsze. Spoglądając na miejscową ligę piłkarską, łatwo sobie uzmysłowić, na jaką zabagnioną rzeczywistość wskazywał modny nie tak dawno termin „turbokapitalizm”. Ledwie Widzew osiągnął pewne sukcesy międzynarodowe, już zaczął się przymierzać do spadku z ekstraklasy. Wisła, której przepowiadano awans na szczyty europejskiej piłki, nie wykroczyła poza przeciętność. Groclin Dyskobolia z Grodziska Wielkopolskiego błysnął i zgasł. Kluby te, skoro tylko wychowają lub nabędą ekipę klasowych zawodników, zaraz ją wystawiają na sprzedaż. Są bowiem mało czym więcej niż miejscami łatwych inwestycji, jeśli nie pralniami brudnych pieniędzy. Służą za wierne zwierciadła – jeszcze inaczej mówiąc – biznesowi, który je finansuje. Czemu Bogusław Cupiał, który zgruzował przemysł w Ożarowie, miałby w swej innej roli, sponsora Wisły, zamienić się w przedsiębiorcę jak purytani rzetelnego i – jak tamci – planującego na długą przyszłość?

W tych warunkach, śmiesznie byłoby oczekiwać, że wokół „turboładowanych” finansowo i na gwałt eksploatowanych klubów zgromadzą się – co przed dekadami widywano tak w Manchesterze, jak Warszawie – wspierające je środowiska społeczne. Warszawska Polonia jest równie mało robotnicza, jak Legia – wojskowa. Gdyby ze stadionów usunięto subkultury szalikowców, to nie wiadomo, gdzie kluby znalazłyby normalnych kibiców.

Piłkarskich talentów, przypominających nieoszlifowane brylanty, pojawia się w Polsce – licząc procentowo – zapewne nie mniej, niż w Holandii. A ponieważ nas jest więcej… Niedoszłych Marco van Bastenów zabija się jednak w klubie wkrótce po rozpoczęciu dorosłej kariery. Kraj psuje ich niskim poziomem rozgrywek, którymi rządzą chore zależności. Natomiast do lig zagranicznych sprzedaje się ich na pniu, kombinując, żeby szybko zarobić. o­ni sami zachowują się jak polscy kierowcy w krajach Unii z długim stażem i odpowiednio pokaźnym bogactwem. Wywalczywszy sobie miejsce w składzie drugorzędnej często drużyny, panicznie boją się utraty – ze swego punktu widzenia – baśniowych dochodów. O ich rozwój nikt nie zadbał, a im to też nie idzie.

Kiedy skrzyknie się ich do drużyny przedwcześnie okrzyczanej „Orłami”, czasami chcą, lecz – niestety – już nie mogą. Taki los dzieci ustroju, któremu nie udaje się tworzyć ani trwałych osiągnięć, ani odpowiadającej im zbiorowej satysfakcji.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie