Gilotyna Gilowskiej

·

Gilotyna Gilowskiej

·

Otóż, po pierwsze, widać, że największej jak dotychczas fali lustracyjnej nie da się już zatrzymać. Dla zwolenników użycia archiwów służb specjalnych dawnego ustroju do wywołania potopu, w którym ma utonąć wiele prominentnych osobistości, nadchodzi – po bolesnych rozczarowaniach – wymarzony czas triumfu.

Zwycięstwo potrafi jednak wywoływać swoisty niedosyt. Fala największa okaże się zarazem ostatnią. Lustracyjne penetracje, gdy już spustoszą szczególnie na nie narażone środowiska czynnych polityków, duchownych i dziennikarzy, prawdopodobnie już za rok wyczerpią się w sposób naturalny. A wtedy trudno już będzie oczekiwać – i samemu na to mieć nadzieję – że po niezbędnym oczyszczeniu do życia publicznego wrócą uczciwość i prawda. Może dojść nawet do tego, iż główne źródła bagiennych wód, podmywających gmach Rzeczypospolitej, wciąż pozostaną nietknięte.

Nie ukrywam, że wobec lustracji pozostawałem przez długi czas – najłagodniej to określając – niechętnym jej sceptykiem. Dopominanie się o nią przypominało mi walkę o czystość obyczajów, prowadzoną w domu publicznym. Nawet dzieci nie zaskoczy się już rewelacją, że Polska jest krajem dogłębnie kontrolowanym przez rozmaite wywiady i ośrodki wpływu. Jakim więc cudem wytropienie agentów, którzy pracowali dla tajnej policji nieistniejącej od prawie dwudziestu lat PRL, miałoby tutaj przywrócić wiarygodność i przejrzystość?

Do częściowej zmiany stanowiska skłoniły mnie dwie racje. Istotnie, są ludzie z lustracyjnym masłem na głowie, którzy wciąż zatruwają atmosferę. Trudno uwierzyć, by dawni tajni współpracownicy jeszcze dzisiaj tworzyli sieć połączoną więziami organizacyjnymi czy chociaż wspólnymi interesami. Ci spośród nich, którym szczególnie zależało na opłacalnym funkcjonowaniu w polityce lub debacie medialnej, mieli jednak ze sobą coś wspólnego. Wiedząc, że prędzej czy później ktoś może wpaść na kompromitujące epizody ich życiorysów, starali się o polisę ubezpieczeniową. Właściciele III RP nie zwlekali ze złożeniem rozpaczliwie przez nich oczekiwanej oferty: ułaskawimy was, jeśli będziecie wiernie służyć. Kalkulacje jednych i drugich doskonale wyszły sobie naprzeciw.

Z tak obranego stanowiska obserwacyjnego, łatwo już byłoby wyjaśnić, czemu Ernest Skalski oraz Lesław Maleszka w swoim czasie poszukali drogi do kierownictwa „Gazety Wyborczej”, gdzie przyjęto ich z otwartymi rękami: z ich strony akurat nie groziły wątpliwości, zastrzeżenia ani zwłaszcza skrupuły. Rycerz wiadomych służb z ostatnich dziesięcioleci PRL, Marek Król, zwołał nawet pokaźną drużynę do uprawiania czarnej propagandy, którą wynajmował kolejnym personom dysponującym władzą: od Wachowskiego przez Krzaklewskiego do niedoszłego premiera z Krakowa. Obiektem jego zalotów bywał nawet Leszek Miller. Jeśli istnieje szansa na przecięcie niektórych z wyżej dotkniętych wrzodów, to może warto spróbować.

Co ciekawsze, lustracja może całkiem zaskakująco wpłynąć na historyczną samowiedzę naszego społeczeństwa. Spodziewano się po niej ostatecznego pogrzebania – i to w niepoświęconej ziemi dla wyrzutków – upadłego systemu. Tymczasem, ryje o­na jak przysłowiowy stary kret pod reputacją systemu obecnie panującego. Ujawnia bowiem, że nad jego kolebką odprawiały swe czary złowrogie duszki kłamstwa i manipulacji. Nie bez powodu, weteran kontrwywiadu wojskowego, a potem – w nagrodę swych profesjonalnych zasług – zwierzchnik całej policji politycznej spotkał się tam z rutynowanymi graczami, którzy w przeszłości nie stronili od siadania do pokera z podległymi mu oficerami.

Bez przejścia tej bolesnej lekcji historycznej, nie da się pojąć rzeczywistości aktualnej. Co się poczęło w zakłamaniu, nie mogło potem wyjść na prostą drogę. Powiedzmy wreszcie, że do najbardziej chorych punktów obowiązującej mowy i symboliki należy u nas osoba TW „Bolka”. Każdy naród ma swoje kreatury. Ale, jeżeli kreaturę – na pohybel powszechnie już znanym faktom uparcie winduje się na cokół dla bohatera, to takie zabiegi muszą wywołać tyleż poznawczą, co przede wszystkim moralną schizofrenię.

Aby w miarę skutecznie przeciwstawić się panującemu załganiu, procedury lustracyjne musiałyby jednak legitymować się minimum rzetelności. Jak było z tym do niedawna, szkoda rozprawiać. Specjalny trybunał, poniewierając literą prawa, uniewinnił Jurczyka, a za to, dla odmiany, skazał obciążonego co najwyżej w tym samym stopniu Moczulskiego. Jego sędziowie nie darowali Oleksemu, kiedy ten próbował jeszcze bawić się w wielką politykę. Zlitowali się natomiast nad Jaskiernią, któremu nawet własna partia zaleciła dożywotnią polityczną emeryturę. Poprzedni rzecznik interesu publicznego nie ukrywał swych związków z jak najbardziej określoną orientacją prawicową. Obrał ją sobie zresztą – jako iż wcześniej należał do uznającego przewodnią rolę partii rządzącej aparatu sędziowskiego – dopiero po roku 1989. Ten Katon z własnych deklaracji umiał głównie być lojalnym funkcjonariuszem.

A teraz? Obecny rzecznik od tematyki lustracyjnej, Włodzimierz Olszewski, zgłasza swój wniosek o zbadanie teczkowego dossier Gilowskiej akurat w momencie, kiedy wpisuje się to doskonale we wciąż niejasną rozgrywkę na szczytach rządu. O tym, że Gilowska może wpaść w pułapkę lustracji, wtajemniczeni kibice wiedzieli od dawna. Czyżby grożące jej kłopoty zostały niedostrzeżone przez ABW, kiedy ta przygotowywała ocenę jej kandydatury dla premiera? Chyba na odwrót: struktura podporządkowana Zbigniewowi Wassermannowi była aż nadto dobrze świadoma, co się święci. Z punktu widzenia „służbistów specjalnych” takiej czy innej ekipy bądź formacji ustrojowej, na kogoś, kto zajmuje stanowisko wicepremiera, zawsze warto mieć haka.

Wspomniani „służbiści” rzadko kiedy jednak decydują sami, co i kiedy z dostępnych materiałów wybuchowych zostanie użyte. O pozbyciu się Gilowskiej zadecydowano w ścisłym kierownictwie Prawa i Sprawiedliwości. O co tutaj chodziło? Czy stawką tych manewrów jest osłabienie rządu? Wysokie notowania popularności premiera Marcinkiewicza – przypomnijmy – mają prawo niepokoić obydwu braci Kaczyńskich.

I wreszcie, lustracja godna zaufania powinna uderzać w delikwentów, którzy systematycznie donosili i otrzymywali za to wynagrodzenia. O ile wiadomo, tak mocny zarzut do Gilowskiej się nie odnosi. Być może, po upływie pewnego, raczej długiego czasu doczeka się o­na rehabilitacji. Tyle, iż z piekła dla przegranych polityków to jej nie wyciągnie.

Czyżby zatem należało bronić Gilowskiej? Mało jest zadań mniej wdzięcznych. Zdegradowana szefowa resortów gospodarczych nie od dziś uosabiała najbardziej odpychające cechy oficjalnej mentalności Rzeczypospolitej. Jej poglądy sprowadzały się do troski o pomnażanie pieniędzy na kontach tych, którzy i tak nie narzekają na niedostatek.

Sympatyk PiS, wierzący w szczerość haseł o „Polsce solidarnej”, będzie zapewne się upierał, że przywódcy jego ulubionej partii skorzystali z okazji do rozstania się z Gilowską, ponieważ mieli dosyć tej La Passionarii neoliberalizmu. Jest to, jednakże, co najmniej wątpliwe. Długo będziemy musieli poczekać, zanim wicepremier od spraw ekonomicznych odejdzie z urzędującego gabinetu po prostu dlatego, że proponował mu szkodliwie jednostronny kurs w newralgicznej dziedzinie, za którą odpowiadał. Zamiast politycznego sporu wokół gospodarki, pozostają więc teczki i zeznania.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie