Rewolucja w „Trybunie”

·

Rewolucja w „Trybunie”

·

Z „Trybuny” po raz kolejny usunięto jej dotychczasowych szefów, zastępując ich desantem wysłanym z siedziby SLD przy ulicy Rozbrat. W tym wypadku zresztą, nowe nie tyle przyszło, co wróciło. Obecny redaktor naczelny lewicowego dziennika, Marek Barański, który zastąpił odwołanego w trybie nagłym Wiesława Dębskiego, kiedyś ustąpił mu miejsca w podobnych okolicznościach. Jak widać, SLD systematycznie steruje swoja gazetą, tworząc z zaskoczenia fakty dokonane.

Uzasadnienie tych praktyk jest stale to samo. „Trybuna” – dowiadujemy się od jej politycznych decydentów – przynosiła deficyt finansowy. Aby więc zapobiec jej pogłębiającej się degrengoladzie ekonomicznej, należało obsadzić ją świeżymi siłami. Zarzut nieudolności, kierowany wobec jej dymisjonowanych redaktorów, jest tyleż formalnie trafny, co demagogiczny. Chcąc zarabiać, trzeba bowiem najpierw inwestować. Gazeta bez atrakcyjnych dodatków komercyjnych, ogłoszeń czy reklam, która prócz informacji agencyjnych, łatwych do uzyskania z telewizji, radia czy Internetu serwuje skąpo wydzielaną porcje artykułów po linii i na bazie – a taką formę ma od lat „Trybuna” – nie może liczyć na wielu klientów. Gdyby na miejscu Dębskiego albo Barańskiego znajdował się Mozart dziennikarstwa, też nie dokonałby cudów.

SLD zmuszony jest płacić za to, że nie wzmocnił swojego medium prasowego, kiedy jeszcze miał po temu tak polityczne, jak i kasowe możliwości. Po jego przytłaczającym zwycięstwie wyborczym z jesieni roku 2001, środowisko polskiego biznesu, zawsze skłonne do sympatyzowania z aktualnie rządzącymi, nie odmówiłoby „Trybunie” ani reklam, ani bardziej długofalowo pomyślanych inwestycji kapitałowych. Ze stratą nie tylko dla tego pisma, chętnie słuchanym doradcą ówczesnego lidera socjaldemokratów, Leszka Millera, został Włodzimierz Czarzasty: biznesmen nomenklaturowy, którego znacznie bardziej od politycznych interesów formacji obchodziły dochody jego wydawnictwa „Muza”.

Skutki dawnych zaniechań okazały się znacznie bardziej dotkliwe, niż czołówka SLD mogła przypuszczać w najczarniejszych choćby kalkulacjach. „Trybuna” oddala się na coraz głębszy margines rynku prasowego. Według danych oficjalnych, sprzedaje się jej niespełna 20 tysięcy egzemplarzy, co czyni ją okazem właściwie niespotykanego gatunku dziennika niszowego. Co gorsza, wtajemniczeni twierdzą, że wymieniona przed chwilą, szokująco nikła liczba, wciąż pozostaje zawyżona. Osłabiony Sojusz, gdyby nawet bardzo tego zapragnął, nie wzmocni już swojej „Trybuny”. Razem z wyborcami i stanowiskami w rządzie, utracił on bowiem moce finansowe. Jedyne, na co go stać, też zresztą w coraz mniejszym stopniu – to wyrównywanie na bieżąco strat i długów pisma.

Według znających się na rzeczy, „Trybunie” z początkiem roku zagroziło praktycznie pewne i niedalekie już bankructwo. Pamiętając o tym, można pokusić się o śmiałą hipotezę, dotyczącą najdziwniejszego składnika aktualnej „Trybunowej” układanki. Mianowicie, powołano specjalną radę programową, mającą czuwać w szczególności nad kontaktami pomiędzy gazetą oraz reprezentowanym przez nią ugrupowaniem politycznym. Szefem tej rady – uwaga! – został nie kto inny, jak Leszek Miller.

Przywódców SLD trudno pomawiać o kompletną ignorancję. Obojętne, co sami sądzą o Millerze i bilansie jego dokonań, orientują się doskonale, jak fatalnie jest on odbierany. Jeśli więc pozwolili mu – choćby na odcinku kontaktów partii ze swoją gazetą – wrócić do pierwszego szeregu, to musieli ulec ważkiemu argumentowi w jego rękach. Gdy nie wiadomo, o co chodzi – przypomnijmy – wolno się domyślać, iż w grze są pieniądze. Czyżby Miller – na przykład, wśród brytyjskich nowych laburzystów, którym niegdyś sekundował poparciem do Bushowskiej wojny z terroryzmem – zachował wiernych przyjaciół, którzy gotowi są wspierać go w potrzebie? I dlatego mógł obiecać, że z ich nie tylko ideową pomocą uratuje „Trybunę”?

Jakkolwiek by wyglądały układy zasłonięte przed oczami maluczkich, nieoczekiwane przybycie Millera z nie od dziś wobec niego lojalnym Barańskim oznacza kolejną zmianę profilu i kursu „Trybuny”. Gazecie tej tradycyjnie zarzucano uległość wobec obowiązującego światopoglądu III Rzeczypospolitej. Istotnie, wśród stałych czytelników prasy zwykło się mawiać, że „Trybuna” proponuje mniej więcej to samo, co „Rzeczpospolita” czy „Gazeta Wyborcza”, „Polityka” czy „Wprost” – tyle, iż w nieporównanie mniej atrakcyjnym ujęciu.

Za swej poprzedniej kadencji redakcyjnej, Marek Barański próbował coś zmienić w niewesołej kondycji pisma. Zdecydował się – mówiąc dokładniej – na ostre polemiki z adwersarzami SLD, obwołującymi siebie „obozem posierpniowym”. Z tą zadziornością szła w parze pryncypialna obrona może nie tyle samej PRL, co reputacji ludzi zakorzenionych życiorysami w starym systemie. Patrząc z drugiej strony, zabiegom Barańskiego o wyrazistość „Trybuny” dokuczał ideowy krótki oddech. Kierując się wąsko pojmowaną lojalnością wobec kierownictwa partyjnego, gazeta popierała zarówno udział Polski w okupacji Iraku, jak i plan Hausnera. Potrafiła nawet brać stronę przedsiębiorców w sporach z robotnikami, którym ostre pióro jej szefa nadało nadto przezwisko „mięśniaków”.

Wszystkie te grzechy przeciw lewicowości, oczywiście, w żadnym stopniu nie zaszkodziły Barańskiemu praktycznie. Jego los został natomiast przesądzony, kiedy – po blamażu Millera – SLD po raz któryś z rzędu zaczął się bić w piersi, unowocześniać i przesuwać do centrum. Do tej strategii nie mógł pasować Barański: telewizyjny pogromca „Solidarności” z lat stanu wojennego, który po przełomie z roku 1989 zaistniał jako redaktor tygodnika „Nie”, korzystający chętnie z zaprzyjaźnionych źródeł informacji w kadrach wojskowych i wywiadowczych ancien regime’u. Pod wpływem wiele jeszcze wtedy znaczącego na lewicy, ustępującego prezydenta Kwaśniewskiego, podziękowano mu więc za dalsze usługi.

Wydawało się prawdopodobne, że po tym oczyszczeniu personalnym „Trybuna” zamieni się w bezpłciowy organ obrońców dorobku III RP, demokracji liberalnej, państwa prawa i osiągnięć planu Balcerowicza przed domniemanym zagrożeniem „kaczystowskim”. Doszło jednakże do czegoś zupełnie innego. Następca Barańskiego, doświadczony, chociaż dotychczas mało czym się wyróżniający komentator gazety, Wiesław Dębski, dobierając sobie do pomocy nieszablonowego znawcę tematyki rosyjskiej, Krzysztofa Pilawskiego, zaproponował programowy i kadrowy przełom.

Stałą współpracę zaproponowano – wcześniej z „Trybuny” raczej wypraszanym – rzecznikom lewicy nazywającej siebie radykalną czy wręcz antykapitalistyczną. W celu ich promowania, szczupły objętościowo dziennik wygospodarował nawet kolumny na dodatek tygodniowy pt. „Impuls”. Tym sposobem, na nieco szerszą scenę medialną, a tym samym i polityczną, wkroczyło mało dotąd znane wąskie środowisko. Jego ambicje były wręcz odwrotnie proporcjonalne do liczebności i rozgłosu.

Typowy przedstawiciel tej grupy, Przemysław Wielgosz, ocenił, że „Trybuna” – dzięki zaprzyjaźnieniu się z nim i jego kolegami, dokonała „prawdziwego skoku jakościowego”, a także „kulturalnego”. Niestety, z tą entuzjastyczną samooceną nowo pozyskanych autorów tytułu nie chcieli zgodzić się czytelnicy. Po odsunięciu SLD od władzy, „Trybuna” przekształciła się z gazety prorządowej w opozycyjną. Powinno to sprzyjać hossie jej notowań wśród czytelników. Ci, jednakże, uparcie odpływali.

Wiemy już, że piętą Achillesową „Trybuny” była jej niewielka atrakcyjność komercyjna. Wolno jednak przypuścić, że – niczego nie ujmując autorom pojedynczych, cennych nieraz tekstów – do gazety mogła dodatkowo zniechęcać publicystyka lewicowych radykałów. W jej standardowych wersjach połączyły się dwa mniej więcej na równi odpychające gatunki ideologicznej mowy-trawy: żargon dogmatycznego marksizmu-leninizmu mieszał się tam ze slangiem zachodniej Nowej Lewicy.

Klient „Trybuny” nie poszukuje na jej łamach hołdowniczych adresów wobec arcybiskupa Życińskiego, kardynała Dziwisza czy nawet papieża Benedykta XVI. Wątpliwe jednak, by mogły go uszczęśliwić rewelacje „Impulsu”, że chrześcijaństwo, służąc – jak każda bez wyjątku religia – do mydlenia oczu klasom wyzyskiwanym, odpowiada na dobitkę za trwający od tysiącleci nieubłagany ucisk kobiet, a tym bardziej gejów. Jeszcze mniej pociągały go zapewne wezwania do „dekonstrukcji” religijnych obrzędów i obyczajów, na czele z Bożym Narodzeniem i prawie równie szkodliwą Wielkanocą.

Do zadań lewicowej gazety nie należy z pewnością propagowanie patriotyzmu na modłę III Rzeczypospolitej, w której naród utożsamia się pospolicie z jego szlacheckimi, biznesowymi czy politycznymi elitami. Trudno go jednak zastąpić sekciarską tradycją historyczną, której idolami mieliby zostać bolszewicy, działacze międzywojennej KPP oraz brodaci prorocy permanentnej rewolucji w Trzecim Świecie.

Dalszą rozprawę z radosną twórczością „Trybunowych” radykałów zawieszam na rzecz przykładu, który powie chyba wszystko, co potrzeba. Pod koniec roku 2005, w „Impulsie” ukazał się otóż – przetłumaczony przez Zbigniewa Marcina Kowalewskiego – wywiad z wenezuelskim rewolucjonistą, Stalinem Perezem Borgesem. Działacz ów, czego po jego pierwszym imieniu raczej trudno byłoby się domyśleć, jest trockistą. Wbrew nazwisku, nie pisze on natomiast – może szkoda? – ezoterycznych opowieści o Bibliotece Babel. Ów trockistowski Stalin odkrył, że ludowi pracującemu Wenezueli dokucza globalny imperializm na równi z rodzimym biurokratycznym państwem. Jak pozbyć się jednego i drugiego, nie oszczędzając prezydenta Hugo Chaveza, który – zdaniem naszego Stalina – tak robi rewolucję, jakby chciał, a nie mógł? To proste: należy powołać rady robotnicze, wieńcząc je partyjną awangardą typu leninowskiego.

Czytelnik „Trybuny”, którego z uporem lepszej sprawy raczono takimi wywodami, czuł się przerażony inwazją egzotycznych cudaków. Wrażenie to pogłębiała sprzedaż wiązana, którą mu serwowali natrętni radykałowie. Napadali oni bojowo – przyznać im trzeba – na neoliberalną transformację gospodarczą. I tutaj jednak ich zasługi podważała sekciarska demagogia. W ich przeświadczeniu, wystarczyłoby utworzyć, gdzie się da – w duchu internacjonalistycznym korzystając z rad Stalina-Latynosa – samorządy pracownicze, a nadto przenieść cenne dobra z kategorii towarów do niezbywalnych praw, żeby Polska stała się krajem mlekiem i miodem płynącym.

Utyskując na bezrobocie i skutki prywatyzacji, radykałowie mogliby jednak odnaleźć wspólny język z czytelnikami. Niestety, ustalili oni, że co najmniej równie ważna, jak gospodarka, jest tak zwana emancypacja obyczajowa. Kto oddziela pierwszą od drugiej – ostrzegał surowo wspomniany Przemysław Wielgosz – demaskuje się jako spadkobierca (sic!) „lewego skrzydła ruchu nazistowskiego”. I w rzeczy samej, przy całym ich nieco teatralnym przejmowaniu się losem robotników, radykałowie najlepiej odnajdywali się w atmosferze Parad Równości oraz demonstracji przeciw Giertychowi.

Ich grzęźnięciu na publicystycznych manowcach towarzyszyły mało apetyczne rozgrywki koteryjne. Lansując za wszelką cenę ugrupowania, z którymi byli związani, potrafili oni awansować kilkusetosobowe najwyżej wiece Polskiej Partii Pracy czy działającego pod jej opieką Komitetu Pomocy i Obrony Represjonowanych Pracowników na wydarzenie dnia. Ideowość, która się chwalili, nie przeszkadzała im w dbaniu o własne interesy.

Oceniając sprawę z bolszewicką szczerością, trudno się dziwić SLD, że miał dosyć tej zabawy. Tymczasem, rewolucjoniści Rzeczypospolitej okazują się podobni do Burbonów, którzy niczego nie potrafili się nauczyć. Występując w ich imieniu, Piotr Ciszewski poskarżył się na SLD, że nie spodobało mu się pisanie o nim „prawdy” na łamach „Trybuny”. Jakie to ugrupowanie finansuje ataki na siebie, będące w dodatku agresywną reklamą walczącej z nim konkurencji?

Gdyby tytuły prasowe lewicy miały świadczyć o jej stanie, to – sądząc po „Trybunie” – można być pewnym, że na renesans tej formacji w Polsce przyjdzie długo poczekać. Wychodzi na jaw jeszcze jedno. Do tego renesansu w żadnym stopniu nie przyczynią się wyobcowane grupki sekciarzy, które ani na jotę nie są mądrzejsze – czy chociaż bardziej sympatyczne – od funkcjonariuszy oficjalnego aparatu.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie