Zgniłe pomarańcze

·

Zgniłe pomarańcze

·

Ukraińska „pomarańczowa rewolucja” dogorywa. Jej heros, Wiktor Juszczenko, musi podzielić się władzą z przeciwnikami, których – jak się wydawało – rozgromił ostatecznie, sięgając jesienią roku 2004 po prezydenturę.

Kłopoty Juszczenki oznaczają klęskę Stanów Zjednoczonych. Do niedawna, narzucała się wręcz ocena, że administracja Busha to, co straciła na niezbyt udanych oficjalnych interwencjach w Iraku i Afganistanie, z nawiązką wyrównała sobie działaniami pokątnymi. Do amerykańskiej strefy wpływów przenosiły się, jedno po drugim, państwa wywodzące się z rozpadu ZSRR. Najciekawsze, iż przesunięcia te nie wymagały użycia przez Biały Dom jakiejś znaczącej siły finansowej czy militarnej. Dokonywały się bowiem w efekcie wewnętrznych przewrotów, określanych na wyrost jako rewolucje, których nazwy brzmiały tak, jakby układał je ogrodnik państwa Bushów. Rewolucja róż w Gruzji, pomarańczy na Ukrainie, tulipanów w Kirgistanie… Wtajemniczeni przepowiadali, że ta barwna sekwencja zakończy się naprawdę efektownie: zmiatającą reżim Putina, rosyjską rewolucją brzozową.

Wszystkie te rewolucje – albo, jak kto woli, pucze uliczno-pałacowe – odpowiadały do znudzenia przewidywalnemu scenariuszowi. W każdym kraju proradzieckim, znajdowała się formacja opozycyjna, która – podejmując grę o władzę – ogłaszała siebie ucieleśnieniem wolności, demokracji i praw człowieka. Bez trudu przychodziło jej wynaleźć mniej lub bardziej realne nieprawości obozu rządzącego, które znakomicie uwiarygodniały jej męczeńsko-bohaterską retorykę. Domniemanych następców Tomasza Jeffersona w egzotycznych regionach stepowych czy wysokogórskich, z entuzjazmem witały amerykańskie ośrodki globalnej perswazji. Ich wsparcie było dla opozycjonistów bezcenne również dlatego, że dzięki niemu mogli obiecywać rosnącym rzeszom swoim zwolenników: jesteśmy ludźmi Zachodu, a wobec tego, jak tylko zaczniemy rządzić, zapewnimy wam bogactwo, które można podziwiać na wystawach w Berlinie, Rzymie czy nawet Warszawie.

Ponieważ jednak nie samą tęsknotą do Arkadii z hipermarketu żyje człowiek, rewolucjom owoców lub kwiatów należało jeszcze udzielić pomocy bardziej wymiernej. Kosztowała ona, jednakże, znacznie mniej niż choćby jedna doba okupacji Iraku. Kadrom rodzimych rewolucjonistów ich amerykańscy opiekunowie przysyłali w sukurs lotną brygadę międzynarodową, która po raz pierwszy zaznaczyła swoją obecność podczas rozruchów w Serbii, zakończonych obaleniem Slobodana Milosevica. Tworzący ją komandosi wolności z – nazwanej tak przez sekretarza Rumsfelda – nowej Europy połączyli plany swoich karier politycznych z upowszechnianiem demokracji na amerykańską modłę w krajach poradzieckiego Wschodu. Oprócz recytowania abecadła ekonomii według Miltona Friedmana, umieli oni koordynować wystąpienia demonstrantów, rzucać odpowiednie hasła na wiecach i przewodzić szturmom na reprezentacyjne gmachy.

Profesjonaliści z importu niewiele by zwojowali, gdyby rzucane przez nich iskry nie padały na sprzyjające podłoże. Tam jednak, gdzie kaleki kapitalizm nałożył się na gnijące szczątki realnego socjalizmu, istniało aż nadto powodów do niezadowolenia. Liderzy rewolucyjni bez trudu znajdowali więc zarówno chętnych do wychodzenia na ulice, jak również ufnych wyborców. Stare reżimy natomiast okazywały się wobec nich bezbronne. Ich wojskowe i policyjne zaplecze prędko dawało się skaperować zwycięskiej stronie. Nic więc dziwnego, że Kuczma i Szewardnadze upadli prawie bez oporu.

Scenariusz rewolucji, sprawdzający się doskonale aż do zdobycia władzy przez jego pozytywnych bohaterów, wkrótce po nim, jednakże, się rozsypywał. Musiało to nastąpić, między innymi z tego względu, że jego amerykańscy pomysłodawcy zaskakująco słabo znali warunki, w których miał on być realizowany. Zdaje się, iż Amerykanom poważnie szkodzi skłonność do wiary we własne kłamstwa. Bush dał Putinowi świetną okazję do ciętej repliki, zalecając mu Irak jako godny naśladowania wzorzec kwitnącej demokracji. Ta żenująca wpadka jest zapewne skrajnym, lecz charakterystycznym objawem stylu myślenia, stosowanego w Białym Domu i jego okolicach. Fakty oraz ich skomplikowane zwykle związki zastępuje się tam wygodnymi etykietkami.

Juszczenkę uznano zatem w Waszyngtonie – i to nie tylko w propagandowych ujęciach dla maluczkich, ale i w ocenach prezydenckiego trustu mózgów – za prozachodniego liberała. Tymczasem ten elastyczny gracz, który zanim obalił Kuczmę, był w jego klanie przez pewien czas poważnie brany pod uwagę jako następca tronu, zachował się po swojemu, czyli sprytnie. W decydującej rozgrywce z poprzednim władcą Ukrainy, skorzystał z amerykańskiego poparcia, wiedząc iż bez niego daleko nie zajedzie. Potem jednak dużo mówił o swoim oddaniu dla przyjaciół zza oceanu, ale raczej niewiele dla nich robił. Spotkawszy się na pogrzebie Jana Pawła II, Juszczenko i Bush zmajstrowali oświadczenie, iż wspólnie zamierzają wyzwolić Kubę i Białoruś spod panoszących się tam dyktatur. Na przekór tej gromkiej deklaracji, później się raczej nie słyszało, żeby Fidelowi Castro, a nawet Aleksandrowi Łukaszence, najbliższemu sąsiadowi Ukrainy, jakoś poważniej zagrażali wysłani stamtąd rycerze wolności.

Przyznajmy, że Amerykanie słabo zachęcali Juszczenkę do bardziej wydajnej współpracy. Obecny prezydent Ukrainy – jeśli w ogóle wierzyć jego deklaracjom z okresu walki przeciw obozowi Kuczmy i Janukowycza – myślał o w miarę szybkim wprowadzeniu swego kraju do NATO i Unii Europejskiej. Spełnienie któregokolwiek z tych planów okazało się mało realne. Ukraina w transatlantyckim pakcie wojskowym konfliktowałaby europejskich sojuszników USA z Rosją. Wkraczając do jednolitej przestrzeni gospodarczej starego kontynentu, stałaby się zaś kolosalnym, również finansowym utrapieniem dla jej głównych podmiotów. Wydawało się pewne, że Berlin, Paryż czy Madryt, które i tak miały zadawnione porachunki z administracją Busha, postarają się utrzymać za drzwiami jej nowego pupila z Kijowa.

Orientacja prozachodnia na Ukrainie, gdyby spróbowano ją przenieść ze słów do czynów, nie obyłaby się bez reformatorskiego huraganu. Żeby zaryzykować daleko idące posunięcia w polityce gospodarczej i społecznej, Juszczenko musiałby otrzymać – tym razem już kosztowną – pomoc od swego amerykańskiego alianta. Niezależnie od jej dobrych czy złych chęci, ekipie Busha dolegały jednak kłopoty z pustą kasą, którą opróżniły operacje wojskowe w Azji Środkowej i nad Zatoką Perską. Możliwe, iż wizjonerski – a przy tym cieszący się powszechnym zaufaniem – mąż stanu, znajdując się na miejscu George’a W. Busha, oceniłby, iż bazy wojskowe U.S. Army na wschód od Kijowa i nawet Charkowa warte są odsunięcia na dalszy plan buchalterskich kalkulacji. Ale to tylko luźne fantazje, bo wielomiliardowy strumień z USA na Ukrainę nie popłynął.

Sędziwy Zbigniew Brzeziński doświadcza dziś zapewne jednego z największych rozczarowań swego życia. Jego wizja osaczenia Rosji przez prozachodni kordon sanitarny, składający się z jej dawnych zdobyczy imperialnych, którego główne ogniwo stanowiłaby właśnie Ukraina, znalazła się o włos od realizacji tylko po to, żeby po chwili się załamać. Patrząc szerzej, rozciąganie się amerykańskiej hegemonii na cały glob okazuje się trudniejsze, niż się o tym na ogół myślało w ciągu ostatnich lat.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie