Pręgi politycznej poprawności

·

Pręgi politycznej poprawności

·

Jest nim polityczna poprawność, czyli – żeby ją nazwać poprawnie, angielskim skrótem – PC. Chętnym do spróbowania go, polecam film „Pręgi”. Wstyd się przyznać przed koneserami kina, ale z tym – jak mówi o nim reklama – „obsypanym nagrodami” dziełkiem, zaznajomiłem się dopiero ostatnio, trafiając na nie dzięki przypadkowemu zmienianiu kanałów. W roku 2004, „Pręgom” bito brawo, witając w nich objaw odrodzenia się kina polskiego. Wreszcie miała się skończyć pochodząca z odpadów Hollywood „komercyjna papka”, na jaką wypada pomstować nawet recenzentom liberalnych gazet, zakochanych w wolnym rynku, który tę właśnie papkę produkuje.

Późniejsze reakcje krytyków i znających się trochę na rzeczy amatorów bywały już chłodniejsze. Bo i rzeczywiście, „Pręgi” – nie inaczej niż „Sara” albo „Psy” – kopiują zużyte wzorce. Różnica w tym, że ich twórcy, zamiast fabryce snów dla mas, przyglądają się manufakturze, która zaopatruje niszę kina ambitniejszego.

Gdyby traktować „Pręgi” jako utwór artystyczny, należałoby ziewnąć i – ciesząc się z częściowego chociaż zaliczenia pozycji, o której niedawno mówiono – pójść spać. W pewnym momencie zauważyłem jednak, że nie idzie tam tylko o szlachetną rozrywkę, ale także o budującą naukę. Scenarzysta Wojciech Kuczok i reżyser (poprawniej byłoby może: reżyserka) Magdalena Piekorz upowszechniają coś w rodzaju ewangelii dla audiowizualnego ludu. Piętnując zło, pouczają zarazem, jak z nim walczyć.

Nasi apostołowie zajmują się najpierw przemocą w rodzinie. Jej sprawcą jest ojciec, który zastrasza i systematycznie bije syna, czyli – używając kanonicznego języka PC – „molestuje” go psychicznie i fizycznie. Jego nieszczęsny potomek, z kolei, jest kimś w rodzaju baranka, znoszącego jedną wielką nieustającą pasję. Prawdopodobieństwo psychologiczne nigdy nie należało do mocnych stron historii świętych. W efekcie, syn przypomina trochę Ślimaka z popularnej anegdoty, któremu nic się nie wiodło, ponieważ Bóg – do czego w końcu się przyznał – po prostu go nie lubił. W kontaktach z ojcem, zamiast jakoś upomnieć się o swoje racje, krzywi się albo milczy, natomiast z rówieśnikami też nie udaje mu się nawiązać kontaktu. Zbiera wreszcie możliwie najgorsze oceny ze wszystkich przedmiotów: tak samo z matematyki, jak z robót ręcznych.

Jak widać, PC – podobnie jak religie, które znacznie wcześniej podbijały krąg śródziemnomorski – nie toleruje niuansów. Filmowy Wojtek mógłby przecież być antytalentem manualnym, ale też, dla odmiany, solidnym mózgiem z przedmiotów ścisłych. Jednakże Piekorz i Kuczok chcą dosłownie każdym szczegółem ukazywać swego nieletniego bohatera jako – przytoczmy kolejny zasadniczy termin PC – „ofiarę”.

W to niefortunne położenie wtrącił go, rzecz jasna, wyrodny rodzic. Otóż właśnie: czy rzeczywiście wyrodny? Zwolennicy filmu chwalili go za wybronienie się przed karykaturalnie jednoznacznym rozłożeniem barw. Istotnie, ojciec Wojtka nie jest szaleńcem, sadystą ani nałogowcem w zaawansowanym stadium. Zastępując swemu dziecku zmarłą matkę, nie tylko go nadzoruje, ale i – na dobitkę – służy mu za kucharkę i pielęgniarkę. I na tym ostatnim polu, staje się jednak wykonawcą złowrogiego fatum. Gdy Wojtek się przeziębił, zmusił go do przemywania gardła przy użyciu wody z solą. Niesmaczny trunek drażnił smak chłopca, narażając go – uczmy się dalej żargonu PC – na „cierpienie”.

Powołaniem Wojtka w ewangelii PC jest grać bez przerwy rolę „ofiary”, która swoimi mękami oskarża „stosunki społeczne”, a poprzez nie – cały „system”. To piekło na ziemi ma, oczywiście, swojego wysłannika w ojcu. Momentami – do czego przyczynia się rzeczywiście niezłe aktorstwo Jana Frycza – skłonni bylibyśmy ułaskawić tego osobnika, który w końcu nie ma prawie własnego życia, gdyż albo lepiej lub gorzej opiekuje się synem, albo zarabia na jego utrzymanie. Czyżby więc „Pręgi” rezygnowały z propagandy na rzecz sztuki, która uwielbia dwuznaczność? Nic podobnego. Wielcy grzesznicy – o czym doskonale wiedział św. Augustyn – miewali niebłahe zalety. Nawet arcyzdrajca Judasz był zmyślny praktycznie, bo inaczej Jezus i jego uczniowie nie obraliby go przecież swym skarbnikiem. Rzecz w tym, iż u grzesznika jego dobre strony skażone są przez zło, które nie tylko je psuje, ale wręcz potrafi się nimi karmić. Tak więc cnoty ojca, jego obowiązkowość i opiekuńczość, przeżarł grzech pierworodny, który według nauk PC sprowadza się do posiadania „osobowości autorytarnej”. Ojciec – precyzując – utożsamia się ze „sztywnym” systemem wartości, który bez opamiętania narzuca swemu wychowankowi.

Czym dla chrześcijaństwa było zjedzenie owocu z drzewa wiadomości, tym dla PC staje się wpływ „otoczenia”. Ojciec mieszka gdzieś na głębokiej prowincji, a pracuje czy to jako dozorca, czy to jako rzemieślnicza złota rączka w parafii. Łatwo domyśleć się, iż „osobowości autorytarne” muszą w takim mateczniku „zacofania” wyrastać jak grzyby po deszczu.

Przy okazji, „Pręgi” ujawniają dość silne związki z polskimi realiami, a ściślej – z ich odbiorem przez entuzjastów PC. O ile bowiem – w przekonaniu tych ostatnich – prowincja z silnymi wpływami religii wytwarza zło na całej kuli ziemskiej, to u nas do jej fatalnego oddziaływania przyłączył się PRL. Nieprzypadkowo ojciec, oglądając telewizor przy kolacji, natrafia stale na wiadomości o występkach dekady Jaruzelskiego. Cokolwiek by nie sądzić o tamtym okresie, to – przyznajmy – polityczna przemoc nie wypełniała wówczas codziennego życia dozorców czy rzemieślników. Ale przecież obrazkowa ewangelia nie wysila się na realizm, tylko umiejętnie poucza. Udaje się jej nawet pokazać, jak w cieniu jednej obrzydliwości rozkwitały zalążki następnej. Kiedy w dzienniku telewizyjnym mowa o porwaniu księdza Jerzego Popiełuszki, a na ekranie widać rzecznika rządu, ojciec ponurym głosem upomina syna, żeby ten umilkł i nie przeszkadzał mu w prywatnym seansie nienawiści. „Pręgami” dałoby się ilustrować lekturę esejów politycznych Karola Modzelewskiego. Kto umie patrzeć wnikliwie, zobaczy tam Polskę schwytaną w pułapkę dwóch autorytaryzmów: „komunistycznego” oraz „fundamentalistycznie prawicowego”. Choć kraj w całości nie wymknął się tym kamieniom młyńskim, to poszczególne jednostki, a nawet grupy, mogą na szczęście tego dokonać. Powoli dorastający Wojtek ucieka wreszcie z ojcowskiego domu. Rzecz dziwna: dochodzi do tego akurat w chwili, kiedy tamtejszy klimat mógłby się ocieplić. Jedna z nauczycielek odkrywa bowiem, że w stosunkach rodzinnych jej ucznia coś jest głęboko nie w porządku. Po rozmowie z nią na wywiadówce, ojciec przeżywa wstrząs.

Gdyby jednak zabrakło grzechu, zniknęłoby też pole do popisu dla kapłanów, którzy z nim wojują. Warto podkreślić, że problem, którego dotknęli Piekorz z Kuczokiem, nie należy oczywiście do urojonych. Istnieją ojcowie znęcający się nad dziećmi, tak jak i mężowie, którzy biją żony. Zdarza się również, choć rzadziej, że pani domu silną ręką wymierza sprawiedliwość nieudolnemu małżonkowi, zaś potomkowie silną ręką terroryzują rodziców. Z niektórymi spośród tych patologii, których mapę można by dowolnie konkretyzować, zbiorowość rodzinna jest w stanie poradzić sobie własnymi siłami. Inne domagają się interwencji zawodowych pedagogów, czy nawet policjantów. Do przypomnienia tych prawd nie potrzeba, naturalnie, żeby prorocy PC za pośrednictwem szklanego okienka odwiedzali nasze domy. W politycznie poprawnej obsesji rodzinnej przemocy chodzi o coś zupełnie innego.

Nie bez ideologicznych powodów, zerwanie – jak wkrótce widzimy, ostateczne – nastąpiło tuż po nieźle rokującym przełomie. Obraz absolutnego zła, dzięki temu, pozostaje bez skazy. Autorytarna rodzina, z pejczem jako głównym atrybutem, utożsamia się prawie z obozem koncentracyjnym. Nic więc dziwnego, że główna postać filmu opuszcza dom niewoli, żeby powoli zmierzać ku ziemi obiecanej.

Wojtek, patrząc z zewnątrz, nienajgorzej poradził sobie w życiu bez ojca. Jest dziennikarzem z zawodu, a na hobby wybrał sobie wędrowanie po górskich grotach. Młodzieńcze nieudacznictwo minęło u niego bez śladu. Zastanówmy się i podziwiajmy, ile potrafi dokonać wyzwolenie się od (kolejny termin ze świętego słownika PC) „toksycznej” rodziny.

Czym jednak skorupka za młodu nasiąknie, tym w dojrzałym wieku musi zatrącać. Tu odsłania się najstraszliwszy sekret: Wojtek, tak samo jak jego ojciec, jest „autorytarny”! Jedno z wielu świadectw tych grzesznych skłonności: skrzyczał on kolegę z grupy grotołazów, który na piętrowym łóżku w schronisku zawiesił nad jego posłaniem śmierdzące brudne skarpetki, i wreszcie przepędził go szturchańcami.

Pierworodny grzech autorytaryzmu objawia się również poważniejszymi przewinieniami. Wojtek, a raczej już Wojciech, okazuje się (dalej odwracajmy karty z terminologicznymi skarbami doktryny) „niekomunikatywny”, z trudem „negocjuje” i w ogóle ma kłopoty z „nawiązywaniem kontaktów”. Szczęśliwym trafem, spotyka na swojej drodze dwoje rzeczników dobra, którzy swymi przekonaniami diabelnie przypominają scenarzystę i reżysera (reżyserkę?) filmu. Pierwszym z nich jest inny jeszcze zdobywca jaskiń, który – w przeciwieństwie do Wojciecha – świetnie porozumiewa się ze wszystkimi, w czym pomaga sobie nieszkodliwymi zdrowotnie kombinacjami miękkich narkotyków. Temu donżuanowi nie może się oprzeć żadna z uczestniczek podziemnych ekspedycji. Znużony powodzeniem, a zarazem ulegając odruchowi życzliwości wobec osamotnionego przyjaciela, odstępuje mu swoją aktualną zdobycz. I to właśnie ona, grotołazka o imieniu Tania, ocala naszego zabłąkanego pielgrzyma przed mocami piekielnymi, czyli – w mowie nowej religii – leczy go z „urazów” i „kompleksów”. W tym celu musi nie tylko znosić jego humory, lecz i omalże go zgwałcić. Wiadomo jednak, że misjonarstwo nigdy nie obywało się bez ofiar.

Jeszcze dwa słowa o detalu, który podziałał na mnie jak przynęta na drapieżnika. Mianowicie, ojciec katował swoje dziecko – obok pejcza – również muzyką. Czym sam się chwalił, uwielbiał „Bacha, Haydna, Mozarta i Straussa Johanna”. Tę pasję starał się autorytarnie narzucać w swoim domu. Jego znęcaniu się nad Wojtkiem (wspomnianą wodą z solą, podawaną na przeziębienie) akompaniuje zatem – ku tym głębszemu udręczeniu – mroczne brzmienie jednej z organowych kompozycji kantora lipskiego, rozlegającej się z adapteru, którego igła sunie po płycie jak pilnik po szkle. Nawiasem mówiąc, klasyczni melomani dbają zwykle o sprzęt, tak więc zwłaszcza ten pomysł wydaje się marnie trafiony.

To jasne: pracownicy fizyczni, którzy – śladem ojca zagranego przez Jana Frycza – tak miłośnie wsłuchują się w Bacha, że innych do tego samego zmuszają, należą do najpospolitszych zjawisk prowincjonalnego krajobrazu Rzeczypospolitej. Przeciw „polskiemu hydraulikowi” musieli agitować w starej Europie głównie bywalcy La Scali, którzy bali się, iż zostaną przez niego wyparci ze swoich lóż i balkonów. Idiotyzm socjologiczny znakomicie dopełnia jednak treści politycznie poprawnego kazania. W jego świetle, Bach jest podejrzany dlatego, iż mało typowy. Czemu nie lubić tego samego, co wszyscy, a więc – dajmy na to – Pink Floydów? Kto skłania się gdzie indziej, trzyma zapewne trupa lub chociaż pejcz w szafie.

Błahe i nie takie znowu straszne „Pręgi” stanowią kroplę wody, w której odbija się słońce słusznych poglądów. Kuczok i Piekorz przesiąkli nimi do tego stopnia, że głoszą je nawet bez świadomego zamysłu. A jednak szkoda, że ich krytycznie nie przemyśleli. PC objawia się nieoczekiwanie jako jedna z bardziej fanatycznych koncepcji w dziejach wiar i przekonań. Świadczy o tym równie rozległy, co zróżnicowany „target” jej wrogów. Atakuje ona zarówno wzorce względnie powszechne, jak i rzadko spotykane. Wspólnie z rodzinami bierze na muszkę samotnika.

I od tamtych, i od tego, żąda z pozoru niewiele: bezkrytycznego uznania własnych norm, które – wbrew swym deklamacjom o wolności bez granic – oczywiście ma i nawet narzuca. Ojciec przed śmiercią wyznał swój błąd, prosząc syna, wręcz po chrześcijańsku, o przebaczenie. Na bezpośrednie z nim spotkanie tymi pokutniczymi żalami jednak nie zasłużył, wobec czego musiał się zadowolić ich nagrywaniem na magnetofon kasetowy.

Bardziej złożonej metamorfozie ulega Wojciech. Przed konwersją na PC, schodzenie w dół podziemnych korytarzy dawało mu – w jego własnych słowach – coś na kształt przeżycia religijnego. Po niej, zrozumie on niewątpliwie, że upodobania na czas wolny, im bardziej wyszukane, tym lepsze, wypada mieć, ale muszą one, jak wszystko, znać swoją miarę.

Rygory PC – co znowu może zaskoczyć – ustalone są dosyć ściśle. Tolerują one tylko takie zachowania, które albo służą przystosowaniu (do grupy oraz pragmatycznych reguł szukania korzyści) albo też zapewniają doraźną przyjemność. Kto się do nich stosuje, ma prawo sobie na wiele pozwolić, nie wyłączając zadurzenia się w dziwaku. Ale też – poza nie ani kroku. Ten ostatni punkt tłumaczy, dlaczego PC, obiecując różnorodność, jakiej ludzkie oko nie widziało, szerzy wokół siebie pustynię.

Polityczną poprawność warto badać, ponieważ od dwóch dekad toczy ona tutaj świętą wojnę o rząd dusz ze swojską mieszanką haseł religijnych i narodowych. Odkładając na przyszłość bliższe zastanowienie się nad tym sporem, warto z naciskiem odnotować jedno. Najgorszą strategią przeciw PC jest, na przykład, wysławianie rodziny jako czystej oazy samego dobra. Nie tylko dlatego, iż jest to wizja nieprawdziwa i – chociażby dla bitych dzieci – praktycznie szkodliwa. Wrogowie PC muszą zrozumieć, że jej bóstwo czerpie energię z walki z diabłem, którego w takim razie nie powinni ochoczo odgrywać.

W obecnej sytuacji, można się jednak bezpiecznie zakładać o wejście na ekrany – też, aczkolwiek z trochę innej strony – chwalonych „Anty-pręg”. Film ten pokaże, jak dzieci wysoko postawionych agentów SB znęcają się nad dzieckiem, które ratuje ojciec korzystający z rad swego proboszcza i pracodawcy. Repliką przeciw niemu będą „Pręgi-2”, gdzie partnerska para Tani i Wojciecha będzie organizować konspiracyjne wystawy instalacji plastycznych Doroty Nieznalskiej.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie