U bratanków

·

U bratanków

·

Słówko „prawie” okazuje się tu jednak nie bez znaczenia. Być może dzięki Węgrom odkryliśmy kraj, którego sprawy toczą się jeszcze gorzej. Rozkładowi politycznemu towarzyszy tam bowiem kryzys gospodarczy. Wartość forinta spada, co i nie dziwota, bowiem deficyt budżetowy sięgnął bodaj 10%. Dlaczego bratankom z południa zdarzyły się te nieszczęścia?

Latami wydawało się, iż Węgrzy mają wszelkie dane na pomyślną przygodę z liberalnym kapitalizmem. Pewne reformy rynkowe wprowadzano tam przecież już 40 lat temu. Po co zresztą odwoływać się do suchych danych historycznych? Turyści z PRL, zaglądając nad Balaton, podziwiali przy okazji imponująco – jak na ich przyzwyczajenia – zaopatrzone sklepy i restauracje. Jeśli udało im się porozumieć z gospodarzami, to zarazem dowiadywali się jednak o znacznie niż u siebie surowszym reżimie pracy, którym należało płacić za te cuda konsumpcyjne. Wymowny był zresztą przysłowiowo wysoki – chyba plasujący się na szczycie w skali całego kontynentu – węgierski wskaźnik samobójstw. Generalnie jednak, Węgry pod rządami Janosa Kadara uchodziły za kraj mlekiem i miodem, jak również winem i gulaszem płynący.

Polityka nie wchodziła rozwojowi gospodarczemu w paradę. Węgierska partia komunistyczna obywała się bez wymiany ekipy kierowniczej w trybie wstrząsowym, z nieodłącznymi strajkami i rozruchami. Tamtejszą opozycję, z kolei, wobec braku szerszej bazy musiał zadowalać klubowo-seminaryjny wymiar działalności. Kiedy pierestrojka zapowiedziała, że nadchodzą zmiany systemowe, komuniści i dysydenci zgodnie zwrócili się w poszukiwaniu natchnienia na zachód i za ocean.

Tylko niewielkie rozmiary kraju i nieduża liczba ludności przeszkadzały Węgrom sięgnąć po laury prymusa przemian w tej części Europy. Oczywiście, nierówności i wyrzucania mniej sprawnych grup poza nawias nie dało się uniknąć. Dochodziły też słuchy, że w Budapeszcie i okolicach – czego nawet Polacy mieliby podstawy współczuć – kompletnie brakuje czasu na cokolwiek poza bieganiną zarobkową. Cóż, takie widocznie są koszta… Sukcesu? Otóż nie: kryzysu. Wyrzeczenia zdają się iść na marne.

Węgierskie załamanie gospodarcze kryje w sobie niemało zagadek. Czyżby sprawujący władzę przestraszyli się w końcu, że wytrzymałość każdego materiału posiada swoje granice? Dość, że strażnicy budżetu rozluźnili kontrolę, spotykając się z zaskakującą tolerancją u nadzorców reform z Unii Europejskiej i Międzynarodowego Funduszu Walutowego. A może było inaczej: węgierscy ekonomiści rządowi próbowali poeksperymentować z wydatkami, za co w globalnej szkole liberalizmu gospodarczego ich szybko i skutecznie ukarano? Przeciętny Węgier wyniósł pewnie korzyści z utarczek na politycznych szczytach, których uczestnicy próbowali obłaskawić go sławetną kiełbasą (może w tym wypadku: gulaszową zupą) wyborczą. Wskaźnikom gospodarczym nie pomagały też właściwości, które łączą elity znad Balatonu z postkomunistycznym czy w ogóle całym światem: indolencja i skorumpowanie. Trudno wreszcie wykluczyć, że najemni pismacy, zwani obiektywnymi komentatorami, wyolbrzymiają finansowe nieszczęścia Węgrów, żeby zatroszczyć się o drogie im nade wszystko zyski bankierów i potentatów giełdowych. Proszę bardzo – wołają – kto nie posłucha ekspertów MFW, gorzko tego pożałuje.

Tak czy owak, obecni przywódcy polityczni Węgier zobaczyli światełko w kryzysowym tunelu. Trzeba zgodzić się na bolesne wyrzeczenia i – który już raz z rzędu? – solidnie ograniczyć wydatki państwowe. Naturalnie, pierwsze z ostatnim kłóci się o tyle, że ci, którzy przeprowadzą operację na budżecie, sami nie odczują jej efektów ubocznych. Tyle zakomunikowano narodowi po dwóch dekadach uciążliwego zmierzania do wyśnionego pierwszego świata. Sam projekt tej drogi zaczyna podejrzanie wyglądać na błędny.

Powinno być dla nas szczególnie ciekawe, że na Węgrzech nie uświadczono kilkunastoprocentowego spadku dochodu narodowego na skutek uwikłania gospodarki w konflikt polityczny z lat 1980-81, „junty Jaruzelskiego” ani „solidaruchów”, stanu wojennego ani amerykańskich sankcji gospodarczych. Słowem, zabrakło tam wielu powodów, które nawykowo przywołujemy, tłumacząc własne niepowodzenia. Spoglądając z nieco innej strony, współczesne Węgry nie znają również tradycji buntów pracowniczych. Rok 1956 był już bardzo dawno, a w dodatku bieżąca edukacja historyczna czyni wiele, żeby ówczesne wydarzenia – przemilczając, iż rozgrywały się one również w fabrykach – utożsamić wyłącznie z niepodległościowym powstaniem. Architektom kapitalizmu na Węgrzech nie dolegały lęki przed gwałtownymi odruchami wielkoprzemysłowych mas. A jednak skrewili oni bardziej kompromitująco nawet od swych polskich kolegów, których psychologiczne opory tego rodzaju trochę krępowały.

Tłumacząc, dlaczego tak się stało, należałoby chyba przyjąć, że kontekst globalny liczy się prawdopodobniej mocniej od lokalnego. Innymi słowy, Meksyk i Argentyna, Polska i Węgry przerabiane są, zazwyczaj z fatalnymi dla siebie skutkami, przez ten sam globalny mechanizm. Co tam się działo dawno temu, gdy kardynał Mindszenty ukrywał się przed Kadarem, a Bujak przed Kiszczakiem, traci na znaczeniu.

Jednakże, oprócz uniwersalnych zależności gospodarczych, pewną rolę gra również profil miejscowych elit. Premier Ferencs Gyurcsany pobił swoisty rekord świata, którego co bardziej rzetelni obserwatorzy mu gratulowali. Wiadomo, że wszyscy, którzy zajmują dziś podobne do niego pozycje, kłamią – lecz jedynie on się do tego bez ogródek przyznał. Aż się prosi, żeby w Polsce spróbowano się z nim pościgać. Gdzie Schetyna z Palikotem mają prywatnie swą wypłakiwaną przed mikrofonami troskę o standardy służby publicznej? Jak odnoszą się, w rozmowie tête à tête, Jaruga i Kalisz do ich demonstracyjnie głoszonego hasła obrony demokracji? Nad czego budową radzą, w zaciszu restauracji sejmowej, posłowie Gosiewski i Bielan: „Polski solidarnej” czy własnego „układu”?

Odpowiedź na te pytania jest raczej oczywista. I w Polsce zresztą zdarzały się mikro-afery nieco podobne do tej, której bohaterem stał się Gyurcsany. Przypomina się tu bełkotliwa pogawędka niekoronowanego króla autorytetów moralnych, Michnika, z opiekunem artystów, Rywinem, albo całowanie ziemi na kaliskim lotnisku przez ministra Marka Siwca, do którego wesoło nawoływał sam – zakochany na pokaz w Ojcu Świętym – Aleksander Kwaśniewski. Mnie utkwiła w pamięci jeszcze inna scena, pochodząca z dosyć już dawnych telewizyjnych remanentów powyborczych. W mikrobusie do agitacji, gwiazdy SLD zanosiły się od śmiechu, kiedy Ryszard Kalisz przekonywał mieszkańców Nysy, żeby tak polubili jego szefa Kwaśniewskiego, jak ten we własnej osobie ich uwielbia. Co było dla nich aż na tyle zabawne? Bzdurność zapewnień, składanych prowincjonalnym gapiom, czy samo spoufalanie się z nimi przez prominenta z prezydenckiej kancelarii? Zapewne i jedno, i drugie. Im bardziej pogardza się „hołotą”, tym łatwiej się ją okłamuje. Na tle innych oszustów przyłapanych na gorącym uczynku, Gyurcsany wyróżnił się konsekwentnym radykalizmem. Wszystko, co moja ekipa mówiła o gospodarce przed wyborami – stwierdził na partyjnym zebraniu zamkniętym – było „pieprzeniem”. Kiedy dowiedział się, że jego poufnych zwierzeń wysłuchała szeroka publiczność, bardzo się nimi oburzając, nie stracił rezonu. Co takiego mają mi za złe? – dopytywał się podobno – przecież od roku 1992 wszyscy moi poprzednicy łgali.

Istotnie, Gyurcsany – zwłaszcza w panoramie szerszej niż Węgry ostatnich dekad – nie okazuje się jakąś ponurą osobliwością. Z tego, że władza na ludźmi musi opierać się na oszustwie, zdawano sobie sprawę właściwie od zawsze. Znając ów pewnik, natychmiast dodawano kolejny: oszustwo, żeby nie straciło na skuteczności, powinno być ukrywane. A w takim razie, ujawniająca je niedyskrecja zagraża grupie, która trzyma ster w zbiorowości politycznej. Na szczęście, zazwyczaj ryzykowali ją tylko zgorzkniali outsiderzy, od Platona do de Sade’a, niezdolni poważnie zaszkodzić rządzącym. Jeżeli wtórowali im ludzie czynu, to – przykładem kardynał de Retz czy książę de Saint-Simon – dopiero z emerytury. Inaczej Gyurcsany. Wie on doskonale, w czym uczestniczy, ale gra w najlepsze. Choć niepotrzebnie się rozgadał, nie boi się konsekwencji. I prawie na pewno ma słuszność.

Za wyczynem Gyurcsanya nie stoi jakaś nadzwyczajna indywidualność. Jest on raczej skrajną odmianą typu, który natrętnie rzuca się w oczy. Jeszcze młody, w okularach, przepisowo szczupły, blady (nie ma czasu na solarium?), w odpowiednio drogim i modnym garniturze wygląda na szybko pnącego się po drabince służbowej analityka prywatnego banku. Jego bliźniaków z branży na styku polityki z gospodarką określa się zwykle jako technokratów. W krajach, które znalazły się pod ich wpływami, Amerykanie trenują całe teamy takich ekspertów, menedżerów czy wreszcie liderów. Absolwentów szkół imperialnych odróżniają – w zależności od strefy geograficznej – nazwisko i grupa etniczna, czasem też wyznanie i odcień skóry. Gdyby Gyurcsany miał wpisane w paszporcie „Gurkiewicz”, mógłby w Warszawie aspirować na posadę ministra skarbu w ewentualnym rządzie Donalda Tuska albo trafić do czołówki kadrowej centrolewicy.

Wszystkim klonom węgierskiego premiera ich wychowawcy wpoili, prócz bezwzględnej lojalności wobec wspólnoty międzynarodowej, kilkanaście poręcznych frazesów o niepodważalnej racji wolnego rynku, dobrodziejstwach prywatyzacji i prymacie wzrostu gospodarczego. Do tego intelektualnego wyposażenia dochodzą elementarne reguły nawiązywania opłacalnych kontaktów, negocjacji i marketingu. Co kryje się w środku, ukazał proroczo niedawno zmarły rodak Gyurcsanya, kompozytor Gyorgy Ligeti, który w swoich utworach fenomenalnie odzwierciedlał mechaniczną monotonię i martwotę. Wiele mówi nadto, że gładkiemu elegantowi, kiedy się poczuł swobodnie, z młodej piersi się wyrywało zwłaszcza słówko „pieprzyć”. Wyostrzając swobodne skojarzenia, można by tu przywołać jeszcze postać „American Psycho”, którego osobowość była trochę podobnie rozdwojona na publicznie przestrzeganą konwencję i agresywnie wulgarne odruchy w bardziej intymnych warunkach.

Metodycznie skonstruowanego robota ze sztampy tej samej globalnej korporacji odnajdzie się na Węgrzech (i, oczywiście, nie tylko tam) po stronie zarówno władzy, jak i opozycji. Z barw partyjnych Gyurcsany jest socjalistą. Narzuca się wniosek, iż węgierska lewica wypaliła się jeszcze prędzej i dogłębniej niż formacja jej polskich towarzyszy. Musiało do tego dojść jeszcze za czasów „dobrego wujka” Janosa, którego socjalistyczni bratankowie wyeksploatowali podobnie, jak SLD uczynił to z Edwardem Gierkiem. Chwytając w swoje wyborcze żagle, upowszechniającą się w miarę postępów kapitalizmu, tęsknotę za Kadarowską stabilizacją, rozpraszali nadzieje, że cokolwiek z niej powróci, gdy tylko wiatry nowej rzeczywistości ustrojowej wynosiły ich do góry.

Chociaż ostatnio na Węgrzech rządzili socjaliści, nadeszły tam czasy triumfalnego rewanżu dla prawicy, która czekała na nie od II wojny światowej. Pod tym względem, lada chwila zostanie postawiona kropka nad „i”. Prawicowa opozycja, wykorzystując wpadkę Gyurcsanya, na długo przepędzi socjalistów z reprezentacyjnych gmachów. Pomnik żołnierzy Armii Czerwonej, który – o dziwo – wciąż jeszcze stoi w Budapeszcie obok budynku telewizji publicznej, trafi przypuszczalnie na śmietnik. Niestety dla siebie, wspiąwszy się na szczyt, prawica natrafi na strome schody. Godne uwagi, że po obu stronach Karpat polityczne osobistości z prawa mogą sobie pozwolić na więcej od swych lewicowych przeciwników. Gdy – ulegając przerażeniu indolencją i korupcją jej przywódców – rozsypał się elektorat Akcji Wyborczej Solidarność, zaraz się ona odbudowała pod zmienionym szyldem. SLD podobna operacja zajmie pewnie i kilka sejmowych kadencji. Wystarczy, żeby Rywin wpadł do Michnika, zaś Gyurcsany za dużo nagadał, a w sporej części społeczeństwa uruchamiają się historyczne urazy. Biedni neofici zamerykanizowanego Zachodu nadal płacą za to, że władzę ich poprzedników wspierały radzieckie czołgi. Ci sami ludzie z ulicy, którzy łatwo podchwytują prastary trop przeklinania na „komunę”, skłonni są myśleć, że prawicowcy – choć często nie mniej zakłamani, niż przefarbowani „czerwoni” – są jakoś bardziej swoi. Łatwiej im zatem wybaczają.

Posiadając taki kapitał zaufania, prawica bezmyślnie go trwoni. Zadowala ją usuwanie ostatnich pozostałości węgierskiego – czy polskiego – realnego socjalizmu. W pułapkę dobrych rad od liberalnych ekspertów wkracza bez oporu, pocieszając się, że czym bliżej do Waszyngtonu, tym lepiej, bo dalej od Moskwy.

Jest nawet stosunkowo prawdopodobne, że partyjny kamrat Gyurcsanya, który go wrobił, kierował się poważniejszymi kalkulacjami niż koteryjna zemsta. Kto wie, czy jego frakcja nie próbowała tym fortelem uniknąć podążania za nieostrożnym liderem w ślepą uliczkę drastycznych reform oszczędnościowych. U jej kresu, groził bunt ostrzejszy od na pół rozrywkowych przepychanek z policjantami broniącymi państwowego ośrodka telewizyjnego. Ulice Budapesztu już kiedyś spłynęły potokami krwi. Prawica, o ile wróci do władzy wcześniej niż za kilka lat, mniej zaryzykuje, wypełniając zalecenia światowych bankierów.

Szkoda Węgrów. Nasze z nimi pokrewieństwo jest czymś więcej, aniżeli bajką z biesiadnych przyśpiewek. Zdaje się, że historia zadawała im mniej więcej takie same ciosy, jak Polakom – tyle, iż znacznie mocniej. Jeśli układ mocarstw ponad ich głowami – w Trianon, z roku 1919 – to od razu z okrojeniem historycznego terytorium o dwie trzecie. W porównaniu z turecką okupacją sporej części Węgier, trwającą kilka stuleci, wypiękniałyby rządy caratu w Królestwie Polskim. I tak dalej: węgierski stalinizm był rzeczywiście ludobójczy, a zryw przeciw niemu skończył się kolejną masakrą.

Przede wszystkim, jednakże, na Węgrzech aż do połowy XX wieku zachował się feudalizm, gdzie nędza mas na głowę biła Galicję z Podlasiem do spółki. Wyobraźnia mityczna nieprzypadkowo umieściła hrabiego Drakulę, który żywił się krwią swoich poddanych, w Transylwanii, a więc na pograniczu wielkich Węgier sprzed traktatu w Trianon. Na przekór tej ponurej realności, garstka węgierskich twórców – od poetów Endre Ady’ego i Beli Balazsa do dyrygenta Georga Soltiego – starała się tworzyć wizję wolnej i równej wspólnoty. W niejednym tańcu, balecie czy koncercie Bartoka naprawdę słyszy się głos wyzwolonego ludu.

Co z tej wizji ocalało? Ano nic. Za to feudalizm podrzuca w spadku ślepo egoistyczne elity, które – inaczej niż we wcześniejszych stuleciach – niczego się nie wstydzą ani nie żałują. Pierwszy od dekad masowy zryw w tak zwanych krajach postkomunistycznych, którego nie inspirowali Amerykanie, każe uważnie nadstawić oka i ucha. Chyba jednak wiadomo, czym to się skończy. Mniejsza, czy Gyurcsany odejdzie, czy zostanie, i kto sformuje następny gabinet: Węgierska Partia Socjalistyczna bądź FIDESZ. Węgrzy, choćby ich trzeba było pociągnąć za uszy, wejdą do ziemi obiecanej nowego ładu. Pewnemu nobliwemu ekonomiście z TVN 24, którego nazwiska nie pomnę, podziękujmy za objawienie jednego z jego najważniejszych praw: okłamywać obywateli to bagatelny występek, ale nie obciąć wydatków budżetowych – to grzech prawdziwie śmiertelny.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie