Układ na globusie

·

Układ na globusie

·

Gdy jedni boją się tyranii „kaczyzmu”, a inni kontrofensywy „układu”, RP – mniejsza już o to, czy III, czy IV – wypada z gry geopolitycznej. A jeśli próbuje się do niej włączyć, to na skrajnie dla siebie niekorzystnych warunkach. Śle kontyngent wojskowy do Afganistanu, służąc supermocarstwu, które ją ignoruje.

Jeśli na arenie krajowej obóz Prawa i Sprawiedliwości walczył ze zmiennym szczęściem, to na polu międzynarodowym poniósł całkowitą klęskę. Jego polityka zagraniczna miała się opierać na specjalnych stosunkach ze Stanami Zjednoczonymi. Tymczasem, polski premier, składając wizytę w Waszyngtonie, z trudem wystarał się o 5-minutową audiencję u George’a W. Busha. Nie lepiej powiodło się prezydentowi, którego przemówienie w Organizacji Narodów Zjednoczonych zignorowały zarówno obecne tam głowy państw, jak i amerykańscy komentatorzy.

Minister Ziobro nie otrzymał szansy na triumfalny powrót do kraju z Edwardem Mazurem w kajdankach. Można przypuścić, że Amerykanie chronią biznesmena-bandytę dlatego, iż w swoim czasie był on przydatny ich służbom policyjnym. Gdy jednak chce się zrobić prezent ważnemu sojusznikowi, odkłada się na dalszy plan przeterminowane zobowiązania wobec agenturalnej płotki. Kłopot w tym, że USA nie ma ochoty na obdarowywanie Polski.

Dlaczego jesteśmy aż tak ignorowani? Po odejściu Silvio Berlusconiego, również Włosi wycofają się wkrótce z Iraku. Oprócz bratniej, a raczej całkowicie sobie w sferze globalnej polityki podporządkowanej Wielkiej Brytanii, Biały Dom nie ma już nad Zatoką Perską poważnego alianta – z wyjątkiem właśnie Polski. Naszą nieograniczona lojalność wypadałoby jakoś wynagrodzić. Zza oceanu nie przychodzą jednak ani realne gratyfikacje, ani usiłujące je zastąpić gesty. Pentagon bierze podobno za słowo polskie elity polityczne, które lubią zapewniać, iż awansowaliśmy już do ekstraklasy politycznej i gospodarczej wolności. A skoro tak, to Polska nie potrzebuje pomocy wojskowej. Jeśli zależy jej na nowoczesnej broni, może ją kupować po cenach rynkowych.

Administrację Busha trudno posądzać o stuprocentową racjonalność swoich decyzji. Załóżmy jednak, iż konsekwentne odpowiadanie przez nią chłodną obojętnością na zabiegi swoich wiernych przyjaciół z Polski ma dającą się określić przyczynę. O ile tak jest rzeczywiście, to w otoczeniu Busha pogrzebano zapewne wizję „nowej Europy”, z którą w przededniu inwazji na Irak wystąpił sekretarz obrony Donald Rumsfeld. Czy zresztą wizja ta kiedykolwiek była czymś więcej niż propagandowym manewrem?

Przypomnijmy, że Rumsfeld straszył tradycyjnych sojuszników USA, niechętnych irackiej eskapadzie, iż Ameryka nie jest na nich skazana. Skoro Paryż i Berlin ją zawodzą, poszuka sobie chętnych do wojny z terroryzmem nieco dalej na wschód. Od takiego toastu Rumsfelda musiało zawrzeć w łatwo rozpalających się polskich głowach. Mężom stanu na miarę kancelarii poprzedniego prezydenta, z cudownym dzieckiem Ordynackiej, ministrem Siwcem na czele, uroiło się, iż III RP stanowi potęgę co najmniej regionalną, którą Stany Zjednoczone wybrały sobie na strategicznego partnera.

Te megalomańskie wyobrażenia, o dziwo, mogłyby się potwierdzić w pewnym procencie. Aby do tego doszło, musiałby jednak się powieść amerykański projekt zagospodarowania pustej przestrzeni po implozji ZSRR. Kiedy w Kijowie dochodził do władzy proamerykański – jak wtedy to wyglądało – Wiktor Juszczenko, ostatnie przeszkody z drogi usuwał mu, odgrywając rolę specjalnego wysłannika Białego Domu, Aleksander Kwaśniewski. Niestety, sezon na pomarańcze minął. Ukraina sama nie chce do NATO, zaś do Unii Europejskiej z kolei jej nie chcą zaprosić.

Mieliśmy jeszcze wyzwalać Białoruś. I tutaj niestety, wszystkie ambitne plany – czy to ze sztabów waszyngtońskich, czy warszawskich – się załamały. Prozachodnia opozycja na Białorusi jest tworem równie sztucznym, co niszowym. Zjednoczenie tego kraju z Rosją opóźniają już tylko, z jednak strony, egoizm oligarchów z Moskwy i Sankt Petersburga, którym nie chce się w nie inwestować oraz, z drugiej – przesadne ambicje Aleksandra Łukaszenki. Te drugorzędne problemy w końcu się rozwiążą. Moskwa znajdzie pieniądze, a Łukaszenko pojmie, że kremlowskie progi są dla niego za wysokie. Wówczas radio Wolna Białoruś razem z ośrodkami edukacyjno-szkoleniowymi dla pionierów wolności na Polesiu będzie można zlikwidować.

Zostaje więc udział w tych amerykańskich przedsięwzięciach, do których Polska się włącza na przekór swojemu położeniu na mapie. Jednakże, rokowania dla wasala nie są dobre, gdy suwerenowi marnie się wiedzie. Stany Zjednoczone niespodziewanie przegrywają swoją kolejną wojnę, tym razem afgańską – jako że fatalny wynik irackiej został już wcześniej przesądzony. Długo wydawało się, że w Azji Środkowej amerykańskie oddziały interwencyjne osiągnęły korzystniejsze wyniki niż na Bliskim Wschodzie. W Kabulu panował względny porządek, agencje rzadko informowały o starciach i stratach, odbyły się wreszcie wybory, co w oczach amerykańskich ekspertów rozwiązało oczywiście problem wprowadzenia demokracji. Wtajemniczeni twierdzili wprawdzie, że interwenci, kontrolując głównie stolicę i mało co poza nią, poszli po najmniejszej linii oporu. Raczej więc unikali wyzwań niż je pokonywali. Przyniosło im to zaledwie opóźnienie eksplozji.

Żołnierzy U.S. Army ginie teraz w Afganistanie bodaj więcej niż w Iraku. Rozgromieni przed laty talibowie szykują się, by przenieść swój rząd do południowej części kraju, nad którą już panują. Taki obrót wydarzeń ma przypuszczalnie wiele wspólnego z niejawnymi działaniami Pakistanu. Ów muzułmański kolos na subkontynencie indyjskim przyłączył się do wojny z terroryzmem pod wpływem propozycji nie do odrzucenia. Albo pomożecie nam zająć Afganistan – tłumaczył amerykański dyplomata, Richard Armitage, pakistańskiemu prezydentowi Muszarafowi, który ujawnił ostatnio tę ciekawą rozmowę – albo cofniemy was do epoki kamienia łupanego. Służąc Amerykanom pod przymusem, wojskowi z Pakistanu w skrytości ducha nienawidzili narzucającego się im Wielkiego Brata. Nie wystarczyły im bezsilne złorzeczenia. Ich protekcji niemal na pewno zawdzięczają swoje fizyczne przetrwanie zarówno siły zbrojne talibanu, jak i przywódcy Al-Kaidy z Bin Ladenem w pierwszym rzędzie.

Bilans militarnego awanturnictwa jest tak opłakany, że prawdopodobnie zbliża się faza racjonalizacji amerykańskiej polityki zagranicznej. Idiotyzmem było wkraczanie do Iraku, skoro ten kraj dałby się Amerykanom wciągnąć do ich strefy wpływów bez bombardowań. Doprowadziłoby do tego zniesienie sankcji, po którym – zamiast odłamków – na wygłodzonych mieszkańców tego kraju spadły deszcz towarów. Zapewne, na wyciągnięcie wniosków z tych obserwacji zdobędzie się dopiero następna administracja prezydencka USA. Jeżeli to nastąpi, posiłkowe oddziały kondotierów, które oferuje Polska, tym bardziej staną się zbędne.

Już teraz układem odniesienia dla amerykańskiej strategii w Europie są Niemcy, a nie ich kłótliwy sąsiad, który mało skutecznie upomina się o swoje moralne racje i dziejowe krzywdy. Wśród warszawskich mędrców politycznych wiązano znaczne nadzieje z wymianą kanclerza Niemiec z socjaldemokratycznego na chadeckiego. Dzięki niej, w niepamięć miały odejść specjalne stosunki na linii Berlin-Moskwa. Tymczasem, do spotkań Angeli Merkel z Putinem doszło w tym roku bodaj pięć razy. Deklaracje, iż chadeccy liderzy jako niezbędny przystanek swoich podróży do stolicy Rosji potraktują Warszawę, zdaje się, całkiem zarzucono. A polski obóz rządzący z determinacją obrońców Westerplatte wojuje ze Związkiem Wypędzonych.

Myślenie o racji stanu, jak większość kluczowych kwestii, objęte jest u nas fatalnym podziałem, którego obydwie strony okazują się równie nierozumne. Liberałowie oraz centrolewica uważają suwerenność narodową za anachronizm. Zapisując się do elitarnego klubu społeczności międzynarodowej, łatwo podporządkowują się jej głównym graczom. Tym ostatnim, mentalność kosmopolityczna służy za opium dla swoich klientów.

Z kolei, patriotyzm typowy dla polskiej prawicy wikła się w rzeczywiście anachroniczne schematy. Zagrożenia dla niepodległości umiejscawia on wyłącznie w Rosji, nie dostrzegając, iż ta nie w tym celu demontowała przed dwiema dekadami swoje imperium zewnętrzne, żeby obecnie – nie wiadomo właściwie, po co – knuć spiski z myślą o jej odbudowie.

W konsekwencji, Ameryka nie musi kupować polskiej służebności, ponieważ – przy każdym układzie rządzącym – otrzyma ją tutaj za darmo. Miejscowe elity godzą się na status lekceważonego wasala, nie dostrzegając nawet, że coś jest nie w porządku.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie