Taśmy i szafy

·

Taśmy i szafy

·

Szperacze w dokumentach WSI, działający na zlecenie głównej partii rządzącej, wykryli podobno, że Samoobronę założył nie kto inny, jak funkcjonariusze tych postkomunistycznych i w ogóle szkodliwych służb. Według ich ustaleń, nie da się wykluczyć, że pośrednictwem wojskowych wywiadowców mogła posłużyć się Moskwa. Lider Samoobrony – w komentarzach na gorąco do nagrań swej posłanki do zadań specjalnych, Renaty Beger – stwierdził z kolei, że PiS, działając niemoralnie i bezprawnie, dąży do narzucenia partnerom koalicyjnym swojego dyktatu. I co z tego wynikło? Jarosław Kaczyński nadal jest premierem, a Lepper – jego formalnym zastępcą.

Zwyczajny konsument sensacji medialnych jest nimi zapewne przesycony aż do kompletnego znudzenia. Machając ręką, stwierdza on w końcu, że mniej więcej wszyscy są tak samo umoczeni. Grono wyjątków tworzą co najwyżej najtwardsi entuzjaści PiS-u. Ci jeszcze skłonni są wierzyć, iż powoli i z ciężkimi oporami, ale jednak nareszcie obnażeniu ulega sławetny układ, który od blisko dwudziestu lat – nawiązując do wystąpienia Kaczyńskiego na wiecu w Stoczni Gdańskiej – „niszczył polskie siły”. Niestety, ich złudzenia również się rozproszą – i to już niedługo.

Znużony smak w tym wypadku nie należy do trafnych doradców. Kraj, w którym mafia może w ogóle wpaść na pomysł zabicia głównego komendanta policji, niszczy gangrena w ostatnim stadium. Czytelnicy „Ojca chrzestnego” pamiętają pewnie, że mafia Corleone’ów dysponowała niemałymi możliwościami, lecz jej sztabowcom właściwie nie mieściło się w głowie zabójstwo zwykłego porucznika z policyjną odznaką. Bracia Sonny i Michael wspólnie ze swymi „caporegimami” Tessio i Clemenzą zdecydowali się na nie dopiero w nadzwyczajnych okolicznościach, aby ratować zagrożone życie głowy rodziny. Instytucja powołana do pilnowania cudzego bezpieczeństwa musi – gdy zajdzie potrzeba – przekonująco dowodzić, że potrafi zadbać o bezpieczeństwo własne. Dlatego, w niezbyt skądinąd praworządnych Stanach Zjednoczonych połowy minionego wieku, zabójstwo bogatej choćby i wysoko postawionej osoby prywatnej czasem uchodziło bezkarnie, natomiast strzały do policjanta były początkiem pewnej i szybkiej drogi na krzesło elektryczne. Jeśli więc sprawców zamachu na generała Papałę nie zdołano wykryć przez długie lata, to w efekcie tego zaniedbania żałosnemu ośmieszeniu ulega nie tylko policja. Groteskowo bezradne okazuje się przede wszystkim państwo, któremu ona służy.

Rozstając się z epizodem PRL, polska państwowość zaczęła iść do przodu ze swoją numeracją porządkową. Kto wie jednak, czy zamiast przechodzić od III do IV Rzeczypospolitej, nie należałoby wrócić do samego początku. Pomijając wystrój technologiczny, nasz kraj coraz bardziej przypomina Rzeczpospolitą o numerze najwcześniejszym. To w Polsce szlacheckiej, najpóźniej od ostatniego króla z dynastii Wazów, państwo stanowiło atrapę, którą nieskrępowanie ciągnęły do siebie i przekręcały na swoją korzyść wielkie rody, familie i koterie. Urzędy wszystkich rodzajów i szczebli były mało czym więcej niż instrumentami tych ostatnich. Jak widać, nic nowego pod słońcem. Szefa policji można bez groźniejszych konsekwencji dopaść tylko w pseudopaństwie, gdzie polityczni zwierzchnicy jego następców są przekupieni, szantażowani czy w inny sposób pozyskani przez grupy klikowe albo wręcz mafijne.

Od władzy wykonawczej nie różnią się pozostałe – w tym szczególnie samozwańcza „czwarta władza”. Dzięki zarejestrowanym rozmowom Aleksandra Gudzowatego z Adamem Michnikiem, wiadomo ponad wszelką wątpliwość, że dziennikarz specjalizujący się w śledzeniu i komentowaniu sfer rzeczywistości, z którymi mają związek duże pieniądze, pospolicie jest agentem takich czy innych służb wywiadowczych albo niejawnym najemnikiem potentatów biznesowych. Często też bywa on jednym i drugim. Treść publikacji prasy wysokonakładowej o transakcjach z gazem ziemnym jako stawką określają ci, którzy tym gazem handlują względnie go dostarczają. By nie przedłużać, podsumujmy ten wątek, oceniając na chłodno, że Polski nie potrzeba byłoby najeżdżać. Komuś zainteresowanemu jej podbojem zupełnie wystarczy ją kupić, co z kolei działające tu media opiniotwórcze natychmiast by oklaskały. Nie warto zresztą posuwać się aż tak daleko. Państwo polskie może spokojnie istnieć – tak, jak w ciągu stu kilkudziesięciu lat poprzedzających położenie pieczęci na aktach rozbiorowych – upodobniając się do karczmy, którą zająć, żeby robić tam interesy, wolno każdemu, kto akurat ma na to ochotę.

O dziwo, w przyrodzie występują stworzenia, które umieją, a przypuszczalnie nawet lubią żyć na śmietniku. Treść jak treść – ciśnie się pod pióro pod adresem Michnika (jako iż Guzowaty nigdy nie pretendował do miana intelektualisty czy autorytetu moralnego) – ale ta obrzydła forma! Tutaj już nie można się usprawiedliwiać – co robił Michnik z językowym wystrojem swego spotkania z Rywinem w siedzibie Agory – że chodziło o maskowanie się w celu tym pełniejszego ujawnienia zła. Najbardziej kiedyś wpływowa osoba publiczna Rzeczypospolitej, duchowy partner literackich noblistów i krzyżowiec praw człowieka naprawdę mówi tak, jak to zachował na taśmie profesjonalista z ochrony czołowego polskiego biznesmena. Rzecz jasna, nie chodzi o samo „opierdolenie” redaktora Andrzeja Kublika, które Michnik obiecał Guzowatemu. Wulgaryzmami można wyrażać zdrowy dystans do strupieszałych, niekoniecznie tylko konwersacyjnych zasad. Rynsztokowy żargon Michnika nie wypływa jednakże ze swobody, tylko raczej z jej przeciwieństwa. Tak wypowiada się człowiek „wydrążony”, którego proroczo opisał Eliot. W rozgrywce o władzę, pozycję i grubą forsę zatracił on jakiekolwiek osobiste przekonania, smak i wrażliwość. Nie tyle wyraża myśli razem z uczuciami, co brzęczy i klekocze jak zepsuty robot.

Często – chociaż nie zawsze – czym bardziej beznadziejny stan państwa, tym straszniejszych ma ono pisarzy. Polska upadająca, a potem pozbawiona niepodległości wydała na świat potwornych grafomanów: księży Baków, Marcinów Molskich, Kajetanów Jaxa-Marcinkowskich czy Soterów Rozmiar-Rozbickich. Mawiano o nich: „Idzie Molski, w ręku oda, do Chrystusa, do Heroda”; oni natomiast układali wiersze tej rangi: „Płyń, płyń chwilo miła, żebyś życie nam słodziła”. W przyszłości, uczciwy historyk literatury do tej plejady gwiazd włączy Michnika. Fakt, że w okresie, kiedy faktycznie rządził on Polską, uchodził za wybitnego eseistę, jak również krytyka literackiego, daje się wytłumaczyć tylko bezgranicznym oportunizmem, który zatruwał oficjalne życie III RP.

Grafoman – co trafnie spostrzegł kiedyś Konstanty Jeleński – jest doskonale przewidywalny. Pod jego piórem, serce zawsze okaże się „szerokie”, a kłamstwo – „wierutne”. Nie inaczej, w tekstach Michnika totalitaryzm był niezmiennie zbrodniczy, zaś dyktatorzy w konflikcie z Ameryką łamali prawa człowieka monstrualnie. Starczyło przyjrzeć się jego typowym sformułowaniom, aby wykryć, że – jak gipsowa figurka – są one gładkie na powierzchni, lecz puste w środku. Michnikowi bowiem nie szło o poznawanie rzeczywistości za pomocą słów, tylko o ich użycie do parady pozorów. Na swój prywatny użytek, wiedział on doskonale, jak smutno i obrzydliwie wyglądają fakty, które maskuje swymi tyradami. – Nie czytam waszej manipulowanej gazety – palnął mu w twarz Gudzowaty. – Z manipulacją jest ciekawiej – odparł, wyraźnie tym rozbawiony, redaktor naczelny, którego artykuły wstępne składały się z samych wielkich słów.

Współobywatele Michnika i Guzowatego jedzą i piją znacznie taniej od nich. Nie są jednak o wiele gorzej zorientowani w realiach. Prawie nikt już się optymistycznie nie oszukuje. Wszystkie listki figowe zwiędły. Co zabawne, po tej wielkiej demaskacji wychodzi na jaw, że w ostatnich dekadach stosunkowo najwięcej prawdy mówili ci, których wyklęto jako oszołomów. Kiedy Kazimierz Poznański, ekonomista mieszkający za oceanem, który dzięki odległości tysięcy kilometrów od tutejszych środowisk i dobrych towarzystw pozwolił sobie na niezależną analizę faktów, nazwał polską prywatyzację – „wielkim przekrętem”, w tygodnikach opinii zawrzało. Książka Poznańskiego – wyrokował Andrzej Krzysztof Wróblewski na łamach „Polityki” – to „wielki bełkot”. Dziś podobne oceny ani nie szokują, ani nie spotykają się z potępieniem. Stały się raczej dobrem wspólnym języka publicznego.

Rozpoznając zło – mógłby ktoś przypuścić – wykonaliśmy poważny krok w stronę jego naprawy. Na nieszczęście, trafne spostrzeżenia ulegają wykrzywieniu, prowadzącemu w stronę tylko jednej agentury. Właśnie się dowiedziałem (nie ukrywam, iż nie bez domieszki złośliwego zadowolenia), że do tajnych współpracowników WSI należał Krzysztof Mroziewicz. Ano tak – westchnie niejeden zwolennik zniszczenia słynnego układu – Polskę reprezentował w Indiach, a potem tłumaczył jej obywatelom zawiłości polityki międzynarodowej wredny, skompromitowany agent. I jak mieliśmy uniknąć przekrętów na rzeczywiście wielką skalę?

Pomyślmy jednak, co mówił nam Mroziewicz o wydarzeniach za granicą. Otóż zaliczał się on do dziennikarskich sokołów, które Amerykanie wypuszczali, gdy tylko zbliżało się polowanie z rakietami „Tomahawk” i myśliwcami bombardującymi. Utkwił mi w pamięci jego odczyt, na którym – mobilizując słuchaczy do wojny z terroryzmem – zapewniał on, iż Bin Laden wykupił z arsenałów proradzieckich co najmniej kilkanaście głowic nuklearnych. Wnioski narzucały się same. Aby powstrzymać tak przerażającego wroga, należało podbić najpierw Afganistan, a zaraz potem Irak.

Zmyśleń i przekłamań tego typu znalazłoby się w wystąpieniach Mroziewicza zbyt wiele, by dało się je usprawiedliwić jego niekompetencją czy naiwnością. Trudno nie przypuścić, że Mroziewicz, wiedząc iż na skutek swoich bliskich związków z WSI ma – jak kiedyś powiadano – masło na głowie, postanowił wykupić polisę ubezpieczeniową. Znalazł ją w firmie znacznie bardziej wpływowej i szerzej działającej niż prowincjonalne służby, dla których w swoim czasie pracował. Mądremu dosyć.

Ta raczej podrzędna osobistość jest reprezentatywną próbką ze swojej puli. Ludzie czy to dawnej SB, czy aparatu PZPR – według swoich własnych przechwałek, które rozpowszechniali u schyłku PRL – uważali siebie za fachowców. A fachowcy, jak wiadomo, mogą zmienić pracodawcę.

Ich ekipa nie stanowi więc układu, tylko mu służy. Czym zaś jest on w istocie, odsłoniło się na moment z tak zwanej szafy Lesiaka. Oczywiście, nie dokumentuje ona – wbrew pokutującemu jeszcze tu i ówdzie określeniu – inwigilacji prawicy. Elastyczny specjalista od aresztowania Jacka Kuronia, zmieniwszy zadania razem ze zwierzchnikami, interesował się każdym możliwym zagrożeniem dla kształtujących się stosunków. Był on zresztą jedynie wykonawcą poleceń ówczesnego szefa UOP, Andrzeja Milczanowskiego. W swej nowej roli, okazał się skuteczny. Kto wie, może na przykład PPS pod przywództwem Piotra Ikonowicza zaznaczyłaby jakoś swą obecność w polskiej polityce, gdyby zespół Lesiaka nie sparaliżował jej swoimi delegatami.

Ani z prawa, ani z lewa nie wolno było przeszkadzać w krystalizowaniu się układu. Zapyta ktoś, gdzie w takim razie – jeśli nie w pożółkłych teczkach i nie w dającym się z partyjnej etykiety wskazać winowajcy – szukać tej złowrogo przezywanej „sieci” czy też „pajęczyny”. Na puentę, zadowólmy się tym, że układem jest cała Polska po transformacji. Kolejne mini-układy, przepychając się w jej ramach i wydzierając sobie łupy, potwierdzają logikę układu naprawdę wielkiego, a więc są wobec niego służebne.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie