Nowa mapa polityczna

·

Nowa mapa polityczna

·

Naturalnie, eksperci telewizyjni i gazetowi mogą do woli gaworzyć radośnie, iż wybory te – w miarę postępów demokracji – stają się coraz mniej upolitycznione, ponieważ w głównej mierze dotyczą konkretnych spraw lokalnych. W podobnym duchu radosnej twórczości, ludzie PiS, od prezydenta Lecha Kaczynskiego poczynając, twierdzą, że w niedzielę 12 listopada ich formacja nie przegrała, lecz co najwyżej odnotowała na swym koncie „nierozegraną”.

Ignorując tę gadaninę, jako tako zorientowani obserwatorzy wiedzą swoje. Schyłku aktualnego obozu władzy zapewne nie da się już zatrzymać. Prawo i Sprawiedliwość okazało się wyraźnie słabsze niż opozycja. Obraz rzeczywistości nieco skomplikowały wprawdzie dosyć skomplikowane zasady liczenia głosów. Konkurencja o miejsca w radach powiatowych i gminnych przyniosła nagrodę pocieszenia PiS-owi, którego sztabowcy mieli prawo przerazić się rezultatami indywidualnych wyścigów po prezydenturę większych miast. Właściwie jednak na wszystkich szczeblach główna partia rządząca przegrywa z, razem wziętymi, Platformą oraz centrolewicą.

Oczywiście, zasugerowanej przed chwilą koalicji przeciw PiS-owi oficjalnie nadal ma nie być. Przypomnijmy jednak, że Jarosław Kaczyński przed zeszłorocznymi wyborami parlamentarnymi też nie zapowiadał kontraktu z Samoobroną. Propagandowi rzecznicy jego partii twierdzili raczej, że po zdobyciu władzy warto będzie się przyjrzeć, czy Leppera nie promowała miejscowa, a może i moskiewska agentura. Niech wierny solidarnościowym korzeniom Bronisław Komorowski, niezłomny Stefan Niesiołowski, jak również wyważony Donald Tusk, ogłoszą jeszcze ze sto razy, iż postkomunistyczna w znacznej mierze lewica nie jest dla nich partnerem godnym uwagi. Sytuacji to nie zmieni. A jej wymagania dyktują, że lody muszą zostać przełamane, jeśli dzisiejsi opozycjoniści pragną posmakować sprawowania władzy. PO, która z trudem retuszuje szpecące ją piętno ugrupowania bogatych i samolubnych elit, chyba nigdy nie uda się zdobyć aż tyle głosów, żeby rządzić samodzielnie. Natomiast szczątki potężnych niegdyś SLD i Unii Wolności bez zahaczenia się o Platformę nie wrócą do rywalizacji o najwyższą stawkę.

Wycofując się przed napierającymi przeciwnikami, PiS czyni to we względnym porządku. Za to na jego taktycznych sojuszników spadł pogrom totalny. Liga Polskich Rodzin leży już w trumnie, a Samoobrona zaraz przyłączy się dla towarzystwa. Osaczając swoich koalicjantów tyleż jawnymi, co zakulisowymi manewrami, Jarosław Kaczyński odniósł zwycięstwo Pyrrusowe. Trafnie przewidział, że PiS zwasalizuje, a może nawet wchłonie uważane do niedawna za niebezpieczne partie protestu, jeśli je wciągnie do rządu. Teraz jednak Kaczyński został sam na placu. Jego obóz nie ma już partnerów ani rezerw.

Ciężko byłoby coś doradzić Romanowi Giertychowi lub Andrzejowi Lepperowi. Lojalnie wspierając PiS ciągle jeszcze liczącymi się głosami ich posłów, pewnie kupiliby o­ni dla siebie i swoich dalsze lata piastowania prestiżowych, a także popłatnych stanowisk. Potem jednak nie mieliby innego wyboru niż starać się u zauszników Kaczyńskiego o miejsca na listach wyborczych Prawa i Sprawiedliwości. Ponieważ kierownicza ekipa PiS zna wyższe wartości niż lojalność wobec ludzi, z których usług korzystała, wcale nie jest pewne, że ich prośby mogłyby liczyć na spełnienie. Nie da się wykluczyć, że LPR i Samoobrona popróbują agresywnego zaznaczania własnej odrębności w stosunku do koalicyjnego Wielkiego Brata. Jeśli Giertych będzie nadal podważał sens polskiej obecności wojskowej w Iraku i w Afganistanie, a Lepper – bombardował postulatami socjalnymi rządowych strażników budżetu, to takiego obrotu wydarzeń należałoby sobie tylko życzyć. Posuwając się w tych gierkach za daleko, wicepremierzy tracący grunt pod nogami zlikwidują jednak swe posady razem z parlamentem. Przypuszczalnie znaleźli się o­ni już w położeniu, które szachiści nazwali „Zugzwangiem”: na jakikolwiek ruch by się nie zdecydowali, pogorszą nim swoje położenie.

W przeciwieństwie do nich, PiS nie musi bać się o przetrwanie, lecz powodów do optymizmu także mu brakuje. Wyszło na jaw, że nieco większa frekwencja wyborcza niż we wrześniu zeszłego roku działa na jego niekorzyść. Kiedy do urn poszło niespełna 40% uprawnionych, pełna mobilizacja konserwatywnych i narodowych wyborców, którą spowodowały wspólnie dobrze obmyślane telewizyjne agitki, nawoływania Radia Maryja i zachęty tego odłamu hierarchii kościelnej, który PiS-owi sprzyja, partii Kaczyńskich udało się nieoczekiwanym rzutem na taśmę wyprzedzić Platformę. Przy kilku procentach głosujących więcej, powodzi się jej gorzej. Względny tłum w komisjach wywołał sam PiS, stale upolityczniając medialną codzienność i podgrzewając atmosferę w kraju. Tym samym ułatwiał o­n jednakże zaatakowanie swojej bramki. Z dwu konkurujących ze sobą wizji wydarzeń, które starano się posunąć ogółowi, lepiej zadziałały sugestie opozycji. Dokładniejszymi słowy, więcej ludzi wierzy, iż Polska pod władzą bliźniaków chwieje się nad krawędzią dyktatury i stanowi zakałę Europy, aniżeli ich oczekuje na rozprucie szarej sieci.

Usiłując osłabić wrażenie klęski PiS-u, Lech Kaczyński zauważył trafnie, iż Polska nie składa się tylko z dużych miast. To oczywiście prawda, lecz równocześnie trudno nie przyznać, że partia, która ma ambicje zarazem ogólnonarodowe i przełomowe nie powinna aż do tego stopnia przegrywać w ośrodkach handlu, administracji, mediów czy szkolnictwa. Jak sygnał alarmowy dla strategów PiS musi brzmieć informacja, że Kazimierza Marcinkiewicza poparli w stolicy głównie wyborcy starsi wiekiem, a także legitymujący się niewysokim wykształceniem. Co innego deklarować zamiar upodmiotowienia grup, które dotychczas były odpychane i wyciszane przez aroganckie elity, co innego natomiast – zostać skazanym na rozgrywanie urazów i stereotypów, właściwych tym pierwszym.

Zachowanie Marcinkiewicza tuż po ogłoszeniu sondażowych wyników wyborczych, świadczy, że etykieta polityka PiS nie pomaga już, ale raczej przeszkadza zwycięsko rywalizować o prymat. Były premier roztropnie opowiada się za konkursem indywidualności, a nie programów czy szyldów partyjnych. Kalkuluje trafnie, że tylko przy tak określonych regułach ma cień szansy na wygraną z Gronkiewicz-Waltz. Istotnie, jeśli o­n czy Jerzy Kropiwnicki ocalą Prawo i Sprawiedliwość przed groźbą klęski od Gdańska po Kraków i od Zielonej Góry do Białegostoku, to dokonają tego pomimo swych barw partyjnych – w żadnym wypadku za ich sprawą.

Teoretycznie rzecz biorąc, po wyborach PiS znajdzie dość czasu, żeby odwrócić, a przynajmniej powstrzymać, niekorzystny dla siebie zwrot opinii publicznej. Nie wiadomo jednak, do jakich metod propagandowego i praktycznego działania winno w tym celu się uciec. Jego liderom zapewne narzuci się pomysł, żeby wykorzystać przewagę w Sejmie, jaką wciąż dysponują, przychylny sobie nowy skład Trybunału Konstytucyjnego oraz instrumenty kontroli nad prokuraturą, policją oraz służbami specjalnymi. Wszystkie te atuty posłużą do zaostrzenia kampanii rozliczania oraz ujawniania. I w tych obszarach, jednakże, rezerwy PiS się wyczerpują.

Sławetny raport Antoniego Macierewicza o WSI zawiera podobno około 300 nazwisk. Większość z nich należy jakoby do anonimowych informatorów, których wojskowi wywiadowcy, postawieni obecnie pod pręgierzem, ulokowali w radach nadzorczych czy zarządach firm liczących się na rynku. Oprócz tego, w raporcie wymienia się kilkanaście osób publicznych, w tym szczególnie znanych dziennikarzy. Zauważmy, iż WSI, próbując nadzorować newralgiczne obszary działalności gospodarczej, działały poniekąd zgodnie z ich statutem. O ile nadużyły swych uprawnień, to – zgódźmy się – nie rozpętały tym samym korupcji, lecz raczej starały się ją eksploatować z korzyścią dla swych funkcjonariuszy. Idąc dalej, ogłoszenie wyników dociekań Macierewicza zainicjuje pewną liczbę skandali, które – nie inaczej niż afery redaktorów Lesława Maleszki i Ernesta Skalskiego, ojca Konrada Hejmo, księdza Michała Czajkowskiego lub wicepremier Zyty Gilowskiej – jak zaiskrzą, tak prędko przeminą i ulegną zapomnieniu. Widownia czuje się już znużona incydentami tego typu. Wyczuwa o­na ponadto, że dokumentację z tajnych archiwów odczytuje się stosownie do potrzeb chwili. Ten i ów najpierw jest obsadzany w roli agenta, potem zaś równie łatwo – wzorem wspomnianej Zyty Gilowskiej – grać ją przestaje.

Wejście w życie szeroko zakrojonej ustawy lustracyjnej, które – po jej, wprawdzie opatrzonym zastrzeżeniami, podpisaniu przez prezydenta – wydaje się przesądzone, spełni marzenia entuzjastów rozliczeń. Ale ich radość nie potrwa długo. Wkrótce wyjdzie na jaw, że sejf z sekretami wyobcowanej i spaczonej polityki – i takiej samej gospodarki czy debaty medialnej – otwiera się kluczem bardziej wyrafinowanym niż „agentura dawnej SB”, nawet z WSI na przyczepkę. W najbliższych miesiącach, nastąpi jeszcze trochę spektakularnych aresztowań wśród wycofanych z obiegu ludzi dawnego SLD, AWS oraz Unii Wolności. Nie wiadomo jednak, czy prokuratorzy dopatrzą się tam dowodów wystarczających, aby te podejrzane persony zatrzymać na dłużej czy tym bardziej skazać. Nadmiar akt, nazwisk i zarzutów pogłębi przesyt wśród widzów. I co wtedy?

Najbardziej oczywistym rozwiązaniem byłoby pewnie obwieszczenie, iż etap rewolucji się skończył. Obierając kurs bardziej kompromisowy, Prawo i Sprawiedliwość mogłoby wznowić walkę o wyborców, których ostatnio straciło na rzecz Platformy. Niestety dla Kaczyńskich oraz ich drużyny, legendarny Lech – czy, jak kto woli, „Bolek” – wypowiadając się o nich, miał przebłysk wnikliwej intuicji. „Ludzie walki” nie pasują do uspokajania sytuacji.

Chyba jeszcze nie najbliższej wiosny, ale prawdopodobnie szybciej niż za regulaminowe trzy lata, nadejdzie moment, którego wyczekuje czołówka Platformy. Któraś z rzędu awantura Kaczyńskiego z Lepperem doprowadzi do rozwiązania Sejmu, które – całkiem możliwe – nie będzie do końca przypadkowe. Kierownictwo PiS dojdzie, być może, do wniosku, iż lepiej pójść na wybory, gdy zachowały się szanse na godziwy wynik, aniżeli podzielić los formacji Krzaklewskiego czy Millera.

Z urn niemal na pewno wyłoni się koalicja liberalno-centrolewicowa. Szef rządu, Donald Tusk, do spółki z wicepremierem Markiem Borowskim, będzie uszczęśliwiał naród odzyskaną stabilizacją i powrotem do europejskich standardów. Na dalszym planie, zahuczy fala liberalnych reform w polityce socjalnej i budżetowej. Jest do pomyślenia, że Tusk i Borowski dobiorą sobie trzeciego koalicjanta – Waldemara Pawlaka, który w samorządowej pierwszej turze dowiódł, iż jego PSL ciągle jeszcze, choć chyba tylko Matka Boska Zielna wie, dzięki jakim zasługom, utrzymał pewne wpływy w terenie – aby osłabić oskarżenia, iż „aferałowie” w sojuszu z „komuchami” znowu łupią Polaków.

Jeżeli rząd PO i SLD nie udźwigną ciężaru komercjalizacji służby zdrowia i szkolnictwa wyższego, do dyspozycji pozostaje jeszcze jeden wariant. Jest nim wielka koalicja Platformy z osłabionym PiS-em. Urzeczywistnienie tego pomysłu wymagałoby jednak zmiany personalnej na czele ostatnio wymienionego ugrupowania. Gdyby Kazimierz Marcinkiewicz jakimś cudem pokonał Hannę Gronkiewicz-Waltz, zyskałby poważne szanse, aby w odpowiednim czasie zostać Mojżeszem, który przeprowadzi PiS z wyjałowionej już ziemi kombatanckiego antykomunizmu do ziemi obiecanej prawicowości, którą miarodajne autorytety uznają za nowoczesną.

Ten pobieżny bilans powyborczy spróbujmy zamknąć akcentem optymistycznym. Ku pokrzepieniu serc doskonale nadaje się względny sukces, odniesiony w stolicy przez zjednoczony front Gumisiów i Krasnoludków, któremu przewodził powracający z niebytu Pomarańczowy Major, Waldemar Fydrych. Wśród zdeklasowanych przezeń outsiderów, znalazły się persony, które – inaczej niż Fydrych – traktowały siebie nader poważnie: La Passionaria antyklerykalizmu, Wanda Nowicka, oraz Ignacy Loyola naszych czasów, poseł Wojciech Wierzejski. Ta para matadorów świętej wojny – gdyby nawet głosy, które zebrała, wrzucić do jednego worka – wlokłaby się w tyle za postaciami baśniowego happeningu. Przekonanych, że najważniejszą sprawą w Polsce jest bądź aborcja na życzenie bądź, na odwrót, bezwyjątkowy zakaz aborcji, wystarczy akurat na zapełnienie wesołego miasteczka.

Wzięciem nie cieszyli się również kombinatorzy, których sojusz wyborczy używał szyldu Polskiej Partii Pracy. We wszystkich prawie okręgach, gdzie startował, dobił o­n do mety na wątpliwie honorowych ostatnich miejscach. I nie dziwota. PPP głosiła hasła radykalnie lewicowe, zawieszając nad nimi sztandar ze skrzekliwym orzełkiem, będącym reliktem bliskich kiedyś związków jej liderów z nacjonalistyczną prawicą. Również w najnowszych wyborach nie sprawdziła się taktyka, żeby rozejrzeć się za miejscem uplasowanym na tyle daleko po lewej bądź prawej stronie, iż jeszcze żaden chętny do kariery politycznej tam nie zawitał, wskoczyć tam na beczkę i krzykliwie pohukiwać.Czy klęska przewodniczącego PPP, Bogusława Ziętka i skrzykniętej przez niego trupy cyrkowej, nie przynosi kolejnego dowodu, iż konflikty w krajowej polityce są definitywnie ustalone razem z ich rezultatami? Większość głosuje przeciw rządzącemu PiS-owi, popierając w tym celu opozycję, którą wskazano jej z góry jako jedynie wiarygodną, poważną i obdarzoną perspektywami sukcesu – czyli na Platformę i w mniejszym stopniu na centrolewicę. Tak bywało już nieraz – i tak się stało ostatnio. Nie jest wszakże przesądzone, iż zawsze już tak będzie.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie