Koniec rywinaliów

Opozycyjne „Fakty” TVN zgodziły się tutaj z ministrem Zbigniewem Ziobro, a komentatorzy „Gazety Wyborczej” przemówili niemal jednym głosem z – tak przez nich szyderczo etykietowanymi za okazywanie sympatii PiS-owi – „dziennikarzami IV Rzeczypospolitej”.

Tymczasem, patrząc chłodno na prawnicze meritum sprawy, wyjście Rywina na wolność było oczywistą konsekwencją zarówno litery, jak ducha obowiązujących przepisów. Gdyby nawet upierać się przy surowej ocenie czynu, za który go skazano, to i w takim wypadku trudno byłoby nie przyznać, że poniósł o­n już dostateczną karę. Nie tylko bowiem spędził dłuższy czas w celi, lecz również doznał infamii, czy wręcz śmierci cywilnej. Idąc dalej, zatrzymanie Rywina za bramą więzienną nie miałoby żadnego sensu prewencyjnego. Czy można sobie wyobrazić, że ktokolwiek przy zdrowych zmysłach posłużyłby się nim jako pośrednikiem w negocjacjach korupcyjnych?

I wreszcie, żeby dopełnić miary śmieszności i obłudy, wyrażano wątpliwości, czy Rywin zdążył się zresocjalizować. Otóż dla każdego, kto wie cokolwiek o warunkach, a zwłaszcza stosunkach międzyludzkich w realnie istniejących więzieniach – a przecież nawet dzieci od czasu do czasu oglądają filmy z akcją „w kryminale” – ocena, iż pobyt tam może wywierać pozytywny wpływ wychowawczy, w ogóle brzmi groteskowo. Poza tym, wydaje się pewne, że towarzystwo tych, na szczęście dosyć licznych, osobistości ze środowiska artystycznego, które nie przekreśliły swej znajomości z Rywinem, gdy wpadł o­n w tarapaty, ma wszelkie szanse oddziałać na niego korzystniej, niż kompania recydywistów, w jakiej zapewne znajdował się o­n przez minione miesiące.

Ale czy Rywin – podrążmy trochę głębiej – powinien przebywać tam, skąd właśnie wyszedł? Nie zainkasował o­n przecież ani centa z łapówki, o którą miał przestępczo zabiegać. Z kolei, kryminalny zamiar należy oceniać według szkodliwych społecznie skutków, które o­n przyniósł czy chociaż mógł przynieść. Otóż nie udowodniono, że Rywin współkształtował w jakiś znaczący sposób ustawę o mediach, o której zmianę na korzyść spółki Agora podjął się o­n zabiegać. Dla porównania: jeśliby do Michnika przyszedł rozmówca, obiecujący wystarać się dla niego o Niderlandy z Madagaskarem na przyczepkę w zamian za pękaty wór dolarów, pewnie by go zbyt surowo nie ukarano.

Więcej nawet: zapisy, do których kierownictwo Agory zgłaszało zastrzeżenia, zostały już z niej wycofane, nim jeszcze Rywin wybrał się na (tylko w swoim mniemaniu) poufne spotkanie na szczycie. Nagrana wymiana opinii między Rywinem a Michnikiem nosiła ponadto wszelkie znamiona prowokacji. Nie da się jednoznacznie osądzić, co Rywin w jej trakcie powiedział, bo takie sobie przygotował plany, co natomiast zostało od niego wyciągnięte. Przykładowo, sumę 17 milionów dolarów, którą kiedyś zachłystywała się publiczność, jako pierwszy wymienił Michnik. Sąd, przed którym w swoim czasie stanął Rywin, nie popełniłby błędu, gdyby sprawę umorzył lub nawet – o zgrozo – uniewinnił oskarżonego. A jeśli już postanowił o­n łudzenie się nadziejami na nielegalne korzyści finansowe potraktować równie surowo jak ich skonsumowanie, to wypadało mu uwzględnić dotychczasową niekaralność Rywina oraz jego niebagatelny menedżerski wkład do rozwoju kultury filmowej. W takim wypadku, niezbędne stałoby się zawieszenie wymierzonych Rywinowi dwóch lat więzienia. Niestety, sąd w obydwu swoich instancjach – tak pierwszej, jak apelacyjnej – obradował jednak pod na tyle agresywnym naciskiem ośrodków politycznego i szczególnie propagandowego nacisku, że o wyborze któregokolwiek z tych rozwiązań mowy być nie mogło.

Rywin trafił pod kuratelę strażników za kontekst swojej afery, a nie za jej kryminalną treść. O tyle też ma o­n rację, nazywając siebie więźniem politycznym. Jeżeli ktoś w tym miejscu się oburzy, to przypomnijmy sobie, że wyroki wieloletniego więzienia czy nawet śmierci za drobne malwersacje w handlu mięsem, które zdarzały się 40 lat temu na życzenie Władysława Gomułki, uważa się dzisiaj za polityczne. A przecież skazani w tych procesach nie byli męczennikami za wiarę i ojczyznę.

Rywina potępiono za upór, z jakim odmawiał wskazania na swoich mocodawców. A może nie ujawnił o­n, kto wysłał go do Michnika, gdyż takiej persony, z ukrycia pociągającej za sznurki, po prostu nie było? Rozumując nie wprost: gdyby – przezwana tak w najgorętszych dniach Rywinowego karnawału, grupa trzymająca władzę istniała, to Rywin w końcu by ją zdradził, żeby ratować swoją skórę. Lojalność w układach biznesowych kończy się na granicy, za którą odzywa się instynkt samozachowawczy. Stolica III RP nie jest podobna do Sycylii czy Neapolu, gdzie – i to raczej już dość dawno – przestępca z mafii szedł na szafot, nie chcąc pomóc sobie zeznaniami, aby tylko nie zaszkodzić swemu „capo”. Rywin nie miał powodu chronić czołówki SLD – bądź kancelarii prezydenckiej – która nie zamierzała wyciągać go z opresji. Niektórzy prominenci minionego sezonu – by wspomnieć tylko Aleksandra Kwaśniewskiego – wręcz wołali dla niego o pręgierz. Obecnie, ze strony Rywina byłoby całkiem niedorzeczne bać się zemsty słabej, izolowanej i atakowanej grupy, którą stanowi lewica z okolicami. Rutynowany biznesmen zapłaciłby nazwiskami i obciążającymi zeznaniami za wolność, jak również częściową choćby rehabilitację. Jeżeli nic nie powiedział, to dlatego, że nie wiedział.

Odnotujmy, że Rywin skądinąd mówił sporo, tylko iż nie chciano go słuchać. Stale wyrażał pretensje wobec swej dawnej znajomej, Wandy Rapaczyńskiej, która – jak zapewniał – najpierw namówiła go do lobbingu na rzecz Agory, a potem bez skrupułow oskarżyła o zbrodnicze zamysły i machinacje. Tak to chyba, w zarysie, wyglądało. Kręcąc się na skrzyżowaniach towarzyskich szlaków środowisk medialnego oraz SLD-owskiego, Rywin zasłyszał o kontrowersyjnej ustawie, która próbowała ograniczyć monopol wśród nadawców komercyjnych przekazów i dlatego zaniepokoiła Agorę. Mając doskonałe kontakty po obu stronach sporu, postanowił zabiegać między nimi o kompromis. Kalkulował pewnie tak: jeśli nic z tego nie wyjdzie, nic nie stracę. Gdyby jednak – roiło mu się dalej – ludzie Michnika oraz Millera się dogadali, to i jedni, i drudzy mi się odwdzięczą. Zachęty Rapaczyńskiej, mobilizując go do bieganiny, równocześnie odebrały mu samokontrolę. Rywin już widział siebie na dyrektorskim fotelu w Polsacie, który Agora, zmagając się z barierami postawionymi jej przez ustawodawców kół rządowych, bardzo chciała kupić. Co zaczęła Rapaczyńska dobrym słowem, dopełnił Michnik, obficie racząc Rywina najsłynniejszym produktem eksportowym ziemi szkockiej. Kiedy stary wyga pojął, że zwabiono go w pułapkę, było już za późno.

Dlaczego Rapaczyńska i Michnik bez litości zdeptali starego znajomego, który nie tylko im nie szkodził, ale nawet po swojemu starał się ich wspierać? Odpowiedź zawiera się w tytule głośnego swego czasu artykułu Piotra Pacewicza „Powstrzymać SLD”. Postkomuniści – wywodził tam zastępca redaktora naczelnego „GW” – trzymają już w łapach urzędy prezydenta i premiera, a w dodatku niemal większościową pulę w Sejmie. Jeżeli im się nie przeszkodzi, gotowi są zaprowadzić swe wyłączne rządy na kilka kadencji.

Tu przyda się pewna dygresja historyczno-psychologiczna. Mianowicie, publicyści prawicowi zdają się wierzyć święcie, iż głównym celem stawianym sobie w ciągu ostatnich kilkunastu lat przez Adama Michnika było Reytanowskie bronienie – zwykle osobiście z nim zaprzyjaźnionych – spadkobierców starego ustroju. Ocena ta jest trafna najwyżej częściowo. „Gazeta Wyborcza”, zwłaszcza w okresach nasilenia swego konfliktu z katolicko-narodową prawicą, istotnie potępiała jej postulaty rozrachunkowe, głosząc, że stoją za nimi „ludzie chorzy z nienawiści”.

Gdy jednak uważała to za przydatne, potrafiła uruchamiać kampanie przeciw obozowi Aleksandra Kwaśniewskiego i jego współpracowników. To dzięki jej łamom zyskały rozgłos wywiadowcze doniesienia o „moskiewskiej pożyczce” dla likwidującej się PZPR. Tam również nad wyraz życzliwy i pomocny odbiór dla swych oskarżeń w stosunku do premiera Oleksego znalazł Andrzej Milczanowski. Wracając po latach na te tropy, „GW” obiła Millera i jego partię. Nie przeszkodziło jej w tym nawet, że gdy Millerowski SLD rządził, to o­na w istocie kierowała.

Zygzaki te układają się w precyzyjny wykres planu strategicznego. Michnik, oczywiście, chciał posługiwać się partnerami, z którymi dobrze mu się porozumiewało przy Okrągłym Stole. Jednakże, po zmianie ustroju i sytuacji geopolitycznej, nie pozostawiał im złudzeń, iż muszą mu służyć za wasali. Dlatego też za objawy rośnięcia w siłę oraz nieśmiałe próby usamodzielniania czekało ich manto. A gdyby któryś z postkomunistów ośmielił się wierzgnąć, zawsze można było go wezwać do szyku takim ostrzeżeniem: jak tylko „Gazeta” zdejmie z was swój parasol ochronny, przyjdzie Macierewicz i was rozliczy…

Uplasowanie pomiędzy wrogimi szańcami pozwalało „Gazecie Wyborczej” w bardzo podobny sposób rozgrywać prawicę. Nie bez powodu ci prawicowcy, których arbitrzy dobrego smaku z otoczenia Michnika zaszczycili mianem „cywilizowanych” – np. Aleksander Hall czy Stefan Niesiołowski – byli chętnie widziani na „gazetowych” łamach. Widzicie, co się dzieje – tak, dla odmiany, ich szantażowano – SLD znowu wygrał wybory i dzieli posady. Musicie dogadywać się z nami, bo inaczej wylądujecie na marginesie. I tak wszyscy podejrzewają, że partie waszej opcji są rezerwatami oszołomstwa.

Kapitał nagromadzony w trakcie tych wieloletnich manewrów został użyty i – na nieszczęście dla „GW” – prawie w całości zużyty z okazji afery Rywina. Wydawało się z początku, że spółka Agora i jej prasowy organ przywłaszczyły sobie przewodnią rolę wobec wszystkich bez mała władz państwowych. Premier Miller – zamiast polecić, żeby prokuratura zajęła się tą sprawą, skoro już o niej głośno w politycznej warszawce – tłumaczył się Michnikowi na poufnym spotkaniu, że jest niewinny. Sejmowa nadzwyczajna komisja śledcza za fundamentalny temat swych dociekań obrała pytanie: kto śmiał skrzywdzić Agorę? Na jej posiedzeniach, Michnik popisywał się tak sobie śmiesznymi żarcikami („tu nie chodzi chyba o Leszka Białego ani Czarnego, tylko o Leszka Millera”, „byliśmy z Rywinem trzeźwi jak szkło”), wiedząc, że nikt nie odważy się skierować przesłuchania na tory dla niego kłopotliwe. Prokuratorzy i sędziowie – widząc bez wątpienia, że materiał jest poszlakowy, a zarzuty dęte – oskarżali i skazywali Rywina. W końcu, lecz nie na końcu, media stosowały się do zasady, że tytuły mogą być różnorodne, byle tylko pod nimi i w środku wyrażano racje Agory. Jako gorący sojusznik Michnika objawił się wówczas – chyba ku zaskoczeniu niejednego kombatanta tak „Solidarności”, jak PZPR – Jerzy Urban.

Od tych szczytowych triumfów prowadziła nieoczekiwanie szybka droga do zmierzchu. Początkowo, Michnik oczekiwał chyba, że nagrania rozmowy z Rywinem będzie mu się gratulować równie powszechnie, jak przed wieloma laty – szyderczego listu z więzienia do szefa swych strażników, generała Kiszczaka. Zapomniał, iż pewne czynności – takie, jak szczególnie stosowanie podsłuchu i denuncjacji – uważa się czasami za użyteczne, lecz nigdy za godne szacunku. Poręczne magnetofony zostały w mowie potocznej przechrzczone na „michniki”. Nie można pozostać autorytetem, ciesząc się popularnością takiego gatunku.

Zdegradowany moralnie Michnik stal się łatwym celem dla wrogów, którzy długo musieli na niego zgrzytać bezsilnie zębami. Miażdżący go raport o aferze Rywina sporządził najbardziej efektowny z sejmowych śledczych, Jan Rokita. I nic dziwnego: ten ostatni szykował się wówczas do posady premiera. I nie życzył sobie, żeby Michnik szarogęsił mu się w gabinecie tak samo, jak to czynił w pałacu prezydenta Kwaśniewskiego. Michnik życzył sobie, aby SLD osłabł, a jednocześnie przegrupował się kadrowo. Osiąganiu obydwu tych celów towarzyszyły przykre niespodzianki.

Bomba Rywinowa uruchomiła reakcję łańcuchową, w której wzajemnie się wzmacniały urazy starszej i świeższej daty. W oczach ludu, aparatczyk z czasów Gierka zjednoczył się jakimś cudem z biznesmenem usiłującym udawać socjaldemokratę. Podmuch zbiorowej niechęci zmiótł SLD na tak głęboki margines, że Michnikowi zabrakło oparcia na lewym biegunie politycznego układu. A wtedy prawicy już łatwo było ogłosić, że cały ten układ – włącznie, albo wręcz na czele z Michnikiem – dopomina się o wymianę.

Dlaczego Zbigniew Ziobro tak walczył, żeby Rywin nie mógł oddychać świeżym powietrzem? Gdyby nie aferalne rywinalia, i o­n, i – dajmy na to – Zbigniew Wassermann strzegliby sprawiedliwości i bezpieczeństwa jedynie w swych marzeniach. Od nich akurat Rywinowi byłoby wolno oczekiwać wdzięczności.

Być może, Ziobro wyczuwa, że korupcja jest fenomenem bardziej skomplikowanym niż w okresie, kiedy swym czujnym wzrokiem wypatrywał nici biegnące od jej przypadków poszczególnych do grupy trzymającej władzę, która o samej północy zbiera się na tajnych posiedzeniach w leśniczówce na Mazurach. Ciekawe, swoją drogą, że pod rządami Prawa i Sprawiedliwości nie odbył się bodaj żaden poważny proces antykorupcyjny, który wykazałby związki gospodarczych niedostatków z nomenklaturowo-liberalnym układem.

Na skutek rywinaliów, jedni – z winy swej łapczywości – przegrali, drudzy wygrali tak, że przegrają za chwilę. Prawda jest przykra, tak więc – żeby ją zagłuszyć – ich wspólny chór wrzasnął: Rywin do więzienia!

Jacek Zychowicz

(ur. 1963) – dr nauk filozoficznych (autor pracy doktorskiej o Stanisławie Brzozowskim), polonista, tłumacz, muzykolog-amator, wykładowca akademicki, publicysta. Publikował m.in. w „Dziś”, „Trybunie”, „Nowym Tygodniku Popularnym”, „Myśli Socjaldemokratycznej”, „Wiadomościach Kulturalnych”, „Polityce”, „Przeglądzie Tygodniowym”, „Twórczości”, „Sztuce”, „Życiu” i „Europie”. Autor książki „Mieszanka wybuchowa. Felietony i powiastki ze świata jednowymiarowego”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>