Afrykańska trupiarnia

·

Afrykańska trupiarnia

·

Świetny to komentarz do sytuacji w tzw. Rogu tego kontynentu. Bez większego zainteresowania mediów i opinii publicznej, armii etiopskiej, wspierającej oddziały lokalnych watażków, których jedną z klik nazywa się legalnym rządem, udało się wyprzeć z głównych miast Somalii zajmujące je od niedawna siły unii trybunałów islamskich. Tę ostatnią określa się w zachodnich komentarzach jako talibów w wersji nieco bardziej „soft”. Sugerowane zestawienie można poprowadzić dalej. Niewykluczone, że w Somalii mamy obecnie do czynienia z sytuacją, która zapanowała w Afganistanie jesienią roku 2001, po zdobyciu przez mudżahedinów z Sojuszu Północnego, obdarzonych wtedy zaufaniem administracji prezydenta Busha, Kabulu i Kandaharu. Informowano nas wówczas, że w afgańskiej stolicy zapanował porządek pod egidą Zachodu. Ten uspokajający obraz odmienił się dopiero ostatnio. Jak już wiadomo, reżim z euroatlantyckiego importu nie przyjął się na ziemi wojowników Allacha i handlarzy opium.. Podtrzymujący go korpus ekspedycyjny NATO doznał na tyle znacznych strat, że kontyngenty z państw starej Europy trzeba zastępować posiłkami od nuworyszy wspólnoty kontynentalnej, których rządy mniej liczą się z życiem swoich żołnierzy. Następuje za to reaktywacja talibów.

Bardzo prawdopodobne, że identycznego obrotu wydarzeń należy spodziewać się w Somalii. Czy ta prognoza się potwierdzi, dowiemy się chyba nieprędko. Komercyjne źródła dawkują bowiem oszczędnie nawet doniesienia z Afganistanu, stanowiącym niedawno główny front wojny z terroryzmem. A co tu mówić o Somalii, która jest skrawkiem piasku nad morzem?

Ten niepozorny kraj budzi jednak ciekawość – mianowicie, jako dowód umiędzynarodowienia się ruchu, który do takiej rozszerzającej go mutacji wydawał się całkowicie niezdatny. Taliban wyszedł z gór w Azji Centralnej i dotarł nad Morze Czerwone. Aby tak krążyć po świecie, nie może on być zupełnie pozbawiony zalet. Wśród zintelektualizowanych dowcipów, którymi jedną ze swych ostatnich książek (nie pomnę już: „Rewolucję u bram” czy „Kukłę i karła”) ubarwił Slavoj Žižek, wyróżnia się jego opinia o talibach. Ich państwo było ponoć „postmodernistyczne”, a to dlatego, że – ignorując gospodarkę, o którą troszczyli się suwereni epoki nowoczesnej – skupiło się na tematyce stylów życia. Prościej mówiąc, talibowie mało się interesowali tym, z czego żyją ich poddani – i czy w ogóle mają po temu środki. Tę kwestię pozostawiono łaskawości plemiennych bogaczy oraz miłosierdziu świeckich misjonarzy z instytucji pomocy zagranicznej. Pasje uczniów mułły Omara zwracały się natomiast ku sferze światopoglądowo-genderowej, szalejąc zwłaszcza wokół posągów Buddy, długości męskich bród i czadorów na twarzach kobiet.

W swym błyskotliwym wywodzie, Žižek pomija rzecz, która – mniej mu do niego pasując – zyskała kluczowe znaczenie dla samych Afgańczyków. Rządom talibanu nie brakowało cech odstręczających, lecz przynajmniej gwarantował on względne bezpieczeństwo. Kobiecie – innymi słowy – nie wolno było wyjść na ulicę bez czadoru, lecz za to nie groził jej gwałt, nagminny pod panowaniem koalicji partyzantów, którzy z literą Koranu mniej się zazwyczaj liczyli. A brodacz, który w innych warunkach politycznych chętnie skorzystałby z maszynki, godził się jakoś z narzuconym mu typem męskiej urody, bo rozumiał, że dzięki temu drobnemu ustępstwu spokojnie załatwia swoje sprawy na mieście, a wcześniej dziękowałby Prorokowi, ciesząc się, iż w drodze do pracy albo na bazarze jakimś cudem nie zastrzelił go partyzant, który kiedyś może i był bohaterem wojennym. Talibowie ustanowili władzę kontrolującą kraj i dającą się przewidzieć w swych oczekiwaniach wobec jego mieszkańców, która – jeżeli nawet kompromituje się czasem dziwactwami i brutalnością, to niemal zawsze przewyższa anarchię. Dlatego większość akceptowała ich – czy chociaż biernie znosiła – jeśli już nie darzyła przesadnym uwielbieniem.

Z tych samych powodów, ich krewniaków ideowych, sędziów trybunałów islamskich, powitano w Somalii z pewnymi nadziejami. Czy nie sprawiliby rozczarowania, w tej chwili już nie da się ustalić. Ich nadejście, oprócz etiopskiej Addis Abeby, zaniepokoiło o wiele ważniejszą stolicę. Strategom Białego Domu roiło się już na pewno osaczenie perły w koronie ich naftowego imperium, Arabii Saudyjskiej, z dwóch przeciwnych stron: od Iraku, wypadającego spod ich militarnej kontroli, oraz Somalii, w której strach o wielkich oczach kazał im się dopatrywać świeżych baz Al-Kaidy.

Przeciw paramilitarnej milicji sędziów islamskich, amerykański szachista wysłał więc swoje lekkie – ale na tę partię wystarczające – figury z etiopskiej armii regularnej. Nad tym, że sąsiednie kraje afrykańskie prowadzą ze sobą wojnę – na dodatek, po raz któryś z rzędu – nie da się raczej zadziwić. Etiopia i Somalia są jednak o tyle fascynujące, że za każdym razem walczą ze sobą w biegunowo przeciwnych sojuszach, a nawet systemach ustrojowych.

Atakując Etiopię w roku 1977, Somalia była krajem budującym socjalizm naukowy. Wybór ten nie prowokował wtedy do szyderstw, a nawet, przeciwnie, należał w ówczesnym Trzecim Świecie do stosunkowo częstych. Osobliwie, a nawet zabawnie prezentował się natomiast fakt, że przeciwnik somalijskich wyznawców Marksa i Lenina szedł identyczną – jak wtedy mawiano – drogą rozwoju. Wkroczył na nią kilka lat później – na skutek wydarzenia będącego dziejowym ewenementem, które skłoniło Ryszarda Kapuścińskiego do napisania swego niepodważalnego reporterskiego arcydzieła „Cesarz”. W Etiopii upadło najstarsze – po Japonii – cesarstwo, liczące sobie (jeśli wierzyć dynastii Salomona, że dziedziczyła ona po królach państwa Aksum) blisko dwa tysiąclecia.

Opis jego agonii Kapuściński rozpoczął od pieska. Cesarz Hajle Selassje do tego stopnia nie miał serca niczego zabronić swojemu ulubieńcowi, że opróżniał on pęcherz, gdzie mu się tylko podobało. Tymczasem, pałacowe posadzki i dywany musiały być nienagannie czyste. Dworscy urzędnicy rozpaczliwie walczyli z tą kwadraturą koła. Za to przynoszeniem wiadomości z kraju swojemu dostojnemu panu zbytnio się nie trudzili – chyba że brzmiały wyjątkowo pomyślnie. Hajle Selassje chyba rzeczywiście nie wiedział, że jego kraj, któremu obiecał modernizację, jest systematycznie pustoszony przez klęski głodowe.

Obalenie tego układu władzy, doskonale hermetycznego w swoim wyobcowaniu, też było jedyne w swoim rodzaju. Najpierw rewolucjoniści przejęli, zwykłą w okresach przełomowych drogą szturmów, cesarskie urzędy, garnizony i posterunki wszędzie poza pałacem. Z nim jednak, licząc się pewnie z międzynarodowym uznaniem dla Hajle Sellasje, uważanego za ofiarę włoskiego faszyzmu, a później pioniera pokoju, tolerancji i równości między rasami, postępowano ostrożnie. Precyzyjnie rozpoznając pałacową hierarchię, stopniowo aresztowano dworaków, którzy w pałacowej hierarchii zajmowali kluczowe miejsca. Zastępowali ich ludzie wyznaczeni przez komitet rewolucyjny o nazwie Derg. Z pozoru nic się nie zmieniało. Cesarz nadal wysłuchiwał raportów od zauszników, do których był przyzwyczajony, a potem wydawał im rozkazy. W istocie jednak, był on mało czym więcej niż ozdobnym posągiem w swoim starym pałacu, nad którym intruzi z Derg przechwycili całkowitą kontrolę. Wyglądało to tak, jak gdyby Mikołaj II w roku 1917 nigdy nie został obalony, ale jego ministrem wojny – zamiast osobistości z carskiej rodziny, arystokracji czy starej generalicji – został bolszewik Bronsztejn o pseudonimie Trocki.

Sielanka łagodnego przejmowania władzy na jej najwyższym szczycie nie potrwała do końca cesarskiego żywota. Według oficjalnej wówczas wersji, Hajle Selassje zmarł ze starości. Zgodnie z wiarygodnymi plotkami, jednakże, dopomożono mu w tym jedwabnym sznurem: pradawnym narzędziem do usuwania postaci zbyt szlachetnej krwi, aby się ją godziło rozlewać. Co gorsza, cesarza przed śmiercią torturowano, usiłując go zmusić do wydania prywatnego skarbu w dolarach i złocie, który przewidująco wysłał on do sejfów szwajcarskich bankierów. Hajle Selassje nie dał się złamać. Jego oprawców podniecało, być może, dzielenie – z konieczności, tylko na papierze – jego fortuny na racje żywności, która wystarczyłaby ich rodakom do uniknięcia śmierci z głodu.

Derg, trzymając się twardo w stolicy, ze zmiennym szczęściem toczył wojnę domową na prowincji. Skłoniło to przywódców Somalii do rzucenia okiem na Ogaden: jeden z wielu obszarów w świecie postkolonialnym, o których trudno orzec, do kogo prawomocnie należą. W roku 1954 Hajle Selassje, korzystając z koniunktury międzynarodowej, wybitnie sprzyjającej jego krajowi, któremu – aby mu jakoś zrekompensować tyleż podbój przez Mussoliniego, co tolerancję dla tego aktu, jaką wykazała się wówczas liberalna Europa – na wiele pozwalano, przeprowadził aneksję Ogadenu. Wypada jednak przyznać, iż tę krainę zamieszkują etniczni Somalijczycy religii muzułmańskiej, którzy narzuconymi więziami z ludem Amharów, władającym chrześcijańską przeważnie Etiopią, czuli się skrępowani.

Somalia do bloku państw realnego socjalizmu trafiła w sposób o wiele prostszy niż jej sąsiedzi. Generał Siad Barre, który przeprowadził udany pucz, doznał pewnej nocy olśnienia, iż – jak mawiał Lenin – „nauka Marksa jest wszechpotężna, ponieważ jest prawdziwa”. Do jego przełomu duchowego poważnie przyczyniły się kalkulacje, iż Związek Radziecki, dostarczając broni i doradców wojskowych, ułatwi mu urzeczywistnienie wizji „wielkiej Somalii”. Na terytorium tego mocarstwa regionalnego z pięcioma gwiazdami w awansem zaprojektowanym herbie miały się składać, oprócz dwóch regionów faktycznie posiadanych przez Somalię, także okręg Dżibuti, spora część Kenii oraz właśnie Ogaden. Aby się porwać na znacznie potężniejszego terytorialnie i ludnościowo lokalnego rywala, Siad Barre musiał jednak wyczekiwać sprzyjającej chwili. Nadeszła ona po rewolucji: armia regularna poszła w rozsypkę, wiele plemion i regionów niechętnie uznawało przywództwo Dergu, a wreszcie Amerykanie, od których Hajle Selassje regularnie otrzymywał pomoc finansową i wojskową, nabierali odrazy do nowych władców kraju, maszerujących pod czerwonym sztandarem.

Mówiąc sobie: teraz albo nigdy, Somalia rozpoczęła jedną z największych wojen w dziejach Afryki. Ścierały się w niej eskadry lotnicze i dywizje czołgów, porównywane przez komentatorów zachodnich do sił, którymi dysponowali marszałkowie Rommel i Montgomery na jednym z najbardziej barwnych i ruchliwych frontów II wojny światowej. We wstępnej fazie, za Somalijczykami przemawiała lepsza organizacja i przewaga w ciężkim uzbrojeniu. Etiopczycy mogli przeciwstawić tym atutom głównie wielką liczbę rekrutów, których wysyłali na front w pospiesznie skrzykniętych milicjach. Maszyna, mimo zaciekłego oporu, pokonała masę. Gdy wojska somalijskie kontrolowały już niemal cały Ogaden, wyszło na jaw, że głównym rozgrywającym w tej partii jest Związek Radziecki. Trusty mózgów w Moskwie oraz stolicach państw NATO w tym samym czasie wypracowały identyczne wnioski. W prasie zachodniej, która nie miała powodu kochać Siada Barre, każącego się nazywać „towarzyszem”, z dnia na dzień zaroiło się od laurek dla wojskowych somalijskich, którzy – jak im gratulowano – zdobywając rajdem pancernym miasto Dżidżiga, odnieśli podobno triumf na miarę El Alamein. Ale Moskwy, dziwnie z pozoru odmieniając swoje łaski, nie cieszyła się zwycięstwami jej najwierniejszego dotąd sojusznika na kontynencie afrykańskim. Mapa i demografia, do których tu już nieraz musiałem nawiązywać, tłumaczą, dlaczego jedni wychwalali Somalię, a drudzy nią pogardzili. Dla obydwu bloków Etiopia stanowiła pokaźniejszy, a przez to bardziej łakomy kąsek.

Aby przyłączyć do swej połówki globu ponad milion kilometrów kwadratowych powierzchni i kilkadziesiąt milionów ludności, którymi Etiopia mogła ją wzmocnić, Związek Radziecki użył swej nieodpartej wówczas broni: żołnierzy Fidela Castro. Niedługo wcześniej, w Angoli, jednostki kubańskie, przerzucone statkami rybackimi (bo Kreml, początkowo sceptyczny wobec tego przedsięwzięcia, odmówił mu swojej floty wojennej), zmiażdżyły antykomunistyczną partyzantkę UNITA, potem zaś – ku poważnemu zaskoczeniu – rozniosły, usiłującą przyjść jej na ratunek, doskonale jakoby wyszkoloną armię RPA. W afrykańskim rogu, równie popisowo uporały się z o wiele prostszym zadaniem. Na jednego z tzw. ochotników kubańskich przypadało zaledwie dwóch Somalijczyków. Niedoszli zdobywcy Ogadenu zostali, ku ich ostatecznej zgubie, odcięci od szlaków zaopatrzenia w radziecki sprzęt. Tej dziury nie mogła wypełnić, napływająca wątłym strumieniem, pomoc ze Stanów Zjednoczonych, które – odchorowując jeszcze klęskę wietnamską – panicznie bały się poważniej zaangażować wojskowo. Po drugiej stronie zimnowojennego podziału, wschodnioniemiecki przemysł zbrojeniowy pracował sprawnie, wytwarzając produkty przyzwoitej jakości, które natychmiast transportowano na pustynny front. Somalijczycy walczyli do końca, lecz dało im to jedynie tyle, że bodaj w połowie zginęli z honorem.

Najpierw Indochiny, potem Róg Afryki. Związek Radziecki już drugi raz, w krótkim odstępie czasu, zadał strategiczny cios swemu amerykańskiemu partnerowi wielkiej gry. W gazetach różnych opcji przypominano – traktując je ze śmiertelną powagą – wygłoszone wkrótce po upadku Sajgonu przemówienie Breżniewa na światowej konferencji partii komunistycznych. Rześki jeszcze sekretarz generalny obwieścił tam, że jego obóz wkrótce rozgromi imperialistów, osaczając ich swymi zdobyczami w krajach, których zacofaniu oni sami są winni. Nemezis cywilizacji zachodniej miała więc nadejść z najbardziej przez nią skrzywdzonych części globu. Literatura political fiction zaroiła się od obrazów przyszłości za najwyżej dwadzieścia lat, gdzie Amerykanie wegetowali na osamotnionej wyspie wśród fal czerwonego oceanu.

Życzenia i lęki tego okresu, którym za źródło i odniesienie służyło powszechne zwycięstwo komunizmu, zadziwiająco prędko okazały się kompletnie poronione. Próbek pozwalających ustalić, dlaczego taki los był im sądzony, dostarczają Etiopia i Somalia z pograniczami. Ich rejonowi geograficznemu, upaństwowiony socjalizm nie zapewnił osiągnięć, które gdzie indziej przyznają mu nawet surowi sędziowie. W jego tamtejszym dorobku, próżno byłoby szukać uprzemysłowienia lub niwelacji równie przestarzałych, co aktualnie dotkliwych różnic stanowo-klasowych. Oczywiście, konflikty etniczne tym solidniej opierały się walce, którą im wypowiedział.

Niewykluczone, że zaczęły już się obracać tryby rynku światowego, które po dekadzie dały sobie radę z centrum realnego socjalizmu, a więc tym łatwiej przyszło im chwilę wcześniej sparaliżować jego peryferyjne enklawy. Widoczniej i szybciej, Somalię wspólnie z Etiopią zgubiło dostanie się pomiędzy ostrza potężnych szermierzy. Amerykanie, którzy nigdy nie odżałowali klęski w Ogadenie, zwracali przeciw komunistycznemu rządowi Etiopii plemienne dążenia do odrębności w kolejnych prowincjach: najpierw w nadmorskiej Erytrei, potem w Tigre. A Związek Radziecki wspomagał swojego nowego satelitę gigantycznymi dostawami broni, ale – traktując od dawna internacjonalizm jako hasło dekoracyjne – kazał sobie za nie płacić w dolarach.

Podzielony świat nowoczesnego postępu, w którym część komunistyczna pod tym względem nie różniła się istotnie od kapitalistycznej, kręcił marionetkami z trzecioświatowego Południa, nadwerężając je i łamiąc. Gdy zaś przestały mu być potrzebne, bezceremonialnie wyrzucił je na śmietnik.

Jeśli odpady z tego śmietnika zanadto przeszkadzają, Stany Zjednoczone porządkują je różnymi metodami, których przez minione dwa dziesięciolecia wypróbowały co najmniej kilka. Towarzysz O’Brien skomentowałby zapewne, iż jedno się tu nie zmienia: Etiopia zawsze prowadziła wojnę z Somalią.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie