Konserwatyści czy likwidatorzy?

·

Konserwatyści czy likwidatorzy?

·

Szykuje się likwidacja warszawskiej orkiestry i krakowskiego chóru, działających dotychczas pod patronatem ośrodków radiowych. Zanosi się również na ograniczenie – i tak już skromnego – przydziału częstotliwości dla Programu II.

Czy próby powstrzymania tego niszczycielstwa coś przyniosą? Raczej nie, chociaż dopóki fakty dokonane jeszcze stoją za progiem, można wyglądać cudu opamiętania na decyzyjnej górze. I tak, jednakże, czarne chmury wiszące nad kulturą w radiu publicznym są ponurym skandalem.

Jeżeli bowiem w polskim świecie medialnym cokolwiek zasługuje na uznanie, to wśród takich nielicznych wyjątków na czoło zdecydowanie wysuwa się radiowa Dwójka. Swoją pozycję zawdzięcza ona uporowi, z jakim broni swojej osobliwości, nie próbując jej lękliwie zacierać. To, co gdzie indziej jest przystawką, w jej ofercie występuje śmiało jako główne danie. Na falach Dwójki, literatura, teatr czy poważniejsza muzyka nie proszą odbiorców o drobną cząstkę ich uwagi, lecz ją na sobie skupiają.

Zestawiając Program II z podobnymi przedsięwzięciami zagranicznymi, w tym słynną BBC, przypuszczam, że – szczególnie, gdy idzie o najlepiej mi znane jego audycje muzyczne – prawie nie ma on sobie równych. Tak więc dzięki Dwójce można utrzymywać kontakt z wydarzeniami na wszystkich znaczących scenach koncertowych, raz na tydzień usłyszeć transmisje z nowojorskiej Metropolitan Opera, co roku, letnią porą przenieść się na festiwal w Bayreuth, raz na pięć lat śledzić konkurs Chopinowski od eliminacji do występów laureatów, każdego września przekonać się, czy nowatorzy muzyczni proponują jeszcze coś świeżego na Warszawskiej Jesieni… Równie ciekawe, jak aktualia, są tam fenomenalne audycje z taśm archiwalnych. Przedstawianym nagraniom towarzyszą komentarze, utrzymujące się zwykle na najwyższym fachowym poziomie.

Nie orientuję się, ile władze radiofonii publicznej zamierzają oszczędzić, dokonując cięć w budżecie Dwójki. Ten zysk finansowy, ile by nie wynosił, zawsze okazałby się śmieszny wobec strat mierzonych w znacznie istotniejszym porządku. Instytucję kulturalną, którą jest Program II, można z dnia na dzień zrujnować jedną decyzją krótkotrwałego menedżera, lecz w ten sam sposób się jej nie odtworzy. Na jak niewiele, gdy idzie o upowszechnianie kultury, potrafi zdobyć się sławetny wolny rynek, przekonują stacje komercyjne w rodzaju Radia Classic. Wychodzą one z założenia, iż nawet tak nieatrakcyjny towar, jak muzyczna klasyka, od biedy nadaje się do sprzedaży. Wobec tego kamuflują go tak, żeby możliwie najmniej różnił się od bardziej pokupnej oferty ze swojej półki, wybierają z niego możliwie chodliwe szlagiery, mieszając je z dźwiękowymi ścieżkami filmów – i po takiej obróbce puszczają w obieg. Klient, czemu trudno się dziwić, zazwyczaj dochodzi do wniosku, że od takiej udziwnionej mieszanki firmowej woli normalną rozrywkę.

Audytorium Programu II, oczywiście, nie imponuje swymi liczbowymi wymiarami. Skoro nigdy i nigdzie nie wpływa ono na rezultaty wyborów, bez trudu przychodzi je zignorować. Sceptyk mógłby się nawet upierać, iż aktywność Dwójki w obecnych realiach społecznych coraz bardziej przypomina orkę na ugorze. Warstwy, dla których głównym problemem jest niedostatek materialny, rzadko kiedy mają okazję pomyśleć o tym, co kiedyś nazywało się „ukulturalnianiem”. A w sferach wyższych, gdzie funduszy na ten cel by wystarczyło aż nadto, troszczy się głównie o trzymanie osiągniętej pozycji albo o dalszy awans. Na więcej braknie już czasu i energii. Przedstawiciele tych sfer pójdą na premierę do opery, jeśli akurat goszczą tam wykonawcy zagraniczni, wobec czego bilety mają odpowiednio wyśrubowaną cenę. Popisując się obecnością w gronie bywalców, nie unikną zapewne przykrego faux pas. Philippe Herreweghe, występując w stołecznym Teatrze Narodowym, nie zdołał ukryć niesmaku na swym zazwyczaj kamiennym obliczu, kiedy publiczność z najdroższych miejsc w pierwszych rzędach parteru zaczęła po wysłuchaniu „Pasji według świętego Jana” domagać się bisu, czyli – co logicznie wynikało z jej natrętnie demonstrowanych oczekiwań – ponownego ukrzyżowania Jezusa. I bez tej atrakcji, wieczór artystyczny zwrócił tym słuchaczom poniesione nakłady finansowe. Pokazali, komu trzeba, swoje samochody i stroje, a przy okazji odbyli niezobowiązujące, lecz obiecujące pogawędki w bufecie. Gdyby jednak zaproponowano im wysłuchanie tego samego w domu, zapytaliby ze zdziwieniem: a co to daje?

Mimo wszystko, słuchacze Dwójki istnieją, a nawet od czasu do czasu dają o sobie znać w telefonicznych sondach i ankietach. Ludzie, których obchodzi Bach, Chopin czy Wagner, odnajdują się w najmniej znanych miejscach kraju. Tyle tylko, że zdrowy rozsądek decydentów podsuwa im pytanie, w imię czego brać pod uwagę ich szczupłe i mało wpływowe grono. Jeśli chcą upomnieć się o swoje – poradzi im pewnie obyty intelektualnie polityk, którego na danym etapie oddelegowano do mediów publicznych – to niech stworzą lobby, ogłoszą się, zgodnie z modnym żargonem, „ofiarami” czegoś lub kogoś tam i popróbują szczęścia.

Zabawne, iż racje tej lekceważonej grupy powinny znaleźć posłuch – jeśli gdziekolwiek, to właśnie tam – w kręgach aktualnego obozu rządzącego. Przecież to jego rzecznikom nie schodzi z ust, dla przykładu, szacunek dla kulturalnej tradycji narodu. O ile ta uroczyście wspominana tradycja nie ma sprowadzić się do haseł bez pokrycia, warto, żeby jej teraz żyjący spadkobiercy w jakiejś mierze ją znali. Nie zaszkodziłoby więc, gdyby Chopin w dumnej z niego ojczyźnie kojarzył się nie tylko z krążącym za czasów generała i pierwszych niekomunistycznych premierów banknotem pięciotysięcznym i wódką w butelce fantazyjnego kształtu. Akurat Dwójka daje po temu maksimum szans, udostępniając niezwykłe brzmienia wolnej części Sonaty h-moll, objaśniając drogę twórczą do ich skomponowania, czy wreszcie demonstrując, w jaki sposób tę Chopinowską wersję preludium C-dur z „Wohltemperiertes Klavier” grywały legendy przeszłości, Horowitz i Arrau, jak to robi żyjący klasyk Zimerman i wschodząca gwiazda Lang Lang.

Pół biedy jednak z Chopinem, który jeszcze za życia doskonale radził sobie bez Polski. Ciekawy muzykolog-amator – choć słabszy publicysta i jeszcze mniej udany polityk – Piotr Wierzbicki słusznie twierdzi, że Chopin, człowiek Oświecenia, który ignorował współczesne sobie prądy romantyczne z ich rodzącym się kultem rodzimej mowy, przeszłości i ziemi, był właściwie mało narodowy. Co najwyżej, przywiązał się do, zapamiętanych z dzieciństwa, kolęd, mazurków czy polonezów, których melodię i rytm przetworzył w całkowicie indywidualnym stylu. Nie musiał więc forsować barier kulturowych, aby błyskawicznie podbić Paryż, w którym przez dziesięciolecia mieszkali anonimowo, niezdolni do skoku ponad murem językowym i mentalnym, Mickiewicz i Słowacki.

Co innego ze standardem polskiej kultury, znacznie niższym – niestety – od tego pojedynczego szczytu. Karola Szymanowskiego, według panującej opinii drugiego u nas po Chopinie, zachodni meloman-erudyta długo znał chyba głównie z diabelsko ironicznej wzmianki Sergiusza Prokofiewa o „eleganckim dżentelmenie z głębokiej prowincji”. Jeżeli coś pod tym względem zmieniło się na lepsze, to dlatego, że „Króla Rogera” oraz instrumentalne utwory Szymanowskiego nagrał, będący na fali w minionej dekadzie, brytyjski dyrygent Simon Rattle. Szlak zapoznanego w Europie polskiego twórcy do powszechnego obiegu przekazów artystycznych musi więc prowadzić – jak w omawianym przypadku – poprzez Birmingham czy Berlin, których orkiestry filharmoniczne prowadził Rattle.

Polska Orkiestra Radiowa, której grozi likwidacja, nie wykona przypuszczalnie Schuberta czy Brahmsa na poziomie Wiener Phiharmoniker. Mało kto zdołałby jednak ją zastąpić w racjonalnie zaplanowanym promowaniu interesujących utworów dawniejszej czy nowszej muzyki krajowej. Wzorce z bardzo bliskiej okolicy same się narzucają. Słuchacz europejski, który nie odrzuca programowo dorobku wieku XX na rzecz osłuchanego Czajkowskiego, musi znać nie tylko z tytułu prawie wszystkie opery Leosa Janacka. Nic nie przebija się bez pomocy – tak więc „Jenufa”, „Sprawa Makropoulos” czy „Z domu umarłych”, mimo swej poruszającej niezwykłości, zapewne nie wyrwałyby się z morawskiego Brna, z którym przez całe życie związany był Janarek – czy najwyżej pobliskiej Pragi – gdyby nie wysiłek plejady wybitnych czeskich dyrygentów oraz słynnej kiedyś wytwórni Supraphon. Nie krzywdząc specjalnie północnego sąsiada, wolno ocenić, że Finlandia, oprócz powstałego dość dawno eposu Kalewala, nie wydała z siebie arcydzieł kultury. Z jednym, i to dosyć dyskusyjnym wyjątkiem, jakim jest muzyczna twórczość Jeana Sibeliusa. Wśród bardziej wyrafinowanych znawców muzyki, Sibelius uchodził do niedawna za smutny okaz prowincjonalizmu, usiłującego daremnie wybić się na wielkość pojmowaną według przestarzałych wzorów. Ten wizerunek odmieniły dopiero interpretacje dyrygentów fińskich, którzy studiowali i grali partytury twórcy „Kullervo” tak długo, aż spod mało częstokroć zachęcającej powierzchni odsłoniły się oryginalne pomysły. Ale też Kamu, Salonen czy Saraste, mimo ich zaangażowania, niewiele dokonaliby bez koniecznej materialnej bazy. Nieprzypadkowo redukcja czy likwidacja nie są jedynymi – czy nawet ważnymi – kategoriami, jakimi posługują się planiści wydatków budżetowych na filharmonie oraz programy kulturalne w radiofonii publicznej.

Mówcy w imieniu partii sprawującej władzę chętnie zarzucają miejscowym elitom kulturalnym – przyznajmy, że nie bez racji – pogardę dla swojego miejsca na ziemi. Intelektualista z Warszawy czy Krakowa, spoglądając z odrazą na jego najbliższe otoczenie, śni o zmitologizowanej Europie, która zwykle jest mało czym więcej niż fantazją prowincjusza, zrozpaczonego że urodził się daleko od Paryża. W porządku – ale o tym wiadomo już od niepamiętnych czasów. Nie ma skuteczniejszej polemiki niż działanie konstruktywne. Od roku 1956 prawie do końca wieku XX, polska muzyka artystyczna – żeby wymienić Lutosławskiego, Bairda, Schaeffera czy wcześniejszego Pendereckiego – nie musiała mozolnie zabiegać o powrót bądź też wejście tylnymi drzwiami, do Europy, gdyż znajdowała się w niej, a czasem nawet przed nią. Rzecz jasna, ani wysyp talentów, ani koniunktura dla ich rozwoju, nie zdarza się na zawołanie. Polityka kulturalna obecnych władz państwowych polega jednak na zadeptywaniu gleby, gdzie teraz czy w niedalekiej przyszłości mogłoby się cokolwiek urodzić.

Łatwo przewidzieć replikę, że bije się tu na alarm w obronie audycji i grup słuchaczy, które ze szkodą dla siebie odznaczają się skrajnym elitaryzmem. Nic podobnego. Dostępny bezpłatnie – czy też za symbolicznym abonamentem – Program II stanowi dziedzictwo na nieszczęście dawno minionych czasów, kiedy w różnych ruchach ideowych marzyło się o kulturze zarazem pełnowartościowej i wszystkim dostępnej. Pozwalał on trafić do nowojorskiej MET – i to bez legitymowania się uciążliwie drogą kartą wstępu – z Puław czy Garwolina, Augustowa czy Sulechowa. Odebranie mu w jakiejś części dotychczasowych częstotliwości nie będzie, z pewnego punktu widzenia, jakąś nadzwyczajną apokalipsą. Profesjonalista od sztuk pięknych, zamieszkały w metropolii, bez kłopotu przerzuci się od czasu do czasu z Tok FM na Dwójkę, aby posłuchać wywiadu ze swoim kumotrem od klubowego stolika, który właśnie wydał tomik petycji czy zbiorek esejów. Tyle tylko, iż kultura w efekcie ugrzęźnie w obiegu zamkniętym od jednej snobistycznej koterii do drugiej. Menedżerom gospodarczym tym łatwiej przyjdzie ją lekceważyć, a w ślad za tym nastawieniem – likwidować.

Najdziwniejsze, iż ten obrót spraw mało komu przeszkadza. Gdyby z Dwójki usunięto program o mulitikulturalistycznej tolerancji lub, na odwrót, wyemitowano tam reklamę eksperymentów Nieznalskiej i Kozyry z penisem sztucznym lub ukrzyżowanym – tak, wtedy rozpętałyby się burze z piorunami. Z jednego bieguna zawołano by, że moherowa cenzura dławi kulturalną awangardę. Z drugiego – iż barbarzyńcy szturmują twierdzę wartości. Ogólniejsze wizje nie tylko kultury, lecz i życia społecznego tout court zostały opanowane przez politykierstwo na krótki oddechu. Dlatego do Dwójki niewiele wyciąga się rąk pomocnych, a równocześnie dysponujących wpływami. Lecz przez to właśnie staje się ona – wszystkim upierającym się nie poddawać fatalnemu trendowi – jeszcze bardziej potrzebna.

Jacek Zychowicz

Od redakcji: petycję ws. obrony Programu II PR przed zamianami opisanymi w powyższym felietonie można podpisać tutaj

 

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie