Wieczny powrót sensacji

·

Wieczny powrót sensacji

·

No i zwłaszcza porażające demaskacje na łamach i ekranach. Coś może nie do końca identycznego, ale bliźniaczo podobnego już kiedyś – w skali rozgrywek politycznych, ładnych kilka epok, a raczej rozdań temu – się zdarzyło. Bodajże w roku 2002, „Gazeta Wyborcza”, będąca wówczas głównym medium w kraju, ujawniła – tak przez nią efektownie nazwaną – aferę „łowców skór” z łódzkiego pogotowia ratunkowego. Szło w niej o swego rodzaju wymianę usług między fachowcami oddającymi życiu dwie skrajnie przeciwne usługi: ratującymi je lub chowającymi w ziemi jego szczątki. Dokładniej mówiąc, lekarze lub pielęgniarze z karetek zawiadamiali firmy pogrzebowe, iż mają okazję zatroszczyć się o ich pacjentów, którzy pomocy już nie potrzebują. Naturalnie, obydwie strony tej współpracy całkiem przyzwoicie zyskiwały: pierwszym przypadało honorarium za wyświadczenie zmarłemu ostatniej posługi, a drudzy inkasowali od niego odsetki. Z upływem czasu presja na wzrost łatwych zarobków skłoniła ludzi w białych kitlach do przekroczenia granicy, za którą się już nie tylko handluje popłatnymi informacjami, ale najpierw – je wytwarza. W mniej fantazyjnym sformułowaniu znaczy to, że niektórzy ze sług Eskulapa, zamiast wyłącznie donosić o zejściach śmiertelnych, przyspieszali je umyciem rąk lub niedźwiedzią przysługą, zaniechaniem interwencji albo celowym podaniem nadmiernej dawki środków znieczulających.

Wśród ludu, który się o tych praktykach dowiedział, zawrzało. Rewelacje „Gazety” komentowano drżącym głosem w miejscach pracy i na ulicznych przystankach. Ich ładunek wstrząsowy – przyznajmy – rzeczywiście był niemały. W dodatku, na służbie zdrowia, z którą prawie każdy ma do czynienia, spodziewa się z nią zetknąć w przykrych dla siebie okolicznościach, względnie czuje żal, iż nie dość pomogła osobie mu bliskiej, uwielbia się – u nas już chyba szczególnie – psy wieszać. W sprawie łódzkiego pogotowia chodziło jednak o coś więcej niż ono samo, a nawet jego resort.

Aby uchwycić tę znaczeniową i uczuciową nadwyżkę, trzeba przypomnieć sobie, jakim tonem powszechnie przemawiano w Polsce za pierwszej dekady transformacji. Słodkie soprany śpiewały wówczas „hosanna” i „alleluja”, zaś głosy męskie wznosiły się na wysokość osiąganą niegdyś przez kastratów, których hodowano specjalnie na użytek mszy dziękczynnych w Kaplicy Sykstyńskiej. Jeśli w ogóle dostrzegano jakieś niedostatki, to usprawiedliwiano je reliktami komunizmu, uporczywą wegetacją Ciemnogrodu albo – najlepiej – zbyt wolnym tempem reform. Chyba nieodżałowany ksiądz Tischner rzekł, iż w trakcie porodu bywają niemiłe incydenty, ale przecież nie im poświęca się uwagę, tylko wspaniałemu produktowi finalnemu. Takim samym mądrze selektywnym okiem – zalecił kapłan uprawiający „filozofię dramatu” – powinniśmy oglądać Polskę wznoszącą się z PRL-owskiego upadku. Kto wówczas zabierał głos, ten postępował wiernie za jego zaleceniem.

Nie da się dziś pojąć oburzenia, które bardzo dawno temu wywołał lider potężnego (sic!) wówczas SLD oraz premier in spe, Leszek Miller swoją banalną – jak u niego zawsze – obserwacją, iż starszym i uboższym, nie mówiąc o bezdomnych, zdarza się u nas szukać swojego chleba powszedniego na śmietnikach. Tak to zabrzmiało, jakby do chóralnego „ave Maria” wtargnął gruby, ponury i obrzydły bas. Czegóż nie wyprawiano w karcącej reakcji!? Millera – głosami polityków, autorytetów i dziennikarzy – zakrzykiwano tak długo, aż go uciszono. Jego odkrycie zostało wymazane z pamięci i kronik. Wszyscy bowiem mieli ochotę wołać – jak pułkownik Wareda z „Nikodema Dyzmy” do pomnika księcia Józefa – „Pepi, byczo jest”!

Jeszcze trudniej byłoby sobie uzmysłowić, że w ciągu nie tak znowu krótkiego okresu jedynym szerzej dostępnym tytułem, który podejmował temat korupcji, był tygodnik „Nie”. Dzięki temu monopolowi, pismo Urbana szybowało na poziomie 600 czy nawet 700 tysięcy nakładu. Ale czytywać wypadało je tylko do poduszki, gdyż pokazanie się z nim w bardziej reprezentacyjnych środowiskach kwitowano ostracyzmem. Dziś „Nie” mało komu przeszkadza, ponieważ wszyscy już wiedzą, że – o czym wcześniej bąkały wyłącznie persony z dożywotnim piętnem oszołomów – według słów poety, mówimy: Urban, a w domyśle Michnik. Sprzedaż tej wygasłej kuźni bluźnierstw spadła jednak o niewiele mniej niż dziesięć razy. Tak się stać musiało, gdyż bezlitosna prasa „mainstreamowa” ukradła „Nie” wszystkie receptury jego dań firmowych. I sama niestrudzenie pichci teraz demaskacje politycznie zorganizowanego złodziejstwa, hańbiących wpadek przywódców obozu władzy, jak również opozycji, skandali w kuluarach salonów, a nawet brzydkich tyłów za fasadami kościelnych katedr.

Zwrot, o którym mowa, dokonał się razem z wyciągnięciem na światło dzienne machinacji łowców skór. Wnikając w jego powody, dostrzega się jeden stosunkowo doraźny i drugi zupełnie zasadniczy. Tajną koordynację wozów łódzkiego pogotowia z karawanami obnażono wkrótce po triumfalnej inwazji SLD na Sejm i rząd. Miller nie interesował się już przeobrażeniem śmietników w darmowe jadłodajnie. Za to, inaugurując swój wariant propagandy sukcesu, szykował się do czterech lat spokojnego kierowania krajem. Następnie planował przejść do historii jako zasłużony sprawca polskiego członkostwa w Unii i wynagrodzić sam siebie objęciem prezydentury po swym partyjnym towarzyszu, a jednocześnie z pełną wzajemnością znienawidzonym rywalu. Na papierze czysto politycznych frontów i rozkładów sił, jego zamiary wyglądały rozsądnie. Co z tego, skoro postanowiło mu je pokrzyżować nieformalne, lecz z bezbłędną sprawnością działające konsorcjum, które władało głównymi mediami? Miller i jego formacja nie zaznali już ani jednego dnia spokoju. Po skandalu w łódzkim pogotowiu, z ciągle tego samego sektora medycznego wydobyto następne trupy, czy przynajmniej kompromitujące kwity w szafie. Tak narodziły się afery sprzętowa i lekowa, za którymi poszły ich może nie miliony, lecz na pewno doborowe, już niekoniecznie barwą białych fartuchów znaczone szeregi. Od wątpliwych bohaterów lub miejsc, w których zaszły, nazywano je Rywinową, starachowicką, opolską, Pęczakową, Dochnalową… I tak w nieskończoność, aż cała konstelacja SLD-wskich liderów zamieniła się w gwiazdy spadające.

Tamte plany nie są już aktualne. Jednakże, względna równowaga, z jaką siły rządowe i opozycyjne – nawet z lekkim wskazaniem na te ostatnie – klinczują się w obszarze mediów, obiecuje, iż maszynka do ujawniania utrzyma żwawe tempo. Zbicie wieży w jednym obozie zostanie skontrowane błyskotliwym manewrem, w którego efekcie chwilowo przeważający gracz będzie zmuszony poświęcić co najmniej lekką figurę.

Wojnom demaskatorów sprzyja szersze tło, na którym się toczą. Budowla nowego ustroju, którą zaczęto stawiać w roku 1989, jest już na tyle zaawansowana, iż przestała potrzebować osłony z pochwalnych słów. Dlatego też kapitalizm polskiego zakątka, naśladując ustalone obyczaje swoich centrów w starej Europie i za Atlantykiem, otwiera się, z pozoru dobrotliwie, na krytykę. W elitach tworzy miejsca dla tolerowanych, a nawet promowanych dysydentów z ich „dyskursami subwersywnymi”. A plebsowi daje tanią używkę skandali, aresztów i procesów, których gehenny doznają wczorajsi prominenci, a czasem też płotki przy okazji schwytane do sieci.

Jeżeli, pomijając motywy tego względnego otwarcia, dzięki niemu uzyskaliśmy nieco więcej światła, to może nie warto narzekać? Ostatnim dwuznacznym darem, którym rzeczywistość zachęca do udzielenia jej aprobaty, stała się prawda. Niestety, wzbudza ona równie zasadne podejrzenia, jak wcześniej w tym samym zamiarze oferowana wolność. Czy to nie przesada? Zakończyły się przecież sprawy sądowe, w których odpowiadali najbardziej winni pracownicy, okrytej przed laty tak złowróżbną sławą, placówki z Łodzi. Od kilku wyroków skazujących ważniejsze jest częściowe potwierdzenie czarnych wieści o skórach i handlujących nimi myśliwych. W pogotowiu faktycznie zawierano kontrakty z biznesmenami od pogrzebów, a pavulon służył w jego apteczkach nie tylko do uśmierzania bólu. Skazani specjaliści od ratowania życia traktowali swoich chorych jak niezwykły towar, który nabiera tym większej wartości, im szybciej się psuje.

Było ich jednak zaledwie kilku. Jeżeli nawet do ich więziennego towarzystwa dołączą następni koledzy z dawnej pracy, to i tak wyraźnie pozwala się dostrzec fatalna cecha dziennikarskich penetracji. W parze z wyolbrzymianiem zakresu idzie tam zacieranie różnic wylewaną, gdzie tylko się da, jednolicie czarną farbą. Po aferze łódzkiej, niejedną rodzinę opiekującą się swoim bliskim, który w każdej chwili może wymagać wezwania karetki, wciąż dręczą przypuszczenia, że malowanym na biało wozem z czerwonym krzyżem przyjedzie morderca za łapówkę. Oczywiście, mimo okrzyczanej, tyleż finansowej, co moralnej korupcji w służbie zdrowia, obawy te w 90% wypadków są bezpodstawne. Na równi z pacjentami, strach prześladuje lekarzy. Ci muszą stale podejmować decyzje, w których ani prawo, ani etyka nie gwarantuje bezwzględnie pewnych wskazówek. Nie zawsze warto reanimować śmiertelnie chorego, o którym wiadomo, że chociażby ratujący go zabieg się powiódł, to będzie wegetował jeszcze najwyżej kilka miesięcy, nie odzyskując świadomości. W krainie łowców sensacji, lekarzowi, który w takiej sytuacji z litości zaniecha działania, grozi jednak, że któregoś dnia na pierwszej stronie gazety bijącej w oczy na wystawie każdego kiosku i sklepiku ukaże się jego zdjęcie, opatrzone podpisem: „Wrócili łowcy skór!”.

Na pytanie, który z tych myśliwskich klanów uważać za bardziej nieludzki, człowiek mediów, o ile jest cokolwiek, ale w dopuszczalnej mierze krytyczny wobec swego środowiska, doradzi, żeby nie iść za daleko. Ostatecznie arcybiskup Wielgus, prócz pewnych części swego życiorysu, maskował to i owo w dossier swoich podwładnych, którzy zbyt blisko zaprzyjaźniali się z dziećmi. Gdyby pójść tropem skojarzeń „seks-aferalnych”, to Andrzej Samson naprawdę był pedofilem. A że całej Polsce, w tym i ludziom, którym z jakichś osobistych powodów na nim zależało, kazano go oglądać w kajdankach i natychmiast skazano w komentarzach wykrzykiwanych, byle szybciej i ostrzej, do mikrofonu lub pisanych pospiesznie z terminem wyznaczonym „na wczoraj”? Odraza do komenderowanych nagonek trąci pięknoduchowską wrażliwością. Widocznie za prawdę płaci się taką niemiłą do znoszenia cenę.

Czekajmy więc na kolejną porcję tego szlagierowego towaru. Dzięki jego świeżej dostawie zostaniemy oświeceni, iż na dniach aresztowana pielęgniarka zainkasowała z wymuszonych łapówek – zdaje się, choć nie wiadomo, w ciągu ilu lat – 27 tysięcy złotych. Czasem, oczywiście, demaskatorska wędka wyłowi grubą rybę spośród faktycznych łobuzów. Równocześnie – i to jest najważniejsze – minister Religa nada impet swym pracom nad wdrożeniem reformy usług medycznych, które póki co nadal są w jakimś stopniu, choć i w coraz gorszym stanie, bezpłatnie dostępne. Debata, co z tej powszechnie otwartej konstrukcji – i pod jakimi warunkami – dałoby się uratować, nawet się nie zacznie. Zastąpi ją sugestia wzmacniana niezliczonymi megafonami, że w szpitalach tak źle się dzieje, iż trzeba je czym prędzej (nomen omen) uzdrowić za pomocą sprawdzonych, czyli prywatyzacyjnych rozwiązań.

W tym też tkwi sedno demaskatorskich kampanii na obecną modłę. Fajerwerki monotonnie powtarzających się sensacji szybują w górę, huczą, świecą i po chwili znikają nad ziemią coraz bardziej ponurych realiów.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie