Zmiennicy

·

Zmiennicy

·

Mniejsza, czy Marek Jurek sam będzie sobie sterem, żeglarzem i okrętem, czy porozumie się z Giertychem lub częściowo przeprosi z Kaczyńskim. Ważne, iż system partyjno-gabinetowo-kuluarowy dokończył swojej rekonstrukcji. Jest on gotowy, żeby jeszcze przez pewien czas działać w obecnym kształcie, a następnie przeprowadzić planową wymianę ekipy u władzy – i to może nawet niejedną.

Sondaże mogą być zniekształcone celowo albo na skutek niedoskonale dobranej próbki statystycznej czy metody jej opisu. Ich generalna tendencja jednak nie kłamie. Po wyborach – im późniejszych, tym bardziej – PiS nie zniknie, ale osłabnie. Na zachowanie obecnego stanu posiadania nie mogą liczyć również jego partnerzy koalicyjni, czyli – jak ich przezywa gwara uczestników i obserwatorów gierek sejmowych – „przystawki”. Tej z nich, która i teraz jest mniej pokaźna, Lidze Polskich Rodzin, trudno być pewną, że w ogóle przetrwa wyborczą zmianę dekoracji.

Po opozycyjnej stronie barykady, sztaby mają natomiast dane do względnie – ale też tylko w jakimś stopniu – dobrze rokujących kalkulacji. Platforma przyjdzie do mety jako pierwsza, choć oczywiście nie wyprzedzi reszty stawki aż tak bardzo, jak to jej obiecają życzliwe ośrodki badania opinii publicznej. Odmłodzony generacyjnie SLD ze swoimi mikroskopijnymi, lecz dobrze się kojarzącymi w środowiskach opiniotwórczych sojusznikami trochę odbije się od dna osiągniętego jesienią roku 2005. I wreszcie, szefowie PSL tradycyjnie przeżyją huśtawkę nastrojów wywołaną prognozami, iż nie wejdą do Sejmu. W rezultacie jednak przeczołgają się nad progiem z dwuprocentowym zapasem.

Prawda, że demokracja liberalna jest cudownym wynalazkiem? Jeszcze nie wiadomo, kiedy będą wybory. Rysuje się także kilka znaków zapytania w kwestii, z jakimi liderami i hasłami ci lub owi uczestnicy do nich przystąpią. Tak samo, niespodzianki ukrywa prawdopodobnie bieg zdarzeń w gorącym okresie kampanii. Za to, ku uciesze ścisłych umysłów, które lubią przewidywalny porządek, wyniki i skutki demokratycznego konkursu piękności są już w dobrym przybliżeniu znane. Do pełni szczęścia przydałyby się jeszcze przegrupowania w wojujących obozach, które ułatwiłyby im manewry podczas nowej kampanii. I one właśnie teraz następują.

Skoro drugiej kadencji partii Jarosława Kaczyńskiego raczej nie można się spodziewać, wydaje się logiczne, iż niektórym pasażerom nie zatopionego jeszcze, ale już trochę nadwerężonego okrętu PiS, zrobi się na nim za ciasno. W jakiejś mierze, zaczyna się powtarzać historia schyłkowych epok czy to Mariana Krzaklewskiego, czy to Leszka Millera, podczas których dotychczasowi sojusznicy na gwałt zmieniali szyki i rozwijali z pozoru świeże sztandary. Godne uwagi są zatem nie tyle same ruchy odśrodkowe na prawicy, co – żeby je tak, mocno na wyrost, określić – ich przewodnie idee.

Roman Giertych, korzystając ze wsparcia, którego w trakcie swej kadencji marszałkowskiej udzielał mu Marek Jurek, zdołał rozpalić w Sejmie i okolicach zajadłą wojenkę kulturową. Rzecz ciekawa, iż mu się to powiodło, mimo że nastroje zbiorowe takim zamysłom nie sprzyjały. Znaczna większość społeczeństwa, z mniejszym lub większym entuzjazmem, pogodziła się z aktualnie obowiązującą wersją ustawy o aborcji. Ci, dla których jest ona nie do przyjęcia ze względu na zbytnią surowość, uważają, że z obchodzeniem jej – podobnie jak to się dzieje w Polsce z innymi sprawami życiowymi – należy sobie radzić indywidualnie, podnosząc swoje dochody na pułap, gdzie w razie czego uzyska się ją bez problemu. Ze sporem politycznym o wolny wybór aborcyjny wielkich nadziei nie wiążą, ani tym bardziej nie zamierzają do niego aktywnie się włączać. Na drugim biegunie, zwolennicy zaostrzenia tej ustawy w duchu postulatu pełnej ochrony życia poczętego tworzą stosunkowo znikomą mniejszość. W takim razie, kto, w imię czego i z jakimi siłami ma tutaj wojować?

Chytremu rozumowi historycznemu zachciało się popchnąć Giertycha do celu, którego nie mógł on osiągnąć. Obojętne, czego by wódz LPR nie zgłaszał w Sejmie i nie mówił na konferencjach prasowych, hierarchia kościelna uważa go nie bez podstaw za awanturnika. Co jeszcze ważniejsze, tak samo o nim myśli dyrektor Radia Maryja. Od autorytetów, na których mu zależy, Giertych nie otrzyma mandatu zaufania, choćby nawet pochwalił się stygmatami upamiętniającymi ciosy wycierpiane w obronie dzieci nienarodzonych oraz emerytowanego arcybiskupa Wielgusa. Tyle mu się udało, że sondażowe teleskopy po dłuższej przerwie znowu zauważają planetoidę o nazwie LPR. Chociaż nie wiadomo, czy ta relatywnie pomyślna koniunktura się utrzyma, po Giertychu zostanie coś istotnego. Mianowicie, przyczynił się on do właściwego zaprojektowania prawego filara politycznej konstrukcji Rzeczypospolitej.

W programowych zapowiedziach Marka Jurka równie ważne jak to, czego one dotyczą wprost, są punkty w nich lekceważone. Zdymisjonowany marszałek stwierdził, na przykład, że kontrowersyjna autostrada w regionie Doliny Rospudy musi zostać przeprowadzona ustaloną wcześniej trasą. Wiadomo – patrząc szerzej – iż w zapleczu antyliberalnej, przynajmniej z deklaracji, części prawicy skupiły się grupy niechętne modernizacji kraju według dotychczas używanej sztampy. W najbliższej przyszłości Jurek może połączyć się z Giertychem lub częściowo pogodzić z Kaczyńskim. Waga tych przesunięć, pasjonująca twórców komentarzy, które zachowują aktualność najwyżej przez dobę, będzie jednakże drugorzędna. Trwałym efektem secesji Jurka okaże się natomiast zabieg, który liberalni arbitrowie elegancji określą z wielką satysfakcją jako ucywilizowanie prawicy.

Mało kto już pamięta, że Ligę pod przewodem dzisiejszego wicepremiera Giertycha nazywano kiedyś partią protestu, debatując z troską, czy nie wstrząśnie ona fundamentami polskiej demokracji. Potencjału wybuchowego znalazło się w niej tyle, co w zapalniczce. Przyznajmy jednak, że Giertychowi jeszcze niedawno zdarzało się wzywać do debaty sejmowej nad sensownością polskiego wkładu do amerykańskich interwencji zagranicznych. To, niestety, melodia przeszłości. Dzisiaj już widać, iż prawicy nie podzieli nasze wynajęcie się do tyleż hańbiących moralnie, co załamujących się militarnie prób podboju Iraku czy Afganistanu. Jej – gdzie indziej chętnych do kłótni – polityków w nikłym stopniu obejdzie nawet trzeźwy rachunek, iż elektoratu nie warto zrażać widokiem żołnierzy WP, powracającymi ze swych misji w trumnach. Tarcza antyrakietowa – jeśli nie liczyć protestów urządzanych przez ideologiczne subkultury – również znajdzie się poza debatą. Powyższe kwestie – i jeszcze szereg innych – przesłoni to pełzający, to z nową siłą wybuchający spór, czy aborcji należy zakazać konstytucyjnie (a jeśli tak, to czy pancerz tego zakazu wymaga oczyszczenia z jakichkolwiek wyjątków).

Od dyskutantów, występujących w imieniu tutejszej prawicy, zawsze można się dowiedzieć, iż polityka nie jest zabawą dla naiwnych dzieci, które wierzą, dajmy na to, w rojenia pacyfistyczne. Rozważania zalecające preferować zło mniejsze wobec większego stosuje się w kręgu tej orientacji wręcz nawykowo. Bywają one stosowane również wobec spraw tak konkretnych, że aż doraźnych. Kiedy wybuchła tak zwana afera taśmowa, wśród entuzjastów prezesa Kaczyńskiego nad podziw łatwo uporano się z pytaniem, jak kupowanie posłów ma się do obiecanej rewolucji moralnej. Do tłumienia ewentualnych wątpliwości wystarczało elementarne narzędzie perswazyjne: jak jest sytuacja każdy widzi, a wobec tego większość parlamentarną trzeba budować środkami, których ona wymaga. Estetyka razem z konwencjonalnymi zasadami moralnymi niech idzie do kąta.

Gdyby Jurkowi i jego zwolennikom udało się przeforsować zapis konstytucyjny o bezwzględnej ochronie życia, wówczas publiczny spór najbliższych lat, z jego oczywistym wyborczym finałem, zostałby podporządkowany jednemu obsesyjnemu wątkowi. Stratedzy Platformy nie musieliby się zastanawiać, czym zastąpić nieco już zdyskredytowany pomysł liniowego podatku 3 razy 15. Wyręczyłyby ich szlagiery ze scenariusza będącego prawdziwym samograjem. Wyobraźmy to sobie: poseł-biznesmen, a przy tym amatorski szołmen Palikot, zamieniając jednorazowy pomysł w główny temat kampanii, demonstruje do uprzykrzenia filmy o gwałcie oraz narzędzia do jego popełniania. Woła przy tym, powiedzmy: oto skąd biorą się dzieci PiS-u i Radia Maryja! Z Palikotem rywalizuje czerwony (albo lepiej: różowo-tęczowy) autobus proaborcyjny, którym pielgrzymuje po kraju posłanka Senyszyn. Liderzy na pokaz dystansują się trochę od swoich harcowników. – Każdemu zdarza się dziecko niechciane – formułuje wyważoną opinię Donald Tusk – ja, na przykład, mam Palikota. Z kolei, Wojciech Olejniczak zaznacza, że będąc nowoczesnym socjaldemokratą, a zarazem tradycyjnym katolikiem, sprawę aborcji rozpatruje w perspektywie wysoce zróżnicowanej. Niezależnie od swych osobistych przekonań, obydwaj liderzy opozycji szykującej się do przeobrażenia w rządzącą koalicję przyobiecują uroczyście, iż na wiadomym odcinku postarają się Polskę solidnie zeuropeizować. Wdzięczny elektorat rewanżuje się im jak umie najlepiej – kartkami wyborczymi.

Wciąż jednak znajdujemy się dopiero w klasie początkowej dla aktorów i profesjonalnych recenzentów naszego teatrzyku rozgrywki o władzę. Bracia Kaczyńscy, odwołując się do naszkicowanej przed chwilą argumentacji pragmatycznej, zgłaszają pretensje do Jurka, że wpędził ich w nieliche kłopoty. Na krótką metę, może i tak się stało. W dalej obliczanych rachubach, przywódcom głównych sił prawicowych bardziej opłaca się jednak mieć do czynienia z rywalami, którzy na pierwszym planie swojej oferty umieszczają pełną, w dodatku zaś umocowaną konstytucyjnie, delegalizację przerywania ciąży. Wrogowie z własnego obozu, którzy zajęliby się krytyką polityki obronnej, firmowanej przez ministra Szczygłę – albo planu prywatyzacji służby zdrowia, który usiłuje wprowadzić w życie jego rządowy kolega, Zbigniew Religa – postawiliby ich przed znacznie poważniejszym wyzwaniem.

Do końca jeszcze daleko. Mało prawdopodobne, żeby równie korzystny, jak obecny, układ sił dla konserwatywnej obyczajowo prawicy odtworzył się w następnych kadencjach parlamentu. Jeżeli więc środowisku Jurka nie powiodło się swoich konstytucyjnych projektów urzeczywistnić teraz, to zapewne nie dojdzie do tego już nigdy. Lecz ta porażka, paradoksalnie, dobrze wróży trwałości Prawicy Rzeczypospolitej, ewentualnie rozbudowanej Lidze Polskich Rodzin, czy wreszcie ortodoksyjnemu ideowo skrzydłu szerszego sojuszu, który kiedyś może jeszcze się skupi wokół uszczuplonego dzisiaj PiS-u. Wyborcy niechętni wciąganiu państwa polskiego do zamorskich awantur zbrojnych – czy w ogóle skłonni do upominania się o naszą suwerenność także wobec Stanów Zjednoczonych – są zdezorientowani i rozproszeni. Zmobilizować ich do najbliższych sondaży, a tym bardziej realnych wyborów, nie przyszłoby więc łatwo. Co innego twardzi wyznawcy katolickiej wizji rodziny, których według ekspertów od rynku z elektoratem zbierze się do 10% – fatygi uganiania się za nimi oszczędzi rozgłośnia ojca Rydzyka.

Przerzućmy się na drugie ekstremum miejscowych sporów – pożal się Boże czy też Ewolucjo – światopoglądowych. Powierzchowny obserwator zdziwiłby się pewnie uporowi, z jakim awangarda lewicy upomina się o prawo, które względem aborcji byłoby co najmniej równie pro, jak dzisiejsze jest anty. Uzyskanie poparcia dla niego już w jakimkolwiek przyszłym Sejmie wydaje się, z obecnej perspektywy, prawie nieosiągalne. A przecież, by przejść zwycięsko procedurę jego uchwalania, w dalszym ciągu potrzebowałoby ono życzliwego mu Senatu, prezydenta oraz Trybunału Konstytucyjnego. Świat nie kończy się przecież na problemie aborcyjnym. Tak więc politycznych inicjatyw na rzec pomocy kobietom, znajdującym się – na skutek niechcianej ciąży czy z całkowicie odmiennych powodów – w trudnej sytuacji życiowej, dałoby się pomyśleć legion. Trzymanie się frontowej linii, gdzie Senyszyn walczy z Jurkiem, a zza ich pleców wyskakują, o wiele bardziej jeszcze rozochoceni, Bratkowska i Wierzejski, przynosi wszakże korzyści w liczącym się przede wszystkim, to jest teatralnym wymiarze.

Mimo iż Polsce brakuje tego czy owego, jest ona całkiem bogata w polityczny plankton, którego rozmaite gatunki czasami dają o sobie znać oświadczeniami czy nawet demonstracjami. Na tym tle, odnosi się wrażenie, iż pewna odmiana tej drobnoustrojowej fauny cieszy się wydatnym uprzywilejowaniem. Liczne fora, od telewizyjnych programów publicystycznych do plebiscytów dla czytelniczek „Wysokich obcasów”, eksponują działalność osób i grup, które poświęciły się zwoływaniu happeningów w imię nieograniczenie wolnej aborcji. Medialne zainteresowanie tymi przedsięwzięciami w bardzo ograniczonej mierze dałoby się wytłumaczyć ich społeczną popularnością. Wystarczy przypomnieć, że gwiazda tzw. aborcyjnych coming-outów, Wanda Nowicka, kandydując na prezydenta stolicy, zdobyła kilkakrotnie mniej głosów, aniżeli przywódca Krasnoludków i Gamoni, pomarańczowy Major Fydrych. Nieustający hałas wokół aborcji – jeśli wsłuchać się w niego od lewa – wytwarza sprzyjającą atmosferę dla historycznego kompromisu Platformy z SLD i jego dekoracyjnymi przyległościami. Wspólna nienawiść do sławetnych moherowych beretów przeważa szalę, pokonując wspomnienia z coraz bledszej przeszłości.

Nareszcie okazuje się zrozumiałe, do czego zmierzał propagandowy pogrom lewicy, jaki otworzyły zamierzchłe już igrzyska, w których jako grubego zwierza do rytualnego uśmiercenia na arenie obsadzono Lwa Rywina. Dawny SLD potrafił skutecznie zabiegać o głosy, dzięki czemu jego czołówka obejmowała nieraz najwyższe stanowiska w państwie. Oceniając rzecz z punktu widzenia jego symbolicznego public relation, był on jednak formacją mało przyszłościową. Zarówno jego typowy lider – Miller czy Oleksy – jak i standardowy wyborca, obwoływany przez liberalne media sfrustrowaną sierotą po PRL, kojarzył się niemile z minioną epoką. Teraz – zupełnie co innego. Starszą generację kadr partyjnych zmuszono do wycofania się w kuluary. A równocześnie, z nagle u siebie odkrytymi sympatiami do SLD afiszują się wzięci prezenterzy, aktorzy czy dziennikarze. Jerzy Urban, kiedy był jeszcze inteligentnym publicystą, wyrzucał sobie, iż nie spostrzegł w porę, że realny socjalizm chyli się ku upadkowi. Powinienem to zrozumieć – notował ex post – co najmniej w momencie, w którym do opozycji antyustrojowej przystąpił pewien mój, odważny jak zając, kolega redakcyjny. Przez analogię, można wywnioskować, że ferajna opiniotwórcza, która nie wstydzi się już spotykać na demonstracjach z Napieralskim i Olejniczakiem, doskonale wie, co się szykuje. Lewica z Rozbratu nie na zawsze pozostanie marginalną i na dobitkę sekowaną opozycją. Oczywiście, żeby się nadawała do mezaliansu, który jej partnerowi z Platformy Obywatelskiej po niedługim namyśle wybaczy szacowny krąg krewnych i znajomych, wcześniej, nie szczędząc sił i środków, ją cywilizowano, czyli pacyfikowano.

A jeżeli rząd Tuska (ewentualnie Komorowskiego) z Pawlakiem i Olejniczakiem w rolach Leppera i Giertycha się nie popisze? Cóż, nie wszystko da się przewidzieć. W takim wypadku, do dyspozycji stanie – też odpowiednio spacyfikowana – prawica. Na – lekko licząc – cztery najbliższe lata mamy precyzyjnie opracowany plan gry. Tak działa system, który nie zadowala się drużyną do jego bieżącej obsługi, tylko – gdy ona wciąż daje z siebie wszystko – trenuje zawczasu jej zmienników.

komentarzy
Przeczytaj poprzednie