Biblioteka w kraju pupy

Wątpliwościom, które nierzadko męczą mnie w tej kwestii, przeciwstawił się niedawno pewien powierzchowny incydent. Resort edukacji pod zwierzchnictwem Romana Giertycha znowu starł się ze swoimi rutynowymi przeciwnikami. Tak więc ekipa giertychowska przygotowała projekt nowego zestawu lektur obowiązkowych. W szczególności, jej szef, ceniąc wysoko Sienkiewicza, przeraził się jakoby Gombrowiczem, a zwłaszcza jego „Trans-Atlantykiem”, z czego postanowił wyciągnąć radykalne wnioski.

Jeśli się miało, jak autor tych słów, cokolwiek wspólnego z fachem polonisty, to doprawdy łza się w oku kręci. To wspaniałe – a przy tym kompletnie zaskakujące – że takie czy inne książki do przymusowego wkuwania jeszcze kogokolwiek obchodzą. Realnym problemem jest raczej, żeby w standardowej klasie przeczytano wszystko jedno, co i czyjego pióra. Ileś tam lat temu, obiecujący junior z mojej rodziny musiał, na samym początku liceum, uporać się z „Quo vadis”. Wyczuwając, że to zadanie ponad jego siły, zaproponowałem mu kilka dostępnych ekranizacji na wideo. Niestety, filmy były za stare. Ich powolne tempo zniechęciło mojego krewniaka do tego stopnia, że wolał odcierpieć jedynki do spółki z resztą – prawdę mówiąc, skromnych – kar, które jego nauczycielka miała do dyspozycji, aniżeli je obejrzeć.

Vladimir Nabokov, zachwycając się, iż człowiek potrafi układać znaczenia z kresek i kropek na papierze, nie uzmysłowił sobie, że owa umiejętność, podobnie jak kiedyś się narodziła, tak – i to już chyba dość prędko – nieuchronnie przeminie. Przyszłością gatunku będzie chyba odbiór dźwiękowych lub obrazkowych sygnałów zamiast uporządkowanego ciągu sensów. Gombrowiczowi dałoby się wypomnieć – po prostu bijącą dziś w oczy – naiwność jego przeświadczenia, że cofającego w rozwoju i przez to poniżającego „upupienia” mogą na młodych umysłach dokonywać głównie belfrowie lub też ich prawzory, jakich dopatrywał się w matce i ojcu. A co ze stacją MTV, z którą zapoznał mnie, tak oporny wobec „Quo vadis”, podopieczny mych nieudolnych pedagogicznych starań?

Aby się zanadto nie rozzrzędzić nad barbarzyństwem idącym wielkimi krokami, zajrzyjmy bez uprzedzeń do warsztatu pedagogicznego dzisiejszej szkoły. Otóż w ciągu minionych kilkunastu lat – pod rządami, bez różnicy, Unii najpierw demokratycznej, potem zaś wolnościowej, gdańskich liberałów, AW„S” czy SLD – przeprowadzono tylko jedną, lecz za to decydującą reformę edukacyjną. Na jej tle, obecne popisy Giertycha można porównać do przemalowywania dachówek na czubku gmachu, który wydaje się już nie do ruszenia. Reforma ta, według swych wstępnych deklaracji, miała unowocześnić kształcenie, odciążając zarazem mózgi jego adeptów. Rzecznicy dobrodziejstw, jakie rzekomo niosła, chętnie skądinąd powoływali się na Gombrowicza, ogłaszając że – gdy tylko ona wejdzie w życie – szkolna część „Ferdydurke” definitywnie stanie się opowieścią z dawnych czasów.

Zdarzyło mi się kiedyś wysłuchać odczytu, którym entuzjastka reformy wprowadzała nauczycieli różnych specjalności do jej labiryntów. Niech Państwo pomyślą – wieszczyła z młodzieńczym wręcz entuzjazmem, mimo więcej niż dojrzałego wieku – ile było tych strasznych okoliczników, którymi musieliśmy dręczyć młodzież!? A teraz, dzięki Bogu i transformacji, mało co z tego zostanie. Bo i rzeczywiście, reformatorzy za fundamentalny omalże cel postawili sobie usuwanie z obowiązkowych programów tak zwanej wiedzy encyklopedycznej.

Zapowiedzi, tak usilnie próbujące sobą ucieszyć, po chwili namysłu trwożyły. Szlak przez nie wyznaczony biegł bowiem w odwrotnym kierunku niż rozwój naszych przodków, bez którego nie zostalibyśmy sobą. Odróżniając się od ssaków naczelnych, pierwsi ludzie zaczęli myśleć tyleż abstrakcyjnie, co refleksyjnie. I tak, od wyobrażania sobie, że byłoby przyjemnie wziąć smaczny owoc do łapy, nie podejmując w tym celu mozolnej wspinaczki na drzewo – co przyniosło im niejeden cenny wynalazek – zawędrowali do gramatycznej kodyfikacji okoliczników, którą obecnie wyklina się ze szkolnych lekcji.

Zreformowana edukacja – patrząc ogólniej – wpaja sprawności, które dają się natychmiast i bezpośrednio spożytkować. Razem z uzdolnieniami refleksyjnymi tępi natomiast wiedzę, która – dodajmy – nie jest niczym złym, jeśli służy tym pierwszym. Kto postawił już pierwsze kroki w rozumieniu historii, muzyki czy chemii, pochłonie z chęcią odpowiednie działy encyklopedii, nie bojąc się ostrzegających przed nią nowoczesnych pedagogów.

Istnieją, oczywiście, i takie dziedziny, w których szkoła po przemianach uczy lepiej niż w przeszłości. Studenta inteligentnego i nieźle oczytanego, ale przy tym ledwo ledwo znającego jeden obcy język, który nikogo by nie dziwił ze dwadzieścia lat temu, dziś się raczej nie spotka. Wynoszona z murów szkolnych erudycja literacka, jednakże, zginęła jak popularna niegdyś woda sodowa. Najwyższy czas, żeby klany wyznawców Sienkiewicza i Gombrowicza – zamiast kontynuować świętą wojnę, którą toczyły w okresie ich świetności – pogodziły się nad jej grobem. W społeczeństwie, któremu obok dóbr i talentów na wymianę, całkowicie wystarczy popkulturowy kit do wypełniania czasu wolnego, są one na równi nie na miejscu.

Skoro ich boje dobiegły końca, można ewentualnie się zastanowić, które z tych plemion, Sienkiewiczowskie czy Gombrowiczowskie, miało więcej słuszności po swej stronie. Wizerunki bożyszcz bledną razem z wygasaniem obrządków ku ich czci. Coraz trudniej zatem pojąć namiętności, które te gasnące słońca kiedyś wzbudzały. Spróbujmy, mimo wszystko, bo niedługo będzie już za późno.

Nie dziwi w żadnym stopniu, że Sienkiewicz irytował wiele, i to wybitnych umysłów. Co ciekawsze, również swoich zaciekłych wrogów potrafił on fascynować – ale o tym za chwilę. Z początku, złość na Sienkiewicza wzbudzają stworzone przez niego postacie. O ich żeńskiej odmianie zamilczmy z litości. Jej miałkie przedstawicielki zdają się potwierdzać uporczywą plotkę biograficzną, iż twórcy takich namiętnych kochanków jak Bohun czy Kmicic, w bliższym poznawaniu osób płci odmiennej przeszkadzały silne opory – a to, z kolei, owocowało prędkim rozpadaniem się jego małżeństw. Całkiem prawdopodobne, że Piotra Czajkowskiego przypominał on nie tylko łatwością wymyślania chwytliwych motywów – osiągając w powieściach to, co tamten w symfoniach – lecz i nietypowymi skłonnościami intymnymi. Gdyby oficjalna polonistyka nie kamuflowała tej strony jego życiorysu, Sienkiewicz uzyskałby szanse na jeszcze jeden rozdział swojej pośmiertnej kariery, zostając czarną owcą, wypędzaną z kultury przez moralne krucjaty LPR, a zarazem idolem emancypacyjnych marszów równościowych.

Cokolwiek działo się w jego wnętrzu, jedyną bohaterką, która mu się jako tako udała, była Basia Jeziorkowska primo voto Wołodyjowska. Ale, niestety, to tylko wydrążony pajacyk z dwiema ukrytymi w środku nieskomplikowanymi maszynkami do uruchamiania odruchu śmiechu lub – w szczególnie uroczystych chwilach – płaczu. Zaskakujące choć w pełni prawdziwe: Sienkiewiczowscy herosi są do niej podobni. Brzozowski chyba jako pierwszy spostrzegł, iż w plastycznych sylwetkach tych szlachciców, rycerzy i Rzymian brakuje wymiaru głębi. Co zrobiłby Dostojewski – pytał retorycznie autor „Legendy Młodej Polski” z takim Chilonem Chilonidesem, zdrajcą i męczennikiem w jednej duszy. Sienkiewicz wymyślił zaledwie (choć i aż) barwne perypetie. Przyznajmy, że to nie byle co: donosić konsekwentnie na jednego i tego samego chrześcijanina, a wkrótce potem zwracać się do niego z prośbą „Glauku, odpuść mi!”, którą jej adresat spełnia z uporem maniaka lub – jak kto woli – świętego. Jeszcze zabawniej prezentują się jego rozgrywki z potężnymi mecenasami, którym nastręczył swoje usługi. Kiedy jednak, doznając cudownego przeobrażenia, znosi tortury z siłą wewnętrzną nie mniejszą niż wcześniejsze tchórzostwo, każące mu się trząść ze strachu na widok krwi, zachowuje się jak marionetka, którą kaprys reżysera pociągającego za sznurki cisnął na drugi koniec sceny.

Pewnym szczególnym spłaszczeniem odznacza się również kontekst, w którym – na równi z Chilonem synem Chilona, Wołodyjowskim czy Skrzetuskim – działają postacie historyczne, czyli apostołowie Piotr i Paweł, książę Jeremi albo hetman Sobieski. Odrąbuje się tam trzy głowy – a nawet każe podwładnym wiercić świdrami w oczach jeńców – utrzymując przy tym doskonałe samopoczucie lub wręcz je sobie poprawiając. Obiekty tych heroicznych popisów – innych ludzi nie wyłączając – posiadają jak gdyby za mało realności, aby prowokować skrupuły. Z umowną fikcyjnością świata przedstawionego idzie w parze infantylnie oczywisty podział racji. Kozak, Tatar, Szwed czy Turek jest, wobec tego, równie papierowy, co bezwzględnie, ale też płytko zły. Taką wycinankę pomazaną czarną farbą wolno zniszczyć, nie martwiąc się, czy przypadkiem jej się nie skrzywdziło.

Pomnikowe figury Sienkiewiczowskich kombatantów, ze Skrzetuskim w pierwszym rzędzie, pobrzmiewają pustką. Osobistości demonicznych, które od czasu przewijają się w „Trylogii” czy „Krzyżakach” – księcia wojewody wileńskiego względnie komtura ze Szczytna – podobnie jak Lorda Vadera, nawet dziecko się nie przestraszy. Skojarzenie z kręgiem personalnym „Gwiezdnych wojen” wprowadza na trop zasadniczy. Nie jest przypadkiem, że filmowe adaptacje powieści Sienkiewicza, na które – prócz Jerzego Hoffmanna – kusili się reżyserzy z Hollywood, Włoch, a nawet Niemiec, z reguły kończyły się klapą. „Potop”, przeciętny – szczerze mówiąc – na tle historycznych gigantów z podobnymi datami nakręcenia, wyróżnia się wśród nich o tyle, że reszta bije już w oczy kiczowatą indolencją. Sienkiewicz nie wymaga przenoszenia do kina – i może nawet mu się nie poddaje – gdyż jego utwory same w sobie są już, utrwalonymi z konieczności na papierze, widowiskowymi superprodukcjami.

Z jego okazji łatwo przychodziło rzucać inwektywy albo chłodne szyderstwa. Brzozowski nazywał go „niewolnikiem słowiańskim”, demonstrującym przed niewybredną publicznością różnych narodów i języków, iż „nędzą i potępieniem literatury polskiej jest brak myśli”. Odnajdując zbliżone, tyle iż spokojniejsze sformułowania, Gombrowicz zobaczył w nim „Homera drugiej klasy”, będącego niezawodnym „opowiadaczem wstydliwych snów polskiej duszy”. Magik, prestidigator, czarnoksiężnik – dodawał Teodor Parnicki. A jednak ten właśnie pisarz, który – na przekór swemu wziętemu poprzednikowi – stworzył anty-Sienkiewiczowski, bo naładowany do granic wytrzymałości potencjałem intelektualnym, model powieści historycznej, w ogromnym dziele „I u możnych dziwny” uzupełniał życiorys pana Zagłoby. Oceniając szerzej, walczy się tylko ze zjawiskami, które zasadnie budzą niepokój. Sienkiewicz wściekał nieliczne wybitne umysły, które zabłąkały się do literatury polskiej minionego wieku, ponieważ reprezentował zagrażający im, w końcu zwycięski żywioł. Przejawiając się w jego – pod tym względem prekursorskiej – osobie i twórczości, popkultura wypierała ambitniejsze alternatywy.

Z tego punktu widzenia, zaanektowanie Sienkiewicza przez endecję, które faktycznie nastąpiło, i to już za jego życia, wydaje się kwestią trzeciorzędną. Wątpliwe zresztą, czy w Sienkiewiczu kipiały szczególnie bujne uczucia patriotyczne. Uderzająco trafnie – wobec niepowodzeń w kreacjach odmiennych typów – odmalował on charakter dekadenta i cynika, jakiego wcieleniami są chociażby Petroniusz czy Bogusław Radziwiłł. Nie dysponując zbyt rozwiniętą wyobraźnią twórczą, korzystał tu przypuszczalnie z realnie istniejącego wzorca, jakim był on sam. Jego utwory współczesne, „Bez dogmatu” i „Rodzina Połanieckich”, nie obywają się bez – naszkicowanych, jak wolno sądzić, od wewnątrz – portretów indywidualności całkowicie wykorzenionych. Zabawne, iż bohater pierwszego z nich, Płoszowski, bezlitośnie szydzi z polskiej szlachty oraz jej dziejów.

Duchowy outsider lubi odnajdować, chociażby na siłę, pewien grunt pod nogami i bezpieczne schronienie. Żeby sięgnąć po świeższe czasowo przykłady: Umberto Eco, erudycyjny historyk średniowiecza i wyrafinowany teoretyk uniwersum znaków, został twórcą bestsellerów. Z kolei, Slavoj Žižek, znawca Heideggera i szkoły frankfurckiej, chętnie opatruje własnymi komentarzami, jeszcze bardziej obleśnymi niż ich oryginalne scenariusze, amerykańskie filmy erotyczne. Podobnie jak oni, a przy tym znacznie wcześniej, postąpił Sienkiewicz. Cyklem swoich poczytnych ksiąg pokrzepił przede wszystkim własne serce, odnotowując dzięki temu – do pełnego szczęścia – ewidentnie wymierną korzyść.

Jego osiągnięcie zyskało, w dodatku, sens ponadjednostkowy. U progu wieku XX, Polska tradycyjna, to jest szlachecka, rysowała się jako przerażający anachronizm. Bardziej aktualne propozycje poszukujących socjalistów czy ludowców nie osiągnęły, jednakże, zasięgu szerszego niż – jak by się to dzisiaj określiło z lekceważącym skrzywieniem ust – niszowy. Równie chwytliwa, co – dzięki wystrzeganiu się zbyt głębokich pytań – spójna wizja Sienkiewiczowska nadawała się, jak znalazł, do przesłonięcia dotkliwej luki w świadomości zbiorowej. Rozgrywający się na kresowych dzikich polach „eastern”, jakim była „Trylogia”, umożliwiał zakochanym w nim odbiorcom łatwe zaakceptowanie siebie oraz swej pozycji na dziejowych i geopolitycznych współrzędnych.

Niestety, triumfy nie są wieczne. Obecna generacja konsumentów popu odbiera jego edycje sprzed wielu dziesięcioleci nie inaczej, niż nużącą klasykę. Poszkodowany przez ten standardowy typ reakcji na szlagiery przeszłości zostaje również Sienkiewicz. Wielki magik już nie czaruje masowej publiczności. Ginie umiejętność rozumienia tego akurat poziomu jego dzieła, na którym wykazał się on niezwykłym talentem. Jego majstersztykami były stylizacje językowe. „Precz, capy! Psy niewierne! Niewolnicy! Swynojady!… Wy mnie jasyr zabierać przyszli, a ja wam ot, tak, capy!… Na twarz, niewolnicy, bo Sicz całą tak zdepczę jak was, z dymami puszczę, ścierwem waszym pokryję!” – tak, dla przykładu, wyje Tuhaj-bej na delegatów wojska zaporoskiego, którym zachciało się poigrać po swojemu z jeńcem, za którego umyślił sobie wziąć pokaźny okup. Czytając „Ogniem i mieczem”, można – pomimo jego żenujących naiwności psychologicznych, nie wspominając o historiozoficznych – co chwila kwiczeć ze szczęścia. Co z tego, skoro na takie rozkoszowanie się poetycką funkcją języka, z własnej woli bądź w ramach przymusu szkolnego, ma dziś ochotę mniej więcej tyle samo czytelników, co na studiowanie tomików Leśmiana.

Z ekranizacji pierwszej części „Trylogii” – razem z archaizmami, makaronizmami i składnią w stylu Cycerona, którymi scenarzyści bali się odstraszyć widownię – wyparował klimat. Klęska tej próby ożywienia Sienkiewicza była zapewne ostateczna. Resortowy okólnik nic w tej materii nie zmieni. Roman Giertych może o sobie mieć bardzo wysokie mniemanie, lecz i on sam na pewno nie przypisuje sobie władzy podnoszenia z martwych, która wśród mieszkańców świata doczesnego wystąpiła jeden, jedyny raz.

Tak jak nie da on rady wywołać zmartwychwstania Sienkiewicza, tak nie zdołałby wyrządzić trwałej krzywdy Gombrowiczowi. Rzecz w tym, iż jest to zbędne. Przeglądając internetowe komentarze do mikroafery lektur szkolnych, wyłowiłem tam mniej więcej taką perełkę: „Trans-Atlantyku nie czytałem, ale koleżanki z humany mówią, że to jeszcze głupsze od Ferdydurke”.

Cytowana opinia na wagę złota przypomniała mi o poniesionym dawno temu bolesnym niepowodzeniu pedagogicznym. Odbywając praktykę pedagogiczną w szkole, doszedłem do przekonania, iż zebrane tam młodociane, a więc chłonne umysły marzą o zetknięciu się z arcydziełami Białoszewskiego. Wkrótce nadeszła chwila, żeby tę wiarę zweryfikować w klasie. Po głośnej lekturze przystępnej – według mojej oceny – próbki z „Obrotów rzeczy” zapadła głucha cisza. Co oznaczała, wyjaśnił ktoś równie inteligentny, co odważny: „Przecież wszyscy wiemy, że niczego takiego, co opisuje ten pan, nie było naprawdę”.

Incydent ów zdarzył się w czasach innych niż obecne, ale już w znacznym stopniu je zapowiadających. Barierę blokującą kontakt tyleż z Białoszewskim, co Gombrowiczem, stanowi – warto podkreślić – nie tyle trudność tekstu, co zarzucana mu już po wstępnym zrozumieniu „nieprawdziwość”. Widocznie dzieci – gdy tylko wyrosną z bajek – uczą się prozaicznego realizmu. Niby bez przerwy, odkąd wykluły się im pierwsze ząbki lub nawet od jeszcze bardziej zamierzchłego okresu, otoczone są przekazami w rodzaju „Władcy pierścieni”, które uchwytnych faktów raczej nie respektują. Chodzi jednak o to, że popkulturowe fantazje cechują się pełną umownością. Natomiast literatura w swoim czasie nowatorska wciąż kłóci się z realiami i na swój sposób próbuje w nie interweniować. W efekcie, mogłaby ona zaniepokoić, wymuszając refleksję – tego wszakże jej typowy, również i może zwłaszcza szkolny odbiorca, sobie nie życzy.

Trudność tekstu, o której ciągle się przebąkuje a propos Gombrowicza, nie jest czynnikiem stałym. Ewolucja smaku artystycznego zwykle polegała na tym, że dzieła sztuki, które w pokoleniu rodziców przerażały swoim skomplikowaniem czy nawet dziwactwem, potomstwu wchodziły do głowy bez trudu. Jeśli w latach socrealizmu przeciętni intelektualiści, którzy wówczas robili kariery, znęcali się nad mało upolitycznionym Gombrowiczem czy Brunonem Schulzem bardziej niż nad niejednym wieszczem bogoojczyźnianej prawicy, to chyba dlatego, iż nie mogli im wybaczyć, że faktycznie byli dla nich za trudni. Co innego w pokoleniu, które startowało w okolicach Października 1956. Niekoniecznie należąc do orłów, powiedzenia Gombrowiczowskie chwytało się tam na tyle łatwo, by je od razu wprowadzać do języka potocznego.

Dorastanie do literatury wymaga jednak czasu wolnego. A nadto – i może jeszcze bardziej – przeświadczenia, iż taki wysiłek jest do czegoś potrzebny. Warunki te nie są i nieprędko zostaną spełnione. Po ukończeniu szkoły, większość absolwentów skazana zostanie na zarobki przeciętne lub słabe, czyli dające szansę na zaspokojenie tylko podstawowych potrzeb. Wyselekcjonowane grono wejdzie na ścieżki szybkiego awansu. I wreszcie, generacyjne odrzuty staną pod sklepem z puszką piwa w ręku. Grupy te niewiele, chociaż coś jednak łączy. Przedstawicieli żadnej z nich nie będzie nurtowało pytanie, co czytać. Oczywiście – dla siebie. Zawód filologa czy krytyka literackiego będzie sporadycznie obierany, gdyż czasami potrafi okazać się popłatny.

Może czytanie istotnie jest zbędne? Gombrowicz – nie wahając się w tym celu ogłosić siebie dezerterem – pragnął wyzwolić człowieka w Polaku. Co w tym dzisiaj za rewelacja, skoro takiego wyzwolenia bez wielkich intelektualnych udręczeń dokonują miliony emigrujące zarobkowo. Wybory życiowe, jak również polityczne, zapadają na poziomie ignorującym konflikty wokół idei, którymi żywiła się literatura. A żeby ten stan rzeczy z wierzchu zamaskować, nie potrzeba już nawet trochę tandetnych wizji na miarę „Trylogii”. Doraźne hasła wystarczą.

Może przydałaby się chwila na myślenie wokół tych tematów, gdy już Giertych je wywołał? Czyż podobna jednak zmarnować wspaniałą okazję do pojedynku na miny, dzięki któremu dogasająca LPR pozoruje, iż jest krzepka i groźna jak Horpyna, zaś proeuropejskie grzeczne dzieci lansują swoich prymusów bojowymi okrzykami: „Hej, bracia Chłopięta, dodajcie mu sił…”?

Jacek Zychowicz

(ur. 1963) – dr nauk filozoficznych (autor pracy doktorskiej o Stanisławie Brzozowskim), polonista, tłumacz, muzykolog-amator, wykładowca akademicki, publicysta. Publikował m.in. w „Dziś”, „Trybunie”, „Nowym Tygodniku Popularnym”, „Myśli Socjaldemokratycznej”, „Wiadomościach Kulturalnych”, „Polityce”, „Przeglądzie Tygodniowym”, „Twórczości”, „Sztuce”, „Życiu” i „Europie”. Autor książki „Mieszanka wybuchowa. Felietony i powiastki ze świata jednowymiarowego”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>