Polski Trójkąt Bermudzki

·

Polski Trójkąt Bermudzki

·

Swoją naturą przypomina ona mechanikę słynnego kiedyś Trójkąta Bermudzkiego, w którym fale radiowe, a chyba nawet łyżeczki stołowe, pod wpływem dziwnej siły ulegały daleko idącym zniekształceniom. Nie ma otóż zasady czy idei, która w Polsce obroniłaby się przed deformacją czyniącą z niej karykaturę.

Weźmy demokrację i praworządność. Patrząc abstrakcyjnie, można by się zgodzić, że – obojętne, po której stronie stoimy – te nadrzędne ramy dla politycznych działań, walk i konfrontacji zasługują na obronę. A jeśli, w dodatku, władza dostała się ugrupowaniu, dla którego zwiększanie jej posiadanego przez siebie zakresu jest na tyle ważnym środkiem do osiągania swoich celów, iż łatwo podejrzewać, że on sam stał się celem, i to co najmniej jednym z głównych? Bliżej wzbudzającego emocje polemiczne szczegółu: jest raczej trudne do ukrycia, że na operacje, zwłaszcza te najbardziej spektakularne, policji czy prokuratury niemały wpływ wywiera ich podporządkowanie wobec osób ze ścisłego kierownictwa PiS, które – mówiąc ostrożnie – mają aż nadto wyraziście określone przekonania, a nawet obsesje ideologiczne.

Cóż więc przeszkadza wznieść okrzyk: brońmy praworządności, a wraz z nią ratujmy demokrację? Właściwie nie wiadomo, od czego zacząć w replice. Najłatwiej – od personaliów. Wśród wielu zwracających na siebie – zwykle, niestety, mało życzliwą uwagę – założycieli ruchu na rzecz demokracji w opałach, rzuca się w oczy postać mecenasa Jana Widackiego, pamiętnego obrońcy Jana Kulczyka w sprawie Orlenu.

Oczywiście, profesjonalny prawnik takie właśnie ma powołanie, żeby reprezentować stronę wynajmującą jego usługi. Jeżeli klient, w którego imieniu występuje, okaże się winny, nic absolutnie mu to nie ujmie. Na odwrót: kompromitowałaby go raczej próba samozwańczego osądzania podejrzanych, którzy mu zaufali. I wreszcie, w historycznej pamięci dałoby się wygrzebać adwokatów, którym zasłużyć się dla prawa bynajmniej nie przeszkodziło, że bronili oszusta, aferzysty czy wręcz zbrodniarza. Powyższe uwagi chronią reputację ludzi w togach, którzy skutecznie lub nie pomagali wymigiwać się od kary Alowi Capone czy – bliżej naszych czasów – Berezowskiemu, Gusinskiemu, Abramowiczowi, Chodorkowskiemu czy wreszcie Kulczykowi, przed pochopnymi kalumniami.

Jednakże, Widacki z własnych doświadczeń zawodowych mógłby łatwo wywnioskować, że redukowanie wyzwań, podminowujących gmach prawa w Rzeczypospolitej, do nadużywania swych uprawnień przez jego profesjonalnych strażników, grzeszy naiwnością lub, co gorsza, grubym zakłamaniem. Nie da się bowiem zaprzeczyć, że bezpieczeństwo wobec odpowiedzialności karnej, podobnie jak wszystkie inne dobra, posiada u nas swoją cenę. Kulczyk wywiązuje się z niej bez kłopotów – tak więc, prócz doraźnych nieprzyjemności, o które przyprawili go kiedyś agresywni posłowie śledczy, niewiele mu grozi.

Wydaje mi się zresztą bez większego znaczenia, czy persony z politycznej lub biznesowej górnej półki skompromitowały się w sensie ściśle sądowym. Jedni, w imię politykierskich względów, starają się tego dowieść za wszelką cenę – nierzadko, być może, naciągając fakty i paragrafy – inni zaś, przestraszeni o własną skórę, przeczą wszystkiemu w czambuł. W tej obustronnie interesownej awanturze umyka rzecz najważniejsza. Jest nią kapitalizm polityczny, o którym na chwilę zaczęło być głośno – i zaraz przestało – w związku z nagranymi na taśmę wynurzeniami Józefa Oleksego. Na agendzie znalazły się inne rewelacje z kuluarów, szaf i sejfów. Wielka szkoda.

Chyba tylko uraz osobisty kazał Oleksemu wywodzić, że – trafnie tak przez niego nazwany – kapitalizm polityczny zbudował u nas jego wieloletni partyjny kamrat, Aleksander Kwaśniewski. Przedostatniego lokatora Pałacu Namiestnikowskiego poprzedził w nim przecież historyczny lider obozu z drugiego bieguna. A zanim nastały rządy, w których dominował SLD, długo i dla siebie owocnie władały gabinety Suchockiej i Bieleckiego. Sięgając jeszcze głębiej w studnię czasu, natrafiłoby się na wychowanków ostatnich ekip PZPR, którzy do wejścia w kapitalizm przygotowywali się co najmniej od początku Gorbaczowowskiej pierestrojki. I to pod kątem ich oczekiwań skrojone zostały takie akty prawne z dni przełomu ustrojowego, jak legalizacja wymiany dolarów na złotówki, na której skorzystał ten, kto – wiedząc wcześniej, kiedy się ją uchwali – w porę założył kantory lub zlecił ten manewr zaprzyjaźnionej grupie interesu.

Odsłania się już – miejmy nadzieję – płycizna licytacji, kto popełnił grzech pierworodny: „komuchy” czy „solidaruchy”. Liczy się efekt końcowy, do którego, pod groźbą eliminacji, przystosować się muszą wszyscy – niezależnie od tego, skąd się wzięli. Uleganie tej presji jest o tyle łatwe, że zapewnia natychmiastowe profity. W kapitalizmie politycznym, kancelarie szefów władzy wykonawczej, partie, koalicje rządowe i wszelkie inne ośrodki wpływu zamieniają się bowiem w przedsiębiorstwa zarobkowe. Po takiej mutacji, wchodzą one w koniunkturalne porozumienia – lub nawet trwałe mutacje – z poszukiwaczami natychmiastowych wielkich dochodów, którzy zmierzali do nich najkrótszą drogą. Dlatego partnerem do poufnych rozmów, jakiego wynalazł sobie lider socjaldemokratyczny, był magnat handlu paliwami. Zbyteczne dodawać, że identyczna zasada powinowactw z wyboru dotyczy centrystów, liberałów czy chadeków. Obowiązywałaby również skrajnych nacjonalistów i bodaj nawet komunistów (co zresztą stało się z nimi w Rosji), gdyby ci jakimś cudem trafili na plan poważnej rywalizacji o posady w parlamencie, rządzie i okolicach.

Struktury kapitalizmu politycznego działają tym sprawniej, im słabiej muska je światło. Oczywiste więc, że po długotrwałym urlopie znowu się uaktywnił Andrzej Olechowski. Ten śpiący rycerz budzi się zawsze, gdy niezbędnie potrzebuje tego lokalny, a bodaj i międzynarodowy wielki biznes. Dawno temu zamierzał on zostać premierem w półdyktatorskim systemie, który Wałęsa do spółki z Wachowskim planował zmontować podczas obiecywanej sobie drugiej kadencji prezydenckiej. Potem, równoważąc skruszenie się Unii Wolności oraz jej sojuszniczego skrzydła w Akcji Wyborczej „Solidarność”, powołał do życia Platformę. W przerwach zajmował się tym, co lubi najlepiej, czyli drzemką.

Wyrwał go z niej ten sam lęk o przyszłość kapitalizmu politycznego, który skrócił przymusowy odpoczynek Aleksandrowi Kwaśniewskiemu. Były prezydent ułagodziłby zapewne rozczarowanie, wywołane utratą szans na jakąkolwiek znaczącą posadę w instytucjach międzynarodowych, zostając – śladem swej małżonki – gwiazdą autorskiego programu w telewizji komercyjnej. Niestety, zagrała mu trąbka do boju o prawie wszystko.

Pominąwszy ozdoby, jakimi elokwencja Olechowskiego i Kwaśniewskiego wzbogaca ich wywody, serwowana przez nich dobra nowina brzmi mniej więcej tak: w Polsce znowu będzie normalnie. Ten poręczny termin oznacza, z kolei, że ci, którzy na wcześniejszych etapach załatwili sobie – a po prawdzie otrzymali od swoich protektorów, opiekunów czy zgoła ojców chrzestnych – sprzyjające pozycje wyjściowe do bogacenia się, przystąpią do tego zajęcia ze świeżym zapałem. Mikrowstrząsy, które zdarzyły się ostatnimi czasy, pozwalają kombinatorom ozdobić się męczeńską aureolą. Ile razy trafisz Polskę posiadającą w rentę – aż prosi się nawiązać do słabo dziś pamiętanego klasyka – ona krzyknie żałośnie jak widmo z Rakowieckiej czy może nawet Łubianki lub Szlisselburga.

Stowarzyszenie Ordynacka postanowiło raz jeszcze zaufać Włodzimierzowi Czarzastemu, wybierając go swoim przewodniczącym na kolejną kadencję. Budzi podziw wskaźnik zwycięstwa odniesionego przez byłego sekretarza rady do spraw mediów audiowizualnych – bodajże 126 głosów na ogólną liczbę 131. Z polityków niedawnej przeszłości, wspanialszymi osiągnięciami legitymował się chyba tylko przywódca narodu albańskiego, Enver Hodża. Czemu się jednak dziwić? Czarzasty gwarantuje ludziom interesu, wiernym swojemu stowarzyszeniu, iż możliwości zawierania korzystnych transakcji pozostaną przed nimi szeroko otwarte. A na dobitkę, chełpi się porażającym wtargnięciem do jego domu, i to z samego rana, grupy funkcjonariuszy. Wybaczono mu więc nawet niezdarne podchody do prywatyzacji Wydawnictw Szkolnych i Pedagogicznych czy II Programu TVP, które – darowując już sobie ich ocenę z moralnego czy legalnego punktu widzenia – stworzyły „Gazecie Wyborczej” znakomitą okazję do wywołania afery Rywina, a razem z nią degrengolady całej formacji Czarzastego.

Zawód roznosiciela butelek z pożywnym białym płynem wymarł, ale znów modnie brzmi klasyczne powiedzenie o złowrogich państwach, w których o wczesnej godzinie zamiast mleczarza stuka do drzwi ktoś zupełnie inny. Niestety, prawdy tu za grosz. Demaskowanie faszyzmu czy autorytaryzmu ma sens pod warunkiem, że działania władz określanych tym mianem szkodzą ludziom przypadkowym, którzy – wskutek tego chociażby, że nie awansowali zbyt wysoko – mają spore szanse być przyzwoici. W dzisiejszej Polsce do takich zdarzeń, na szczęście, nie dochodzi. Z drugiej strony, fałszywie brzmią lamenty, którymi opozycyjna część mediów skwitowała tragiczną niewątpliwie śmierć Barbary Blidy. Eksminister budownictwa, w obliczu jej przedwczesnego końca, można by od biedy zapomnieć ustawę dopuszczającą eksmisje bez zapewnienia lokalu zastępczego. Opracowywano ją przecież i uchwalano w szczególnej atmosferze, gdy wszystkie słyszalne megafony wieszczyły, że nie ma na świecie takiego dobra, które nie zaliczałoby się do towarów. Według rady z tego samego źródła, wartość jednostek czy rodzin należało mierzyć przedsiębiorczością, z jaką umieją się starać o środki płatnicze na zakup potrzebnych im towarów. Blida wszakże nie była tylko technokratką niezdolną do samodzielnej refleksji. Tracąc na wadze jako ewentualny występek kryminalny, wymienianie przez nią usług z osobistością zwaną śląską Alexis ujawnia sens o wiele istotniejszy. Z niego biło źródło jej urzędniczej ślepoty. Trudno przejąć się problemami lokatorów spóźniających opłaty za mieszkanko w bloku, skoro się wie z własnych obserwacji, że w kręgach tych, którzy się liczą, myśli się, czy przyrost gotówki lub zdolności kredytowej zainwestować w lokal trzystu- czy może czterystumetrowy.

Gdyby jednak Blidzie oszczędzono zamierzonego wyprowadzenia w kajdankach na oczach telewizyjnej publiczności, zapewne cieszyłaby się do dzisiaj jak najlepszym zdrowiem. Prawdopodobnie, jej zejście śmiertelne było nieoczekiwanym efektem ubocznym postrzelenia, którym próbowała otworzyć sobie drogę do karetki, a nie pod eskortę. Czarzasty wykazał się mocniejszymi nerwami – i dzięki temu, jak widać, na powrót rozkwita. Momentami zdecydowanie przeszarżowane popisy resortu sprawiedliwości, którym komenderuje minister Ziobro, usiłuje przesłonić co najmniej bezradność, jeśli nie winy własnego obozu. Najpoważniejszym błędem strategów obecnej ekipy, którzy silili się na ambitniejszy program niż tylko zyskowne utrzymanie się u steru, było chyba przecenienie sławetnego „układu”. Ten demoniczny byt wyposażyli oni w osobowość, wolę i dalekosiężne, choćby destrukcyjne zamiary.

Tymczasem, już przed zwrotem spowodowanym plebiscytem wyborczym z czerwca 1989, wychowankowie koterii trzęsących partią czy tajną policją pozbyli się szerzej zakrojonych ambicji poza gładkim wejściem w nową konstrukcję ustrojową, po której spodziewali się – i słusznie – skokowego podniesienia się słupków na swoich kontach. By to osiągnąć, skwapliwie paktowali tak z Mazowieckim, jak z Wałęsą – a jeśli nie z samym diabłem, to dlatego, że ich nie zaszczycił swą ofertą. Walka z nicością, którą stanowią, oszczędza kapitalizm polityczny, którego fundamentom nie może zaszkodzić. W dalszym efekcie, obiecywana na wyrost rewolucja sprowadza się do wymiany drużyny pedałującej na przedzie.

Spoza sztuczek, jakimi czaruje nas miejscowy wariant Trójkąta Bermudzkiego, odsłania się jedyna obowiązująca w nim zasada, którą przekopiowano z Brechtowskiego miasta Mahagonny. Sekretem wszystkich wartości jest posiadać dolary lub ich ekwiwalenty. A kto ich nie ma, temu i święty Boże nie pomoże. Silna – według tego nieodpartego kryterium – korporacja obroni się i przed „kaczystowską” władzą. Dlatego prominenci środowisk eksperckich i medialnych, po krótkim zaniepokojeniu, śmieją się z gróźb pogromu na „łże-elitach”. A lekarze przystępują do walki o sprywatyzowanie swoich usług.

Jeżeli do tych starć potężnych szermierzy zaplącze się szarak, to jedynie w takim wypadku, że któremuś z nich może się przydać na ozdobę czy przynętę. Pamiętam, że w dobrym towarzystwie, o które czasami zawadzałem, poprzednie tury strajków i demonstracji pielęgniarek komentowano z dyskretnym skrzywieniem ust. – Jak cię znam, to pewnie solidaryzujesz się z pielęgniarkami – powiedział mi pewien ambitny doktorant, aby zyskać punkt w konwersacyjnej wymianie złośliwości. Każdy wiedział, że chcąc zarabiać dobrze, pracuje się w zawodach dziennikarskim, akademickim, menedżerskim czy prawniczym. Kiedy się wywalczyło tam sobie miejsce, zdobywa się nawet podstawy do zgłaszania roszczeń. Teraz, rzecz jasna, popierać pielęgniarki jak najbardziej wypada. Jeżeli ich wystąpienia mogą się przyczynić do przyspieszonej restauracji prawowitych właścicieli Rzeczypospolitej, to wolno – tylko na tę chwilę – przebaczyć im wybór mało ciekawego zawodu.

Wyznawca neoliberalnego ultrasa Korwina-Mikke w roli strajkowego przywódcy lekarzy objawił się jako szczytowy dotychczas wytwór naszego Trójkąta Bermudzkiego. Co mu przeciwstawi rząd, którego minister Religa przygotowywał transformację służby zdrowia mniej więcej identyczną z tą, której życzy sobie bojowy doktor Bukiel? A specjalni prokuratorzy i detektywi antykorupcyjni, chwytając lekarzy i siostry na gorącym uczynku brania łapówek, demonstrowali chcąc nie chcąc, iż polską medycynę toczy tak złośliwy rak, że chyba nie da się z nim uporać inaczej niż operacją urynkowienia. Wzmianka premiera o referendum na temat podatków dla najbogatszych obudziła pewne nadzieje, lecz doradzałbym nie żywić nadzwyczajnych złudzeń. Kto mógłby zmienić kapitalizm polityczny, już w nim jest, a w takim razie nie ma żadnego interesu, żeby coś nim zrobić.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie