Musi to na Rusi

·

Musi to na Rusi

·

Próba postawienia Rosji za wzór nie może u nas liczyć na inną reakcję niż szydercze oburzenie. Nawet nie stosując na polski kompleks wobec Zachodu tej obiegowej recepty, która zaleca się pocieszać, że dalej ku krańcom Europy, a właściwie już w Azji, żyją jeszcze gorsi barbarzyńcy, trudno zachwycać się pozostałościami sąsiadującego z nami mocarstwa w ich obecnym stanie. Metody działania tamtejszych służb specjalnych czy oddziałów wojskowych, rozprawiających się z próbami secesji w regionie Kaukazu, skrajna nierówność dochodów i poziomów życia, obyczaje nowobogackich, samozachwyt elity władzy i bratniej wobec niej cerkiewnej władzy duchowej, która nie tak znów dawno była departamentem KGB… Nie tylko komentatorom salonu warszawskiego takie świeże owoce rosyjskiej ziemi mogą wykrzywić usta.

Zaglądając głębiej, dostrzega się, dlaczego Moskwa ma kłopoty ze zbieraniem ziemi należącej kiedyś do znacznie potężniejszego państwa, którego była stolicą. Swej bliskiej zagranicy, o dalszej nie wspominając, Rosjanie proponują niewiele rzeczy atrakcyjnych. Mimo zmiany ustroju, ich produktywność – jak w czasach ZSRR – nadal wyraża się głównie w zbrojeniach oraz pewnych dziedzinach nauki czy zwłaszcza kultury symbolicznej. Ale już nigdzie indziej – ze świecą w ręku szukać towaru z rosyjskim patentem, który podbiłby chociażby kraje dawnego bloku realsocjalistycznego. Gospodarka kraju rozciągającego się na dwóch kontynentach wciąż nie umie wypełnić przestrzeni między daleko od siebie położonymi wierzchołkami myśliwca bombardującego, figury baletowej i kwasu chlebowego.

Rosyjska rzeczywistość polityczna, której prezydenta splagiatowano z USA, a partie wypożyczono z rodzimego cyrku – następnie zaś, żeby jakoś przesłonić ten nędzny stan rzeczy, sięgnięto po dekoracje do muzeum caratu – odznacza się jeszcze mniejszą siłą przyciągającą. Obserwatorowi pamiętającemu dylematy marksistów, usiłujących jakoś usprawiedliwić upadek swych ideałów w ich rosyjskim wcieleniu, nasuwa się na myśl celne powiedzenie Jarosława Ładosza, jednego z nielicznych intelektualistów PRL-owskich, którzy powoływania się na „Manifest komunistyczny” nie uważali za przykry urzędniczy obowiązek. Ten niesłusznie skazany na zapomnienie guru materializmu historycznego tak zwykł pocieszać swych zaufanych uczniów: i tak mieliśmy szczęście, że rewolucja światowa nie wybuchła wpierw na Borneo. Wtedy bowiem, zamiast genseków naśladujących Iwanów i Piotrów, spod czerwonego sztandaru straszyłby szaman, który wieszczenie o prawach dialektyki przeplatałby pokazami właśnie złowionych głów, sprawionych zgodnie ze świętymi zaleceniami przodków.

Rosyjska transformacja kapitalistyczna, nie inaczej niż tamtejszy socjalizm, wydaje się obciążona szpecącymi ją rysami podłoża kulturowego. Niewykluczone zresztą, iż jest na odwrót. Gdyby kapitalizm bez mechanizmów ograniczających jego – mówiąc językiem proroka Rosji z poprzedniej fazy jej historii – wilczy głód zysku, wprowadzono w Skandynawii, wówczas to nowi Szwedzi, skąpiąc skarbowi państwa groszowych odsetków od swych dochodów, nabywaliby kilometry plaż na Półwyspie Iberyjskim oraz czołowe kluby ligi angielskie, a w wolnych chwilach robili zakupy w sklepach z niebotycznymi cenami, które ich przeciętnie, czy nawet całkiem nieźle zarabiający rodacy, muszą omijać szerokim łukiem.

A jednak w Rosji dokonano przełomu systemowego, o którym Polakom – jak również stałym pasażerom zdecydowanej większości satelitów, które przed dwiema dekadami umknęły z jej orbity – pozostaje marzyć na darmo. Jego naturę można opisać takim mniej więcej skrótowym szkicem. Z początku, elity zarządzające przejściem do kapitalizmu potraktowały majątek narodowy, otrzymany w spadku po starym reżimie, jako łup do podziału. Gospodarując jego cząstkami, zagarniętymi na użytek swych konkurencyjnych grup i klanów, przekształciły się wspólnie we względnie stabilną oligarchię. Putinowi tymczasem udało się zmusić oligarchów (który to termin nie przypadkiem wszedł do oficjalnego języka publicznego w Rosji), żeby nie rezygnując bynajmniej z bogactw i prestiżowej pozycji, w jakimś ułamku podporządkowały ich doraźne interesy państwowej racji stanu. Architekt obecnej Rosji nie oczekiwał skrajnych poświęceń. Obowiązująca w jego kraju, 11-procentowa stawka podatku liniowego, zamiast szokować swą wysokością, budzi raczej podziw dla łaskawości władcy, który ją wymierzył. Wcześniej jednakże oligarchowie nie wspomagali budżetu państwa choćby jednym procentem rocznych wpływów do swoich skarbców.

Nieco więcej dowiemy się o quasi-rewolucji Putinowskiej, przypominając sobie losy Michaiła Chodorkowskiego, który stał się jej spektakularną ofiarą. Ten koryfeusz wcześniejszej fazy przemian w ich nowym etapie padł jak Danton pod rządami jakobinów lub Trocki za Stalina. Nim znalazł się na równi pochyłej, osiągnął całkiem sporo. Jego koncern „Jukos” przejmował kontrolę zarazem nad wydobyciem surowca strategicznego i centrum władzy ustawodawczej. Do aktywów „Jukosu”, obok szybów naftowych, należeli bowiem parlamentarzyści Dumy. Wysyłając elitarną drużynę swoich byłych kolegów po fachu ze służb bezpieczeństwa, by zdjęła Chodorowskiego z pokładu samolotu, którym zwykł on przemierzać Rosję, widząc coraz słabiej różnicę między jej całkiem znacznym obszarem a swoim prywatnym folwarkiem, Putin załatwił coś więcej niż prywatne i klikowe porachunki. Przede wszystkim, wyznaczył granicę, poza którą nie było odtąd wolno posuwać się innym oligarchom. Niech kupują, co i kogo chcą – złożono im propozycję nie do odrzucenia – byle kaperowaniem polityków nie wkraczali w drogę prezydentowi. A jeśli obracają na przykład ropą, to ich obowiązkiem jest pilnować, by nie okazało się ni stąd, ni zowąd, że skarbem ziemi rosyjskiej, zamienianym przez nich na prywatny kapitał, faktycznie dysponują rady nadzorcze amerykańskich koncernów. Podobny sens miały uderzenia wycelowane w magnata komercyjnych mediów audiowizualnych, Gusinskiego, jak również kolejnego potentata, Berezowskiego, któremu za narzędzie robienia interesów w swoim czasie służyły wpływy w kancelarii i rodzinie Borysa Jelcyna.

Bawiąc się w analogie historyczne, można uogólnić, że Putin strącił do kopalni niebezpiecznej dla życia i zdrowia zatrudnionych w niej górników w pasiakach – lub przynajmniej wygnał na londyński bruk, czy raczej dywan apartamentu w luksusowym hotelu – niebezpiecznych dla jego władzy, bo zbyt silnych i przesadnie zaborczych oligarchów, wykorzystując pewien nie do końca zardzewiały mechanizm. Warunkiem skutecznego ataku przeciw wytypowanym jednostkom spośród warstwy panującej było zawarcie z nią całościowego przymierza. Nie inaczej Stalin rozgromił tzw. starych bolszewików. Kadry partyjne oklaskiwały egzekucję swoich wczorajszych idoli, gdyż zaakceptowany przez nie wódz, który chętnie bywał również katem, obiecał im, że nie polegną w nowej wojnie domowej ani w pożarze rewolucji światowej. Od Putina, z kolei, oligarchowie spokojniejsi niż Chodorkowski uzyskali gwarancję, że ich stanowi posiadania nie zagrozi eskalacja ataków terrorystycznych lub, jeszcze gorzej, niekontrolowany rozpad kraju na regiony pod władzą mafijnych kacyków. Państwu, które oferuje niezawodne zamki i kraty do sejfów, opłaca się odstąpić skromne 11% z wkładanych do nich świeżych nabytków. Godząc się ze stratami w bilansie firmy, tym łatwiej się przełyka smętny kres kilku kompanów, których krótkowzroczna chciwość sprawdzała się tylko na wstępie zbijania wielkich fortun.

Putin – gdyby ktoś chciał go obdarzyć dworskim komplementem – rozpoczynał swe panowanie trochę tak, jak Piotr Wielki. Najwybitniejszego cara Rosji zaraz po jego wstąpieniu na tron osaczyli i sparaliżowali oligarchowie, których w tamtej epoce nazywano bojarami. Ich pewności siebie dorównywała jedynie bezwzględność. Pierwszy wśród bojarów, Iwan Chowański, aby nie przestano się go bać, rozkazał dowodzonym przez siebie „strzelcom” z nocy na noc terroryzować Moskwę. Książę Wasyl Golicyn, z wierzchu bardziej od niego cywilizowany, bez skrupułów każe swym zausznikom zaaranżować zniknięcie sekciarskiej wróżbiarki, która zawiniła tylko tym, że – zresztą w pełni trafnie – przepowiedziała fatalny kres jego dworskiej kariery.

W scenariuszu rosyjskiego dramatu narodowego nastąpił jednak niespodziewany przełom. Car uznał wyczyny oligarchów za bunt przeciwko swojej sakralnej, „samodzierżawnej” władzy. Nadając mu przezwisko od rodowego imienia najbardziej uciążliwego wroga, wspomnianego księcia Chowańskiego, zalecił go bezzwłocznie stłumić. Dalej wszystko się rozegrało stosownie do zaleceń, które w dalekiej krainie Rzymian formułował – piszący w wolnych chwilach traktaty o realizmie politycznym jako niezbędnym środku do osiągania szlachetnych celów – sekretarz rady kierującej sprawami republikańskiej Florencji. „Chowańszczyznę” Modesta Musorgskiego, którą tu sobie opowiadamy, wieńczy skrytobójczy cios sztyletem. Pysznemu bojarowi, upamiętnionemu w jej tytule, nie mieściło się w głowie, że na taką nadprzyrodzoną wręcz postać, jak on, ktokolwiek – cara nie wyłączając – odważy się targnąć. Dopiero rycząc jak zarzynane zwierzę i dławiąc się krwią, przekonał się o pomyłce.

W ciągu stuleci niewiele się zmienia, gdy idzie o samopoczucie ludzi ze szczytów. Chodorowski pojął, że „Jukos” może trafić na mocniejszego gracza, gdy ta spóźniona mądrość – w obliczu mierzących do niego z odbezpieczonej broni oficerów FSB – nic mu już nie dawała. Wracając do „Chowańszczyzny”: książę Golicyn, ku zadziwieniu ludu, który długo chylił czoła przed jego dekretami, odjechał kibitką na Sybir. Reszta bojarów już nigdy nie zapomniała, iż osobiste bezpieczeństwo warte jest przyzwolenia na ścinanie ich bród (z identycznych motywów, jak wiemy, oligarchia finansowa Rosji XXI wieku zgodziła się na równie przykrą operację wobec swoich zysków). Od tej chwili, Piotr naprawdę, a nie tylko na płaszczyźnie frazeologicznych deklaracji, trzymał Rosję w swoich rękach.

Wielki car totalnie, na dobre i na złe, odmienił Rosję. Czy równą zasługę da się przyznać Putinowi? Relatywny awans jego kraju w hierarchii geopolityki nieżyczliwy analityk z łatwością wytłumaczy taktycznym raczej niż strategicznym osiągnięciem, jakim było przyłączenie się do taborów amerykańskiej wojny z terroryzmem tak, by – niewiele ryzykując i poświęcając – wyciągnąć z niej maksimum korzyści. Rosja dzięki – z jej punktu widzenia – zesłanej chyba przez samego Boga prawosławnego burzy nad Zatoką Perską, pomnożyła ceny, za jakie sprzedaje swoje surowce, gaz ziemny i zwłaszcza ropę. Technologicznych „know how”, jednakże, zamiast lub obok produktów przyrody nie eksportuje (chyba że do tzw. Trzeciego Świata), gdyż – poza domeną wojskową – niewiele ma ich na zbyciu. A gdyby nawet Rosja zdołała wypromować się w globalnych notowaniach, dokonując tego kosztem Stanów Zjednoczonych, co by to przyniosło z jakiegoś bardziej zasadniczego punktu widzenia? To w końcu znamienne, że Putin nie tylko z dyplomatycznej konieczności nawiązał dobre kontakty prywatne tak z Bushem, jak z Berlusconim. Ideałem, który odnowiciel rosyjskiej państwowości ma przed oczami, jest połączenie silnej władzy centralnej z wolnym, a właściwie korporacyjno-oligarchicznym rynkiem. O zmianie dotyczącej zasad dzielenia produktu krajowego, w której efekcie minimalne uszczuplenie bogactwa oligarchów zaowocowałoby skokowym wzrostem zamożności dla ludzi żyjących z własnej pracy, Putin nie myśli, bo chyba w ogóle nie rozumie tego problemu.

Naiwny jednak byłby sąd, że inny polityk na jego miejscu uczyniłby więcej. Nie należąc do entuzjastów pisarstwa Aleksandra Sołżenicyna, przyznaję mu uznania godną niezależność. Ten demaskator komunizmu wzgardził wolnym światem, gdy tylko na nim przymusowo zamieszkał. Według pobożnych życzeń, które wygłaszał, jego ojczyzna miała, na zasadzie dobrowolnej konfederacji, zjednoczyć się z Ukrainą, skupić zbiorowy wysiłek na skolonizowaniu do dziś w znacznej mierze bezludnej Syberii, oprzeć się na samorządnych wspólnotach lokalnych… Przez jakiś czas, Sołżenicyn głosił te wizje programowe w telewizyjnym talk-show, który łaskawie sprezentowali mu władcy mediów z otoczenia Jelcyna. Gdy spostrzegł, iż swoją realnością nie górują one nad filmami akcji, fantasy i science-fiction ani też reklamami, wycofał się z publicznego obiegu.

Lud rosyjski – ostrzegł gorzko Sołżenicyn – nigdy się nie zbuntuje przeciwko warunkom, które go dławią i degradują. Pisarz, który w opowiadaniach z lat po śmierci Stalina wysławiał „dobre Matriony”, czyli prostodusznie uczciwe wieśniaczki, dzięki którym wieczna Rosja przetrwała podobno grozę i moralną nędzę tyranii, utracił złudzenia. Wodzowie ludu podnoszącego się z błota, Stieńka Razin i Pugaczow, trafili nieodwracalnie do muzeum historycznej wyobraźni. Rosjanom, z ich tradycyjnych zalet, pozostała tylko bezgraniczna zdolność do przystosowania. Narzekacie, iż źle się dzieje? – powiada dzisiejsza dobra Matriona. – Mylicie się: ja wytrzymam tyle i nawet dużo więcej.

Jest, o ile to możliwe, jeszcze gorzej. Zawód ludowych trybunów uległ zmonopolizowaniu przez błaznów i oszustów (które to role się zwykle jakoś pokrętnie łączą). Partię protestu, którą założył legendarny Władimir Wolfowicz Żyrynowski, przekazują sobie kolejni szefowie resortu spraw wewnętrznych, począwszy od czasów Gorbaczowa. Inni przyjaciele ludu, tym razem z Komunistycznej Partii Federacji Rosyjskiej, po druzgocąco fatalnej pierwszej kadencji prezydenckiej Jelcyna, otrzymali pewne szanse, żeby dla swoich domniemanych ulubieńców z mieszkań komunalnych coś zrobić, obejmując władzę. Tego daru od ducha dziejów starali się jednak za wszelką cenę nie skonsumować. Nic dziwnego. Po co ryzykować kontrę miejscowych oligarchów i zagranicznych ośrodków wpływu, skoro zajmuje się wygodne i popłatne posady?

Wkrótce komunistom tym bardziej się poprawiło. Spory odłam ich klubu w Dumie był łaskaw zakupić Chodorowski. Głos parlamentarzystów komunistycznych w obronie tego – zdaniem swych nad podziw licznych, choć rzadko kiedy bezinteresownych sympatyków – męczennika wolności, brzmiał więc szczególnie mocno i bojowo. Degrengolada i na tym nie zechciała się zatrzymać. KPFR poparła protesty pracowników i emerytów przeciw – skądinąd rzeczywiście dotkliwemu – obniżeniu należnych im świadczeń, usiłując szczuć je na Putina.

W tych staraniach, komuniści szli ręka w rękę z polityczną reprezentacją oligarchii oraz obsługujących ją kręgów fachowych i eksperckich, partią Jabłoko. Reaktywacja antyputinowskiego ruchu opozycyjnego podejrzanie zbiegła się z falą sterowanych rewolucji w obszarze proradzieckim. Niejedno wskazuje, że partia Ziuganowa miała ochotę przysłużyć się tym strategom z północnego kontynentu za Atlantykiem, którzy pielęgnowali nadzieje, iż – tak, jak Kuczmę zgniótł sprowokowany przez nich wysyp rewolucyjnych pomarańcz – tak Putina zmiażdży brzoza z ich hodowli. Jeśli Lenin przepowiadał, że kapitaliści z własnej nieprzymuszonej woli sprzedadzą sznurek, na którym zawisną, to relikty „kompartii”, którą powołał, spełniając jego proroctwo na odwrót, najmują się kapitalistom za dolarowe ochłapy. Groźba zduszenia Rosji, która dopiero co odżyła, bynajmniej ich do tego nie zniechęca.

Lud pewnie by i przeżył najgorszych wyzyskiwaczy – tutaj prorokuję już we własnym imieniu – ale załgani obrońcy niechybnie go dobiją. Pocieszmy się jednak, że nie wszystko stracone. Twórca, który co najmniej dorównywał Sołżenicynowi charyzmą, Dymitr Szostakowicz, ocenił, że o zbiorowości rosyjskiej nie warto nadal wypowiadać się dziełami sztuki, ponieważ ów naród dostatecznie wnikliwie „przedstawił Musorgski”. Pochwały Szostakowicza dostąpił przypuszczalnie „Borys Godunow”. Przesłanie tego dramatu, wypierając pocieszające fantazje, każe ludowi służyć za grzbiet lub podnóżek tym czy innym bojarom, których sporadycznie zastępują najeźdźcy – chociażby z pobliskiej Polski. Daremnie wyczekiwany przywódca nie wybawi go z tego niezmiennego położenia – co najwyżej opłacze je opętany szaleniec, zwany „jurodiwym”.

„Chowańszczyzna”, mimo iż nie zabrakło w niej scen mordu, a nawet całopalenia, w porównaniu z „Godunowem” ma wymowę optymistyczną. Obiecuje bowiem, iż lud może czasami skorzystać na pałacowej roszadzie, jeśli nawet ta w nikłym stopniu od niego zależy.

Przyglądając się bez uprzedzeń mapie dawnego bloku z Moskwą jako centrum, stwierdza się, iż rokowania na więcej niż w „Chowańszczyźnie” proponował Musorgski, wyglądają tu skromnie. Kraje współtworzące tę mapę dzielą się w zależności od tego, kto w nich dominuje: Chowańscy i Golicynowie, czy też ich przynajmniej cząstkowo efektywni pogromcy. Albo władza państwowa jest marionetką struktur oligarchicznych, albo też je sobie do pewnego stopnia podporządkowuje. W obranej teraz optyce, jako nadir ukazują się Mołdowa, Rumunia i Gruzja. Zenitem natomiast są Czechy, gdzie formacja Vaclava Klausa – wbrew swojej krzykliwie neoliberalnej retoryce – zdołała chyba narzucić państwowy, czy wręcz do pewnego stopnia prosocjalny punkt widzenia lokalnym potentatom finansowym.

Polityków działających w naszym regionie świata należy oceniać według jedynie ważnego kryterium: do którego z tych biegunów przesuwają oni podwładną im społeczność. Bo i co jeszcze ma być istotne? Generalny podział na lewicę, centrum i prawicę, kierując się w tym wypadku trzeźwym wyczuciem realiów, błyskotliwie obaliła partia, która nazywa się po prostu Jabłoko. Uzupełnijmy ją gruszką z grejpfrutem, a otrzymamy klasyfikację równie sensowną, jak powyżej zaznaczona.

Gdyby ktoś wątpił, czy nie grzeszymy przesadą, wystarczyłoby mu pokazać strajk lekarzy i pielęgniarek. Ludzie będący wciąż – formalnie rzecz biorąc – pracownikami najemnymi państwowej sfery budżetowej upominają się o sprywatyzowanie instytucji, w których świadczą ogółowi żywotnie (w dosłownym sensie) potrzebne mu usługi. Krzysztof Bukiel, lider związku zawodowego lekarzy i zarazem najlepszy uczeń i żołnierz „jurodiwego” neoliberalizmu, Korwina-Mikke, już jawnie nawołuje do „aukcji” szpitali, planując tym samym kryminalny zabór zbiorowej własności, która – pod postacią specjalistycznej aparatury – się w nim znajduje. Do dzieci specjalnej troski oraz sympatyków tzw. lewicy radykalnej, apeluję zatem: niech łaskawie nie gaworzą, iż pewni uczestnicy ruchawki Bukiela, np. pielęgniarki, są przeciwko prywatyzacji. Kto bierze udział w takim czy innym przedsięwzięciu, musi tym samym akceptować jego cele (tym bardziej, gdy są one wprost formułowane). Przedstawicielki niżej wykwalifikowanego personelu medycznego od biedy usprawiedliwia niedostatek politycznego obycia. Ale przecież ich wystąpienia popiera profesjonalna opozycja… tak, nie mylę się, centrolewicowa. Gdzie my jesteśmy, w domu wariatów?

Lekarska impreza protestacyjna jest na tyle niezwykła, że pewien jej charakterystyczny epizod – tyleż uroczyste, co rozrywkowe zamknięcie „białego miasteczka” – postanowiłem obejrzeć na własne oczy. Wśród pielęgniarek, trwających na placu boju, oraz leniwie zaciekawionych przechodniów, uwijał się rozradowany Kazimierz Kutz, były senator Unii Wolności i osobisty przyjaciel Leszka Balcerowicza. Zaraz, zaraz… – odezwały się wspomnienia z niedawno przesłuchiwanych nagrań – czy to nie Iwan Chowański, na którego cześć „żony strzelców”, to jest naturalnie działaczki związku pielęgniarek i położnych zaśpiewają: „Sława lebiediu, sława biełomu, sława bojarinu samomu bolszomu…”. A bojar zawoła do służących, czyli znowu tych samych działaczek: „ja będę się przebierał, a wy mnie chwalcie”. Gdzie Szakłowity, który potrafiłby brutalnie przerwać ten cyrk?

Biedny narodzie pielęgniarski… Żal mi twojej doli, jeden znasz tylko heroizm: niewoli (wobec swoich fachowych i politycznych bossów). Nie, ten cytat pochodzi już chyba z innej bajki. Dość, że dobre towarzystwo Kutza i spółki czegoś nauczyłaby chyba tylko silna ręka. Bardzo by się ona przydała, żeby je wyrwać z samozadowolenia, w którego konsekwencji, choć po raz któryś z rzędu przegrało wybory, wciąż uważa się ono za jedynie prawowitych właścicieli Polski.

W szerszym ujęciu, praworządność III Rzeczypospolitej polegała na tym, że czynszu za najmowane lokale zarówno nie płaciły rodziny statystycznych bezrobotnych i prezydentostwa Kwaśniewskich. Niestety, jedynie tę pierwszą karano za naruszenie obowiązującej ustawy. Jeszcze inaczej: gdyby Chodorowskiego ścigano ze wszystkimi legalnymi szykanami, do dzisiaj byłby on bezkarny.

Kolejny ze skandali, w którym pod pręgierz trafiła Samoobrona, świadczy pośrednio, gdzie mieści się główny problem kraju. Nie w tym punkcie, że – jak rutynowo ubolewają media – aktualnie rządząca grupa polityków zawłaszcza państwo, a na dodatek ingeruje w gospodarkę, wstawiając nas przykład swoich ludzi do spółek ministerstwa skarbu. Ważniejsze, iż struktury państwowe są zawłaszczane, czy po prostu wykupywane, przez korporacje prywatnych interesów. Polityk służy do tego, żeby go kupić dla ułatwienia sobie drogi na skróty do zyskownego celu. Obojętne, czy i co zaszło w kuluarowych podejściach do Ministerstwa Rolnictwa, zasada ta bezwzględnie obowiązuje.

Gdyby CBA swoimi akcjami było w stanie wstrząsnąć tym bagienkiem… A jeśli, chcąc nie chcąc, doprowadzi ono do scementowania istniejącego stanu rzeczy? Bo przecież temu właśnie sprzyjałaby koalicyjne porozumienie PiS-u z typowo korporacyjną Platformą, którą zapowiada coraz więcej oznak. Czy Jarosław Kaczyński zapisze się w kronikach jako przywódca, który umocnił głęboką strukturę III Rzeczypospolitej, tępiąc jej powierzchowne przejawy? „Lećcie, gorzkie łzy” – jak by to skomentował „jurodiwy” Musorgskiego.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie