Identyfikacje

Kto z niej wyszedł zwycięsko, kto tylko uniósł głowę i wreszcie, kto padł – to się niedługo okaże, gdy zliczone zostaną trupy, to jest raczej głosy. Pewne jednak, iż pomyślnie przetrwa ją ustrój, którego naukowa niemal definicja mogłaby stwierdzać, że zgodnie z obowiązującymi w nim zasadami, politycy odwiedzają podejrzanych biznesmenów w ich apartamentach jak posłuszne kur…tyzany.

Sprzeciwiać mu się będzie zapewne coraz mniej osób. Warto więc może zastanowić się, w imię jakich przekonań na opór wobec niego stawiano w przeszłości. W zamierzchłym już okresie, gdy powstawał, trudno było – przyznajmy – nie dać mu kredytu zaufania. Polska wracała na swój tradycyjnie upragniony Zachód (raczej to on ją wchłaniał, ale nad tą subtelną różnicą wówczas się nie zastanawiano). Systemów schyłkowych na ogół nie żałuje się ani nie broni – szczególnie, jeśli ich elity, tracąc wolę walki, poddały się niezbyt honorowo. Kto zresztą by się oparł urokowi demokracji, z którą, w dodatku, nie próbowała rywalizować żadna wizja, a zwłaszcza już praktyka polityczna?

Dziejowe racje umacniała ulga z pozbycia się mundurowych lub marynarkowych stworów, wydających z siebie bełkotliwe, a czasem groźne odgłosy. Zdecydowanie za długo Jaruzelski nie dopuszczał „do naruszenia podstaw socjalizmu”, które potem sam pomógł rozmontować, Kiszczak ubolewał, że „w zamęcie i zawirowaniu wywołanym przez elementy anarchizujące ucierpieli spokojni obywatele”, a Gorywoda (był taki sekretarz KC od ekonomii) zazwyczaj niczego nie mówił, tylko siedział w prezydium. Rząd Mazowieckiego miał więc wszelkie dane, żeby go pokochano. Jeżeli tak się stało, to – licząc od wzruszającego zemdlenia premiera w trakcie sejmowego expose – na bardzo krótko.

Szokujące łamańce zaczął bowiem wykonywać zaimek „nasz”, który w przełomowych miesiącach przyczepiano do wszystkiego, co miało związek z nową władzą. „Naszymi” nazywano nie tylko ministrów „pierwszego niekomunistycznego premiera”, ale i, na przykład, telewizyjne „Wiadomości”, które zastąpiły pogardzany „Dziennik”. Obiegowe słowo sugerowało, że posunięcia na ekonomicznej szachownicy, których wymagało jakoby usunięcie hiperinflacji i wszelkich innych przejawów rozkładu starego reżimu, wykonujemy wspólnie. Do jego tonacji znakomicie dostroił się prezenter popularnego wtedy programu „Od Kapitału do kapitału”. Wyglądając w pajacowatym przebraniu z kiosku „Ruchu”, pokrzykiwał radośnie: Co my z tym wszystkim zrobimy? Musimy to jakoś sprzedać! Akurat startowała prywatyzacja dotychczasowego monopolisty rynku gazetowego, RSW „Prasa-Książka-Ruch”.

I w tym cała rzecz. Zróżnicowane i wielorakie procesy transformacyjne spróbujmy podsumować wiecznie aktualnym powiedzeniem o klasie robotniczej, jej przedstawicielach i dobrych trunkach. Solidarna zbiorowość narodowa sprzedawała więc swój majątek za pośrednictwem obrotnych sprzedawców, którzy narzucili jej swoje usługi. Lada moment okazało się, iż nowa elita liderów produkuje niemniej odrażający żargon niż jej poprzednicy, których między innymi za ten grzech wyklęła. Mazowieckiemu może i z trudem przychodziło zmuszać swój śmiertelnie zmęczony głos do namaszczonych wywodów o „milionach indywidualnych decyzji”, z których komponuje się w końcu „logika wolnego rynku”, ale w tym stadium swojej walki z oporem materii budził on już coraz mniej wzruszenia i współczucia. Prawdę mówiąc, arogancja „naszych” pobiła rekordy „onych”. Władcy obecni, powołując się na to, że wybrano ich w jako tako swobodnych procedurach, nie usiłowali się krępować. Nielegalny strajk, podważający autorytet demokratycznie wybranej władzy, w pełni zasługiwał w ich oczach na, nie tylko zresztą słowną, reprymendę. Jako sympatyczny wyjątek wśród nich prezentowano Kuronia, który nie tylko rządził – czyli, dokładniej, uczestniczył w operacji wielkiej sprzedaży – lecz również tłumaczył, dlaczego i jak to robi.

Są jednak różne odmiany arogancji. Jedna z nich polega na mizdrzeniu się do publiczności. Ulegający jej mówca zakłada, że wystarczy rzec tym pieszczotliwiej, iż chrapliwie: Dobranoc Państwu, a dysproporcja dzieląca go od słuchaczy zniknie jak za poruszeniem czarodziejską różdżką. Nadal wprawdzie tylko on postanawia, tamci zaś oczekują niecierpliwie, co z tego wyniknie, ale przynajmniej zrobiło się miło. Uproszczenie rzucone jako ochłap dla głodnych rzetelnych wyjaśnień – w rodzaju Kuroniowych haseł „tylko sześć miesięcy wyrzeczeń” i „nie ma innej drogi” – nieraz obraża perfidniej niż obelga. A już na pewno nie ogranicza błędów w przebudowie systemu emerytalnego, powstałych wskutek niekompetencji jej ministerialnego kierownika, które w skali makro przynosiły miliardowe straty, a w życiu codziennym rodzin odbierały skromne nadwyżki na bardziej wyszukany gatunek wędliny.

Gdyby sprzedawcy państwowych molochów jedynie promowali się, wzbogacali i stosownie do osiągnięć na tych polach lekceważyli pozostających za nimi w tyle, to pewnie od wielkiej biedy doczekaliby się wybaczenia. Równocześnie z ich awansem, niestety, zwolnienie z pracy i zamknięcie zakładu przestało należeć do sensacji, o których z dreszczem grozy donosiło wolne radio zza granicy. Kto nie uległ zaślepieniu – albo, cynicznie tę myśl przeinaczając, nie wyskoczył na tyle wysoko, by stracić dół z pola widzenia – czuł pokusę przeciwstawienia się „nowej rzeczywistości” i jej architektom.

Skoro ich apele ideologiczne – do tradycji, narodowej pamięci i, w najnowocześniej ujętym wypadku, sprawdzonych wzorów gospodarowania – trąciły prawicowością, więc może lewica? Pozwolę tu sobie wtrącić dwa słowa o własnych wyborach – nie dlatego, oczywiście, abym uważał je za szczególnie istotne. Czasami jednak świadomie subiektywne spojrzenie pozwala głębiej sięgnąć. W niedzielne święto pierwszych całkowicie wolnych wyborów – jeszcze nie do parlamentu, tylko do samorządów – coś podkusiło mnie do postawienia krzyżyka na liście SdRP. Partia ta, gromadząca rozbitków i – łaskawie jej zostawione w imię demokracji i tolerancji – szczątki majątku pogardzanej PZPR, którą powszechnie wyklinano od „postkomunistów”, nieśmiało określała siebie jako lewicową. Czyżby jej odświeżone generacyjnie przywództwo – tak mi się chyba wówczas roiło – słusznie przekonywało, że właśnie ta orientacja, wbrew pozorom, jest teraz najbardziej potrzebna?

Narodziny krajowego kapitału potwierdzały, do niedawna z politowaniem dyskwalifikowaną, wymowę demaskacji, jakimi właścicieli bogactwa mnożącego się rzekomo dzięki przywłaszczeniu i wyzyskowi bombardowano już nie tylko w „Kapitale”, ale nawet w jego pierwszych lepszych propagandowych przeróbkach z epoki agitatorów ruchu komunistycznego. Demokracja burżuazyjna, ledwie zawitała na rodzimą glebę, już się zdemaskowała jako wyłącznie formalna, a przez to pusta. Sen mara, Bóg wiara! Jeśli w ostatniej dekadzie PRL w ogóle czytywano klasyków myśli lewicowej, to szczupłe grono ich wielbicieli przyciągała co najwyżej ich błyskotliwość, która kibicom innego z rzadkich sportów intelektualnych mogła przypominać partie – też niemile się kojarzących z socjalistyczną radzieckością – mistrzów świata w szachach, Botwinnika, Tala, Spasskiego i Karpowa. Lubiąc Lukacsa albo Brechta, i tak z tęsknotą spoglądało się na Zachód i życzyło realnemu socjalizmowi rychłej śmierci, której – co ciekawe – mało kto naprawdę się spodziewał. Aż tu nagle widmowa racjonalność kapitalizmu, którą bez wielkich efektów praktycznych atakował Lukacs, zaczęła dusić i kaleczyć. Nic więc dziwnego, że obrabowanie banku, w duchu opery i powieści za trzy grosze, spadło do rangi podrzędnego przestępstwa wobec założenia banku.

Strach jednak pomyśleć, kto przestraszonymi pomrukami o swej lewicowości zgłosił się do obrony przesłania dawno zmarłych proroków. W telewizyjnych agitkach przed rzeczonymi wyborami samorządowymi, Aleksander Kwaśniewski – jeszcze młody i szczupły, a przy tym potulny – zachowywał się jak akwizytor, którego tyle razy już odpędzono spod domofonu, że niczego odmiennego już nie oczekuje. Gdyby ktoś nie znalazł ciekawszej oferty – sugerował – niech się ewentualnie zastanowi nad poparciem SdRP. Przy takich zachętach, wynik nie okazał się olśniewający. „Trybuna” (o ile się nie mylę, już bez „Ludu”) zdążyła odświeżyć wspomnienia z minionej epoki drobną propagandową gierką w starym stylu. Dodając do nielicznych głosów na zreformowaną lewicę te wszystkie ułamki procentowe, którymi były w stanie poszczycić się pomniejsze ugrupowania, mające kiedyś to i owo wspólnego ze spostponowaną nieboszczką-matką jej kadr, Polską Zjednoczoną, obwieściła ze względnym zadowoleniem, iż sympatyczną jej opcję uznało za własną blisko milion wyborców.

Tak dawno temu trzeba jeszcze było kręcić. Ale niedługo słupki wskazujące na pogodę dla lewicy faktycznie ruszyły w górę, podnosząc się z mniej więcej 10 do 20, a wreszcie i 40 procent. Przywódcy, którzy eksploatowali to zaplecze, nie urośli, jednakże, ani o kreskę. Jeden z nich – już nieżyjący, więc nazwisko sobie darujmy – bronił kiedyś w debacie sejmowej swojego obozu przed zawieszoną nad nim ustawą dekomunizacyjną tak osobliwie, iż myślącego słuchacza mógł z dowolnie odległego punktu na lewo rzucić na miejsce po prawicy Macierewicza. No, niech wam będzie – wywodził, że nasza przeszłość składa się ze zbrodni, ale czy nie wypada nas ułaskawić za Okrągły Stół? Przecież oddaliśmy wam władzę, więc miejcie trochę serca!

Temu, kto nie szanuje sam siebie, trudno liczyć, że uszanują go inni. Przez wiele lat szczerze nie znosiłem prawie wszystkich odłamów polskiej prawicy – ewentualnie, z wyjątkiem tego, który miarodajni sędziowie zasług i przewin wobec modernizacji zrzucali na dno piekła z etykietą Ciemnogrodu na bramie. Obecnie za to coraz częściej jestem skłonny rozumieć politycznych podróżników, których wiatr cisnął na tamtą burtę. Jeżeli lewicowcy z urzędowego przypisania do barw klubowych nie potrafili nic poza żebraniem o koncesję na istnienie w porządku ustrojowym, budowanym przez drugą stronę, to czy nie rozumniej było przystąpić od razu do jego pionierów? I, w konsekwencji, porzucić tamtych bladoróżowych robotników ostatniej godziny, którzy sami wypłacali sobie nad miarę hojne wynagrodzenie w przeróżnych radach nadzorczych?

Tu jednak pojawia się pewien hak. Czy w imię panującej opinii da się zgłosić veto? Na odbiorcy z dokładnie przeciwnego środowiska, hasła ideowo opozycyjnych ludzi prawicy sprawiały wrażenie irytująco przesadnie nakręcającej się licytacji w kolor, który od samego początku chodził przy naszym stoliku. Jeszcze więcej antykomunizmu, który i tak się leje ze wszystkich megafonów? Co to da poza uprzykrzeniem?

Oczywiście, rzecznicy tego programu – zapewniając, iż tylko oni proponują oryginalny towar zamiast podróbek – nawoływali: spróbujcie naszej nieskazitelnie czystej kuchni, a zobaczycie, jak wam będzie smakować! Kilkakrotnie udało im się zyskać oddźwięk. Dzisiaj już widać, że sukcesy te obróciły się w nieszczęście. Przy okazji ich odnoszenia – po raz pierwszy, w trakcie kampanii prezydenckiej Wałęsy – wezwania do naprawy moralnej, które podnosili, zostały uwikłane w oszustwo. Nie da się wspominać bez gorzkiej kpiny, jak Wałęsa, ubrany w robociarską kurtkę, stał pod bramą bodajże huty, wieszcząc ponuro, że spółki starej nomenklatury z „ubecją” rozkradają Polskę. Kiedy już dopiął, czego chciał, założył w Belwederze taką wzorcową spółkę – i to w znacznie rozszerzonym składzie rodowodowym.

Łamie się usprawiedliwienie, zgodnie z którym słusznej idei nie zrealizowano, gdyż wzięli się do tego ludzie, którym przenigdy, ze względu chociażby na tajemnice swych biografii, czynić tego nie było wolno. Ilekroć dla opozycyjnej prawicy wybijał jej kwadrans u władzy, albo – jak rząd Olszewskiego – prędko ją ona traciła, także na skutek własnych niespełnień, albo też, śladem AWS, wtapiała się w układ, który obiecywała przełamać. Kto wie, czy Prawo i Sprawiedliwość nie połączyło, na swój sposób twórczo, błędów obydwu wcześniejszych wcieleń swojej formacji.

Wnioski z doraźnych klęsk domagają się uogólnienia. Na wyczerpany wygląda zarówno dotychczasowy styl lewicowej kontestacji, jak i konserwatywny postulat odkopania zdrowego jądra tradycyjnej wspólnoty, które przejściowo zasypał wiatr historii staczającej się na manowce. Sytuacja ta sprzyja cuchnąco rozsądnemu środkowi, który głosem swoich triumfujących rzeczników napomina słabnące skrajności: przecież od zawsze było wiadomo, że nic poza mną się nie urzeczywistni.

Jacek Zychowicz

(ur. 1963) – dr nauk filozoficznych (autor pracy doktorskiej o Stanisławie Brzozowskim), polonista, tłumacz, muzykolog-amator, wykładowca akademicki, publicysta. Publikował m.in. w „Dziś”, „Trybunie”, „Nowym Tygodniku Popularnym”, „Myśli Socjaldemokratycznej”, „Wiadomościach Kulturalnych”, „Polityce”, „Przeglądzie Tygodniowym”, „Twórczości”, „Sztuce”, „Życiu” i „Europie”. Autor książki „Mieszanka wybuchowa. Felietony i powiastki ze świata jednowymiarowego”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>