Welcome to the mainstream

·

Welcome to the mainstream

·

Równocześnie osiągnął on niemal totalne ujednolicenie. Gdyby ktoś w szerokich brzegach głównego nurtu uparł się odróżniać potoki czystsze od zbełtanych, musiałby rzucić tę robotę głupiego już na samym wstępie trylogii debat między liderami. Premier Kaczyński mniej więcej tak ją bowiem otworzył: Stawiamy na jeszcze szybszy wzrost gospodarczy, ale taki, który przełoży się na rozwój… A ten, z kolei, musi obejmować również grupy, które dotychczas pozostawały w tyle…

Zagadka: czy istnieje większy, mniejszy lub całkiem mikry polityk mainstreamowy, który tej samej treści lub raczej pustki nie mógłby wyrazić dokładnie identycznymi słowami? Jasne, że nie. Trudno byłoby zauważyć, że coś istotnego się zmieniło, gdyby ów odkrywczy ruch wykonał adwersarz premiera. Albo też Giertych, Lepper, Olejniczak czy nawet Miller.

Wódz opozycji zrewanżował się wrogowi, podchwytującemu formułki ideologiczne o wzroście, którymi jego partia wojuje nie od dzisiaj, atakując go z kompletnie nieoczekiwanej strony. Dla tym pełniejszej zemsty, wychłostał go za własne grzechy. PiS – oburzał się Donald Tusk – ślepo uwielbia Stany Zjednoczone i dlatego opóźnia wycofanie polskich oddziałów z Iraku. Tutaj Kaczyńskiemu, mimo marnie idącej mu tego wieczoru medialnej autoprezentacji, z łatwością przyszłoby odpowiedzieć na zaczepkę prawdziwie morderczym ciosem. Kto mianowicie po roku 1989 budował Rzeczpospolitą suwerenną z nazwy, której zależności od USA – zdaniem emerytowanego mentora tamtejszych administracji prezydenckich, Zbigniewa Brzezińskiego – nie da się określić nawet jako „wasalskiej”, gdyż byłoby to zbyt eleganckie. (Wspomnianego syna dyplomaty Polski międzywojennej, która romantycznie upajała się snami o niepodległej mocarstwowości, obecny status geopolityczny swojego kraju pochodzenia oraz większości jego bliższych czy nieco dalszych sąsiadów skłonił do wymyślenia świeżego terminu fachowego: „państwa lokajskie”). „Potomków Sobieskich”, jak o nas kiedyś szumnie mawiano, na – omalże – środkowoeuropejskich Portorykańczyków wypromowała elita polityczna, do której najstarszych bywalców należy nie kto inny, jak Tusk.

Zabawne zresztą, iż permanentny już niemal kandydat Platformy na głowę rządu lub całego państwa był w kuluarach, przedpokojach lub gabinetach władzy – jak Tom Bombadil na szlakach Śródziemia – właściwie od zawsze. Tę męczącą zasiedziałość Kaczyński od biedy potrafi mu wypomnieć. Z musu – to znaczy, żeby nie wypaść z głównego nurtu na mieliznę – przemilcza jednak istotę dorobku, który mamy do zawdzięczenia jego formacji. Nie zarzuci więc Tuskowi, że pospołu ze swoimi kolegami i pseudokonkurentami tak uplasował Polskę wobec Stanów, iż jej żołnierze muszą do końca włóczyć się za Amerykanami po szlakach ich równie brudnych, co przegranych wojen. Zamiast tego, będzie go ścigał pretensją, iż jest za mało mainstreamowy. Czy to sen? Kaczyński, zdaje się, dowcipkował, że Tusk, porywając się z motyką na słońce, chce się pokłócić z Waszyngtonem. Jego kontratak – umieszczając go w trochę ambitniejszej skali – przypominał trochę oskarżenie lalki Barbie, zgodnie z którym w jej brzuszku miałby się kryć dynamit do rozsadzenia cywilizacji konsumpcyjnej zabawy.

Komedia toczy się dalej. W finale cyklu trzech pojedynków, Aleksander Kwaśniewski – przyznajmy, w tym wypadku trafnie i kompetentnie – udowodnił Tuskowi elementarną niewiedzę, iż w ostatnio przez niego ukochanej Irlandii, podobnie jak w niejednym innym kraju UE, obowiązuje progresywna skala podatkowa. Prawdę mówiąc, swą orientacją w tematyce gospodarczej czy międzynarodowej – co by nie mówić o jej jakości mierzonej obiektywnymi, czyli nie tylko lokalnymi kryteriami – Kwaśniewski do tego stopnia przewyższał oponenta, że po serii precyzyjnych ukłuć chyba dałby radę go dobić. Ale cóż, mainstream narzuca swoje nieprzekraczalne prawa. Zgodnie z nimi, Tusk – choć merytorycznie nieporadny – był politycznie silniejszy. Dlatego kierowane ku niemu spojrzenia byłego prezydenta dwóch kadencji przybierały chwilami odcień błagalny. – Proszę, Panie Przewodniczący, nie wykluczać koalicji z moim skromnym LiD-em… Bądź tak dobry, Donaldzie… Mój (czyż nie tak Cię nazywa Pan Jarek) Donaldku… Donaldusiu…

Nie bez znaczenia była sceneria tych komediowych incydentów. Jak wiadomo, pedantycznemu skracaniu czasu na wymianę pytań i opinii towarzyszyło eksponowanie person dziennikarzy. Gdyby tego nie wystarczyło, do studia na dobitkę wprowadzono aktywną – przede wszystkim, w produkowaniu dźwięków o maksymalnym natężeniu – publiczność obydwu fighterów. Zabiegi te, razem wzięte, sprzyjały zredukowaniu debaty do wymiaru płytkich bodźców. Prawdopodobne reakcje widzów – jeśliby ich badacze nie ograniczyli się do pytania o zwycięzcę – musiałyby się wyrażać typowymi formułkami konsumenckimi: wolę ten, a nie tamten produkt. A dlaczego? Bo mi się bardziej podoba.

Na spłycenie sporu politycznego potrafi dziś narzekać większość analityków z komercyjnych forów internetowych. Nie tak często – jednakże – się przyznaje, iż nie stanowi ono niedostatku, tylko raczej naturę demokracji liberalnej w jej praktycznym działaniu. Do najważniejszych z oddawanych przez nie usług zalicza się wypłukiwanie palących zagadnień. Szlagierem ostatniej fazy kampanii wyborczej stała się Irlandia. Nie zaszkodziłoby spostrzec, wobec tego, iż ta bliska nam – okazuje się – nie tylko wiernością wobec Rzymu papieskiego kraina z antypodów Europy w ciągu wieku XIX, a pewnie i do połowy następnego, stanowiła bezwzględny nadir cywilizacyjnych i wręcz egzystencjalnych standardów kontynentu. Głód zaledwie pląta się po marginesach polskich arcydzieł literackich, które wypełnia – na jego tle, luksusowa – walka o niepodległość. Natomiast w równie reprezentacyjnej bibliotece Irlandii przenosi się on w samo centrum. Wzorcową postacią nie jest tam Kordian na czubku Mont Blanc, ale księżniczka Kathleen, która zaprzedaje duszę diabłu, aby nie pozwolić swym poddanym wymrzeć – właśnie z głodu.

W klasycznych często źródłach odnajdzie się historie o dzierżawcach z przysłowiowo zielonych pól irlandzkich, którzy dogorywali – dosłownie – milionami, gdy zaraza zniszczyła plony kartofli, stanowiących na co dzień ich jedyne pożywienie. Przed śmiercią poprzedzoną wychudnięciem na szkielet, wobec której bladła tyrania Korony Brytyjskiej, w podobnie milionowej skali uciekano stamtąd za Atlantyk. Ale to już w zasadzie zamknięty rozdział, do którego zajrzy na moment, o ile się nim zaciekawi, czytelnik – wszystko jedno – Marksa, Joyce’a bądź Yeatsa. Z naszego punktu widzenia, Irlandia jest teraz, bez ironii ani przenośni, zielonym ogrodem. A wyjazd do niej, żeby – porzuciwszy dyplom ukończenia czasami niezłych studiów w domowej szufladzie – zatrudnić się tam na barmana, sprzątaczkę, na wolne miejsce w niżej wykwalifikowanym personelu domu opieki czy, w najkorzystniejszym wypadku, kierowcę lub remontowego rzemieślnika, wypełnia polskie sny.

Eksploatując te pragnienia swoich rodaków, Donald Tusk obiecuje im, że będą w Irlandii – niekoniecznie nawet korzystając z usług tanich linii lotniczych – pod warunkiem, że dadzą mu nareszcie wygrać wybory. Wtedy nastąpi przyspieszenie ruchu po torze, którym Polska od bez mała dwóch dekad goni Zachód, zmierzając – jak dotychczas – w zupełnie inne miejsce. Czy to zagubienie w czasoprzestrzeni nie przytrafia się jej dlatego, że – reformując swój system podatkowy, a także strukturę własności w przemyśle czy sektorze bankowym – nierzadko oddala się od Irlandii, z którą chce się zrównać?

Powyższą wątpliwością warto by ożywić dyskusję pod hasłem: Polska, o Polsce, co z Polską. Ponieważ ukształtowanie terenu, w którym toczy się main-stream, do tego nie dopuszcza, zostają niuanse. Czasem są one całkiem ciekawe. Polując na sondaże z wynikami konkursów popularności wśród naszych politycznych bieda-gigantów, dziwiłem się, iż ktokolwiek z ankietowanych – oprócz może etatowych klientów Platformy – skłonny jest wręczać laur akurat Tuskowi. Ten jednak – moimi wrażeniami się nie przejmując – wygrał jakoby i z Kaczyńskim, i Kwaśniewskim. Jakie walory mu to zapewniły? Lidera PiS przyłapał on, między innymi, na słabej orientacji w cenach podstawowych towarów. Pytaniami tego sortu, pozwalającymi ukazać siebie jako swojego chłopa, natomiast oponentowi wytknąć bujanie w obłokach na elitarnym Olimpie, kandydaci na prezydenta Francji od wielu tur wyborczych walczą równie rutynowo, jak bokserzy wyprowadzają lewe proste. Tak więc mózg, w który Donalda Tuska wyposażył jego sztab, przypomina samouczek albo – jak kto woli – elementarny program do ściągnięcia pod łatwo dostępnym linkiem.

Ekwipunek wewnętrzny uzupełniono aparycją i prezencją, czyli – dla odmiany – zaletami rzucającymi się w oczy. Kompletu uzbrojenia zwycięskiego Tuska dopełniła ekipa jego entuzjastów. Na przemian klaszcząc i bucząc, przekazywała dwa komunikaty, których przesłania chyba już bez kłopotów się domyślimy. – Tak, tak, nasz człowiek jest w środku mainstreamu, brawo i hurra! Ewentualnie: – Wypadłeś…(wiadomo z czego)… Beee…

W porównaniu z triumfatorem, antagoniści rozjechani przez jego rydwan zdradzali pewne cechy sympatycznie ludzkie. Kaczyński wtrącał swoje nieskuteczne riposty jak inteligencki gawędziarz z umarłej klasy i epoki, który przyzwyczaił się brylować na spotkaniach towarzyskich, gdzie wszyscy na tyle znają się i lubią, że wybaczają sobie nawet przynudzanie. Eksprezydent, z kolei, obok życia rozrywkowego w aparacie upadłego systemu, zaliczył także cykle wykładów na Georgetown University. Był więc dla Tuska twardszym orzechem do zgryzienia. Na szczęście, w przerwach między popisami telewizyjnymi, zapadał na chorobę tropikalną. Jego wywołane przez nią kłopoty z płynną wymową odsłaniały na chwilę drugie dno mainstreamowego żargonu. – Trzeba coś robić, panie i panowie… Świat idzie do przodu szybciej niż myślimy… Ale nie! Nie ma savoir vivre’u! – padły wezwania na prelekcji w Kijowie. A to z konwencji szczecińskiej: – Nie drogą jednej partii, panowie i psie Sabo… Nie tą drogą! – Chcecie wiedzieć, co się kryje za retoryką modernizacji i zagrożonej demokracji? Tyle, nic więcej.

Faktycznie, świat się zmienia. Nie tylko że nie rozległo się brawko, ale nawet dmuchnęło mrozem. Władysław Frasyniuk skrytykował, czołówka ukraińskich studentów się śmiała, zaś uczestnicy krajowych sondaży potrafili być mało wyrozumiali. Bo już nie tak się wodzi poloneza, nie wspominając o bardziej nowoczesnych tańcach. Widownia, krzywiąc się na niedbałą swojskość, oczekuje i wymaga poprawności.

Tygodnik „Time”, w swojej topornej jak zwykle diagnozie sytuacji w Polsce, na swój sposób miał słuszność. Jeśli Platforma dotąd nie rządziła, to przyczyniło się do tego miejscowe „zacofanie”. Gdyby wyborczy wyścig odbywał się w bardziej zmodernizowanym entourage’u, uśmiechnięty i wypoczęty Tusk już dawno oczekiwałby, zbierając gratulacje, na zasapaną resztę stawki.

I dane statystyczne mówią nieraz coś istotnego. Zaplecze PiS jest starsze, gorzej wykształcone i zamieszkałe dalej od metropolii niż baza Platformy. Co będzie, gdy do jego mateczników napłyną oszczędności, wzorce życiowe i nawyki z Irlandii? Dodajmy, że trzeci gracz, Aleksander Kwaśniewski, zaraz po pierwszym wyborczym sukcesie swojej „postkomunistycznej” formacji, nie na darmo obiecał – w rozmowie z Jackiem Żakowskim, który wtedy nie krytykował jeszcze transformacji z alterglobalistycznej lewej strony, tylko czuwał nad jej prawidłowym kursem – „szlifowanie” popierającego ją „betonu”. Ów materiał, z którego była zbudowana krótkotrwała potęga SLD, polerowano tak intensywnie, że już niewiele z niego zostało. Nie ma rady: przyjdzie walec i wyrówna. A wówczas godzina Tuska wybije nie tylko na omylnych zegarach firm sondażowych.

Im smętniej – wobec tej perspektywy – łza się w oku kręci, tym większa się zbiera ochota, żeby swój głos cisnąć w szprychy mainstreamowej straży przedniej. Pamiętajmy jednak: żadnych złudzeń! Skrzydła mainstreamu służą do pacyfikowania opierających mu się segmentów elektoratu. Gdzie byśmy się nie obrócili, w rezultacie na niego trafimy.

Z wiarygodnych źródeł coraz częściej napływają sugestie, co właściwie się dokonało w trakcie minionych – na powierzchni, burzliwych – dwóch lat. Jarosław Sellin, wybijający się swego czasu ideolog konserwatywnej prawicy, tłumaczy, że ruchy „populistyczne”, czyli Samoobrona oraz LPR-owska prawica, zostały poddane próbie władzy, która – co trafnie przewidziano – prawie do szczętu je zniszczyła. Łatwo im wyrzucać, że same się o to prosiły. Mainstream, gdy zechce, wyciąga przynęty, które mało kto umie odrzucić.

A może opór przeciw mainstreamowi nadejdzie z jego mało znanych obrzeży? Akurat zaszło zdarzenie, które – definitywnie rozpraszając takie iluzje – zapisało się w kronikach światowej politologii. „Szerzej nieznana”, jak się o niej z przekąsem wyraziła „Polityka”, Polska Partia Pracy umyśliła sobie dołączyć do elitarnej konstelacji grup znanych powszechnie. Z jej list wyborczych bije dumne zapewnienie: i my mamy swojego Borowskiego, Oleksego, a nawet Ziobrę. Outsiderzy walczą z mainstreamowcami, nieudolnie ich udając. Pamiętacie odcinek „Janosika”, w którym zbójnik Kwiczoł przebrał się za hrabiego? Niestety, zdradził się, wypijając pełnymi haustami wodę do ablucji, podaną mu po obiedzie. Po ujawnieniu i wyśmianiu uzurpacji Kwiczoła, pan i murgrabia mogą być już bezgranicznie pewni swego. Mainstream jest wszechpotężny. W nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy, amen.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie