Stracone złudzenia

·

Stracone złudzenia

·

Studiując polonistykę, ma się – albo też miało kiedyś – skłonność do kojarzenia postaci realnych z literackimi. Trudno o bardziej sugestywne źródło takich analogii niż cykl powieści Balzaka, który zwyczajowo określa się jako historię „straconych złudzeń”. Mowa tam o mutacjach wymuszanych przez środowisko ustrojowe, dla którego – do diabła – chyba rzeczywiście nie ma alternatywy. Jeśli zachowasz cechy ludzkie, nie obronisz życia – lub na odwrót, ratując to ostatnie, pozbędziesz się tamtych – tyle dowiadujemy się, porzucając złudzenia pod przymusem okoliczności.

W drugiej i głównej części cyklu, „Wielkim człowieku z prowincji w Paryżu”, jego bohater, Lucjan Chardon, którego wiele przeszkód jeszcze dzieli od arystokratycznego nazwiska de Rubempre, spotyka dwóch nauczycieli. Mądrości, wpajane mu przez nich, są równie odmienne, jak oni sami. Pierwszy, Daniel d’Arthes, idzie pod prąd, bo przede wszystkim zależy mu na wierności wobec siebie i swych przekonań. W efekcie, jak łatwo się domyślić, wegetuje na poddaszu, karmiąc się chlebem i wodą. Za jedyne wynagrodzenie swojej konsekwencji posiada garstkę wyznawców, którym – więcej niż pewne – powiedzie się równie marnie, jak ich mistrzowi. Z kolei, dla jego antagonisty, Stefana Lousteau, wszystko jest kwestią mechanizmów i – żeby przypomnieć formułkę z niedawno minionej epoki – „układu”. Stosując praktycznie swoje nauki, Lousteau raz jest na wozie, raz pod wozem, ale zawsze utrzymuje się w obiegu.

Balzakowi trzeba przyznać, że unika demagogii. Szlachetność Daniela potrafi męczyć i nudzić, a Stefan, dla odmiany, często imponuje. Z niebywałą sprawnością rozbiera fasadę na czynniki pierwsze. Zachwycasz się poezją romantyczną? – kpi z Lucjana. – Przecież to tylko maska politycznej konserwy. – W ślad za diagnozą idzie rada. – Najbliższe starcie wygrają prawdopodobnie liberałowie. Żeby uznali cię za swego, musisz zostać neoklasykiem, gdyż w takim właśnie artystycznym kostiumie oni chodzą w tym sezonie.

Redukcjom Stefana Lousteau nie da się odmówić solidnej bazy. Prawie wszystkie mądrości, na przykład, „Społeczeństwa spektaklu” są już obecne – przynajmniej w zalążku – na kilku kartach „Wielkiego człowieka”, zawierających opis przyjęcia u Finota, magnata rynku prasowego z Paryża pierwszych dekad wieku XIX. Goście z tej imprezy doskonale wiedzą, że – czegokolwiek by nie mówili – określa ich medium, które już dawno, pozwalając siebie używać dla osobistej korzyści i autoekspresji, chytrze skonsumowało swoich rzekomych zdobywców. Wspólny mianownik ich różnorodnych dyskursów stanowi wierszówka. I odwrotnie, ramy zabiegania o wierszówkę są granicami ich języka, a tym samym świata.

Taka przestrzeń życiowa toleruje tylko Lousteau i resztę organizmów jego gatunku. Niewydarzone twory przyrody w rodzaju Daniela d’Arthez, jeśli przypadkiem się w niej pojawią, szybko też giną, nie wywierając uchwytnego wpływu na jej ukształtowanie. Dlatego, mając do czynienia z klonem Lousteau, ciężko się z nim polemizuje. Kto nie rozumie, że z jego słów bije porażająca słuszność, jest – przykro to powiedzieć – durniem. Z drugiej strony, żeby mu ulec bez oporu, trzeba należeć do skończonych łobuzów.

A może z tej pułapki jest wyjście? Dokładnie tutaj wprowadźmy na arenę Michała Boniego. Z początku, wystąpi on w kreacji, której dzisiaj mało kto by się po nim spodziewał. Nieuchronnie naiwnym, ze względu na nikły zasób doświadczeń, studentom pierwszego roku zdarzało się go brać za reinkarnację Daniela d’Arthez. Jego wizerunkowi sprzyjał wykładana przezeń dyscyplina kulturoznawcza, której listy lektur, szczególnie na tle nudnawych zazwyczaj studiów polonistycznych, prezentowały się jak szczeble wyższego wtajemniczenia. Benjamin, Eliade, Jung, dwaj zaprzyjaźnieni myśliciele o urokliwych jak głos ich rodaka, Placido Domingo, nazwiskach Ortega y Gasset… Wehikuł z takimi pilotami obiecywał wzniesienie się ponad grząską ziemię, na której grasował Lousteau.

Rzeczywiście, trzeba było trafu, że na tym samym wydziale natrafiało się zarówno na współczesnego Daniela, jak i Stefana. Dwaj rywale mieli się do siebie, jak bajkowy Paweł i Gaweł. Ten – z pozoru przynajmniej – „dobry” odbywał dyżury na parterowym dole, gdy jego „zły” konkurent rezydował na pierwszym piętrze. Pogrążony w strefie niewymiernych wartości duchowych Daniel zadowalał się skromnym stopniem magistra. Stefan za to nie byłby sobą, gdy nie chwalił się świeżo uzyskanym (czy też – jak podkreślał z naciskiem – wywalczonym) doktoratem. „Messages”, które wtłaczali do studenckich mózgów, odróżniały się zgodnie z identyczną zasadą. Domniemany d’Arthez objawiał, że teksty wybitnych teoretyków są niekończącą się rozmową bądź może nawet wiecznym dialogiem. W tym punkcie dajmy zresztą spokój kpinom, gdyż początkujący adepci nauk humanistycznych mogli całkiem sporo od niego skorzystać. Czy sprostałby oczekiwaniom bardziej wymagających magistrantów? Powstrzymuję się od sądu – tym bardziej, że każda z jego teraz wygłoszonych formuł kazałaby podejrzewać, iż jest uprzedzona.

Na poziomie wczesnych lat studiów, adiunkt Stefan również potrafił demonstrować swe atuty. Nie interesuje mnie – rozpoczynał, krzywiąc się szyderczo – topos kwiecia w poezjach Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej ani archetyp starego mędrca z Widzenia Księdza Piotra. Wymagał on za to szperania w bibliotece, z którego można było się dowiedzieć, w jakiej instytucji ten czy inny twórca pracował na etacie, a także od kogo – zleceniodawcy rezydującego bardziej na zachód lub na wschód, partyjnego sekretarza czy dysydenckiego guru – przyjmował zamówienia. A następnie, w trakcie zajęć, pokazywał z ironicznym politowaniem, że cały komentowany tekst literatury wielkiej z nazwy daje się otworzyć jego, zdawałoby się, topornym kluczem.

Gdyby Daniel i Stefan starali się być przewodnikami jedynie intelektualnymi, ich podopieczni – rzuciwszy na pożegnanie z nimi kilka pochlebnych uwag przy piwie konsumowanym, żeby uczcić zaliczenie przedmiotów, które prowadzili – prędko by pewnie o nich zapomnieli. I ten, i tamten zdradzał jednak ambicje naśladowania Vautrina. Jak ów paradoksalnie dobroczynny demon – występujący w „Straconych złudzeniach” również jako ksiądz Karlos Herrera, znany zaś swoim byłym kompanom pod przezwiskiem Ołży-śmierć – otwierali oni elitarne salony przed oddanymi im żółtodziobami. Przyszłym polonistom ich nieprzeciętne mózgi nie były w stanie zaproponować bardziej atrakcyjnej drogi do tego celu niż krytycznoliteracka czy ściśle naukowa dłubanina. Różnica, którą i na tle owej generalnej szarości umieli między sobą zaznaczyć, polegała na tym, że doktor Lousteau zapraszał do pism oficjalnych, a magister d’Arthez rekomendował miesięczniki katolickie. To na początek, gdyż bardziej zaufanym tłumaczył, że w tym szczególnym czasie na czoło moralnych obowiązków wybija się publikowanie w drugim obiegu.

Z plotek i jego własnych aluzji dowiadywaliśmy się, iż Daniel konspiruje w podziemnej „Solidarności”. Trochę później zastanowiło mnie, że dziwna to konspiracja, której uczestnicy w żadnym stopniu nie usiłują się maskować. Póki co jednak, z dreszczem miłego podniecenia dyskutowało się przy okazji zajęć, czy najbliższego 1 i 3 maja bądź ewentualnie 11 listopada my, studencka awangarda ruchu społecznego, uderzymy frontalnie na komunę, czy może poczekamy, aż wróg jeszcze bardziej oklapnie.

Jak na złość, coraz słabszy stawał się nie tyle reżim, co podgryzający go front oporu. Z ulic, na których już niewiele się działo, Daniel musiał przenieść swój wyborowy oddział do katedry. Jego konspiracyjna racja stanu przeniknęła, podporządkowując go sobie, ponadczasowy dialog myślicieli. Z tego właśnie powodu, zaglądając na seminarium Daniela o stalinizmie, czułem się nieswojo. Pół biedy, że – co wtedy nie należało jeszcze do polonistycznej konwencji – z nabożeństwem wymawiano tam nazwiska, a także tytuły książek, Stefana Kisielewskiego i Adama Michnika. Jednemu i drugiemu nie poważyłbym się w tamtych latach odmówić zasług ani męczeńskiej palmy. Wyczuwało się jednak, że idee w Danielowym obozie zaczynają służyć jako zastępcze naboje do kontynuowania walki, która na planie stricte politycznym została chwilowo przegrana. A to, idąc dalej, budziło posądzenie o zdradę powołania, które zarysował Balzac w swoim portrecie niezłomnie autonomicznego d’Artheza. Toteż odebrałem z ulgą, iż te antystalinowskie debaty dobiegły kresu razem z rokiem akademickim.

Kiedy po wakacjach obiło mi się o uszy, że przeniesiono je z państwowego w końcu instytutu do prywatnego mieszkania, oddanego do dyspozycji społeczeństwu podziemnemu, już mnie do udziału w nich nie pociągnęło. Znacznie później zasłyszałem od jednego z wiernych adiutantów Daniela, że zniknięcie upartego sceptyka – czyli mojej skromnej osoby, która wówczas, historia mi świadkiem, o tę dwuznaczną reputację nie zabiegała – w ich gronie przyjęto bez nadmiernego żalu. A la guerre comme a la guerre – należało za wszelką cenę budować jednomyślność w imię wybicia się na wolność i pluralizm.

Nie mógł, jednakże, nie pociągnąć mnie urok Zakopanego. Opodal Doliny Chochołowskiej, gwardia Daniela zorganizowała konferencję o… no właśnie, precyzyjnie nie pamiętam już o czym, ale z pewnością gramatycznym podmiotem w tytule była kultura niezależna. Na jej obradach roiło się już od bodźców wywołujących poważny niepokój. – My wiemy i wierzymy – grzmiało podczas obrad. W kuluarach tymczasem, wspólnota zjednoczona w sprzeciwie wobec obcej przemocy rozsypywała się na hierarchiczne grupki wzajemnej adoracji. Słynny później pampers stał u wejścia do kawiarni, selekcjonując palcem wskazującym tych szeregowych uczestników konferencji, którzy – według jego osądu – byli godni zasiąść przy stoliku z prominentnymi postaciami opozycji. Po rytuałach patriotycznych, odprawianych za dnia, następowały późnym wieczorem – przeznaczone znowu dla wybranych – bardziej kameralne posiedzenia pod hasłem przewodnim: gandzia (przepraszam, wtedy mówiło się: marycha), kobieta i śpiew. Istotnie, kto został dopuszczony za zasłonę, widywał działaczki samorządu, które – nawiązując twórczo do „Przesłania Pana Cogito” – wędrowały śladem opozycyjnych Hektorów, usługując im jak, nie przymierzając, azjatyckie niewolnice.

Niedługo, odnajdując podobne obrazy w listach Brzozowskiego, charakteryzujących PPS z lat po przegranej rewolucji roku 1905, doznałem deja vu: przecież to reportaż o na własne oczy przeze mnie widzianych realiach! Tyle, iż nad wrogami PRL z ostatnich lat jej istnienia – na przekór powstańczemu i zarazem martyrologicznemu nastrojowi ich wystąpień – nie wisiały Sybir ani cytadela. Kontrast ich wyobrażeń o sobie z typowymi zachowaniami faktycznymi pogłębiał niesmak, który częściej niż momentami budzili.

Rzecz godna uwagi: Daniel wykorzystał tę grupę, którą przecież stworzył, pozostając jej dowódcą, jako szereg statystów, ułatwiających mu dalsze odgrywanie swojego Balzakowskiego wzorca. Łagodnie, ale stanowczo dystansował się od ludzkich, aż nadto ludzkich słabości swoich kolegów i podkomendnych. Z upodobaniem nawoływał do poważnej rozmowy, tępiąc nawet ekscesy w przeobrażaniu się pogromców stalinizmu w ZMP-owców. Spoza jego anielskiej stylizacji od czasu do czasu wyglądały jednak rysy dość bezwzględnego wodza. Tępił on zwłaszcza niewczesne próby dezercji z oddziału. – Bywa i tak, że nie wolno bawić się w klerków – tymi słowami podsumował jedną z dyskusji na temat obowiązków młodego intelektualisty – sytuacja wymaga zaangażowania. Ech, te magiczne słowa z pory roztopionych śniegów…

Ogólnie rzecz biorąc, zasadnicze spory toczyło się barwnie i fajnie. Hunwejbinów antyreżimowych półżartobliwie porównywałem w myślach do aktywistów narodowych związków młodzieży z „Doktora Faustusa”, którzy najpierw daremnie zmuszali wyobcowanego Leverkuehna do używania formy „my”, a potem swoją ulubioną formę liczby mnogiej odnaleźli w pieśni „Dziś nasze są Niemcy, a jutro cały świat”. Na forum dyskusyjnym wymachiwałem im przed oczami tomem Teodora Parnickiego, wykrzykując że w nim właśnie, a wcale nie w ich broszurkach, znajdują się prawdziwe problemy. Za te kabotyńskie poglądy i gesty podziemna pierwsza brygada słusznie ukarała mnie wyzwaniem od „intelektualistów-onanistów”. Replika, która na tę obrazę przyszła mi do głowy, do dzisiaj – sądzę – zachowała aktualność: lepiej się onanizować niż głupio polemizować.

Niektóre incydenty, zamiast bawić, brzydziły. Pewien student wystosował list otwarty do swoich patriotycznie upolitycznionych kolegów z konferencji. Uskarżał się, że plotka, do której źródeł należeli posolidarnościowi pracownicy naukowi, obwołała go długim uchem wiadomych służb. Przysięgał, że ani nie słuchał zbyt ciekawie, ani zwłaszcza nie kablował. Rzecz jasna, o dostępie do tajnych archiwów, który pozwoliłby rozstrzygnąć kwestię jego winy, nikomu się wtedy nie śniło. Uroiło mi się w tym momencie, że Daniel stanie na wysokości swego literackiego pseudonimu. Mógłby przecież powiedzieć, że my – umieszczając się pryncypialnie na antypodach bolszewików – sądzimy, iż lepiej pozwolić na rozrabianie stu winnym niż skrzywdzić jednego niewinnego. Zamiast tego, umył ręce i wycedził półgębkiem coś w tym stylu: wspólnota ma prawo się bronić.

Otóż właśnie. Fanatyzm – jak Brzozowski podsumował gorzko swoje kolizje z PPS-owcami – można wybaczyć jedynie pod warunkiem, że nie przeplata się on z maskaradą. Za III Rzeczypospolitej, wracając w pamięci do swych obserwacji z okolic podziemia, zastanawiałem się setki razy, czy tamtejsi herosi tylko i wyłącznie udawali. A jeśli nie, to kiedy zaczęli się zgrywać? Nazwiska swych konferencyjnych oponentów spotykałem setki razy w takich nieodmiennie kontekstach: skandal, afera, tajemnicze zniknięcie pieniędzy, obyczajowa obsuwa, usunięcie z partii… A Daniel? No cóż, jak wiadomo wspólnotę chronił cudzym kosztem, podczas gdy sobie pozwalał – co najmniej – na prowadzenie z nią dosyć dwuznacznych gier.

Do tej partii mojego wewnętrznego dialogu włącza się doktor Stefan Lousteau. Nieoficjalną opozycję lżył on zawsze i możliwie najostrzej. Gdy wydawało się, że politycznie jest ona bez szans, kpił ze „skarlałego” podziemia, które miało jego zdaniem nic nie znaczyć. Później, gdy wyczuł, że realny socjalizm jednak się wali, poddał się resentymentowi wywołanemu znajdowaniem się po przegrywającej stronie. – Kuroń? – cedził przy stoliku. – Najemny żołnierz ideologiczny zimnej wojny. Przecież to na milę cuchnie agenturą. Wiesz, ile oni dostają dolarów?

Pod względem rzeczowym, jego spostrzeżeń nie dałoby się totalnie zdyskwalifikować. Za to od cynizmu jego wniosków praktycznych, mimo że tyle czasu upłynęło, ciągle mróz chodzi po grzbiecie. Lousteau doradzał następujący plan gry: najpierw funkcjonowanie w strukturach „reżimowych”, żeby pokazać się środowiskowej opinii, a potem – błyskawiczna wolta do opozycji. W jego oczach, ludzie z przeciwnej strony okazali się lepsi, gdy ustalił, że mają dolary. – Najmądrzejszy gość w tym kraju, Urban – diagnozował – też by przystąpił do tamtych, gdyby wcześniej nie awansował za wysoko w ekipie Jaruzelskiego.

Na własną skalę, Lousteau męczył się z podobnym problemem. Należał do sekretariatu wydziałowej komórki partyjnej, co kiedyś się opłacało, lecz wkrótce – jak trafnie przewidywał – ze źródła profitów miało zamienić się w biograficznego haka. Jako najlepsze rozwiązanie taktyczne wybrał zejście z linii frontowej. Kontaktami w partii – a chyba i w drugiej, bardziej tajnej z organizacji, które władały w upadającym ustroju – posłużył się do załatwienia sobie zagranicznego lektoratu. Zaskakiwało, że ktoś z jego ferajny okazał się lepszy. Lousteau chciał wyjechać do Norwegii. W ostatniej chwili, zdradliwy kumpel wyeliminował go jednak sprytnym manewrem czy donosem, po czym sam objął placówkę na północy. Stefanowi została – uważana za najmniej atrakcyjną z puli wyjazdowych ofert – Tunezja. Zaciskając zęby, wsiadł do samolotu i w miejscu przeznaczenia objął swe lektorskie obowiązki. Liczył pewnie, iż dorówna korzystniej ustawionym graczom, kiedy tylko wróci z dolarami.

Dalsze wypadki potoczyły się tak szybko, że trudno je porządnie zrelacjonować. Konspiracyjna grupa Daniela prawie się rozsypała. Ostatecznie, nawet rycerze idący szlakiem Hektora muszą w końcu pomyśleć o listach publikacji i doktoratach. Zaraz jednak stanął Okrągły Stół i wyszło, że zmęczeni kombatanci mają brać władzę. Przynajmniej w jednym punkcie Daniel odparł bijące w jego środowisko opozycyjne zarzuty Stefana. Ufających mu studentów partyjny adiunkt Lousteau ostrzegał, że solidarnościowcy ich wykolegują. – Grają wami – pomrukiwał – każą wam nie pisać do prasy rządowej… Mogą sobie pozwolić na bojkot, ponieważ są już ustawieni. Zobaczycie: oni załatwią swoje sprawy, a wasze pokolenie zostanie na lodzie. – Daniel zachował się sympatyczniej. W pierwszym ruchu, zaczepił się w reaktywowanym „Tygodniku Solidarność”. Swoim adiutantom załatwił jednak bardziej obiecujące posady w startującej do wielkiego lotu Gazecie Wyborczej.

Sam także potrafił się wypromować, stawiając po świeczce i ogarku zwalczającym się obozom Wałęsy i Mazowieckiego. Kto wierzył w nowy ustrój, mógł – podziwiając go jako gwiazdę pierwszego bodaj rządu powołanego przez parlament, za którym stała legitymacja w pełni wolnych wyborów – westchnąć z satysfakcją, iż Danielowie d’Arthez nie muszą kończyć w nędzy i osamotnieniu. Niestety, zły los zechciał, że na trasie jego kariery zaczęły wybuchać miny. Artykuł, jakim zareagował na uchwałę lustracyjną z wiosny roku 1992, pobrzmiewał histerią. Za kilka dni wyszło na jaw, że służył obronie własnej. Czułem się jak Ursus, niezdolny uwierzyć, iż chrześcijański kaznodzieja, który tak dumnie i dostojnie przemawiał, w rzeczywistości był Chilonem Chilonidesem, oddającym sekretne usługi pogańskim patrycjuszom. Prawie nikt wśród znających Daniela z dawniejszych lat nie przyjął informacji o nim z listy Macierewicza do akceptującej wiadomości. Jego najgorętsi fani produkowali manifesty, bijące w „drani”, którzy jakoby umyślili sobie zniszczyć go z zawiści. Z mojego subiektywnego punktu widzenia: pal sześć, czy, na czym i jak głęboko Daniel kiedyś wpadł. W roli Stirlitza którejkolwiek z central wciąż go jakoś nie widzę. Mógł jednak darować sobie zgodę na przerobienie go w męczeńskiego świątka, pod którego patronatem Unia Demokratyczna, kongres liberałów i „Gazeta Wyborcza” urządziły propagandową kanonadę na szańce oszołomstwa, nienawistnictwa i Ciemnogrodu.

Nie kompromitacja lustracyjna jest punktem, który w jego losach mnie pasjonuje. Daniel – słusznie ktoś zauważył po jego spóźnionym wyznaniu winy – w swoim wcieleniu eksperta od polityki socjalnej zdążył reprezentować tak pracowników, jak rząd, czy wreszcie grupę interesu, zwaną konfederacją pracodawców. Słowem, Komisja Trójstronna w jednej osobie. Bardziej to tajemnicze niż dogmat Trójcy Świętej. Nie da się zaprzeczyć, że Daniel osobiście na swej elastyczności źle nie wyszedł. Mimo to, nadal – jak ćmę do światła – ciągnie go do gry. Czy kiedykolwiek miał inne plany, zamysły, ambicje, marzenia niż zasiadanie przy jej stoliku?

A propos, stosunek Stefana Lousteau do tematyki służbowej był o wiele mniej skomplikowany. – Jak się do was zgłoszą – pouczał – musicie się zgodzić na ich propozycje, bo inaczej sami nie będziecie wiedzieć, kiedy się na was odegrają. – Z powodu lustracji, której nie przewidział, oszczędził sobie zawałów serca i gromkich protestów. Wykalkulował, że zejdzie ona z porządku dziennego, zanim ugodzi w płotki, do których – o zgrozo – się zaliczał. Powróciwszy z Tunezji, jeździł bowiem swoim starym volvo. Jego byli towarzysze, którzy zakładali SLD, jakoś go nie zaprosili – widocznie zabrakło mu rekomendacji od liberałów. W pewnym okresie wegetował nawet w partii Romana Jagielińskiego. Ostatnio słyszy się jednak, że poprawił swe notowania w korporacji akademickiej. Sukces ów zmienia go powoli w pana Pickwicka. Nie słynie już z takich wyczynów, jak odwracanie się plecami i ściąganie spodni, gdy na ekranie pojawiał się wysoki autorytet wiernych Kościoła katolickiego. Chcąc się powołać na informacje z tygodnika „Nie”, usprawiedliwia się, iż to pismo czytuje nie on, tylko jego żona. Po co mu szatańskie wersety wobec zwycięskich solidaruchów, skoro przestaje się od nich różnić, zaliczając się wraz z nimi do trybików w maszynce do zarabiania pieniędzy?

– Obyś żył w ciekawych czasach – wzdychaliśmy na ćwiczeniach, seminariach, konferencjach oraz imprezach, o których tu – mam nadzieję, że uciesznie opowiadałem. Rzeczywiście, zobaczyć Daniela d’Arthez, który okazał się większym cwaniakiem od Stefana Lousteau – to rzadki prezent od historycznej opatrzności. Lecz ich spór, którego bywałem świadkiem, spada już na półki archiwalne. Dość dawno już nie widziałem Daniela ani Stefana, ale stawiam dolary przeciw orzechom, że 21 października obaj, jak jeden mąż, głosowali na Platformę Obywatelską.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie