Żargon rewolucyjności

·

Żargon rewolucyjności

·

Patrząc obiektywnie, palmę pierwszeństwa pod tym względem należałoby przyznać liberałom. Tym bardziej, że oszałamiający chwilowo triumf polityczny pozbawił ich resztek autokrytycyzmu – jeśli go, oczywiście, kiedykolwiek mieli. Moim prywatnym kandydatem do anty-Nobla za osiągnięcia retoryczne jest wszakże lewica. I to nie reliktowo-betonowa, nad którą pastwienie się zostawmy spóźnionym pogromcom nowomowy, lecz jak najbardziej nowoczesna.

Osąd ten nie sprawia mi sarkastycznej radości. Na odwrót, brzmi on przeraźliwie przykro dla kogoś, kto pamięta, jak pięknego języka potrafili kiedyś używać lewicowi mędrcy i retorzy. Nie ma co ukrywać, że do przekonań lewicowych dochodziło się, w niejednym pokoleniu, przez nie tylko doświadczenia życiowe, lecz również – czy może nawet bardziej – lektury. Ich klasyczni twórcy uwodzili na przemian niebanalnym patosem (zsyłając, na przykład „maszynę państwową do muzeum starożytności, obok kołowrotka i topora brązowego”), zabójczą ironią („towar jako urodzony leveller i cynik zawsze jest gotów zamienić z każdym innym towarem nie tylko duszę, ale i ciało”, szokująco trafnymi zrównaniami („czym jest obrabowanie banku wobec założenia banku?”), upajającymi wizjami („dość już żyliśmy w glorii / praw, które dał Adam i Ewa / zajeździmy kobyłę historii!”) oraz liryzmem przebijającym spod nałożonej na siebie zbroi bojowników („A może serce ci podarli, / wdeptali w błoto z ludzkich łez / A może tamci to umarli, / A żywi tam – na Pere Lachais?”). Potem, zamieniając lektury obowiązkowe na bardziej wyszukane, wbijaliśmy sobie w pamięć, iż „Nur um der Hoffnugslosen willen ist uns die Hoffnung gegeben”, czyli że nadzieję wolno mieć tylko w imię pozbawionych nadziei.

A teraz? Żeby nie zajmować się od razu wszystkim, wybierzmy próbkę. W miesięczniku „Le Monde Diplomatique. Edycja Polska” ukazała się recenzja Jarosława Pietrzaka z „Katynia” Wajdy. Jej tytuł – „Rybka zwana Wajdą” – budzi pewne nadzieje. Czyżby publicystyka lewicowa, wydobywając się spod spiętrzanych przez nią zwałów „krytyki hegemonicznego dyskursu”, odnalazła ton lekkiego pamfletu, którym – nie tracąc na wnikliwości myśli – często przemawiały jej teksty wzorcowe? Na dodatek, uważam się w pewnym sensie za idealnego czytelnika demaskacji wymierzonych przeciw Wajdzie i jego twórczości z ostatnich dekad. Odkąd zacząłem się rozglądać po naszym firmamencie – czy, jak kto woli – gwiazdozbiorze kulturalnym, do szału doprowadzał mnie panujący tam kult nietykalnych patriarchów. Szkodził on w pierwszym rzędzie odbiorcom, których albo zaślepiał, albo odstraszał od wszelkiej – a już przynajmniej produkowanej w ośrodkach miejscowego przemysłu – kultury. Jednakże, nie był on korzystny i dla otoczonych nim idoli. Zwalniając ich od wysiłku – skoro wszystko, z czym wystąpili, i tak było witane zdyscyplinowanym brawkiem koterii, poza którą mało kto mógł i śmiał się odzywać – powodował, że nieuchronnie tracili oni inwencję i polot. Nie jest przypadkiem, że ostatnie na dobrą sprawę utwory Wajdy – czy choćby Leszka Kołakowskiego – od których krew zaczynała żywiej dopływać do głowy, pochodzą sprzed kilku dziesięcioleci.

Dobrze, jeśli upodobanie do kłucia balonów sztucznie rozdętej sławy łączy się z podjęciem ogólniejszego problemu. Tutaj recenzent miał pole do popisu, które zresztą starał się wykorzystać. Mimo iż Wajdzie nie brakło biograficznych powodów do nakręcenia – pierwszego zresztą w polskiej kinematografii – filmu o Katyniu, trudno ukrywać, że strumyk jego ideowego przesłania mógł łatwo wpłynąć do ogromnego morza. Dopowiadając, o co tutaj idzie, wystarczy zacytować opinię, iż w Polsce przez tysiąc lat było normalnie, jeśli oczywiście nie liczyć epizodu okupowania jej przez komunistów. Wystąpił z nią, żeby było zabawniej, gawędziarz pochodzący z ludu. Jak widać – co u nas pospolite u znaczących postaci o takim rodowodzie – natychmiast, gdy tylko awansował socjalnie, zapomniał on, iż przyszedł na świat w miejscu różniącym się nieco od dworku czy willi. Przeobraziwszy się z nisko wykwalifikowanego robotnika w przewodniczącego, noblistę i prezydenta, już bez oporu uwierzył więc, że istotę normalności stanowi chiński mur, oddzielający elity od plebsu (który nadgorliwi rzecznicy tych pierwszych nazywają hołotą).

Zamiast wyrywać umysły zaspokojone takim przeświadczeniem z dogmatycznej drzemki, sztuka artystów mianowanych dożywotnio autorytetami je do niej kołysze. A więc… hajże na Wajdę!? Może i tak, ale nie z lewicowym krytykiem, który irytuje, zniechęca i męczy nawet w tych punktach, gdzie ma w części słuszność.

Wieszczy on, że Wajda, „największy konformista polskiego kina” w PRL był „niezagrożonym pupilkiem ówczesnej władzy” i w ogóle „pieszczochem systemu”. Niby to przykra i ostra, ale święta prawda. Chociaż… Może warto byłoby zauważyć, iż filmy tego reżysera – osobliwie „Popioły” – takiej chociażby frakcji Moczara nie podobały się aż na tyle, że publicyści z jej taborów urządzili przeciwko nim kryptopolityczną kampanię. Czasem też dystrybutor wycofywał Wajdę z obiegu albo spychał go do jednego jedynego kina studyjnego w dużym mieście. Swego „niezagrożonego pupilka” – jeśli nawet wtrącić, że ingerencje cenzury, prowokując szeptaną famę o wyjątkowej odwadze Wajdy, na swój sposób go promowały – traktowano by chyba trochę inaczej. Mniejsza zresztą o meritum, bo istotniejsze od niego jest ostrzeżenie, które warto wszystkim, w tym i sobie wpisać do sztambucha. Otóż nakręcanie się własnym podnieceniem dobre bywa może, hm… w pewnych sytuacjach intymnych, ale za komputerową klawiaturą należy unikać go za wszelką cenę. Zamiast mu ulegać, lepiej – wchłonąwszy łyk zimnego napoju – wtrącić jakiś niuans.

To samo krytykowanie toporem, które zepsuło rozprawę z osobą Wajdy, psuje refleksję o jego dorobku. Zdaje się, iż naszemu recenzentowi podoba się „Ziemia obiecana”, którą – według niego, chyba trafnie – tuż po jej wyświetleniu interpretowano jako „najbardziej marksistowski film w dziejach polskiego kina”. Za jej tytuł do chwały ma uchodzić wymowa ideowa, zgodnie z którą „świat nie składa się z narodów i religii, tylko z klas społecznych”. Niestety, Wajda po zmianie ustroju zmienił zdanie. Oświadczył, mianowicie, że – jak referuje krytyk – jego dzieło „stanowi w istocie pochwałę systemu, który pozwala bogacić się spryciarzom i sprawnie rozwiązuje problemy (np. strzelając do robotników, którzy nie pozwalają się bogacić wystarczająco szybko)”. Uff… Głośno (bo niekoniecznie dobrze) ryknąłeś, lwie – można by w tym momencie westchnąć, naśladując Hansa Castorpa.

Sęk w tym, że Wajdzie faktycznie zdarzyła się wypowiedź, która – plamiąc jego życiorys – świadczy zarazem o zjawisku o wiele bardziej niepokojącym. W samych początkach III RP, Jerzy Urban, który wówczas, nie ograniczając się całkowicie do wykonywania dziennikarskich prac zleconych na rzecz swojej kliki, potrafił coś ciekawego zauważyć, odnotował, że „słowo wyzwolone bełkocze ze strachu”. W rzeczy samej, język publiczny, którego ośrodki według oficjalnych deklaracji i nawet realnej reformy stosunków własnościowych uzyskały niezależność od władzy państwowej, w produkowaniu zakłamanego bełkotu nie ustępował swojemu wcieleniu z czasów określanych najłagodniej jako autorytarne. Jego ciśnieniu poddawały się również te persony, którym ich pozycja prestiżowa oraz – last but not least – materialna winna ułatwić wybronienie się przed tą smętną kapitulacją.

Prominentny przedstawiciel wspomnianego klanu, Andrzej Wajda, rzekł zatem o „Ziemi obiecanej” coś niemądrego – ale, mimo wszystko, nie aż do tego stopnia, w jakim mu to zaimputowano. O ile mnie pamięć nie myli, wymknęło mu się z ust, że swą ekranizacją Reymonta chciał aluzyjnie pochwalić „wolną przedsiębiorczość”. Różnica, którą uparłem się wskazać – to rzecz niby mała, lecz ważąca na szali. Oglądając recenzyjny kryptocytat z Wajdy, myśli się jedno z dwojga. Albo reżyser, stanowiący niegdyś chlubę wyedukowanej części naszego narodu, zwyczajnie oszalał – w takim natomiast razie krytyczne pastwienie się nad nim wydaje się tak sobie dobre i piękne – albo też ktoś tutaj, obojętne w tej chwili czy ze złą wolą, fałszuje jego teksty. Zostając fanem kapitalizmu, Wajda nie wyzywałby członków wzbogaconej elity tego ustroju od „spryciarzy”, ani też nie przywołałby „strzelania do robotników” jako przykładu jego pragmatycznej sprawności.

I tego nie dosyć. Tyleż powieść Reymonta, co film Wajdy tak naprawdę są ambiwalentne. Ukazując przeraźliwie dotkliwą zapłatę, jaką na ludziach wciągniętych w jej tryby egzekwuje dynamika kapitalistycznego rozwoju, w pewnej mierze wyrażają też fascynację, którą potrafi ona rozbudzić niekoniecznie tylko wśród swoich płatnych chwalców. Megaprocesy – zgodnie z najlepszą tradycją realizmu krytycznego – przekładają się tam na losy jednostek ludzkich. Kapitalizm, wtargnąwszy do Polski, zniszczył Karolowi jego szlacheckie gniazdo, tak samo jak wyrzucił Moryca Welta z jego „sztetł”. Ale zarazem dał im szansę na zbudowanie sobie nowych domów w – by tak rzec – geoekonomicznej konfiguracji, jaką wykreował. Okazuje się, gdy pójdziemy jeszcze trochę dalej, że Moryc i Karol, gdy nareszcie mogą się wprowadzić do zdobytych pięściami, zębami i drapieżniejszymi od nich mózgami swoich miejsc na ziemi, zmuszeni są gorzko przyznać, iż zrobiło się na to za późno. Dom służy bowiem ludziom, a nie automatom do pokonywania szczebli na drabince konkurencji rynkowej. Czy przypadkiem te pospiesznie szkicowane wskazówki nie wyznaczają odbioru, który właśnie dzisiaj pasowałby do „Ziemi obiecanej”? Również i zwłaszcza w takim wypadku, kiedy programowo chcemy być po stronie robotnika poturbowanego przez maszynę, a nie zarabiającego na niej właściciela?

Lewicowa krytyka jest również wysiłkiem – „bezlitosnego”, jak lubili mawiać klasycy – poznawczego wgłębiania się w rzeczywistość. Żal pewną część ciała ściska, że jej adepci z bieżącej chwili spełnianiem tego postulatu nie fatygują się nawet odrobinę. Choć, oczywiście, potrafią go cytować, bo też w ogóle nawiązaniami, odniesieniami i przypisami do swojej tradycji popisują się do obrzydzenia z nudów. Wskazany niedostatek, jeden z wielu, skazuje ich na monotonne skrzeczenie o klasach społecznych i systemie. A propos: gdyby realny byt historyczny istotnie przysługiwał tylko klasom, to nie do pojęcia byłyby już wypadki, które odzwierciedliły się w „Ziemi obiecanej”. W takim razie, tym bardziej nie wybuchłyby wojny światowe, jako iż od dawna cieszylibyśmy się błogostanem w internacjonalistycznej wspólnocie.

Zubożony umysł krytyczny okazuje się bezradny również tam, gdzie chodzi mu podważenie obrazu przeszłości, który wedle niego ma się wyłaniać z „Katynia” czy też kultury Rzeczypospolitej en bloc. Gdzieś u korzenia jego wywodów cokolwiek jest na rzeczy. Zasadnie protestuje on przeciw „stawianiu znaku równości” między radzieckim komunizmem a niemieckim nazizmem, jak również – wpływami, zaznaczonymi przez nie w najnowszej historii Polski. Pierwszy z wymienionych był bowiem (moim osobistym zdaniem, niestety) poronioną próbą ustanowienia nowego porządku ustrojowego. Drugi natomiast pozorował totalny przewrót we wszystkich dziedzinach, a w końcu rozpuścił psy wojny na cały świat, żeby w strukturalnej (dokładniej – własnościowej) podstawie społeczeństwa, w którym się narodził, nic ważnego się nie zmieniło. Z kolei, przenosząc się do realiów lokalnych, wypada przyznać, że znalezienie się po II wojnie w orbicie wpływów ZSRR nie tylko i nawet nie w pierwszym rzędzie przyniosło im ruinę, lecz także je zmieniło, i to (by wspomnieć reformę rolną i masowy awans z pierwszych dekad PRL) niekoniecznie na gorsze. A przy odmiennym zwrocie wojennej fortuny, utrwalenie się władzy Trzeciej Rzeszy nad jej bliskim sąsiadem ze wschodu definitywnie przekształciłoby tutejsze terytorium w rezerwuar niewykształconej, wskutek tego zaś kosztującej dogodnie dla wszystkich z wyjątkiem siebie siły roboczej.

Byłaby ci cześć i chwała, krytyczny lewicowcu, gdybyś miał tyle – ani o jotę mniej lub więcej – do zakomunikowania. Tradycyjnie jednak w szczegółach tkwi diabeł, który niszczy kunsztownie montowaną całość. Obwieszcza się nam, że na równi z komunizmem przenigdy nie stał „faszyzm”, albowiem tenże – to „najgorsza forma reakcji”. Rzadko jest sztuką tak pisać, żeby każdym sformułowaniem wystawiać się na łatwy cios. Wobec przytoczonego dictum, złośliwy pedant wskaże lada chwila, iż Mussolini, nie szukając daleko ewidentnych faszystów, nachuliganił w historii jednak nieco – a pewnie nawet znacząco – mniej niż Józef Stalin. Bez sensu jest przeczerniać nazistów, którzy sami z siebie są wystarczająco ponurzy, twierdząc iż dążyli oni do „eksterminacji wszystkich Słowian” (a kto niby, jeśli nie odpowiednio twardo wychowani Słowianie miał pracować na ojcowiznach – wyśnionych na dworze wodza – „rycerzy-kmieci” z Ukrainy czy pobliskiej Zamojszczyzny?) W tym większy absurd strąca rewelacja, zgodnie z którą Armia Czerwona pojawiła się we Lwowie, Wilnie i okolicach, aby tam – zapewne bezinteresownie – „zmienić ustrój społeczny”. Gdyby Związek Radziecki był w roku 1939 aż tak łaskawy dla Polski, to jego wpływ na resztę świata zarysowałby się w ostatecznym rezultacie nieco inaczej. Jego władze same zresztą – przemawiając internacjonalistycznie w formie, a imperialnie w treści – nie chciały wtedy majstrować przy ustroju, tylko „wyzwolić” zachodnią Ukrainę i Białoruś.

Kometo błędu – wyrywa się pytanie w stylu wieszcza – gdzie koniec twego pędu? Oczywiście, w miażdżącym dla niej samej uderzeniu w ziemię. Sedno krytycznej demaskacji Wajdy tkwi w odkryciu, że „w istocie podziela” on „elitarystyczną pogardę, która umożliwiła nazistom ukucie ideologicznego konstruktu Untermenschen” (raz pozwolę sobie być obrzydliwy: jak już po niemiecku i nawet, na popisową dokładkę, w liczbie mnogiej, to rzeczownik powinien być z rodzajnikiem, a jeżeli się nie umie porządnie „szprechać”, to po co udawać, że jest inaczej?) Hmmm… Uwielbiam mocne porównania. Ale czy muszą one aż tak niedorzecznie odrywać się od wybranego dla nich układu odniesienia? Nazizm przecież udawał, iż jest egalitarny. A wobec tego, musiał przekładać głoszoną przezeń pogardę z języka socjalnego na etniczno-rasowy, przeciwstawiając zatem nie elity wobec mas, tylko Niemców (na wyższym poziomie wtajemniczenia: Aryjczyków) w stosunku do innych szczepów. Zestawienie z nazistami akurat polskiej inteligencji – pomijając już podręcznikowe drobiazgi – wbrew pozorom przekreśla szansę na zaatakowanie z grubej rury tej przez lewicowego autora nielubianej formacji społecznej. Jej sztandarowi ideologowie unikali zdecydowanego samookreślenia, preferując wykrętne trzymanie się środka. Nigdy więc nie poważyliby się na jawne odrzucenie demokracji czy pokojowej równości między narodami. Sugerując, że wystraszeni koniunkturaliści oraz ludobójcy nieukrywający bynajmniej swych celów byli mniej więcej tacy sami, nie uwydatnia się pamfletowo (co pewnie było zamierzone) rysów zaczepionego przeciwnika, lecz raczej zaciera je w ogólnikowym potępieniu. Albo gorzej: w infantylnym „to mi się nie podoba!”.

Jeszcze smaczniejsze od porównań bijących między oczy bywają prowokacje myślowe. Coś w tym gatunku próbowano nam zafundować w konkluzji. Podobno Wajda swym nieudanym i, co gorsza, ideologicznie błędnym filmem obnażył hańbiący stan ducha swojego „środowiska”, to jest elity inteligenckiej. Tym samym zaś „niezamierzenie potwierdził słuszność wielu spośród propagandowych haseł antyinteligenckich, którymi Stalin uzasadniał mordowanie takich elit” (słówko to wzięto w cudzysłów, żeby czytelnik od razu wiedział, co ma sądzić o jego pożałowania godnych adresatach).

Nieźle, nieźle… Tylko: co z tego wynika? W danych historycznych zwyczajowo już nic się nie zgadza. Propaganda stalinowska nie wzywała do wyniszczenia inteligencji. Hasła gruntownego (w sensie: dwa metry pod ziemię) pozbycia się warstw wykształconych rodem ze starego reżimu występowały raczej w okresie, który nastąpił bezpośrednio po Rewolucji Październikowej, ale i wówczas nie przebiły się do ideologicznego głównego nurtu – choćby dlatego, że bolszewicy u władzy na gwałt potrzebowali fachowców. Samym Katyniem jego sprawcy się nie chwalili ani go nie bronili werbalnie. Wolno się domyślać, że – zlecając rozstrzelanie polskich jeńców wojennych – podjęli czysto pragmatyczną decyzję o wyeliminowaniu w zarodku, a nawet przed prognozowanym faktem, prawdopodobnych kadr ruchu oporu, który mógłby zakwestionować status quo ukształtowane po wrześniu 1939. Gdy nastąpił rok 1941, mieli – potrzebując, dla odmiany, sojuszniczego mięsa armatniego – mieli tego ruchu pożałować, ale to już inny temat.

Koniec końców, interesuje nas nie tyle mozolnie przypominany czas miniony, co tu i teraz. Ku czemu zmierza krytyk Wajdy, torując drogę drukującej go ekipie? Mobilizując się do tego negatywnym odbiorem „Katynia”, mamy walczyć z – na pierwszym miejscu, inteligenckimi – elitami? Chyba niekoniecznie. Przypomina mi się jak przez mgłę, że redaktor polskiej wersji „Le Monde Diplomatique”, Przemysław Wielgosz, zabierając głos na konferencji o lewicowych mediach – z udziałem ich gwiazd, pośród których najjaśniej świecił Jerzy Urban – zaklasyfikował swoje pismo jako „adresowane do ludzi wykształconych”. Edukacja myli mu się chyba ze snobistycznymi skłonnościami, które miał połechtać obcojęzyczny tytuł i areopag autorów. Mało co z tego wyszło: gazety przaśnie polskie co weekend przyciągają ciekawszą, a nawet zawierającą więcej jadu krytycznego ofertą swoich przekładów.

Wielgoszowi nie szło z pewnością – co wyżej zostało okazane – o wykształcenie w trywialnie dosłownym sensie. Bo też, zwracając się do jego posiadaczy, nie obrażanoby ich wyedukowanej inteligencji gigantycznym jak Himalaje nagromadzeniem błędów rzeczowych. Tymczasem, ich redakcyjne przepuszczanie na łamach, o których mowa, ustaliło się w regularną praktykę. Ileś miesięcy temu formalny lider grupy skupionej wokół „pisma dla wykształconych” wydelegował siebie do rozprawienia się z jednym spośród najlepiej się sprzedających artystów Hollywoodu. W zaprzyjaźnionej „Trybunie Robotniczej” ukazała się jego recenzja z „Apocalypto” Mela Gibsona. Sensacjami eksplodowało jak w reakcji łańcuchowej.

Przy rozważaniach Przemysława Wielgosza o filmie Gibsona, degradacji na skromnego wyrobnika nauk akademickich musi obawiać się tropiciel ekspedycji UFO do ziemskiej starożytności, Erich von Daeniken. Wielgosz objawia, że – sportretowana w „Apocalypto” – cywilizacja Majów nie składała ofiar z ludzi. Nie przeszkadza mu wiedza powszechna, iż z uprawiania tego właśnie procederu – aczkolwiek ustępowali w nim późniejszym Aztekom – Majowie słynęli. W dalszym ciągu, Wielgosz każe swym bohaterom – czyżby posądzając ich o niezdolność do wyszukania sobie innego pokarmu niż smakołyki dla kanibalów? – wymrzeć na długo przed hiszpańską kolonizacją Latynoameryki. Że archeologiczne ślady ich pobytu na Jukatanie pochodzą jeszcze z XVII wieku – to już płaski fakt, który krytyczna refleksja na modłę redaktora polskiego „Le Monde Diplomatique” odważnie pomija.

Z niemniejszym polotem, wnika ona w polityczne machinacje Gibsona, który swoim „Apocalypto” zamierzył podobno zmobilizować Amerykanów do zaostrzenia wojny z „terroryzmem”, czyli w istocie ze światem islamskim. Jednakże, Gibson – mimo iż mocno konserwatywny i prawicowy – dał się poznać z konsekwentnego przeciwstawiania się interwencji USA w Iraku. Aż prosi się zawołać: ki diabeł!? Pojedyncze wpadki są nie do uniknięcia. Za to uparta odmowa wycofania się z nich i równie zaciekłe brnięcie w nie dalej tworzą już fenomen jakościowo poważniejszej wagi.

Ktoś dokonuje heroicznie męczeńskiego samoośmieszenia? A przy okazji ściąga w otchłań szyderstwa dokładnie te same racje, których broni? Zapowiedziałem skoncentrowanie się na próbkach i dotrzymałem słowa. Szperacze niech sprawdzą, że w identycznej poetyce, jak o filmach, pisze się w polskim „Le Monde Diplomatique” – a również spokrewnionej z nim reszcie tytułów jego lewicowo-krytycznego środowiska – na prawie wszystkie inne tematy: o kulturze reakcyjnej i emancypacyjnej, feminizmie, protestach pracowniczych, Iraku, Kurdach, Ameryce Południowej, Libanie, Chavezie… Obawiam się, na domiar złego, że teksty tłumaczone sytuują się nieporównanie wyżej pod względem ściśle profesjonalnym, lecz z nich również z reguły bije smutna pustka.

Na to ci przyszło, lewico? Teraz ciebie cechuje brak ciekawości dla zjawisk, które nie dają się od razu schwytać gotowymi schematami. Niszczy cię poprzestawanie na frazesach, które nie tyle stwierdzają lub komunikują pewną prawdę, co służą dowiedzeniu przynależności do ideologicznie wytypowanej grupy, będącej mało czym więcej niż koterią towarzyską…

Jestem ostatnim, który by potępiał jakiś krąg outsiderów, iż – niech będzie, że indolentnie – stara się krzyknąć przeciw dominującej mentalności. Okrzyczanego dialogu, dyskretnie utożsamionego z ustępliwością, mamy za dużo, a skrajności, wbrew pozorom – za mało. Piszących z serca i szczerego przekonania dałoby się ułaskawić nawet z dyskredytowania prawdy, jaką podejmują się ujawnić. Abym obejrzał „Katyń” (rzeczywiście, najwyżej średnio udany i dość koniunkturalny), skłonił mnie krytyczny seans nienawiści, jaki mu urządzono w lewicowej niszy. Myślący klient odczyta polskie wydanie dodatku do „Le Monde’a” na wspak: zaciekawi się tym, co w nim ganią, i oczywiście na odwrót.

Tego osobliwego sukcesu wydawniczo-propagandowego nie usprawiedliwiają serce i przekonanie, które przed chwilą daremnie wzywano. W ich miejscu szczęka i chrzęści maszyna do miotania stereotypami. A ją, z kolei, pilotuje cwaniak, który po swojemu usiłuje być w kursie. Daje do zrozumienia, że z antykomunizmem obowiązującej ideologii walczył troszeczkę na niby. Kto z miarodajnych arbitrów czyta wnikliwie, daruje mu bojowy rozpęd, który skłonił go do apologii stalinizmu także w tych jego przejawach, jakich chyba nigdy i niczyim piórem szczerze nie broniono (inwazję ZSRR na Polskę z 17 września przeklął, między innymi, Trocki, który raczej nie czynił tego z pozycji prawicowych). Spokojnie: z krytycznej artylerii w gruncie rzeczy celowano do „projektów” tych odnóg polskiej prawicy, za którymi dobre towarzystwo nie przepada. A że popsute lornetki bombardierów w słusznie atakowanych szeregach jakby przez pomyłkę umieściły Wajdę? Nie wychodzi im, ale się starają.

Mainstream, Gibson, „Apocalypto”, „Katyń”, Wajda po „Człowieku z marmuru” czy szerzej, oficjalna kultura i debata – jacy i jakie są, każdy widzi. Ale żeby krytyczny margines, ledwie popróbował się wypromować w szerszej skali, okazał się jeszcze bardziej jałowy od centrum? Niezwykłe to czasy, w których kontestacja jest karykaturalnym odbiciem elity.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie