Gadu-gadu

·

Gadu-gadu

·

Dzieje się tak nie tylko dlatego, że jego twórca, uprawiający zarazem po amatorsku politykę do spółki z ekonomią, socjologią, psychologią, antropologią i filozofią, należy do ich wybitnie płodnych uczestników.

Niczym więcej niż dziecinnym lub starczym gaworzeniem (a więc właśnie puściutkim gadu-gadu) nie jest bowiem słowo, o którym wiadomo, że nie zmieni rzeczywistości, choć w deklarowanym zamiarze o to się stara. Czy jednak – w interesującym nas konkretnym wypadku – wyrok ten nie jest grubo niesprawiedliwy? Lewica, która mimo wszystkich klęsk z ostatnich lat zachowała pewne wpływy w parlamencie, dopomina się wręcz o zaplecze ideowe. Jaka to zmiana w stosunku do tego, co kiedyś bywało! Nie tak dawno przecież standardowy aktywista SLD, słysząc (nomen omen) gadkę o ideach, wyciągał komórkę, żeby załatwić pilniejsze sprawy. Tymczasem jego odświeżone kopie zbroją się w solidny programowy background, żeby z jego pomocą walczyć przeciwko dwóm odłamom panującej prawicy: tak konserwatywnemu, jak liberalnemu. Słowem, tylko się cieszyć, że rozum historyczny, nierychliwy, ale sprawiedliwy, nareszcie otrzeźwił kadry lewicowej formacji. Jeżeli, oczywiście, po milionach rozczarowań doznanych od jej liderów, które – od włóczenia się śladem Amerykanów do Iraku do plątania się po korupcyjnych układach biznesowych w świcie Kulczyka i Gudzowatego – szkoda już szczegółowo wyliczać, uwierzy się w ładne słowa, jakimi się obecnie prezentuje. Ale – czemu ją z góry spisywać na straty? Szok klęski i groźba trwałego pogrążenia się w politycznym niebycie potrafią otrzeźwiać. Powitajmy więc zbłąkane owce, powracające na stronę dobra z manowców pragmatyzmu, na których się kiedyś zabłąkały?

Że byłoby to naiwne, wiadomo z tysiąca oznak. W ich łącznym bilansie, irytuje chyba najbardziej, że parlamentarno-medialni fighterzy SLD czy LiD, którzy umieli szczerzyć zęby na PiS – a Samoobronę i LPR to już w ogóle pędzić batem – prawdziwych wrogów lewicy, biznesowych liberałów, ścigają co najwyżej łagodnym mruczando. Wystarczy jednak tego rozrachunkowego wątku. Jest on o tyle banalny, że na oficjalne przedstawicielstwo lewicowe wśród koneserów idei i zaangażowanych bojowników z pokrewnej mu orientacji nadal wypada się obrażać, a przynajmniej – w ich najbardziej eleganckim kręgu – dyskretnie krzywić. Ciekawiej już się zastanowić, dlaczego lewica nazywana postkomunistyczną aż tak się zdegradowała. I z jakich przyczyn rodowodowo czyste i niewinne ugrupowania wobec niej alternatywne pozostają karzełkami, którymi się narodziły. O tym też dużo się mówi, lecz samego „korzenia rzeczy”, do którego dążyć zalecał w młodości najszacowniejszy ojciec-założyciel, chyba dotychczas nie osiągnięto.

Coś może interesującego a propos tych kwestii przyszło mi do głowy na debacie „Gdzie LiD, a gdzie lewica”, którą zorganizowało niewielka grupa ideowców (o skomplikowanej nazwie: Stowarzyszenie Społeczno-Kulturalne Warszawa w Europie), próbująca jakoś znaleźć sobie miejsce na skomplikowanej mapie przecięć i napięć między lewicowymi kierunkami urzędowej, oddolnej, centrowej, radykalnej i wszelkiej innej maści. Choć nie od dzisiaj się zastanawiam, czy mogę się jeszcze uważać za żołnierza takiego obozu lewicy, jaki ciągnie po miejscowej albo nawet szerszej scenie, do takich sporów mnie czasami jeszcze ciągnie. Obok rutynowanych ekspertów, którzy ostatnio przedstawili raport o sytuacji SLD (Bogdan Kaczmarek, Janusz Reykowski), występowali tam twórcy Nowego Nurtu (Tomasz Kalita, Michał Syska), czyli platformy lub frakcji, próbującej jakoś ożywić zaskorupiałe cielsko SLD i jego przybudówek. Tak to przynajmniej wynika z dość buńczucznych zapowiedzi przywódców. No, ale nie poddajmy się uprzedzeniom do drugich bądź pierwszych, tylko posłuchajmy.

Czego nietrudno było się spodziewać, dyskusja skupiła się wokół formuły organizacyjnej oraz (przeklęte to słowo wskutek nadużywania) „dyskursu” lewicy. Tematy te może i w pewnym stopniu się liczą, ale nie są decydujące. Zdarzało się przecież, i to całkiem blisko nas, że na charyzmatycznego lidera, utrzymującego się na nieboskłonie przez 15 lat, wyrastała osobistość, której z najwyższym trudem przychodziło wydalić ze swych ust podstawową jednostkę (tfu!) dyskursu, jaką stanowi zrozumiałe zdanie. A struktury partyjne oraz ich etykiety? Iluż to z nich próbował Donald Tusk, zanim naród, który niejednokrotnie odsyłał go z kwitkiem, obrał go na przewodzącego mu męża stanu?

Formacji SLD-owskiej oraz jej mutacjom (do czego, siłą rzeczy, nieraz nawiązywali wszyscy paneliści) wciąż nie chce się ufać, albowiem – najboleśniej po zwycięstwie z września 2001 – zawiodła ona ludzi, którzy powierzyli jej swe nadzieje i, konkretniej patrząc, wyborcze głosy. Nie mniej, a może nawet więcej rozczarowań zgotowali swym wyznawcom ci wrogowie i pogromcy SLD, którzy – mniejsza w tej chwili, czy słusznie – wyprowadzają swe pochodzenie z Sierpnia 1980. Ich przejściowe kłopoty, wywołane tymi zawodami, nieraz już rozwiązywał powierzchowny lifting. Nie tutaj również leży pies pogrzebany.

Może więc idzie o głębiej – z punktu widzenia historycznej przeszłości czy aktualnie zajmowanych postaw – rozumianą wiarygodność? Powiedzmy sobie, że zbiorowości polityczne wcale nie tak rzadko powierzają się przewodnikom (jak Berlusconi lub – patrząc na drugą stronę barykady – Clinton i Blair), za których wiarygodność nie byłyby skłonne stawiać orzechów przeciw dolarom. Obciążenie PRL-em nie zaszkodziło Kwaśniewskiemu – a nawet więcej, ten pozorny handicap był dla niego pozytywem – w latach 1993, 1995 bądź 2000, kiedy stary ustrój pamiętano znacznie lepiej niż teraz.

Teoretycznie biorąc, czołówka polskiej lewicy mogłaby się składać z samych „zdrajców, zbrodniarzy i złodziei” (o co ją kiedyś, z uprzejmością godną mocarstwowego namiestnika oskarżył Zbigniew Brzeziński). Lecz mimo to – przy pewnych warunkach wyjściowych szkicowanego tu eksperymentu – dowodzona przez nią armia cieszyłaby się jak najlepszym zdrowiem. Jeśli tak się nie dzieje, to z tego powodu, że z króla opadły szaty. I wtedy dziecko – a raczej chóralny głos medialnych nauczycieli ludu – obwieścił, że jest on nagi. W tym przypadku, niestety, reżyserowana demaskacja obnażyła prawdę.

Tutejsza lewica ukazała się jako dziwoląg, który reprezentuje warstwę uprzywilejowanych, w całości przy tym do niej należąc. Oczywiście, w trakcie jej kompromitującego rozbierania przyganiał kocioł garnkowi. Kadry SLD nie wspięły się wyżej na drabince przywilejów niż konkurencyjne aparaty Platformy, a nawet – w części – prawicy konserwatywno-narodowej. A co tu dopiero mówić o dziennikarzach śledczych oraz ich redaktorskich zwierzchnikach, którzy rytualnie wychłostali przyjaciół Rywina i partyjnych kolegów Długosza…

Co z tego wyważania win? Bezwzględni rywale umieją przekonać dosyć znaczące elektoraty i audytoria, że w stosunku do nich są swoimi chłopami. Lewica nie tylko sobie z tym nie poradziła, lecz nawet postępowała tak, jak gdyby chciała przekonać o czymś dokładnie odwrotnym. Ostatecznie dobił ją pod tym względem miniony epizod rządów PiS. Gdyby rzeczywiście spotkały ją wtedy ciosy zadane przez reżim autorytarny, byłoby jeszcze całkiem nieźle. Strugi krwi – a przynajmniej łzy – męczenników posłużyłyby wówczas za spoiwo jej szeregów. Według faktycznego przebiegu wypadków, jednakże, obdzierania lewicy ze skóry dowodził tylko głos jej wieszczków. Zabrakło natomiast oprawców ze szczypcami. Może i nawet ludzi upadłego ustroju chciałoby się pobronić, gdyby – dla zachęty – w lustrze lewicowej retoryki spośród nich pokazywano takich, których antykomuniści liberalni swymi cywilizowanymi metodami zepchnęli na margines, zaś ich ekstremalnie prawicowi pobratymcy chcieli po swojemu, to jest prymitywnie zlinczować. Tymczasem jak Piekarscy na mękach pokwikiwali dziennikarscy czy akademiccy biznesmeni, których bez głębszych skutków próbowano wytrącić z toru pociskiem teczkowym. Jakże było ich zasłaniać własną piersią, skoro brzuch rozbolał z obrzydzenia?

Mylił się zatem – wracając jeszcze na moment do wspomnianego panelu – Janusz Reykowski, gdy zapewniał, że z ostatnich dwóch lat dają się wyciągnąć jakieś pozytywne doświadczenia (w tym – szczególnie – obrona wolności), które byłyby w stanie zintegrować różniące się pokoleniowo czy ideowo odłamy lewicy. Tyle się stało, że lewicowi karmazyni rozwiązali swe dotkliwe problemy osobiste. Mianowicie, byli oni szlachtą z „Liber chamorum”. Czujni kronikarze wypominali im na każdym kroku, że za przodków mają chamów. Albo – jeszcze gorzej – im samym zdarzyło się bywać kiedyś sekretarzami i pułkownikami, za co w odpowiedniej porze nie wyrobili sobie odpustu. Cóż jednak znaczy gorsza lub lepsza jakość klejnotu, gdy do bram dworu, w którym – mimo wszelkich dąsów – mieszka się wspólnie – zbliżają się Tatarzy? Ci, prawdę mówiąc, zaledwie trochę pohałłakowali, nie wyrządzając realnych szkód. Przeżyte chwile szoku – czy chociaż zmęczenia oburzonym posapywaniem, że ktoś naszej warstwy ośmiela się nie uszanować – dokonały jednak dzieła zbliżenia. Synowie chama pobratali się z prawowitymi potomkami króla Popiela. Żeby zgoda trwała, po jej słabszej prestiżowo stronie wiele się płaci. Podobno (informacja z panelowych „zwischenruffów”) deklarację programową SLD uszczuplono w ostatniej chwili o rozdział, który nie spodobał się prominentnemu weteranowi „mazowieckich” socjaldemokratów.

Po co jednak znęcać się nad przeszłością, której relikty już wkrótce znikną? Postacie z postkomunistycznej generacji lewicy zasiądą przed telewizorem lub – dbając o unikanie nerwowych poruszeń – na ławeczce w ogródku, gdzie pozostanie im fukać na populistyczną prawicę, która znowu podnosi głowę. Idzie nowych ludzi plemię, które za typowych przedstawicieli ma Syskę z Kalitą. W pierwszym wrażeniu, odzywają się oni całkiem sympatycznie. Przywołując, gdy trzeba, światowy radykalizm i alterglobalizm, nie zaniedbują obiecać twardej walki o bezpłatną edukację.

Zimny prysznic, mimo to, nie każe na siebie czekać. Nowy Nurt – oraz krąg jego mentorów z nowoczesnej lewicy intelektualnej” – nie jest taką nowalijką, jak się reklamuje. Opisy wręcz plagiatowo przezeń naśladowanej zachodniej New Left w miejscu jej narodzin trafiły już na zakurzone półki biblioteczne. Czasami zawartą tam wiedzę można sobie przypomnieć, zaglądając do świeżego bestsellera. Bettina Rohl w „Zabawie w komunizm”, czyli w próbie odtworzenia życiorysu swej dwuznacznie słynnej matki, Ulrike Meinhof – nawiązuje do nienowej mądrości, iż nie ma to, jak być radykałem w prosperującym kapitalizmie. Wówczas bowiem potrzeby materialne zostają zaspokojone na równi z estetycznymi.

I proszę: przy okazji odkryliśmy motto dla dyskusji o lewicy, toczącej się na łamach „Dziennika”. Oświetla ono jej nudnawe meandry jak grom, z jasnego nieba. Polska może jeszcze nie prosperuje tak, jak Republika Federalna w zenicie powojennych trzech złotych dziesięcioleci. We wpływowych środowiskach zgodzono się jednak, że osiągnęliśmy już zadowalający poziom normalności według kryteriów Zachodu, żeby pozwolić sobie na importowanie stamtąd ideologii radykalnej lewicy. Chętnych do tego przedsięwzięcia znalazło się aż nadto. Hej, hej – wzdycha Zuzanna Dąbrowska – fajnie się walczyło z psami na ulicach… Każdy bunt jednak musi się ustatecznić. Wzywając, aby i teraz nie spoczywać w budowaniu ruchu lewicowego, Adrian Zandberg nie zapomina wśród jego podwalin zaliczyć feministycznych manif i medialnie aktywnej „krytyki społecznej” (miało chyba być: politycznej?). Przemysław Wielgosz, redaktor pisma, które – jak zapewnia – adresowane jest do „ludzi wykształconych”, już w tytule swego elaboratu wali byka gramatycznego. Pisze bowiem, iż „lewica goni własny ogon” (jeśli już – to za własnym ogonem, chyba że chodziło o jego zjadanie, lecz to byłaby już za głęboka demaskacja). Wydobywając treściowe clou z pokracznej formy: lewica, według Wielgosza, musi wzorować się na Chavezie, bo tak „słusznie zauważył Slavoj Žižek”. Zgodnie z własnym manifestem, orientacja ta będzie więc którymś z rzędu odbiciem wzorca z ojczyzny Ulrik Meinhoff i Bettin Rohl, to jest zarówno New Left, jak i podgryzających ją pamfletów. Bo też, gdyby Chavez był dla Wielgosza sobą autentycznym – czyli rewolucjonistą wenezuelskim, a nie frazesem z książek Žižka – to ów lewicowy myśliciel nie zaniedbałby zapytać, jak się ma Caracas do Warszawy. O tym jednak w jego wywodach – ani słówka. Wreszcie do gry wkracza Ludwik XIV radykalnie lewicowego Wersalu, Sławomir Sierakowski, który wyszydza kłopotliwego gościa na tym posiedzeniu gadu-gadu, Andrzeja Smosarskiego. Czy chodzi o to, że wychłostany przez niego działacz (rzekomo) nie czyta książek i (naprawdę) za bardzo nie lubi SLD (a przecież w nowoczesnej demokracji wolno wszystko, ale w miarę)? Problem jest trochę inny. Smosarski próbował się dopytywać, co lewicowcy w Polsce mieliby robić poza awansowaniem – już bez piętna „Liber chamorum” – na dwór uprzywilejowanych. Przyznajmy, że w nurcie cywilizowanego (ble…) dyskursu zabrzmiało to jak – no, ulżyjmy sobie – puszczenie bąka.

I taka powstająca do boju nowoczesna lewica miałaby – do czego czasem wzywa, dodając tym przyprawy chilli do swej pizzy – zmienić coś w tym kraju? Kolka ze śmiechu w trakcie siedzenia przy komputerze może być niebezpieczna, więc (hmmm…) dyskurs nad tym już sobie odpuszczę.

komentarzy
Przeczytaj poprzednie