Marzec, biesy i mafie

·

Marzec, biesy i mafie

·

Trudno zaprzeczyć, że po marcowej kulminacji tego wybuchowego sezonu została przestawiona zwrotnica dziejowego pociągu. Mówiąc jeszcze barwniej, na gmachu ustroju, którego od dłuższego czasu ani wewnątrz kraju, ani za jego granicami nie straszyły poważniejsze groźby, zarysowało się „mane, tekel, fares”. W jedynej i – z pozoru – jednolitej partii rządzącej ujawniły się procesy rozkładowe. Jej konstrukcję niszczyły, pełzające pod jej powierzchnią, grupy o charakterze wręcz mafijnym czy przynajmniej klanowym. Sprowokowane przez nie wirusowe zakażenie, które już wtedy osiągało ostrą fazę, po zaledwie dwóch dziesięcioleciach wywołało zejście śmiertelne.

A równocześnie, przeciw najwyższemu piętru systemu zwróciła się śmiertelna wrogość sporego odłamu – odgrywającej w realnym socjalizmie o wiele ważniejszą rolę niż w konkurencyjnym wtedy wobec niego, a dziś już wszechwładnym kapitalizmie – jego elity intelektualnej. Wbrew legendom o genetycznym niejako antykomunizmie Polaków, reżim z czasów Gomułki jego umysły twórcze – w tym wypadku wyrażając odczucia zbiorowości – oceniały jako zło konieczne, mniejsze lub nawet nie takie znowu straszne. Przymus administracyjny, natrafiając u swoich adresatów na koniunkturalne kalkulacje zamiast pryncypialnego oporu, mógł jeszcze od biedy podyktować entuzjastyczne sądy o Polsce Ludowej, które w dwudziestolecie jej powstania ukazały się na winecie katolickiego „Tygodnika Powszechnego”. Na pewno nie on jednak był natchnieniem szyderstw, jakimi Stefan Kisielewski – popularny felietonista tego samego półoficjalnego głosu kurii krakowskiej, która niedługo miała dać papieża swemu Kościołowi powszechnemu – ścigał w swojej prywatnej korespondencji Wolną Europę. Zdaniem Kisielewskiego, ta rozgłośnia, wojując uparcie z PRL i jej formacją ustrojową, porywała się z motyką na słońce. Na dokładkę, czyniła to o tyle niepotrzebnie, iż w kraju – ówczesnym zdaniem Kisiela – nie działo się najgorzej.

Jeżeli w kręgach, które powinny stanowić centrum sprzeciwu, panowały nastroje ugodowe, to jak sytuacja miała wyglądać gdzie indziej? Nieprzejednany antykomunizm, domagający się szybkiego upadku PRL i sprawiedliwej kary za jej bezprawne istnienie, przypominał wówczas proroctwa końca świata, głoszone przez Świadków Jehowy. Cieszył się też nie większym od nich wzięciem. Po wydarzeniach marcowych, jego pochodnię przejęli jednak twórcy sugestywnych filmów, powieści, wierszy czy esejów. Przy ich udziale, zaczął on stopniowo odzyskiwać siłę.

Oczywiście, inspiracje ideowe nie dokonałyby wiele, gdyby przed kryzysem obronił się ekonomiczny fundament. Do kompletu, w Marcu 1968 brakowało konfliktu zaopatrzeniowo-cenowo-płacowego z jego gwałtownymi objawami na ulicach i pod partyjnymi komitetami wojewódzkimi. Nastąpił on wszakże – jak wiadomo – niecałe dwa lata później.

Co tu jeszcze można dodać prócz obowiązkowych wyrazów radości? Tak dzisiaj potępiany „realsocjalizm” czy zgoła „total”, zaczął się rozsypywać… I chwała Bogu lub nowoczesnej historii. A jednak bezpośrednie lub dysponujące już pewną perspektywą czasową reakcje na Marzec nie budzą optymizmu. I nie chodzi tu wyłącznie o to, że doraźnym rezultatem starć na ulicach i ekranach było zwycięstwo ciemnych sił.

W dniach „krótkiego spięcia” (jak epizod marcowy określał Jakub Karpiński), które dość wyraźnie zapowiedziało przebieg i sens późniejszych eksplozji, Polska okazała się okrętem bez sternika lub – jeśli kto woli – jeźdźcem bez głowy. I znowu wszystko byłoby w najlepszym porządku, gdyby winą za ten przykry niedostatek dało się obciążyć siedzibę zamordystycznej frakcji partyjnej w rodzaju Natolina, cały komitet centralny w stołecznym Białym Domu albo domniemane epicentrum zła w Moskwie. Niestety, rzeczywistość objawia kształt bardziej skomplikowany.

Teraz nie da się już uniknąć poświęcenia kilku – niekoniecznie miłych słów – tak zwanym wtedy rewizjonistom. Ponieważ w Marcu stali się oni celem ataków nie tylko propagandowych, tak więc zadanie ich krytyki akurat w tym kontekście jest mocno niezręczne. Żeby załagodzić wskazaną niezręczność, posłużę się zastrzeżeniem, że uderzających w nich represji w żadnym wypadku nie wolno usprawiedliwiać. Tam, gdzie mimo wszystko w związku z nimi padają krytyczne uwagi, należy domyślnie wstawić skrót RWŻWNWU (od pierwszych liter ostatnich siedmiu wyrazów powyższego zastrzeżenia).

Jeżeli obecnie wobec rewizjonistów w ogóle wyraża się niechęć, to nie z tych powodów, dla których oni czasami na nią zasługują. Mianowicie, wypomina się im komunistyczny romans ich młodości. Wypada zatem przypomnieć, co komunizm w Polsce zastąpił i czemu się przeciwstawiał. Ta pozorna oczywistość w ciągle utrzymującej się atmosferze umysłowej przestaje być banalna. Ciekawe, że na swój sposób sygnalizuje ją Andrzej Wajda w zwróconym zupełnie gdzie indziej swoim przesłaniem ideowym „Katyniu”. Chłopiec z lasu, żeby go zastrzelono na ulicy, musi zerwać urzędowy plakat, a następnie – kiedy próbuje go zatrzymać patrol milicyjny – jako pierwszy sięgnąć po broń. Jakkolwiek odrażającego oblicza nie ukazywałby terror powojenny, posiadał on swoje granice. W porównaniu do lat okupacyjnych, gdzie wszyscy doznawali socjalno-etnicznej degradacji, a każdy niemal z ich grona mógł zostać – częstokroć zupełnie losowo – wytypowany do eksterminacji, stanowiło to znacznie więcej niż różnicę stopnia. Tym bardziej, że decyzje odpowiadające nowym realiom historycznym częstokroć zapadały w okresie, gdy Stalina i radziecki komunizm jako pozytywny układ odniesienia zastępowała polska droga do socjalizmu.

Dodajmy rzecz bardziej kontrowersyjną. Na czasy w historii PRL zdecydowanie najbardziej represyjne szczególnym trafem przypadła erupcja jego historycznej produktywności. To wówczas rozwiązano – prezentujący się w międzywojniu jako prawdziwa kwadratura koła – problem ludności ekonomicznie zbędnej. Milionom, które z policją polityczną stykały się rzadko, jeżeli w ogóle, nowy ustrój – zamiast z jej kajdankami – kojarzył się z po raz pierwszy dostępną w biografiach ich rodzin i całych kręgów socjalnych nauką czytania, operacją w gabinecie lekarskim albo ciepłą wodą z kranu. Kto rzuca kamieniem, dajmy na to, w Kołakowskiego czy Woroszylskiego, a nawet w – nieporównanie bardziej od nich uwikłanych w mechanizmy represji – Baczkę i Baumana za to, że w początkowych partiach swoich życiorysów trafili do PZPR, komunizmu czy nawet stalinizmu, ten jest nie tyle bez grzechu, co bez rozumu.

Natychmiast jednak odsłania się druga, ciemna strona księżyca. System, który zwłaszcza w pierwszych dziesięcioleciach swojej historii posiadał wyraziste odniesienie i zaplecze społeczne, był w znacznym stopniu wyobcowany pod względem politycznym. Rezygnując z długiego wywodu, odróżnienie to zilustruję obserwacją z moich stron rodzinnych, gdzie chłopi, którzy wiele skorzystali na wielkiej reformie rolnej, przeprowadzonej zaraz po wojnie, wręcz organicznie nienawidzili (jak wśród nich mawiano) „Rusina” aż do końca jego pobytu na tutejszej ziemi. Twórcy nowego ładu próbowali sforsować barierę obcości, tworząc gremia „inżynierów dusz” do przeobrażenia zbiorowych postaw, odczuć i odruchów. Edukacja, która naprawdę niszczyła analfabetyzm, musiała się wskutek tego przeplatać z propagandą, a nawet z operacją typu nadzorczo-karzącego.

Walcząc w ten sposób z alienacją władzy, powoływano jednak do życia jej dalsze odmiany. Najwyższy czas przypomnieć tutaj spostrzeżenie ze słynnej kiedyś „Małej Apokalipsy” Tadeusza Konwickiego. „Wy jesteście – powieściowy sobowtór autora zarzuca tam liderom opozycji demokratycznej – z Biesów Dostojewskiego, a nie z opowiadań Żeromskiego i Struga”. Nieprzypadkowym zbiegiem okoliczności, wszyscy uczestnicy tego sporu w czasach stalinizmu należeli do inżynierów dusz.

Skąd tu „Biesy” (które w nowym przekładzie Adama Pomorskiego, niekoniecznie zresztą lepszym od poprzedniego, autorstwa Zbigniewa Podgórca, który jeszcze pod koniec lat 80. minionego wieku niektórzy miłośnicy literatury prawie w jego 600-stronicowej całości znali na pamięć, przypomniał niedawno II Program Polskiego Radia)? Otóż w każdej wyalienowanej grupie występują niemal identyczne mechanizmy z nieodłącznymi od nich patologiami. Znajdzie się tam charyzmatycznego lidera – choć czasem tylko jego podróbkę – którego nieprześcignionym wzorem jest, odrzucający zresztą tę misję, Mikołaj Stawrogin. Obok niego musi się plątać reżyser-manipulator w stylu Piotra Wierchowieńskiego. Tym podstawowym figurom personalnym towarzyszą podrzędne, służące im za narzędzia: miotający się ideowo Szatowowie oraz Kiriłłowowie, szczerze lub częściej na pokaz składający siebie w ofierze. Są wreszcie tacy, którzy – jak podporucznik Erkel – oddadzą wszystko, życia nie wyłączając, żeby tylko być w grupie.

Jeszcze ważniejszy, niż osoby, jest słowniczek grupy. Dołączone do niego są reguły budowania zdań i dłuższych sformułowań. Należąc do równie zamkniętego, co wyobcowanego światka zyskuje się ten komfort, że nie musi się mówić samemu. Próbki tego języka, który posługuje się swoimi użytkownikami, żeby fizycznie zaistnieć, przynoszą wiersze kapitana Lebiadkina, którymi Dostojewski ubarwia prozę „Biesów”. Jeden z nich – pod tytułem „Świetlana postać” – jest już zarazem doskonałą realizacją i morderczą karykaturą socrealizmu. Zaczyna się tak: „Krew nie płynie w nim zdradziecka / Pośród ludu wzrósł od dziecka / Zemsta go ścigała carska / I okrutna pięść bojarska…”

Później świetlana postać znosi baty, więzienia i cierpienia, ciska siew braterstwa, równości i wolności, niesie zagładę popom i ziemię chłopom… „Hej!” – kończy Szostakowicz swoją parafrazę tego arcydzieła poezji Lebiadkina. Na szyderczy chichot, do którego zachęca ten okrzyk, nie ma jednak miejsca, dopóki należy się do wewnętrznego kręgu grupy.

Pewien polonistyczny problem seminaryjny po roku 1989 zamienił się na długo w dyżurny temat publicystyki kulturalnej. Jak oni mogli – pytano, mając na myśli twórców, w których dokonaniach po roku 1956 niejedno się chciało pochwalić – być socrealistami? Prawa mikrosocjologiczne, rozpoznane przez Dostojewskiego, dostarczają tu wyczerpującego wyjaśnienia.

Wiemy już, dlaczego u swoich źródeł zapewne szczere – i, co więcej, obiektywne uzasadnione – zaangażowanie Leszka Kołakowskiego i jego towarzyszy drogi grzęzło w skrzekliwych formułach, pochodzących z lat stalinizmu, „Szkiców o filozofii katolickiej” czy „Wykładów o filozofii średniowiecznej”, nad którymi kiwa się głową z osłupienia. Jednakże socrealizm nie od dziś jest kwestią oklepaną. Ciekawiej byłoby się zastanowić, co się dzieje, gdy kierunek zaangażowania się zmienia, lecz struktura grupy ulega zakonserwowaniu. Z „Biesami” zestawiano – czego przytoczony wcześniej cytat z Konwickiego stanowi skromny przykład – nie tylko filozoficznych i artystycznych bojowników socrealizmu, lecz również rewizjonistów, komandosów, korowców, ludzi Unii Demokratycznej, a potem Wolności… Tak, możliwe są również biesy wolnościowe i demokratyczne. I one mają swoich Lebiadkinów, demaskujących świetlane postacie, które ich poprzednicy wychwalali.

Wspomniane analogie dotyczyły zazwyczaj tych samych ludzi w odpowiednio do potrzeb koniunktury zmienianych wcieleniach, ewentualnie ich wychowanków i spadkobierców. Snujący je krytycy – uzupełnijmy – zwykle nie przewyższali zohydzanych nimi wrogów, lecz za to kształtem własnych gremiów do złudzenia ich przypominali. O czym tu mowa? Jeszcze o wydarzeniach marcowych, czy już o świeżo minionych latach na rynku wielkiej polityki i debaty medialnej?

Miotającym się biesom Dostojewski próbował – co mu oczywiście nie wyszło – przeciwstawić dobrego cara i jego oddanych funkcjonariuszy. Na szczęście dla siebie nie zdążył zobaczyć dworu cesarskiego, na którym władał Rasputin. W okolicach roku 1968, opozycję rozgromionego zła i niewzruszonego dobra rysować mogła jedynie publicystyka sterowanych nagonek. Po śmierci Stalina, stworzona przez niego realność ustrojowa osiągnęła względną stabilizację, a nawet zdobyła się na powierzchownie spektakularne wyczyny. Wysłała człowieka w kosmos, dogoniła Stany Zjednoczone mocą swej broni masowego rażenia i wymusiła pospieszną ucieczkę amerykańskiego ambasadora z niejednej stolicy. Gdy się zajrzało głębiej, była jednak podobna do stworów z bajki rosyjskiej, którym ktoś zdołał odebrać ich rzekomo solidnie chronioną duszę. Instytucje polityczne, których projekt ideowy się wyczerpał, rozsypują się na mafie. Co z tego wynika, można się dowiedzieć z niedawno wydanego studium Jacka Tittenbruna o przekrętach polskiej prywatyzacji, gdzie sporo się mówi o tak przenośnie pojmowanym, jak wymiernym finansowo dorobku ekip z samorozwiązującego się Komitetu Centralnego PZPR, ulicy Ordynackiej i biesy wiedzą, skąd jeszcze.

A jeśli wziąć pod uwagę, że z identycznych przyczyn wynikającej dezintegracji doznała niemal równolegle „Solidarność”!? Bardzo dużo tu pola do mniej lub bardziej trafnych porównań, oświetlających mijającą i toczącą się na naszych oczach historię. Na przykład, aktualnym odpowiednikiem Moczara z antykomunistycznej strony barykady był nie tyle Jarosław Kaczyński – czego koniunkturalnie życzyli sobie liberalni publicyści – tylko raczej (też Mieczysław!) Wachowski. Do spisania tych dziejów potrzeba będzie niejednego odcinka tego cyklu. Teraz wystarczy powiedzieć, że na ich zakrętach stale ginęły nadzieje i szanse miejscowej zbiorowości.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie