Platforma korporacyjna

·

Platforma korporacyjna

·

Grupy, które wchodzą w spór z ekipą Tuska, działają – i to już ciekawsze – według identycznej logiki. 44 (jaka to symboliczna liczba!) rzeczników korporacji naukowej wystąpiło przeciwko rządowym planom zreformowania szkolnictwa wyższego. Protestują oni szczególnie przeciwko pomysłowi zniesienia habilitacji. Ich spór z Tuskiem oraz jego minister do spraw nauki, Barbarą Kudrycką, dla niewtajemniczonych spoza branży jest dość hermetyczny. Jaki ma on sens? Gdy nie wiadomo, o co chodzi, najczęściej chodzi…

Oczywiście, o pieniądze i tylko o nie. Korporacyjne reguły przyznawania tytułu doktora habilitowanego są równie skomplikowane, co dosyć arbitralne. Pracownicy naukowo-dydaktyczni, którzy usiłują pokonać tę barierę, przechodzą coś w rodzaju mini-Golgoty. Za to ci spośród z nich, którzy z tym awansem się uporają, trafiają do raju na drobnomieszczańską miarę. Zwłaszcza w szkołach prywatnych, wzrost wynagrodzeń, jakie otrzymują za wykłady, przechodzi – tak, jak gdyby prawa dialektyki marksistowsko-leninowskiej ni stąd, ni zowąd zaczęły obowiązywać – z ilościowego w jakościowy. Próżne byłyby obawy, że usługi reklamowane etykietą habilitacji, ze względu chociażby na ich wygórowaną cenę, przestaną cieszyć się popytem. Pełnomocnicy korporacji naukowej zatroszczyli się, żeby redagowana przy ich walnym udziale, obowiązująca ustawa o szkolnictwie wyższym przewidziała odpowiednio znaczną reprezentację habilitowanych wykładowców w kadrze uczelni, które mogą liczyć na dotacje z budżetu państwa.

Jak te finansowe premie za wynajmowanie pracowników z magiczną habilitacją wpływają na jakość nauczania? Sygnatariusze petycji-manifestu „44” odpowiedzieliby zapewne jednym głosem, że wyśmienicie. Tymczasem, powszechnie znane są przypadki, że hojnie opłacani profesorowie uczelni komercyjnych, którzy procedurę habilitacyjną przechodzili za wczesnego Gierka, regularnie zasypiają na samym początku wykładu. Mniejsza o to: ich obecność na liście etatów pozwala tak wypełnić papiery dla ministerstwa, żeby przy rozdzielaniu budżetowego wsparcia wszystko było w jak najlepszym porządku.

Skoro habilitacja jest cennym towarem, to zapewne wymagania intelektualne, od których zależy jej wysłużenie, są odpowiednio wyśrubowane? Od nich akurat, wbrew pozorom, zależy stosunkowo niewiele. Pewien historyk idei w przedemerytalnym wieku postanowił się habilitować, aby tuż przed odejściem z pracy nacieszyć się trochę wyższymi zarobkami (a i podstawę do wyliczenia należnej emerytury mieć nieco bardziej obiecującą). Sklecenie tomu rozprawek na temat, z którego przez całe życie zawodowe wyrabiał – jak się to nazywa w kręgu PAN – „wykon” publikacji, nie zajęło mu zapewne zbyt wiele czasu. Rok z górą poświęcił on za to na urządzanie spotkań towarzyskich dla funkcjonariuszy korporacyjnych, posiadających już wymarzony przezeń tytuł, od których, według jego kalkulacji, zależało, czy on również będzie miał szansę przyozdobić skrótem „hab.” swoje nazwisko i ofertę dydaktyczną.

Centralna komisja kwalifikacyjna, która do niedawna ostatecznie zatwierdzała habilitacje przyznane wstępnie na szczeblu uczelni, budziła prawdziwą grozę na korporacyjnych niższych szczeblach. Miotany przez nią postrach da się porównać śmiało do reputacji, jaką cieszyło się gremium o niemal bliźniaczej nazwie, które blisko sto lat temu tępiło kontrrewolucję i sabotaż w porewolucyjnej Rosji. I nie dziwota. Postępowanie w CKK toczyło się w sposób ściśle tajny dla osoby najbardziej nim zainteresowanej. Przypominało więc po trosze sąd Kafkowski, po trosze zaś – trybunały kapturowe, straszące w średniowiecznych Niemczech pod imieniem „Wehmgerichtu”. Jego wyroki, nie naruszając tym wcale zasad ustawowych, zwykły się odwlekać. Do miejsca pracy starającego się habilitować delikwenta nadchodziły, licząc od egzaminu na poziomie lokalnego instytutu badawczego, nieraz po półroczu. Chyba, oczywiście, że ktoś potrafił sobie załatwić z urzędnikami „centkomu” bądź ich zaufanymi adiutantami nie tylko przychylną, lecz i szybką decyzję.

Największe kłopoty w komisji, rzecz jasna, groziły naukowcom podejmującym tematy może nawet interesujące i ważne, lecz – niestety – kontrowersyjne. Pewien polonista próbował uzyskać habilitację na podstawie rozprawy o marksistowskich inspiracjach w teorii literatury. Rzecz powstawała przed rokiem 1989, lecz – feralnym zbiegiem okoliczności historycznych – przyszło jej bronić już po ustrojowym przełomie. Habilitacja z tematem nie na czasie z trudem uratowała się na posiedzeniu rady wydziału, gdzie przeciwko zatruwaniu nauki polskiej przez Marksa i jego spadkobierców gorliwie protestowali językoznawcy, którzy z trudem odróżniliby tragedię grecką od scenariuszy filmu akcji, a pierwsze szkolarskie szlify zdobywali artykułami o Stalinie jako klasyku językoznawstwa. Zaraz potem, w CKK znalazł się znawca partykuł (czy może kronik Janka z Czarnkowa albo ruskich bylin), w którego przeświadczeniu Marks niczego prócz nonsensów nie wniósł nawet do ekonomii politycznej, a cóż dopiero mówić o literaturoznawstwie. Roszczenia do habilitacji, uzasadniane znajomością pism byłego klasyka, uznał on więc za niebezpieczny wybryk. Naszego nieszczęśnika, który (zresztą słusznie) wyuczył się w poprzedniej epoce, że Marksowskie analizy paradoksu Balzaka czy nieprzemijającej aktualności sztuki antycznej należą do ścisłego kanonu humanistyki, w ostatniej chwili uratował inny urzędnik sądu, to jest raczej komisji centralnej. Polityczna niezależność nauki zwyciężyła? A skąd! Dobroczynnym funkcjonariuszem okazał się profesor ze starego układu, naturalnie jak najbardziej politycznego.

Przygód podobnych wyżej opisanej powinien spodziewać się każdy badacz, który ku swemu nieszczęściu zainteresuje się tematyką będącą na indeksie lub chociaż nie w modzie. Niebezpieczeństwo to nie wynika z patologii, dolegającej systemowi zbudowanemu na zasadniczo zdrowych zasadach, lecz stanowi samą jego istotę. Habilitacja (z niemiecka „Habilitationsschrift”) jest wynalazkiem czasów bezpowrotnie zapewne minionych i – przede wszystkim – zupełnie innych niż nasze. Dzieła uważane słusznie za kamienie węgielne współczesnej myśli humanistycznej nieraz służyły ich twórcom do przejścia procedury habilitacyjnej. Oczywiście, nie każdy posiadacz tytułu, o którym mowa, dorównywał Heideggerowi albo chociaż Hermannowi Cohenowi. Mimo wszystko, „Habilitationsschrift” kojarzy się z dwiema cennymi właściwościami, których w dzisiejszej korporacji naukowej nie znajdzie się ze świecą. Po pierwsze – z indywidualnością (której nie należy mylić z umiejętnością wyrabiania sobie PR, przydającego się i w społecznie ograniczonej skali zabiegów o chętnych do wypełnienia sali wykładowej lub ćwiczeniowej ze swojego grafiku). A także, idąc dalej – z wiedzą, którą z kolei niewiele łączy z umiejętnością manipulowania nawet dużą liczbą danych fachowych. Jedna i druga zdarzała się na uniwersytecie, gdzie przestudiowane lata wydłużały się wprost proporcjonalnie do skromnej ilości zajęć obowiązkowych. Z innej strony patrząc, komentarz do tekstów klasycznych, wygłaszany zza katedry, przedstawiał oryginalne idee, które rodziły się właśnie w głowie profesora albo – obywającego się bez wynagrodzenia – „Privatdozenta”. W takim otoczeniu, bohater „Doktora Faustusa” wśród swoich nauczycieli odnalazł zarówno diabła we własnej osobie, jak i jego osobistego wroga. Wódz upadłych aniołów i chrześcijanin przepędzający go karczemnymi przekleństwami do „Kasprowego domostwa” byli przy okazji dość wiernymi kopiami, odpowiednio, Hegla i Lutra.

Siedziby takich szczególnych postaci – przyznajmy z żalem – nie dałoby się przenieść do administracyjnie zarządzanego społeczeństwa masowego, gdyby nawet jego władcom i menedżerom na tym zależało. Osobna kwestia, że usilnie starano się ją niszczyć, używając do tego celu na przemian haseł wolności od bagażu wiedzy encyklopedycznej oraz użyteczności społeczno-ekonomicznej, to jest w praktyce – rynkowej. Nowa lewica idealnie współpracowała tutaj z liberalną prawicą. Adaptacja uniwersytetu do norm narzucanych mu przez technokrację, biurokrację i kulturę masową na ogół zlikwidowała habilitacyjne „szrifty”. Wymienione zaliczają się już do rzadkości nawet w krajach niemieckojęzycznych, z których pochodzą. Kiedy eksperci rządu Tuska rzeczowo trafnie odnotowują ten fakt, ich krytycy – tak, jakby się obudzili dziś rano, przesypiając cały okres transformacji – bronią nauki i dydaktyki przed grożącym im zdegradowaniem. Obłuda ich wystąpień zawiera się i w tym, że w naszej części Europy, gdzie tytuły habilitacyjne jeszcze się gdzie niegdzie uchowały, proces rozkładu kultury uniwersyteckiej bynajmniej nie natrafiał w nich na opór. Przeciwnie, potrafił je używać za swe cenne narzędzie.

Broniąc tradycji związanej z habilitacjami, ukrywa się powód, dla którego zdecydowano się je utrzymać – mimo totalnych przekształceń w niemal wszystkich dziedzinach ówczesnego życia społecznego – w Polsce po II wojnie światowej. Na szczęście, tę sprawę wyjaśnił niedawno zmarły Ludwik Hass w swoim studium o dolach i niedolach polskiej inteligencji. W realnym socjalizmie, posada tzw. samodzielnego pracownika naukowego, która wymagała habilitacyjnego dyplomu, była rzadką wygraną na loterii. Jako jedna z bardzo nielicznych, dawała ona gwarancję (złamaną na poważniejszą skalę tylko raz – po wydarzeniach z Marca 1968) zatrudnienia na posiadanym etacie aż do emerytury, jeśli nie do końca życia. Tym samym, obdarowywała niezależnością od – w tamtych realiach praktycznie dysponującego monopolem, za wyjątkiem rodzinnych gospodarstw wiejskich – pracodawcy państwowego. Najprościej mówiąc, profesor czy chociaż doktor habilitowany mógł wtedy liczyć się z władzą równie mało, jak chłop na swej dziedzicznej zagrodzie.

Kto jednak – parafrazując Brechta – chce od pracodawcy mieć grosik, musi najpierw dać mu cosik. Przyznawanie wysoce pożądanej habilitacji, której zawsze, o ile znalazły się po temu powody, można było ze wszystkimi należnymi uzasadnieniami prawnymi i regulaminowymi odmówić, ułatwiało kontrolę nad kadrą naukową. Podczas burzy rewolucyjnej, starając się zepchnąć na margines tzw. starą profesurę, w przyspieszonym tempie i według sprawdzonej za wschodnią granicą ideologicznej receptury, przygotowywano jej następców. Aby w takich warunkach zasłużyć na habilitację, należało wcześniej wykazać się w równej mierze służebnością, co dyspozycyjnością. Później, władza zrezygnowała z głębiej sięgającego kształtowania życia umysłowego, zadowalając się pilnowaniem, żeby nie przekraczało ono zbyt jaskrawo rygorów ładu i porządku. Również do tego przydawała się jej poręczna synteza marchewki i bata, do której sprowadziło się znaczenie habilitacji.

W miarę słabnięcia reżimu, władza nad habilitacjami przechodziła jednak od partii rządzącej do korporacji fachowej. Póki realny socjalizm jeszcze wegetował, powstały w efekcie korporacyjny dyktat nad inteligentami akademickimi dawał się od biedy usprawiedliwiać argumentem, że dzięki niemu stwarza się enklawę względnej suwerenności wobec państwowej wszechwładzy. Nieformalny lider środowiskowej koterii zajął miejsce uczelnianego pierwszego sekretarza i kierowanej przez niego podstawowej organizacji partyjnej. Zbilansowanie efektów tej zamiany w tej chwili odłóżmy. Ważne, iż teraz można powiedzieć z całą pewnością, że władza korporacji służy wyłącznie jej samej – a dokładniej: jej warstwie kierowniczej.

A może z korporacją jest podobnie, jak z wagnerowskim cechem śpiewaków norymberskich? Mimo wad składających się nią ludzi oraz swej strukturalnej niejako tępoty, miałaby ona strzec pewnych zasadniczych standardów pracy intelektualnej. Niestety, wielu – co najmniej czterdziestu czterech – woła o szacunek dla mistrzów („Verachtet mir die Meister nicht!”), ale zamiast odruchu zgody wywołuje tym jedynie skrzywienie ze wstrętu. Wolno powiedzieć z dopuszczalną przesadą, że książek habilitacyjnych od dawna nikt nie czyta. Ci, którzy je oceniają z urzędu, wiedzą z góry, co o nich, pozytywnie bądź negatywnie, sądzić. A reszta branżowych specjalistów te publikacje ignoruje, wyczuwając, że nic na tym nie straci. Szerszego obiegu intelektualnego – pomijając wyjątki lansowane przez reklamę medialną, które w rzeczywistości potwierdzają wygłaszaną tu ogólną regułę – od dawna zresztą nie ma.

Gdyby jeszcze korporacja umożliwiała porównanie jej do ostatnich majstrów od lepienia świec, zmuszonych żyć w rzeczywistości zdominowanej przez producentów lamp naftowych i gazowych… W najbardziej skomercjalizowanym społeczeństwie potrzebna byłaby grupa, która by się uparła ślęczeć nad starodrukami, na przekór rozlegającemu się za jej chińskim murem monotonnemu stukaniu laptopowych klawiatur i rzężeniu walkmanów. Rzecz jednak w tym, iż – patrz wyżej – w awanturze o habilitacje walczy się o nic innego, jak o szanse popłatnego zarobkowania.

Jeśli korporacyjny przymus cokolwiek osiąga, to prędzej wypacza, zatrzymuje i cofa rozwój umysłowy podporządkowanych sobie funkcjonariuszy niż go pielęgnuje. Pusty śmiech budzą zapewnienia grupy „44”, że habilitacje sprzyjają osiąganiu dojrzałości intelektualnej i erudycji, które potrzebne są wykładowcy przyzwoitej klasy. Jakim cudem miałoby się do tego przyczynić produkowanie wąsko przyczynkarskich prac przy użyciu sztucznego żargonu?

U należących do niej urzędników (z przyzwyczajenia nazywanych jeszcze naukowcami), korporacja wytwarza poczucie, iż bez łaski swoich szefów oraz wpływowych kolegów pozostaną nikim. Z kolei, przyznając im awans, włącza ich do kręgu uprzywilejowanego ze względu na stosunkowo wysokie dochody (z habilitacją opłaca się już wykładać) i bezpieczeństwo zatrudnienia. W obu wariantach, skutkuje to demoralizacją. Oglądając telewizyjnego eksperta, który miota skrajnie powierzchownymi sądami, demonstrując przy tym wyższość kastową, warto pamiętać, że korporacja długimi latami trenuje takie swoje okazy.

Co by to się nie działo, gdyby habilitacje zniosła ekipa PiS? Niewykluczone, że do Polski przybyłby sam Daniel Cohn-Bendit, żeby wezwać do powtórzenia – na znak protestu – Marca i Maja 1968 razem wziętych. „Guardian” oceniłby zapewne, że naukę polską smaga bicz terroru bodaj okrutniejszego niż za czasów brunatnej pogardy. Tymczasem Donald Tusk, reagując na histeryczne jęki Marii Janion i Karola Modzelewskiego, popisuje się flegmą. Reformy – zapewnia – zostaną wprowadzone na przekór tym płaczom i żalom. Lider partii, która nie tyle reprezentuje biznes, co sama jest biznesem, ma prominentów nauki za psi pazur. Czyżby instynkt klasowy podpowiedział mu, że korporacji, którą lekceważy, jej dobrze pojęty interes i tak każe w końcu głosować na Platformę, a nawet za nią agitować?

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie