Kto wygra na kryzysie?

·

Kto wygra na kryzysie?

·

Mogłoby się wydawać, że z najświeższego kryzysowego epizodu zwycięsko wyszli przeciwnicy istniejących stosunków społecznych i gospodarczych. Racje, w imię których potępiali zastaną rzeczywistość, znalazły przecież spektakularne potwierdzenie. Wcześniej w okresach względnej stabilizacji, krytyczne diagnozy systemu, do których się odwoływali, kojarzyły się, prawdę mówiąc, trochę z fantastyką naukową, a trochę z pornografią. Wiadomo było, że niezależnie od wszelkich demaskacji, zarzutów i oskarżeń codzienne zdarzenia i tak potoczą się utartym torem. Krytyka wyrzucona poza nawias tej ustalonej normalności wegetowała w sferze urojeń. Mainstream, nie musząc się jej obawiać, wykorzystywał ją do wzbogacenia swej oferty. Paletę jego przekazów standardowych uzupełniały nieszkodliwe prowokacje.

Liderzy grupy G-8 zdobywali się wielkodusznie na rozmowy z rzecznikami alterglobalistycznych demonstrantów. W ich konsekwencji, darowanie długów uzyskiwały akurat te państwa Trzeciego Świata, które i tak nie byłyby w stanie ich spłacić. Tytuł demaskatorskiego bestselleru Naomi Klein, „No logo”, stał się marką jednego z droższych gatunków dżinsów. Sprzeciw został spacyfikowany, nim zdążył zaowocować jakimikolwiek realnymi zmianami.

Wyzwolenie z tej pułapki przyniósł, oczywiście, kryzys. W jednej chwili dokonał on tego, o co próżno by się starały całe generacje prawdziwej czy koncesjonowanej opozycji antysystemowej. O końcu „turbokapitalizmu” bądź „kapitalizmu antysystemowego” mówi się już nie w hermetycznych kącikach dużych mediów, służących „otwieraniu nowych pól dyskursu publicznego”, ale w powszechnie słuchanych dziennikach radiowych. Że z istniejącym porządkiem jest coś nie tak, orientuje się konsument mediów, którego dotychczasowe horyzonty ograniczały się (jeśli był Amerykaninem) do chęci ukarania terrorystów lub (o ile pochodził z Polski) do radości, iż Tusk, w przeciwieństwie do „kaczorków”, nie kompromituje nas w świecie. Fachowcy rządowi, którzy jeszcze wczoraj wyśmialiby apele o powrót do interwencjonizmu państwowego, teraz je gorliwie wykonują.

Czego chcieć więcej? A jednak rodzi się obawa, że oczekiwanie na zmiany skończy się zawodem. Obecny kryzys może się okazać czymś w rodzaju kontrolowanego wyburzenia. O tym zabiegu mówią nie od dziś szczególnie zacietrzewieni przeciwnicy oficjalnego obrazu wydarzeń z 11 września. Według nich, wieżowców World Trade Center nie zniszczyły samoloty pilotowane przez fundamentalistycznych porywaczy. Miały one rzekomo zostać planowo i pod kontrolą – chociaż z pewną szkodą dla obecnych w nich pracowników – wyburzone. Tutaj, niestety, trzeba się zgodzić z wirtualnym Leninem współczesnej radykalnej lewicy, Slavojem Žižkiem. Po co – pytał on trafnie – szukać spiskowego drugiego dna, skoro powierzchnia jest wystarczająco koszmarna?

Przyglądając się na zimno położeniu korporacji finansowych, trudno oczekiwać, że doraźny kryzys przyniesie im samym – albo chociaż samopoczuciu ich szefów – jakieś trwałe szkody. Nieoczekiwane straty poharatały pewną liczbę korporacyjnych ośrodków czy odnóg. I co z tego? Ktoś bankrutuje, żeby nową firmę założyć mógł ktoś. Przy obecnym tempie przepływu kapitału takie roszady przeprowadza się wyjątkowo łatwo. W dodatku, niejedna gruba ryba kapitałowa utuczy się na kryzysie. Wystarczy do tego skupowanie akcji, których cena doznała kryzysowego spadku. Gdy tylko notowania giełdowe wrócą do normy, ten marny z pozoru nabytek sprzeda się z kolosalnym zyskiem. A przede wszystkim, kalkulując na dłuższą metę, korporacje mogą spoglądać w przyszłość z jeszcze większą niż dotąd ufnością. Jeżeli tylko wpadną znowu w kłopoty, struktury państwowe, pod których mniej lub bardziej jawną opieką działają, posłużą się mechanizmami interwencjonistycznymi do przyjścia im na ratunek.

Kontrolowane wyburzenia uzupełnia równie, jak ono, kontrolowana histeria. Szczególnie w Stanach Zjednoczonych służy ona nie od dziś do mobilizowania pożądanych reakcji tyleż u rządzących, co u rządzonych. Pod koniec lat siedemdziesiątych poprzedniego wieku, amerykańskie tygodniki opinii, „Time” i „Newsweek”, niemal w każdym numerze publikowały ostrzeżenia, iż Stany Zjednoczone poniosły już klęskę w zimnej wojnie z ZSRR. Armia tego supermocarstwa rzekomo była w stanie, według życzenia, zarzucić Amerykanów futrzanymi czapkami żołnierzy swoich sił konwencjonalnych lub zmiażdżyć ich wielokrotną przewagą w liczbie i jakości rakiet nuklearnych dalekiego zasięgu. Tak dziennikarskie Kasandry torowały drogę do prezydentury Reagana, w której trakcie amerykańscy producenci zbrojeniowi nieograniczenie się wzbogacili, a ledwo dyszący Związek Radziecki ostatecznie padł. Nieco wcześniej podobnie płaczliwymi proroctwami odpowiadano w USA na rzekomo druzgoczące „wyzwanie japońskie”. Słysząc bez przerwy, iż „Japończycy nas wykupią”, krajowi przemysłowcy i wynalazcy odpowiednio się zmobilizowali. A kolejne administracje prezydenckie zadały sobie trud, żeby ich wesprzeć.

Teraz płaczki znów hałasują. Na ich przewodnika wyrasta laureat ekonomicznego Nobla z roku 2006, Edward C. Phelps, który udziela się również u nas (np. w rozmowie z Jackiem Żakowskim, Polityka, Niezbędnik inteligenta, 2008.14.10). Na przywitanie wygłasza on kilka obowiązujących już formułek o niebezpiecznych skutkach nadmiernej deregulacji rynku finansowego. Wkrótce dowiadujemy się jednak, że według Phelpsa trwałym dziedzictwem obecnego kryzysu będzie przebudzenie klasy średniej ze złudzeń. Musi ona uświadomić sobie, że „złote lata ma już za sobą”. Przestanie spełniać się długo pielęgnowane przez nią marzenie o „domku dla każdego”.

Kryzys, który dla większych korporacji jest co najwyżej katarem, jak gruźlica dobija drobnych kredytobiorców. Ci ostatni są następcami tak samo drobnych ciułaczy, których Wielki Kryzys z roku 1929 wygnał na – ukazane m.in. w „Gronach gniewu” Steinbecka – szlaki mało owocnego poszukiwania pracy.

Tamci bankruci nie byli jednak aż tak biedni, jak sądzili. Posiadali przynajmniej skromne sumy realnych pieniędzy, które utracili dopiero po kryzysowym załamaniu. Ich dzisiejszym potomkom, określanym na wyrost jako klasa średnia, przypadła w udziale już tylko iluzja bogactwa. Nie od dziś słyszeli oni z ust fachowych kolegów Phelpsa, że nieodwracalnego końca dobiegła względnie dla nich korzystna „era uprawnień”. Jeżeli postanowią się upierać, że przyzwoity, a zarazem bezpieczny dochód, zadowalająca konsumpcja, szansa wykształcenia dzieci, leczenie z łatwo dostępnego ubezpieczenia oraz przysłowiowy ostatnio domek w dalszym ciągu im się należą, doznają przykrego rozczarowania. Ponieważ jednak wyrzeczeń nikt nie lubi, próbowali się ratować. Jak? Naturalnie, zaciągając kredyty. Była to dla nich ostatnia namiastka utraconych uprawnień zawodowych i socjalnych. Teraz muszą w trybie nagłym spłacać długi, które już ich obciążają, i obijać się o bariery przy próbie zaciągania nowych.

Zapewne, na pociechę otrzymają coś w zamian. Chociażby miejsca pracy, które nie zagwarantują im wszakże możliwości zapewnienia bytu – nomen omen – średniej klasy dla siebie i swoich rodzin. Nieprzypadkowo zwolennik tak pojmowanej polityki na rzecz zwiększonego zatrudnienia, Barack Obama, zebrał na swoją kampanię wyborczą rekordową sumę 150 milionów dolarów. Pochodzi ona z tzw. dobrowolnych datków, do których drobni kredytobiorcy dołożyli się raczej w nikłym stopniu.

Przyznajmy, że „wielka zmiana” według wyobrażeń finansowego zaplecza Obamy jest majstersztykiem. Użyje się w niej kryzysowej burzy do pozbycia się z pokładu zbędnego balastu. Nim gruby schudnie – jak wiadomo – chudy umrze. Cała naprzód – aż do następnego, oby równie opłacalnego kryzysu.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie