Paradoksy MFR

·

Paradoksy MFR

·

Standardowego odbiorcy mediów, do którego dotarła wiadomość o jego śmierci, musiał się on kojarzyć z PZPR i PRL tak, iż bardziej nie można. Nic dziwnego: w ostatnich dziesięcioleciach przypominano go prawie tylko w kontekście likwidatorskiego zjazdu partii, której był ostatnim przywódcą. A zatem, odsyłając PZPR-owski sztandar do muzeum zdyskredytowanej historii, Rakowski miał mimowolnie umieścić w niej sam siebie.

Twórca „Polityki” – bo jej pierwszy redaktor naczelny, Stefan Żółkiewski, mógłby ubiegać się o tę zasługę tylko ze względów formalnych, jako iż mało kogo skłonił do czytywania słynnego później tygodnika – nie do końca odrzucił narzuconą mu identyfikację. Odwrócił ją raczej przeciwko swoim grabarzom. Spora część publicystyki miesięcznika „Dziś”, wydawanego przez niego w ostatnich dziesięcioleciach, była poświęcona obronie PRL. Gdyby jednak ktoś osądził Rakowskiego jako nostalgika, który jeszcze długo po upadku socjalistycznego Aranjuezu zachwycał się nim tak samo, jak wówczas, gdy należał do jego czołowych dworzan, zdecydowanie by się pomylił.

Rzecz w tym, iż Polska Ludowa, do której współtwórców Rakowski należał, w ogóle mu się nie podobała, póki miała się dobrze. Więcej nawet: to on nauczył setki tysięcy czytelników spostrzegania „absurdów PRL”, kiedy to wyrażenie nie było jeszcze wytarte i nadużyte. W tym wymiarze nie mógł z nim rywalizować – czytywany w dość wąskim i hermetycznym kręgu – Leszek Kołakowski. Ustępowali mu również, wątpliwie stosujący się do realiów miejsca i czasu, Sołżenicyn i Orwell. Zasadnicze artykuły i reportaże „Polityki” odsłaniały natomiast konkret, który psuł się z winy nierozumnego zarządzania nim przez – łatwo dające się zidentyfikować, choć nie nazywane wprost – partyjno-rządowe centrum.

Rakowski wiedział z autopsji, o czym jego pismo próbuje mówić. Wydział Prasy KC PZPR latami nie pozwalał mu awansować na stanowisko kierownika działu krajowego „Polityki” cieszącego się jego pełnym zaufaniem (inna kwestia, czy słusznie) Jerzego Urbana, którego partia uparcie nie chciała widzieć w swoich szeregach. Ustrój, w którym zawodowe losy fachowca zależały od humoru politruka, wydającego czerwone legitymacje, sam przekreślił szanse na wypełnienie sobą dłuższego etapu historii niż epizodyczny.

Historia już niedługo rozrzuciła umysłowych wychowanków Rakowskiego na przeciwstawne strony frontu. Jedni, zasłużywszy sobie jawnymi deklaracjami lojalności i częstokroć tajnymi zobowiązaniami wobec resortu spraw wiadomych, wyjechali na stypendia Fullbrighta, gdzie wpajano im zasady demokracji liberalnej, a szczególnie rachunku ekonomicznego. Inni znaleźli się w doradczym zapleczu „Solidarności”, które dość płynnie ewoluowało od programu Rzeczypospolitej Samorządnej do planu Balcerowicza.

Coś ważnego ich jednak łączyło. Zarówno generacyjni następcy sekretarzy PZPR, jak i zawodowi rewolucjoniści, wnoszący krytyczną świadomość do strajkujących mas, obiema rękami podpisaliby się pod opinią, do której doszli Rakowski i Urban w poufnej korespondencji z lata 1980. Zgodnie z nią, sierpień tamtego roku – razem z kierowniczą rolą partii, do której słabo pasowały apele Rakowskiego o szerszą bramę awansu dla fachowców „dobrych, ale bezpartyjnych” – uśmiercił epokę, której pomimo wszystko nie warto żałować.

Czyżby więc rację mieli prawdziwi marksiści, którzy – coraz bardziej rozpaczając nad biegiem wydarzeń w Polsce po objęciu władzy przez Gierka, którego śladem poszło jakościowe zwiększenie opiniotwórczego wpływu „Polityki” – oskarżali go o zimno zaplanowaną destrukcję podstaw ustrojowych? Rakowski podobno chwalił prywatnie przełom gierkowski za „rozwalenie realnego socjalizmu w Polsce”. Rzeczywiście, po włączeniu PRL do globalnego systemu kredytowego i zaszczepieniu pędu do indywidualnej konsumpcji wśród jej obywateli, finał tej państwowości był w zasadzie już tylko kwestią czasu. Urban, kierując się jak zwykle pragmatycznym rozsądkiem, radził Rakowskiemu, żeby swoją proroczą diagnozę zachował dla siebie, bo „wyleci z partii”.

Zabawne, że gdyby wtedy „wyleciał”, pewnie urządzono by mu teraz uroczyście państwowotwórczy pogrzeb, którego wcześniej doczekali się Kuroń i Geremek. Wracając z kilkuletniej banicji – podpowiada historyczna wyobraźnia – pojawiłby się, witany burzą oklasków, zainicjowaną przez swych wiernych czytelników, w Stoczni Gdańskiej. I w odniesieniu do kolejnych kartek kalendarza daje się pomyśleć jego, wbrew pozorom, logiczny zwrot z komitetu centralnego partii rządzącej do opozycji. Rosjanie wkraczają w grudniu 1981, nieco wcześniej, albo nieco później. Ewentualnie: stan wojenny wprowadzają kombatant służb specjalnych w kierownictwie partii, Mirosław Milewski, oraz faworyt Moskwy wśród polskich wojskowych, generał Eugeniusz Molczyk. W takich wypadkach, Rakowski trafiłby przypuszczalnie do „internatu”. A po niewielu latach kandydowałby do Sejmu w „drużynie Wałęsy”. I kto wie, może w negocjacjach strony opozycyjno-solidarnościowej ze szczątkami sił rządu i partii byłby kandydatem na – mającego zrównoważyć „waszego prezydenta” – „naszego premiera”?

Na nieszczęście dla oficjalnego bilansu jego biografii, premierem – a wcześniej drugą personą rządową po premierze Jaruzelskim – zostawał on w momentach i okolicznościach, kiedy mu to, patrząc długofalowo, nie wychodziło na dobre. Tej dziwnej sprzeczności między błyskotliwymi osiągnięciami a faktycznymi niepowodzeniami nie da się wyjaśnić przypadkami ambicjonalnymi, personalnymi czy nawet politycznymi w większej skali. Rakowski żył ponad osiemdziesiąt lat, ale nigdy nie przytrafiła mu się Polska, która byłaby go w stanie zaspokoić.

Przesłanie „Polityki” z jego czasów redaktorskich dałoby się zamknąć w pigułce mniej więcej tak. O równość bać się nie warto, ponieważ chroni ją ustrój, który – choćby ze względu na Układ Warszawski – wygląda na nienaruszalny. Należy więc skupić się na walce z patologiami równości, które wytwarza gospodarczy niedobór. Ich obrazek zaczyna kreślić ekspedientka, złoszcząc się na klientów poszukujących upragnionego towaru, o którym powinni wiedzieć, że go zabrakło. Nauczyciel, sponiewierany przez nią w imię pokrętnie osiąganej satysfakcji prestiżowej, mści się przy tablicy na jej dziecku – i tak dalej. W sumie, potrzebujemy tyle socjalizmu, ile to wynika z uwarunkowań geopolitycznych, i tak wiele reform liberalizujących system, jak to możliwe.

Gdy jednak socjalizm zaczął się rozsypywać, na jego ruinach nie zagospodarowali się przedsiębiorcy, których indywidualny zysk przyczynia się do bogactwa narodów. Już w dekadzie Gierka, skromne – w dzisiejszej perspektywie – realizacje głoszonego wtedy hasła: kochając Polskę Ludową, bogaćcie się, gdyż to już władzy nie przeszkadza, osłabiły więzi zbiorowe na rzecz rywalizacji we wspinaniu się po namydlonym słupie. Generałowie faktycznie zalegalizowali – między innymi, pod szyldem firm polonijnych – szarą strefę klik i przekrętów, oczekując od niej pomocy w zrównoważeniu gospodarczego bilansu kraju. Lecz ją interesowało tylko korupcyjne wrastanie w mechanizmy polityczne, żeby w sprzyjającej chwili rozedrzeć kraj jak Sienkiewiczowskie czerwone sukno. Po świcie pierestrojki nastąpił półmrok, w którym – tak w supermocarstwowym sercu bloku, jak w jego polskim sektorze – przyszli magnaci nowobogackiej szlachty, jak to określił Aleksander Zinowiew – „przekupywali, kogo się dało”.

I stocznia w Gdańsku, której demontaż zbliża się do mety, i gmach bankowy, o którym coraz mniej przejeżdżających kierowców pamięta, że mieścił się nim kiedyś KC PZPR, sygnalizują ten sam werdykt historii. Okres, w którym Polska przynajmniej deklaratywnie próbowała pamiętać, że składa się również z ludu, trwał krótko i skończył się bez powodzenia. Godne uwagi, że pogodzili się z tym prawie wszyscy współpracownicy Rakowskiego z dawnej „Polityki”, ministrowie rządów, w których zasiadał, oraz jego przeciwnicy zza stołu rozmów, jakie prowadził z „Solidarnością” 16 miesięcy. On sam zachował się inaczej. Może dlatego, że w kraju, gdzie prawie wszyscy inteligenci są chłopami z awansu, należał między nimi do nielicznych, którzy nie wstydzą się takiego rodowodu. W swoim paradoksalnym życiorysie miewał chwile słabsze i wręcz nie do zaakceptowania. Warto mu jednak zapamiętać, że potrafił opowiadać się za Polską wolną od dwóch odmian nędzy, które poznaliśmy przed transformacją ustrojowa i po tej dacie: towarzyszącej niedoborowi i maskowanej luksusem.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie