Umarłe przekonania

·

Umarłe przekonania

·

Nieostatnie wśród nich, głosiło, że w konflikcie międzynarodowym należy: ZAWSZE I WSZĘDZIE POPIERAĆ SŁABSZEGO.

Zgodnie z nim, w Strefie Gazy należałoby z równą mocą identyfikować się z Hamasem, jak życzyć niepowodzeń interweniującym tam oddziałom izraelskim. Obiektywne uwarunkowania, za którymi kryje się wola mocarstw, stłoczyły na mikroskopijnym obszarze ponad milion ludzi. Skazanym na nędzę ogranicza się suwerenność, dodając tym sposobem zniewagę do krzywdy. A jeśli się buntują, poddaje się ich operacjom chirurgicznym.

Dodajmy tu niszczenie szczególnie wrażliwych na ciosy obiektów cywilnych, zwłaszcza szkół i szpitali, setki, a może nawet ponad tysiąc ofiar… Rzadko kiedy sytuacja aż do tego stopnia każe wpijać wzrok w ekran i zaciskać pięści. Chociaż takim dziecinnym gestem chce się odreagować znajdowanie się w roli kibica, któremu nieodłącznie towarzyszy bezsiła. Jednak dystans, który obciąża mimowolną winą, zarazem sprzyja refleksji. A gdyby stosunek sił jakimś cudem się zmienił? Ilu cywilnych, jak najbardziej, Izraelczyków mogłoby liczyć na przeżycie w mieście, do którego wkroczyłyby oddziały Hamasu?

Starcia izraelsko-palestyńskie, gdy przez chwilę obejrzy się je zupełnie na chłodno, sprowadzają się do rytualnych wzorców. Państwo żydowskie dokonuje wykalkulowanych demonstracji siły. Ich adresatem, oprócz liderów palestyńskich, bywa też własna opinia publiczna. Komu, w zbliżających się wyborach, powierzy ona bezpieczeństwo kraju – kalkuluje się w ministerstwie obrony oraz wśród jego politycznych zwierzchników – jeśli nie świeżym pogromcom terrorystów? Koszty tej gry ponoszą mieszkańcy domów typowanych do zbombardowania.

Na przeciwnym biegunie – podejrzewa się czasami – analogicznie politykierskim celom służą popisy słabości. Wątpliwe, czy ugrupowania palestyńskie, których głównym tytułem do chwały są uderzenia ich zbrojnych ramion, przetrwałyby ustalenie się pokoju czy chociaż względnie trwałego rozejmu. Nie tylko polityka Izraela odpowiada za przysłowiową palestyńską nędzę. Zdarza się i tak, że nieszczęścia dolegające zbiorowości eksploatują przywódcy, którzy podjęli się ją z nich wyzwolić. Szefowie Al-Fatah już dawno zamienili się z wędrownych partyzantów w prosperujących całkiem przyzwoicie lokalnych liderów. Tej mutacji sprzyjała pomoc Unii Europejskiej dla ich rodaków, która nierzadko gubiła się po drodze między potrzebującymi a pośredniczącymi. A gdyby jej nie wystarczyło, zawsze można zmusić Amerykanów do płacenia sobie za względnie umiarkowany kurs wobec ich izraelskiego sojusznika.

Hamas – trudno nie przyznać – rozwinął się w efekcie podwójnie zawiedzionych nadziei. Niepodległego państwa, którego wywalczenie lub wynegocjowanie obiecywał Arafat, ciągle brakowało, a równocześnie pogłębiała się korupcja wewnętrzna. Z perspektywy europejskiej, wygodnie jest miotać na Hamas – w części lękliwe, a w części pogardliwe – oskarżenia o fundamentalizm, szowinizm czy rasizm. Ale przecież w jego potwornym czasem obliczu wyraziła się sytuacja tej części Arabów palestyńskich, którym presja narodu nieporównanie górującego nad nimi siłą wojskową i – co gorsza – dynamiką cywilizacyjną, grozi uduszeniem.

Tonącemu, który odbił się od dna degradacji, tylko ogłupiony komfortem lew salonowy będzie miał za złe, że nie uraczył nas kunsztowną arią. Drastyczne położenie nieraz usprawiedliwia nawet zbrodnie. Te ostatnie popełnia się bowiem z jego winy. Wieki temu, na tej samej ziemi nazywanej świętą, gdzie obecnie zbrojne grupy palestyńskie próbują się przeciwstawić jednej z najsilniejszych armii świata, sułtan Saladyn popisywał się rycerskimi gestami wobec (z jego punktu widzenia) intruzów, których stamtąd wypędzał. Mógł sobie na to pozwolić, bowiem miał nad nimi znaczną przewagę liczebną, jak również organizacyjną. A jeżeli w decydującej bitwie pod Al-Hattin jego konnicę rozpędziłyby salwy karabinowe? Wówczas uciekłby się pewnie do skrytobójczych zamachów.

Pamiętając, w imię czego Hamasowi daje się wiele wybaczyć, zauważa się jednak, że wpadł on w pułapkę, w której ugrzęzły wcześniej ruchy sprzeciwu o podobnej genezie. Z bojowników, którzy zabijanie wrogów usprawiedliwiają własnym ofiarowaniem się na śmierć, wyrasta profesjonalny klan psów wojny (to określenie, jeżeli ono kogoś razi, można zastąpić – uzasadnionymi tradycją historyczną – asasynami). Reprezentowanie zbiorowości strąconej na dno zostaje zastąpione jej planowym rozgrywaniem. Walka z niezbędnego środka zamienia się w swego rodzaju organizacyjną rację bytu. Czemu, na przykład, służyło drażnienie Izraela przy użyciu rakiet chałupniczej produkcji o niewiele większej sile rażenia niż pociski z procy? Chyba w sztabie Hamasu nie liczono, że historia, w której daleki przodek generałów izraelskich król Dawid, podobną bronią zwyciężył potężnego Goliata, powtórzy się przez odwrócenie. Kto wie, czy działania z góry skazane na nieskuteczność nie były narzędziem wewnętrznej rywalizacji z Al-Fatah, której propaganda Hamasu zarzuca już nawet nie bierność, tylko jawną zdradę. Planiści izraelskich operacji wojskowych odnoszą się do cywilów po stronie przeciwnika z technokratyczną bezdusznością. Ale Hamas, z kolei, ulega skłonności do wykorzystywania ich jako żywych tarcz. Niewykluczone, iż nauczył się od Armii Wyzwolenia Kosowa, że żniwo śmierci na własnym zapleczu wymusza pożądane reakcje publiczności zachodniej.

Nie wymagajmy nieosiągalnej czystości od działaczy starających się wpłynąć na politykę realną. Co jednak – pytając aż do bólu realistycznie – by to przyniosło, gdyby Hamas narzucił kiedyś Izraelowi swoje warunki? Wolności, a nawet równości byłoby między Synajem a Libanem jeszcze mniej niż obecnie.

A może zwycięstwo Hamasu zmieniłoby światowy układ sił na niekorzyść supermocarstwowego hegemona? Dzisiaj – inaczej niż kilka lat temu – wygląda, że amerykański lewiatan prędzej zepsuje się od głowy (czy raczej swojej centralnej giełdy). Ruchawki na marginesach historii za to mu nie szkodzą. Zresztą, po przejściowych niepowodzeniach z Iraku oraz pogranicza Libanu z Izraelem jego – oraz czołowego sojusznika – stratedzy znowu umieją sobie z nimi radzić. Wgłębiając się w dzieje Bliskiego Wschodu od roku 1948, szybko się stwierdzi, że nie pasują tam wszelkie oceniające etykietki. Izrael nie jest ani spadkobiercą ocalonych z Zagłady, ani „rasistowskim państwem kolonialnym”, którym obwołują go nadgorliwi entuzjaści walki Palestyńczyków.

Przyglądać się – szczególnie krwawym – wydarzeniom na świecie każe pewnie instynkt moralny. Żeby je trafnie poznać – a nie tylko w związku z nimi krzyczeć – bardziej niż jednoznacznym zaangażowaniem musi on jednak posługiwać się niemoralnym chłodem.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie