O rozum wśród Sarmatów

·

O rozum wśród Sarmatów

·

Andrzejowi Wasilewskiemu pamięta się głównie wieloletnie kierowanie najbardziej produktywną oficyną księgarską kraju, którą za jego czasów stał się Państwowy Instytut Wydawniczy. Wszelako był on także interesującym pisarzem i publicystą, jak również (choć już mniej fortunnym) działaczem politycznym. We wszystkich tych rolach stawiał sobie zadanie wybite w tytule.

Na książkach z zaprojektowanych przez Wasilewskiego serii PIW-owskich (w tym szczególnie legendarnej „plus minus nieskończoność”) wychowało się kilka generacji polskich inteligentów. W zestawieniu z dzisiejszą produkcją wydawniczą, mogą one – na pierwszy rzut oka – sprawiać zgrzebne wrażenie. Jak cały PRL – doda w tym miejscu głos obiegowej opinii. Faktycznie, książkę można dzisiaj wydać szybko i barwnie. Nie trzeba też przy tym walczyć z doraźnymi ingerencjami ani trwałym oporem cenzury. O tyle zarówno dokonania Wasilewskiego, jak i napotykane przez niego trudności wydają się należeć do zamkniętej już epoki. Anachronicznie, niestety, prezentuje się również zamiar docierania z arcydziełami współczesnej humanistyki do, w miarę możliwości, wszystkich: od wykładowców akademickich, przez studentów, do inżynierów i lekarzy. Wasilewski w niemałym stopniu potrafił go realizować.

Jego PIW – podobnie, jak „Polityka” Rakowskiego, tylko że w skali mniej doraźnej – przygotowywał mentalnie zasadniczą reformę ustroju. Kiedy ta jednak się rozpoczęła, Wasilewski dał się poznać jako zdecydowany krytyk symbolizującego ją ruchu społecznego. Wśród intelektualistów partyjnych, którzy pospiesznie starali się przeskoczyć pod skrzydła „Solidarności”, wyrobiło mu to dyskredytującą etykietkę. Wieloletniego reformatora zaliczono do „betonu” wrogiego posierpniowej odnowie.

W przekonaniu Wasilewskiego, w „Solidarności” odrodził się duch Sarmacji. Zanim odrzuci się ten sąd jako krzywdzący, nie zaszkodzi uzmysłowić sobie, że na legendarnym zjeździe w gdańskiej hali Oliwii o przywództwo rywalizowali Wałęsa i Jurczyk. Obydwaj, zgodnie z duchem czasu, podkreślali swe robotnicze korzenie i życiorysy. Z kostiumu tej stylizacji wyglądał jednak szlachecki brat-łata. Faworyci zjazdowych delegatów podkreślali, że ani im w głowie wywyższać się ponad zbiorowość. „Nie ma geniuszy – zapewniał Jurczyk, wywołując żywiołowy poklask – a jeśli są, to ja na pewno do nich nie należę”. Jeden z ówczesnych wywiadów Wałęsy nosił tytuł: „Wsłuchiwać się w głos ludu”.

Złotą myśl o geniuszach – jak i całą swoją mowę kandydata na przewodniczącego „S” – Jurczyk zawdzięczał jednak sterującym nim zza pleców sfrustrowanym doradcom związku (z Jadwigą Staniszkis na czele). Ci, nie mogąc darować Wałęsie, że woli od nich Geremka i Mazowieckiego, postanowili go wywrócić za pośrednictwem „prawdziwego robotnika” i „zwykłego człowieka”-bis. Co do jego poziomu umysłowego i kwalifikacji politycznych, oczywiście, nie mieli złudzeń. Zjazd „Solidarności” był demokratyczny aż do bólu. Mało tego: panowała na nim obawa przed manipulacją. Odwieczny wzór kulturowy przeważył jednak zarówno nad dobrymi chęciami, jak i nad uzasadnionymi lękami.

Do braterskiej wspólnoty Sarmatów zazwyczaj wkradał się sprytny pochlebca, który tym łatwiej ją opanowywał, im przesadniej ją wychwalał. Na polu elekcyjnym pod Warszawą, wysłannik z Francji, biskup Montluc, przez wiele godzin częstował komplementami polską szlachtę. Tym sposobem skłonił ją do włożenia korony królewskiej, będącej w jej dyspozycji, na skronie Henryka Walezego, który tak niewiele liczył się z Polską, że wkrótce ją porzucił.

Sarmata wrzeszczał wniebogłosy, aby zademonstrować, jak bardzo jest wolny i suwerenny na swojej zagrodzie. Ale wydobywające się z niego słowa, automatycznie układały się w slogan, którym zasługiwał sobie na aprobatę gromady. W oczach Wasilewskiego, lwia część opiniotwórczej produkcji z lat 1980-81 stanowiła królestwo sloganu – tyle, że odmiennego niż w okresach poprzednich. Kto wie zresztą, czy ta odmienność nie sprowadzała się do cech powierzchownych. Wezwanie „jest nas dziesięć milionów” podejrzanie współbrzmiało z tylko o kilka lat wcześniejszym hasłem o „moralno-politycznej jedności narodu”. Ten sam szlachecki waćpan, który uwielbiał znajdować się w kupie, z gabinetu gierkowskiego sekretarza od propagandy, Jerzego Łukaszewicza, przeniósł się do biura kolejnych rzeczników „S”.

Sądom pozbawionym niezależności brakuje szansy na rzetelność. Któryś z intelektualnych mentorów ówczesnego przewodniczącego mazowieckiej „Solidarności”, Zbigniewa Bujaka, podpowiedział mu rewelację, że na miejsce w bibliotekach związkowych zasługuje tylko 100 pozycji, wydanych dotąd przez drugoobiegową Niezależną Oficynę Wydawniczą, oraz Biblia. Dlaczego Bujak zapomniał o książkach PIW-u, które zapewne czytywał? Pewnie miał na to wpływ jego wspomniany mentor, który – o co, na podstawie znajomości polskiego życia literackiego, można się wręcz zakładać – trzydzieści lat wcześniej głosił, że kultura w naszym zaściankowym i ciemnym kraju zaczęła się razem z bierutowską PRL.

W PIW-ie – zamiast telefonu z wysokiego szczebla – co wydawać, a co wrzucać do kosza, próbował teraz dyktować kolektyw zdominowany przez sekretarki słabo odróżniające Prousta od Prusa, lecz do szaleństwa (choć oczywiście platonicznie) zakochane w Jacku Kuroniu. Uniesienia ideologiczne podporządkowywały się względom koteryjnym. W efekcie, wybitnego krytyka literackiego Sandauera spychano w cień na rzecz grafomana, który w porę dorobił sobie biograficzny epizod obrońcy robotników. Okazywało się, iż rozumowi i wolności potrafi zagrażać nie tylko odgórny dyktat, lecz również manipulowany nacisk dołów. Zdaniem Wasilewskiego, to niebezpieczeństwo unosiło się nad całym krajem.

Po 13 grudnia, Wasilewski nie mógł więc szukać pociechy w rozpaczaniu nad nieszczęściem kraju. Wyjście to, bardzo typowe dla postaw naszych dawniejszych i bardziej aktualnych mędrców, jedynie z pozoru jest paradoksalne. Jeżeli bowiem „roku pamiętnego napadł wróg na Polskę z nieba wysokiego”, to sami sobie nie mamy nic do zarzucenia. Pozostaje więc tylko wymieniać gratulacje. Dla Wasilewskiego, tymczasem, stan wojenny był kolejną figurą korowodu, w którym polska zbiorowość – pędząc ku złudnym nadziejom – regularnie gubiła samą siebie.

Tym razem zresztą nie wydarzyła się katastrofa na miarę Powstania Warszawskiego. Chociaż w postaci zmarginalizowanej i politycznie nieskutecznej, „Solidarność” przetrwała. W kręgach wielkomiejskiej inteligencji twórczej i młodzieży akademickiej taka zredukowana opozycyjność stała się tu i ówdzie sposobem na życie. Reżim, jeśli w ogóle ją prześladował, to bez przekonania. Zyskała natomiast wsparcie mecenatu zachodniego. Wskutek tego jednak – na co Wasilewski wskazał tekstem z pierwszej połowy dekady Jaruzelskiego, który wywołał, oględnie mówiąc, znaczne kontrowersje – od opozycyjności stawało się coraz bliżej do dyspozycyjności.

Dokąd z kolei mogła prowadzić ta ostatnia, Wasilewski pokazał w migawkach z frankfurckich targów książki. Emigracyjni działacze „S” zachowywali się tam podobnie do bohatera Mrożka, który – odsłaniając oczom Zachodu swe niekompletne uzębienie – jęczy: „Wybili, panie, za wolność wybili”. Zamiast ich zignorować i ewentualnie pocieszyć darmowym lunchem, gospodarze niemieccy zapewnili im publicity. To doraźne osiągnięcie powinno dać martyrologicznym bohaterom sporo do myślenia. Blok zachodni, który w trakcie stanu wojennego współczuł umęczonym Polakom, nie zawsze ulegał tak chętnie odruchom miłosierdzia. Dyktator Ceausescu nie przeszkadzał mu, odkąd – pajacując na lokalnego suwerena – nie raczył się przyłączyć do radzieckiej interwencji w Czechosłowacji. Wkrótce Zachód miał wybaczyć nowym władzom Rumunii, które uhonorował mianem demokratycznym, zakatowanie obalonego wodza, którego przez dziesięciolecia obsypywał swymi najwyższymi orderami. Amerykańskie supermocarstwo, które długo broniło Sajgonu, używając do tego napalmu, potem prawie z dnia na dzień oddało go pod okupację Wietnamu Północnego. Pomijając w tej chwili Amerykę Łacińską, można dla porządku wspomnieć o Jałcie. I ten konsekwentnie stosowany, chłodny pragmatyzm miałby się załamać pod wpływem doniesień z Białołęki, która mimo wszystko nie była aż takim horrorem w porównaniu z kilkoma miejscami, w których stabilizowali sytuację prozachodni dyktatorzy.

Po klęsce z grudnia 1981, „Solidarność” nie miała innego wyjścia niż skorzystać z pomocy zachodniej. Nie musiało, jednakże, towarzyszyć temu przeświadczenie, że Stany Zjednoczone pomagają nam, gdyż jesteśmy zarazem nieszczęśliwi i wspaniali. Nie warto też było wmawiać sobie, iż losy bloku radzieckiego rozstrzygają się w Polsce. Tymi urojeniami dawał znać o sobie sarmatyzm, który powierzchownie przeobraził się w polityczny romantyzm.

Ocena, iż „Solidarność” zabrnęła w ślepą uliczkę, zaprowadziła Wasilewskiego, zresztą na dosyć krótko, do rządzącej ekipy generała. Jako sekretarz do spraw kultury, próbował on zreformować system mecenatu nad kulturą. Ten rozkładał się co najmniej z dwóch powodów. Wskutek chronicznego kryzysu, środki finansowe napływały do niego coraz węższym strumieniem, a zarazem były one marnowane przez koterie trzęsące światkami filmowców, pisarzy i plastyków. Niestety, Wasilewski pomylił się dość zasadniczo. Jaruzelski nie potrafił zapisać na swoim koncie żadnej istotnej reformy. Odkąd władzę w ZSRR objął Gorbaczow, a Reagan zaczął spacerować po moskiewskim Arbacie, szykował za to oddanie władzy oficjalnie wciąż tępionej „Solidarności”. Notabene, działo się to prawie na pewno nie bez instrukcji od „towarzyszy radzieckich”.

Wasilewski, jak większość ludzi z jego pokolenia, był przekonany, że pojałtański ład Europy przetrwa najmniej epokę. Czy rok 1989 nie przyznał racji obozowi, któremu wbijał on polemiczne szpile? Odrobina uznania należałaby się, być może, nawet wyszydzanym przez niego politycznym romantykom. Ostatecznie, upadek ZSRR jako pierwszy zaczął przewidywać epigon sanacyjnej doktryny Polski równie suwerennej, co mocarstwowej – Leszek Moczulski.

Publicystykę Wasilewskiego ze schyłkowych lat PRL zrehabilitował intelektualnie obrót wydarzeń w państwie polskim o zmienionej nazwie. Zło dostrzegane przez wszystkich, których nie zaślepiły nadzieje na wzbogacenie się i karierę, nie mogło – wskazywał – być całkowicie nieobecne wcześniej. Ci sami gracze z drużyny Wałęsy, którzy ochoczo wchodzili w role koniunkturalnych pupilków Zachodu, stali się prymusami wykonującymi wskazania ekspertów Międzynarodowego Funduszu Walutowego oraz neoliberalnej szkoły ekonomicznej z Chicago. Tę nadgorliwość wspierał zakonserwowany w ich mózgach zimnowojenny antykomunizm. Skoro – podpowiadała zużyta płyta – komunizm opierał się na „socjalu”, to teraz, aby wyjść z komunizmu, dosyć wycinać „socjal” w kolejnych rubrykach planu przemian.

Do dzisiaj przecież intelektualnym wychowankom czasów transformacji nie da się powiedzieć złego słowa o Margaret Thatcher. Wara bluźnić Żelaznej Damie – odkrzykną jak duchy poległych w bitwie pod Radzyminem – która rozgromiła, zakonspirowaną w górniczych związkach zawodowych, agenturę sowiecką.

Wasilewski zauważył nadto, że Polska po roku 1989 dała nam rzadką okazję zaobserwować, co dzieje się z polskim romantykiem, który – zamiast polec w Reducie Ordona czy zemrzeć w osamotnieniu na latarni morskiej – osiąga swe cele polityczne. Deklamacje z lat walki i klęsk służą mu jako zasłona dymna dla materialnej łapczywości, której nagle pozwala się odezwać. Jemu wolno więcej niż innym – jest przecież herosem i męczennikiem.

Na tle nagłaśnianych publicystycznych sumień narodu, Wasilewski pod względem przenikliwości wygrywa bez trudu. Andrzej Walicki i Bronisław Łagowski rozprawiali się z postsolidarnościowym samouwielbieniem, ale krytykę ich skutków praktycznych ograniczali do dyktowanych urazem antyrosyjskim błędów w polityce zagranicznej, braku pragmatycznej polityki kadrowej, przerostów dekomunizacji i lustracji oraz procesu Jaruzelskiego.

Karol Modzelewski wskazywał, że od komunizmu w gospodarce można było iść nieco inną drogą. Narzędziem tej reorientacji miało jednak się stać, według niego, wybranie Jacka Kuronia na prezydenta. Ryszard Bugaj ujawnił grzech pierworodny tak długo wpływowego środowiska „Gazety Wyborczej”, jakim było zmonopolizowanie środków, które Amerykanie przeznaczyli dla wszystkich nurtów opozycji antykomunistycznej. Pominął wszakże kwestie bardziej zasadniczą: trwałe uzależnienie solidarnościowego podziemia od USA, którego skutki zaznaczyły się niejednokrotnie w historii III RP.

Wasilewski (m.in. w książkach „Oszołomstwo i realizm” oraz ostatnio wydanej – „Czy Rzeczpospolita ma szansę na normalność”) wiązał słabe punkty transformacji, które sporadycznie dostrzegali też inni, ze smutną diagnozą o wymiarze wręcz historiozoficznym. Od zakończenia wojny, w Polsce marzyło się o rozluźnieniu gorsetu stalinowskiego socjalizmu. Kiedy ów gorset opadł, ogłoszono, iż mało co nas już dzieli od modernizacji i Europy. Mimo cząstkowych (jak bogata – co by o jej dostępności nie mówić – oferta rynku wewnętrznego), a nawet strategicznych (Unia Europejska) osiągnięć, kraj wylądował w całej galerii nowych patologii. Między innymi w samouwielbieniu władzy, nierówności, zablokowaniu dróg awansu, oligarchicznej strukturze społeczeństwa, uśmierceniu motywacji ponadindywidualnych i pozamaterialnych, technokratyczny wypaczeniu edukacji, zepchnięciu na margines wcześniej gruntownie utrapionej kultury. Słowem – w tym wszystkim, co krytykuje się u nas dyskursywnie, odkąd już nie ma widoków, by coś tutaj poważnie zmienić.

Znienawidzonemu przez siebie „oszołomstwu” Wasilewski próbował przeciwstawiać politykę realistyczną. Był wolny od złudzeń, że inny sekretarz na miejscu generała zachowałby socjalizm PRL-owski, który wszakże psuł się i korodował ze swej natury. Nie łudził się także, iż robotnicy sami z siebie zbudowaliby socjalizm prawdziwy, gdyby im w tym nie przeszkadzali komuniści i zdradzieccy przywódcy. Realnie patrząc, do wykonania pozostawała tylko istotna korekta polskiego kapitalizmu. Kto jednak miałby ją zainicjować w wymiarze politycznym? Na pewno nie dogasający właśnie obóz postpereelowski, z którym tego AK-owca, który na pewien czas trafił do KC, splótł długi szmat jego biografii.

W tym punkcie zadowólmy się anegdotą. W „Gazecie Wyborczej” ukazał się nekrolog, którym Wasilewskiego pożegnało – należące do SLD-owskiego biznesmena rynku medialnego, Włodzimierza Czarzastego – wydawnictwo Muza. Teraz ludzie Czarzastego twierdzą, że Wasilewski był „mądrym człowiekiem” oraz ich „cenionym współpracownikiem”. Przed laty Muza najpierw wyeksploatowała jednak pomysły Wasilewskiego na ukazujące się do dziś dnia serie wydawnicze, a następnie przestała się z nim dzielić swoimi zyskami. Pomysłodawca serii Spektrum nie zarobił na niej ani w nikłym procencie tyle, ile mu się należało. Skądinąd, niezła to ilustracja „turbokapitalizmu”, o którym mowa w szeregu książek, publikowanych przez Muzę.

Łotrowska zagrywka i załgane pożegnanie – tylko na tyle można liczyć, jeśli próbuje się rozniecić trochę światła w krainie Sarmatów.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie