Listopad

Od dawna nie jest tajemnicą, że 11 listopada nie wywołuje u nas wybuchów zbiorowej radości na miarę francuskiego 14 lipca. W praktycznie nastawionych mediach tłumaczy się to pogodą, która zazwyczaj nie zachęca do bawienia się na ulicach. Listopad to dla Polaków nie tyle niebezpieczna (jak chciał Wyspiański), co raczej smętna pora.

Kryjąc się w czterech ścianach przed słotą i deszczem, można by przynajmniej uruchomić szare komórki. Ale o czym tu myśleć? 11 listopada zwieńczył wysiłki na rzecz odzyskania niepodległości, którą – jak się powszechnie twierdzi – cieszymy się od dawna. Dobro posiadane długo i bezpiecznie staje się zwykle banalną oczywistością.

Zwycięscy bojownicy o niepodległość mogliby od biedy wzbudzić zainteresowanie jako postacie egzotyczne. Pochłaniało ich coś zupełnie innego niż nas – można więc poświęcić im chwilę uwagi, trochę tak, jak 300 Spartanom z komiksowego filmu. Na czym jednak polegała ich zasługa historyczna?

Wywalczyli Polskę – a to chyba nie tak mało. Szczególnie, jeśli uprzytomnimy sobie, że ich dokonanie było może nie od razu cudem, ale na pewno wysoce nieprawdopodobnym przypadkiem. Trzy zabory naprawdę wrastały w imperia, które je kiedyś do siebie przyłączyły. Ostatnie powstanie antyrosyjskie, po którym nawet jego kombatanci westchnęli, że już nigdy nie wolno będzie rzucić się do z góry przegranego boju, odbyło się – licząc od roku 1918 – ponad pół wieku wcześniej. Tego szmatu czasu wystarczyło do pogodzenia się mieszkańców nadwiślańskiej prowincji caratu z jego panowaniem. Rewolucja roku 1905 błysła i zgasła. Dziesięć lat po niej, żołnierzy komendanta niepodległościowych legionów, który w jej trakcie dowodził socjalistyczną organizacją bojową, nad środkową Wisłą przyjmowano jak intruzów.

Jeśli Rosjanom podporządkowano się z musu, to Austriakom i Niemcom – raczej z poczuciem, że można było trafić gorzej. Cesarstwo ze stolicą w Berlinie stanowiło najbardziej dynamiczną potęgę ówczesnego świata. Na dłuższą metę, nie mógł jej zatrzymać wóz Drzymały. Praca organiczna w przemyśle i na wsi, jeśli umieścić ją na niemieckim tle, również posiadała zbyt małą skalę. Uderza, jak niewielu Polaków twórczych w dziedzinie kultury pochodziło z zaboru pruskiego. Przyczyna tego jest prosta: tamtejsze talenty, czasem pewnie bez poważniejszego oporu, ulegały germanizacji. Nawet Stanisław Przybyszewski, jeden z nielicznych wyjątków, swoje oryginalne i wartościowe utwory napisał po niemiecku, a do stolicy polskiej tradycji przyjechał właściwie na honorową emeryturę.

Imperium Habsburgów natomiast udowodniło, że poza głównym nurtem historii, z którego wymiotły je klęski w konfliktach wojennych z Francją i Prusami, można pięknie rozkwitać. Jego parlamentarzyści, ministrowie, a nawet premierzy z Galicji i tak znaczyli w Europie więcej niż później Piłsudski i Rydz-Śmigły. A do tego wiedeńskie kawiarnie, opera, Prater i przysłowiowo piękny Dunaj… Czego chcieć więcej, skoro tolerancji narodowej w Austro-Węgrzech niczego nie brakowało?

A jednak cesarskie orły spadły na bruk we wszystkich trzech stolicach. Warszawa, Poznań i Kraków szybko zapomniały o swojej mniej lub bardziej chętnej zgodzie na dekorowaną przez nie władzę. Świętowano niepodległość, o którą naród podobno nigdy nie przestał walczyć. Wkrótce, niestety, nastąpiło przykre przebudzenie. Legionowi kombatanci lubili podkreślać, że o każdy kilometr kwadratowy terytorium odrodzonego państwa należało prowadzić krwawą walkę, ale zapominali dodać, iż prawie żadnego z tych bitewnych trofeów nie zdobyto trwale. Chociaż Piłsudski rzekomo mawiał w zaufaniu, że udało mu się tylko zatrzymać na chwilę potop.

O chwiejności Rzeczypospolitej, zapowiadającej jej szybki upadek, przesądziło załamanie się federacyjnych planów Piłsudskiego. W pierwszych dekadach XX wieku było już za późno, żeby Litwini i Ukraińcy zaakceptowali współistnienie z Polakami – i to pod ich dyskretną kuratelą – w ramach wspólnego państwa. Lwów i Wilno z okolicami, które Polska zawdzięczała zwycięskiej obronie przed Rosją radziecką, przypominały niebezpiecznie konia trojańskiego. Nie jest przypadkiem, że bolszewicy, tak przed działaniami wojennymi, jak i zaraz po nich, nie sprzeciwiali się przesunięciu polskiej granicy znacznie dalej na wschód. Kresy z obcą narodowo i stopniowo coraz bardziej wrogą ludnością tykały wewnątrz kraju jak bomba zegarowa. Co jednak mogłyby je zastąpić? Chyba nie ziemie śląskie i pomorskie, których polskość już w XIV wieku budziła spore zastrzeżenia. A rewanż niemiecki za ich ewentualne przyłączenie nastąpiłby jeszcze szybciej niż odwet, którym ZSRR w roku 1939 pomścił bitwę warszawską.

W sumie, Polska po I wojnie światowej rozrosła się przesadnie, jak na szanse zachowanie stabilności. A żeby stać się mocarstwem, które nie musiałoby obawiać się sąsiadów, była z kolei zbyt mała. Stanowiła część Europy akurat na tyle, iż częstokroć daremnie starający się o awans potomkowie chłopów, Żydów czy Ukraińców – mierząc siebie kryteriami rodem z Francji – czuli się w niej mocno nieswojo. I zarazem należała do niej w niewystarczającym stopniu, aby sytuację wspomnianych grup znacząco odmienić.

Kto wie, czy jej przekleństwem nie było dziedzictwo renesansowego złotego wieku, hołdu pruskiego, zdobycia Moskwy i uwięzienia carów, czyli – ogólniej – prawie bezkresnej na mapie Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Z taką historią trudno było powiedzieć sobie, że granie roli na pierwszym planie historii powszechnej dobiegło końca – i następnie zająć się urządzaniem sobie względnie wygodnego życia na jej marginesie. Szwedzi (jeśli wierzyć dramatowi Strindberga) pozbyli się ostatniego ze swoich wojowniczych królów, Karola XII, który chciał ich przerobić na pierwszy naród w europejskiej konkurencji mocarstwowej. To mało honorowe skrytobójstwo położyło kamień węgielny pod ich przyszłe państwo dobrobytu.

Szwecji – odkąd z początkiem wieku XIX zawarła jako tako przyzwoity kompromis z Rosją – nie groziło jednak wymazanie z mapy kontynentu. Kto wie, może światlejsza część elity sanacyjnej trafnie liczyła, że równoległa rozbudowa przemysłu i systemu edukacyjnego stopniowo złagodzi problemy miejskich dzielnic nędzy i przeludnionej wsi. Lecz choćby nawet II Rzeczpospolita dognała i przegoniła światową czołówkę pod względem urzeczywistniania idei wolności, równości i braterstwa, to i tak zostałaby pożarta przez Niemcy i Rosję.

Niczego chyba nie uwielbia się w Polsce równie powszechnie i gorąco, jak europejskiej nowoczesności. Tych miłosnych uniesień nie zakłóca świadomość, że historia nowoczesna w połowie XX wieku sprowadziła nasz kraj do wymiaru, który jeden z pamiętnikarzy oświęcimskich, Wiesław Kielar, określił jako „anus mundi”. Nad totalitaryzmami nadal się u nas popłakuje przy okazjach rocznicowych, ale w gruncie rzeczy uważa się je za wypadek przy pracy nad globalną modernizacją.

Czy nie ma w tym racji? Ostatecznie to koniec wieńczy dzieło. Rosja (jeśli nie liczyć krótkotrwałych sensacji o manewrach z wymierzoną w nas bronią atomową) już nie zagraża. Zamiast angielsko-francuskich gwarancji, wyproszonych w ostatniej chwili – i na planie praktycznej weryfikacji niezbyt skutecznych – przez ministra Becka, mamy trwałe więzi i sojusze z całą cywilizacją zachodnią. Ale, z drugiej strony – nawiązując do powiedzonka z Barei o „cukrze w cukrze” – można powiedzieć, że czym mniej Polski w Polsce, tym dla jej mieszkańców lepiej. Miliony w tej sprawie zagłosowały nogami umieszczonymi na pokładach tanich linii lotniczych. Wbrew pozorom, dylematy emigrantów z naszej historii stają się wręcz niezrozumiałe. Oczywiście, mogą oni wrócić do kraju, o ile skalkulują, że dalsza praca w Anglii czy Irlandii im się nie opłaca. Ale żeby o Polsce marzyć i coś dla niej poświęcić? Albo narzekać, że „Angole” nie rozumieją, co to znaczy, że „my na tygrysy mamy visy”? To byłoby śmiechu warte.

Nie ma dziś w Polsce bardziej skutecznego narzędzia do paraliżowania umysłów niż – modnie tak nazywany – „paradygmat modernizacji”. Jego rzecznicy zaczynają i kończą na tym, że Polska jakoś tam (choć naturalnie za wolno) się unowocześnia. W tym marszu naprzód nie są w stanie przeszkodzić ani relikty PRL, ani prawicowi populiści.

Nieprzebranej listy przykładów zasygnalizowanego tu umysłowego zablokowania dostarcza lewica. W swoim czasie (kiedy musiała przekonywać światłą opinię, że jest demokratyczna), chętnie nawiązywała ona do tradycji niepodległościowych. Jej liderzy – nie zważając, iż ekipy walczącej prawicy starały się ich do tego zniechęcić – przyłączali się gorliwie do obchodów rocznic patriotycznych. Udzielając wywiadów, zaznaczali respekt dla osiągnięć II Rzeczypospolitej. Bardziej typowa dla obecnego stanu lewicy wydaje się jednak postawa Robinsona Crusoe świata nowoczesnego. Bohater ów wylądował pechowo na zapomnianej przez historię wysepce o nazwie Polska. Stara się ją możliwie najwierniej upodobnić do swojej prawdziwej ojczyzny. Słysząc podania o jej przeszłości, irytuje się na wszystkie ich wątki, które ocenia jako niezgodne z nowoczesnością albo wręcz jej przeciwne. Prowadzi to do zachowań, które w Europie byłyby średnio na miejscu. Trudno bowiem wyobrazić sobie lewicowego publicystę francuskiego, który – wskazując jak najbardziej trafnie, że III Republika przed rokiem 1914 w szeregu punktów nie odpowiadała jego ideałom – wydawałby z siebie okrzyki w stylu: „Ależ ci Niemcy popędzili od Renu nad Marnę! Precz z beznadziejnymi dowódcami, Fochem i Nevillem, nie mówiąc o Petainie! To już Moltke i Schlieffen byli lepsi, bo przynajmniej coś potrafili”. A niemal dokładnie tak przypomniał kampanię wrześniową i ówczesnego naczelnego wodza polskich sił zbrojnych, Rydza-Śmigłego – piórem bodajże Bartosza Machalicy – lewicowy „Przegląd”.

Historyczne demaskacje swojego kolegi z łamów uzasadnił tam socjolog Piotr Żuk. W jego przeświadczeniu, głównym zagrożeniem dla modernizacji Polski jest nacjonalizm. Idźmy dalej. Zajmując się lokalną przeszłością, powinno się zatem ukazywać względnie przychylnie tylko te jej wątki, które pasują do nowoczesności w jej obecnej fazie. Resztę – w tym dylematy z okolic 11 listopada – trzeba w najlepszym jeszcze wypadku skrajnie uprościć. Albo nawet – poddać egzorcyzmom.

O właśnie. Nie mogę pojąć, dlaczego – ustanowioną wszak przez sanację – rocznicę odzyskania niepodległości upodobali sobie naśladowcy przedwojennego Obozu Narodowo-Radykalnego. Przecież według ich mistrzów, „brygadier” Piłsudski, który tego historycznego dnia opuścił więzienie w Magdeburgu pod eskortą hrabiego Kesslera, do odbudowy Polski nie wniósł absolutnie niczego. Przeciwnie. Swoją niedowarzoną wyprawą na Kijów zmusił Matkę Boską do pospiesznego ratowania nas specjalnym cudem nad Wisłą. Dzisiejszy ONR nie tylko dla społeczeństwa obywatelskiego i demokracji liberalnej, ale nawet dla skromnego patrolu policyjnego stanowi niebezpieczeństwo w stopniu zerowym. O ile wybory i działania ONR-owców są bez sensu, to determinacja, z jaką – zamiast spędzić dłuższy weekend na działce – do walki z ONR wzywają na ulicy medialne autorytety, Halina Bortnowska i Seweryn Blumsztajn, też nie daje się racjonalnie uzasadnić.

Szlakiem wskazywanym słowami Bortnowskiej i Blumsztajna maszerują grupki lewicowe. Kiedy Guliwer spuszcza manto jednemu szczepowi liliputów, maleńcy wojownicy ze szczepu konkurencyjnego biegną do jego kostek u nóg z całkowicie niepotrzebnym wsparciem. „A ja też mogę, Panie Wielki? – woła nieszczęsna niszowa istotka – zaraz popędzę Twoich wrogów, gdzie raki zimują!”. Inne, bardziej radykalne liliputy odgrażają się, iż za rok nawet bez Guliwera poradzą sobie z ONR-owskimi wysłannikami złego ducha. I wreszcie, liliputy ekstremistyczne piszczą, że Guliwera w ogóle nie lubią, lecz jego adwersarzy rozgromią swoją drogą.

Do głowy im wszystkim nie przyjdzie, że takim wyborem celu natarcia degradują swoją opcję do roli ochotniczej rezerwy (ewentualnie kiepsko zmotoryzowanych odwodów) regularnej policji jedynie słusznego społeczeństwa nowoczesnego. Wolą też nie wiedzieć, że kontestacja w ich wydaniu dosłownie po orwellowsku zamienia się w służalstwo wobec najsilniejszej obecnie struktury władzy (to jest, oczywiście, liberalnych mediów). I niczego tu nie zmienią legendy o rycerzach w czerwonych zbrojach, których podobno dopadł i uwięził policyjny smok.

Aktualna praktyka polityczna okazuje się równie nędzna, jak historyczna świadomość.

Jacek Zychowicz

(ur. 1963) – dr nauk filozoficznych (autor pracy doktorskiej o Stanisławie Brzozowskim), polonista, tłumacz, muzykolog-amator, wykładowca akademicki, publicysta. Publikował m.in. w „Dziś”, „Trybunie”, „Nowym Tygodniku Popularnym”, „Myśli Socjaldemokratycznej”, „Wiadomościach Kulturalnych”, „Polityce”, „Przeglądzie Tygodniowym”, „Twórczości”, „Sztuce”, „Życiu” i „Europie”. Autor książki „Mieszanka wybuchowa. Felietony i powiastki ze świata jednowymiarowego”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>