Nie kłócić się?

W rzeczywistości bowiem Polacy nienawidzą sporów – szczególnie agresywnych. Bezlitośnie pokazują czerwoną kartkę tym kandydatom na swoich przewodników, którzy wywołują potępiane przez nich konflikty. Tymińskiego, Macierewicza, braci Kaczyńskich z pierwszej dekady III RP, Leppera i wielu innych uśmiercił między innymi zarzut dzielenia i skłócania. Nawet Wałęsa, kiedy miał jeszcze legendę i charyzmę, obronił się przed nim jedynie z wielkim trudem.

Doskonale natomiast znają zbiorowość, którą chcą rządzić, liderzy Platformy. Nieprzerwanie obiecują jej spokój i stabilizację. Za tę ofertę byli dotychczas hojnie wynagradzani. Nic więc dziwnego, że Włodzimierz Cimoszewicz, wspierając Bronisława Komorowskiego już przed pierwszą turą wyborów, wychwalał go jako kandydata, który zapewni „oddech” i… No właśnie, spokój.

Ten odłam lewicy, który wskakuje na Platformę trochę bardziej dyskretnie niż Cimoszewicz, również wyklina konflikty, nie mówiąc o awanturach. Grzegorz Napieralski twierdził nawet w swoich programach wyborczych, że za dużo jest u nas „polityki w polityce”. Widocznie obiło mu się o uszy, że – według popularnego ostatnio Carla Schmitta – istotą polityki jest walka (i to na śmierć i życie). Żeby Polacy nie musieli się bać takich bojowych widowisk, postanowił więc politykę odpolitycznić. Naród, który go wcześniej prawie nie zauważał, odpłacił mu za tę troskę rosnącymi słupkami notowań sondażowych.

Popularność – w dodatku na wyższym szczeblu rywalizacji – zyskiwał również stary polityczny wojownik, Jarosław Kaczyński. Uśmiechnięcie się do niego sporej części dotychczas niechętnej mu opinii zawdzięczał on jednak okrzyczanej zmianie wizerunku. Obecny Kaczyński nie dzieli, tylko jednoczy, nie zapala wici, lecz kończy wojnę polsko-polską. Wyobraźmy sobie, że prezydencki kandydat PiS-u (na co liczyli niektórzy jego entuzjaści) po 10 kwietnia stanąłby na czele ruchu protestu przeciw establishmentowi, mediom oraz niejawnym, wewnętrznym i zewnętrznym uwikłaniom polskich elit politycznych. Sądzę, że maksimum poparcia, na które mógłby liczyć, wyniosłoby 20%.

Dlaczego Polacy tak znienawidzili kłótnie? Kiedyś podobno się w nich lubowali. Mieliśmy przecież liberum veto, rżnięcie się szablami na sejmikach, najazd księcia Wiśniowieckiego na Sejm w tysiące koni… „Tak było po śmierci Augusta Wtórego: ci bili Sasów, owi bili Leszczyńskiego (…) No i cóż to szkodzi?” – pytał Starosta w „Powrocie posła”.

Komentatorzy oficjalni sugerują, że – na przekór reanimowanym tu i ówdzie żałobnym rytuałom cywilizacji śmierci – społeczeństwo rozstaje się ze swoją żałobną przeszłością. Lecz nowoczesność żyje przecież konfliktem. Dotyczy to również jej aktualnej fazy, która budzi podejrzenia o dekadencką schyłkowość. Najbardziej zdeterminowana część obozu pokonanego w amerykańskich wyborach prezydenckich Alberta Gore’a, powołując się na prawdziwe czy rzekome nieprawidłowości w liczeniu głosów, upierała się odmawiać George’owi W. Bushowi tytułu głowy państwa, nazywając go jedynie „gubernatorem” (którym był przed zwycięstwem z listopada roku 2000). W ogóle, Amerykę za dwóch kadencji Busha rozdzierał front wojny politycznej i kulturowej. Czy był on aż tak bardzo głęboki?

Załóżmy, że w stanie Floryda wygrał Gore. Atak na World Trade Center przypuszczalnie i tak by nastąpił. Wówczas demokratyczny prezydent musiałby zaatakować Afganistan. Choćby w tym celu, żeby uporać się z oskarżeniami republikańskiej opozycji, że jego partia tradycyjnie radzi sobie słabo z ochroną bezpieczeństwa kraju. Niewystarczające sukcesy w górzystych okolicach Kabulu skłoniłyby Biały Dom i Pentagon do podjęcia operacji w jeszcze innym rejonie Bliskiego Wschodu. Na jej teren prawie na pewno wybrano by Irak, który został trwale osłabiony w trakcie pierwszej wojny nad Zatoką Perską, a więc nie odstraszał groźbą nazbyt silnego oporu. Różnica między Gorem a Bushem polegałaby najwyżej na tym, że doradcy tego pierwszego – w przeciwieństwie do neokonserwatystów – mniej by mówili o geopolityce, a więcej za to o kwestiach humanitarnych.

Współczesna demokracja imituje więc konflikty, dając przez to swoim uczestnikom miłe złudzenie, iż – nie bez udziału ich kartek wyborczych oraz reakcji w ankietach – coś się dzieje, a nawet zmienia. U nas tymczasem łagodzi się podziały. Wyrafinowani obserwatorzy lubili się krzywić, że przeciwieństwa między PO a PiS-em są sztucznie wyolbrzymiane. I tego jednak, co je naprawdę lub z pozoru stawiało w ostrej opozycji, okazało się za wiele. Zapiekłym wrogom „kaczyzmu”, względnie „Bronka Wpadki”, zabrakło solidniejszego pożywienia, którego nie zastąpią doraźne starcia personalne.

Może Polacy tak łakną modernizacji, że pędząc do niej, nie chcą tracić czasu na kopanie się po kostkach? Niechęć większości do konfliktów wydaje się jednak objawem nędzy, a nie rosnącego bogactwa. Tak zwany zwykły człowiek ma czego się bać. Powodów do strachu znajdzie dostatecznie wiele na poziomie swej firmy czy obowiązkowych płatności. Dlatego nie chce wstrząsów na politycznej górze. Nie będzie się zatem kłócił na ulicach o wyjaśnienie przyczyn katastrofy smoleńskiej. Prędzej napisze do Internetu, że czego jak czego, ale wojny z Rosją to on sobie nie życzy. Spory o kwestie bliższe jego ziemi i kieszeni też go nie wciągną.

Dyktowane strachem pragnienie spokoju zaznacza się również na przeciwnym biegunie rzeczywistości społecznej. Kręgi prominenckie zawsze wyolbrzymiały irytujące je niebezpieczeństwo oddolnego protestu. Dlatego Jacek Kuroń (o czym można przeczytać w „Zwierzeniach zausznika” Waldemara Kuczyńskiego), będąc ministrem pracy w rządzie Mazowieckiego, reagował postulatami wprowadzenia stanu wyjątkowego oraz „ręcznej kontroli w telewizji” na pierwsze strajki przeciw „naszemu rządowi”. Podobnie, w optyce tych samych obserwatorów, ponad miarę rosła siła Samoobrony.

Nie jest przypadkiem, że pierwsze histeryczne ostrzeżenia przed „dzieleniem rodzin” i „skłócaniem Polaków” popłynęły kanałami propagandy oficjalnej jesienią roku 1981. Wtedy właśnie runęła stabilizacja PRL-owska. Natomiast w okresie transformacji ustrojowej tym głośniej wzywano do spokoju, w im mniejszym stopniu zapewniano jego realne przesłanki. Hasło „Nie kłóćmy się” pasożytuje na pokładach społecznej nerwicy lękowej.

Jacek Zychowicz

(ur. 1963) – dr nauk filozoficznych (autor pracy doktorskiej o Stanisławie Brzozowskim), polonista, tłumacz, muzykolog-amator, wykładowca akademicki, publicysta. Publikował m.in. w „Dziś”, „Trybunie”, „Nowym Tygodniku Popularnym”, „Myśli Socjaldemokratycznej”, „Wiadomościach Kulturalnych”, „Polityce”, „Przeglądzie Tygodniowym”, „Twórczości”, „Sztuce”, „Życiu” i „Europie”. Autor książki „Mieszanka wybuchowa. Felietony i powiastki ze świata jednowymiarowego”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>