Terror zgodę buduje

·

Terror zgodę buduje

·

Jakie skutki wywołuje morderstwo na pracowniku biura opozycyjnego polityka? W kraju względnie demokratycznym, przyniosłoby ono zapewne nasilenie krytyki zwróconej przeciw władzy, któremu towarzyszyłby antyrządowy zwrot w nastrojach społecznych.

W Polsce tymczasem odpowiednio sterowane reakcje opinii publicznej na szokujący akt przemocy umacniają wymuszoną jednomyślność, zgodnie z którą monopolistycznie panująca Platforma ma zawsze rację.

Gdy zatem społeczeństwo cieszy się „postpolitycznym” spokojem, wdzięczność za to należy się, oczywiście, rządowi i – od niedawna – także prezydentowi. A jeśli następuje rozlew krwi? W takim wypadku, konsument oficjalnej propagandy (bo tak nie od dziś trzeba nazywać przekaz głównych komercyjnych stacji audiowizualnych, wysokonakładowych dzienników, a teraz również publicznej telewizji i radiofonii) otrzymuje starannie ułożoną serię sygnałów. Oblicze premiera, informującego w Sejmie o zbrodni łódzkiej, sugerowało, że się martwi tym, co się u nas dzieje. Prezydent zaprosił natychmiast liderów wszystkich klubów parlamentarnych – nie pomijając tego, który zbojkotował jego inaugurację – na pełne troski rekolekcje. Zauważył ponadto, że walkę z nienawiścią każdy musi zacząć od siebie.

Obserwatorzy ze szczątkowych mediów opozycyjnych – a przede wszystkim J. Kaczyński w Sejmie – zwrócili uwagę, że zakrwawionej Łodzi nie byłoby bez opiniotwórczej Warszawy. Dokładniej: 19 października można było zabić Marka Rosiaka dlatego, że był on związany z taką opozycją, którą od lat zohydzano aż do granicy odczłowieczenia.

Kaczyński oraz jego nieżyjący brat – jeśli ogląda się ich przez okulary propagandy – dosłownie zmieniają się w oczach. Z pewnego punktu widzenia, są oni postaciami niemalże wszechmocnymi. Już kilka razy przecież, licząc od roku 1990, o mały włos nie obalili demokracji. Skompromitowali też Polskę do tego stopnia, iż cały świat się z nas śmieje. Ale zarazem to nieudacznicy, którym trudno wyliczyć, ile razy przegrywali wybory. Tak czy owak, trzeba ich nienawidzić. A może nawet – od emocji przejść do czynów. Co też i od pewnego czasu miało miejsce: w pewnym opatrzonym niestosownym symbolem punkcie przy pałacu prezydenckim czy właśnie w łódzkim biurze poselskim.

Seanse nienawiści, jednakże, stanowią dopiero jedną stronę medalu. W ofercie Platformy uzupełnia je obrzydliwie sentymentalna i nawet (co dziwne u patronów bojówek, powołujących się na państwo świeckie i antyklerykalizm) świętoszkowata bita śmietana, czy może raczej – przesłodzony „shake”.

Wiadomo, że 10 kwietnia przed południem marszałek Komorowski nie czekał na potwierdzoną informację o śmierci Lecha Kaczyńskiego, żeby przejąć po swym poprzedniku tyleż obowiązki, co – archiwa jego kancelarii. Później na plotkarskich portalach pojawiło się zdjęcie tej samej osobistości, która – odbierając trumny ze Smoleńska na polskim lotnisku – uśmiechała się radośnie. Trudno zresztą oczekiwać, by L. Kaczyńskiego szczerze opłakiwali ci, dla których dyskredytowanie go było niemalże rdzeniem ich strategii marketingowej. Ciekawsze, iż mniej więcej przez miesiąc (pokrywający się z przymusowym urlopem J. Palikota) wymienieni trzymali się z dala od retoryki ataków na „manię żałobną”, „kult śmierci” i „romantyzm martyrologiczny”. Czołowe persony PO odfajkowywały nie co innego, jak żałobę, którą tak gardzą ich quasi-intelektualni akolici. Identyczny schemat zachowań powtórzył się w świąteczne dni tygodnia, w którego centrum znalazł się krwawy wtorek 19 października. Rezygnując chwilowo z serwowania mocnego koktajlu nienawiści, przez jakiś czas podaje się mdłego „shake’a” narodowej zgody.

Po drugiej turze wyborów prezydenckich było już – z punktu widzenia establishmentu – całkiem dobrze. Jarosław Kaczyński nie został następcą brata. Komentatorzy ćwiczyli miły dla nich temat: czy lider PiS zrozumiał, że swój „niezły wynik” zawdzięcza staraniom o „ucywilizowanie”? Lecha Kaczyńskiego przywoływano właściwie już tylko w kontekście tropienia, kto wysłał dyrektora Kazanę i gen. Błasika do kokpitu pilotów. Niestety, pod pałacem prezydenckim wciąż znajdowały się relikty masowej niegdyś żałoby.

Do ich spacyfikowania wystarczyłby prosty zabieg socjotechniczny. Co szkodziło obiecać obrońcom krzyża jakąś skromną formę upamiętnienia prezydenta, do którego byli tak przywiązani? W takim wypadku, uniknięcie konfliktu okazałoby się dziecinnie łatwe, a sam krzyż zapewne stałby do dzisiaj, nikomu nie przeszkadzając. Niestety, w propagandowym jadłospisie obozu władzy nadszedł czas na koktajl o podniecającym smaku.

Unikając stawiania kropek nad „i”, trudno nie przyznać, że władzy mogło zależeć na przejściu od zgody do nienawiści. Opozycja podczas kampanii prezydenckiej dowiodła pewnych zdolności do mobilizowania poparcia społecznego, a jednocześnie uwolniła się w pewnej mierze od piętnujących ją etykietek. Wojna o krzyż umożliwiła nawrót do pędzenia jej pod pręgierz.

Obiegowe sądy o polskiej rzeczywistości są na ogół wywróceniem na opak stanu rzeczywistego. Na przykład, niestrudzenie odkrywa się rewelację, iż J. Kaczyński przed turami wyborczymi próbował zmienić swój wizerunek. Tymczasem w pierwszym rzędzie należało zauważyć coś bardziej niezwykłego: kandydat opozycji w ogóle mógł zaprezentować, iż jakoś wygląda i ma coś do zakomunikowania. Mógł się na to poważyć, gdyż „polowanie na kaczki” nie w pełni jeszcze odzyskało impet po żałobnej fazie ochronnej.

Gazetom czy stacjom wolno, rzecz jasna, sympatyzować z pewną partią kosztem innej. Cywilizowany konflikt w ramach demokracji kończy się jednak w momencie, gdy te sympatie całkowicie pożerają opis faktów. Kto wie, iż pod rządami J. Kaczyńskiego nie założono ani jednego nielegalnego podsłuchu? Czemu się nie stwierdza, że CBA musiało spróbować zatrzymania Barbary Blidy tylko dlatego, iż w III RP niedrożne są procedury pociągania do odpowiedzialności polityków, którzy podjęli działania społecznie szkodliwe? Gdyby nasze państwo sprawniej się z nimi rozliczało, byłej minister nie groziłoby ani wkroczenie funkcjonariuszy, ani nawiązanie kontaktu ze śląskim odgałęzieniem mafii, które je spowodowało. Odbywałaby bowiem karę za przeforsowanie ustawy, przewidującej eksmisje lokatorów bez zagwarantowania im lokalu zastępczego.

Polski język publiczny zawsze był powierzchowny, jednostronny i zakłamany. Jego użytkownicy zbyt łatwo ulegali naciskom – z różnych zresztą stron – by mógł wypadać lepiej. Ale zszedł on śmiertelnie dopiero po korzystnych dla PiS wyborach parlamentarnych i prezydenckich z roku 2005. Jasne – ożywi się nasz kibic – wtedy przecież Kaczyńscy zaczęli budować autorytarne państwo policyjne. Nic podobnego. Sieć niejawnych powiązań i ośrodków wpływu, której decydenci przestraszyli się znienawidzonych bliźniaków może nawet trochę na wyrost, przestała udawać, że kocha demokrację. Sięgnęła więc po metody… policyjne i autorytarne. Odtąd kłamstwo upowszechnione bez krytycznego sprzeciwu prowokuje następne, jeszcze gorsze. Tak samo jest z manipulacją. I od pewnego czasu – z przemocą.

Zarówno skopanie na śmierć jednego z „tak zwanych obrońców krzyża”, jak wtłoczenie w kołnierz ortopedyczny szyi innego przeszło bez wrażenia. Między innymi dlatego musiał wydarzyć się 19 października. Czym innym miał obrodzić równie długotrwały, co bezkarny terror wobec grupy, która – przypominając konstytucyjny zapis o swobodzie praktyk religijnych – wyrażała publicznie swoje przekonania? Czemu w jego obliczu milczeli ludzie powołujący się na tradycję myśli oświeconej? Jedna z jej świętych zasad mówi przecież: nienawidzę twoich poglądów, ale umrę za to, żebyś miał prawo do ich głoszenia.

Podając garść przecieków o sylwetce łódzkiego mordercy, „Gazeta Wyborcza” nazwała go „kapusiem” i „cinkciarzem”. Dowiedzieliśmy się ponadto, że już w czasach, gdy po dokument paszportowy trzeba było wędrować do komórki MSW ze świecką pielgrzymką, modlitwą błagalną i nierzadko ślubem wiernej służby, Ryszard C. podróżował sobie po Kanadzie. Nietrudno też się domyślić, dla kogo trzeba było pracować, żeby za późnej PRL spokojnie handlować walutą.

Dość ordynarne przezwisko „kapuś” chyba zaplątało się omyłkowo na łamy „GW” z jakiejś „Naszej Polski”. Wprowadźmy tu korektę: Ryszard C. był współpracownikiem legalnie istniejących służb uznawanego przez cały świat państwa o nazwie Polska Rzeczpospolita Ludowa. On, jego koledzy i szefowie zostali poddani nagonce przez „brunatniejący” reżim PiS-owski, który wykorzystał ich na swoje kozły ofiarne.

Ludzie służb starego reżimu nie strzelali po upadku świata, którego bronili, robiąc w nim przy okazji pokątne interesy. Ich powściągliwość nie zaskakuje. Przyjazny im ład przestał istnieć, a w nowym mogli się zagospodarować tylko pod warunkiem, że jego prominenci łaskawie ich przygarnęli.

Po dwudziestu latach pogodzili się z III RP, która odwdzięczyła im się akceptacją. Pisma, których byli czytelniczym „targetem” („NIE”, „Fakty i Mity”, „Przegląd”) ostrzegały jednak, że uwziął się na nich ktoś zarazem nieudaczny i potworny. Lada chwila będą ścigani, ujawniani, dyskryminowani, represjonowani i zsyłani. Na dobitkę pozbawi się ich emerytur, skazując na śmierć głodową. Ale tak się szczęśliwie składa, że złe siły, które przyszykowały takie niecne plany, są ogólną zakałą. Chcą (język współczesny łatwo pomieszać z mową lat ich młodości) upiec swoją pieczeń na brudnej grze politycznej. Rękę, która podnosi się na władzę, trzeba odrąbać. Niestety, rządzący – tak, jak kiedyś tłukli na powielaczu nudne gazetki – tak i obecnie ograniczają się do gadania. Za to my, fachowcy, potrafimy coś robić. Przebój epoki narodzin Trzeciej Rzeczypospolitej, „Psy”, nabiera nieoczekiwanej aktualności.

Media establishmentowe, zamiast wyklinać Jarosława Kaczyńskiego, powinny mu przyznać spóźnioną nagrodę za przenikliwość. Gdyby „kapitanom Stopczykom”, „Franzom” i „Olom” bez szaleństw, ale stanowczo uzmysłowiono w porę, że zabawa w politykę i większy biznes się dla nich skończyła – jak tego właśnie życzyły sobie PiS czy Porozumienie Centrum – to wątpliwe, czy Ryszardowi C. zaświerzbiałaby teraz ręka.

„Kaczce” nie może jednak się trafić ziarenko słuszności. Dlatego w medialnej prezentacji Ryszarda C. jego tożsamość dziwnie się zaciera. Nie jest on już człowiekiem o konkretnej przeszłości, tylko raczej sfrustrowanym anarchistą. Do ostrego strzelania skłoniło go podobno „ogólne rozczarowanie polityką”. Coraz rzadziej się przypomina, iż w pierwszych słowach po zamachu oświadczył z dumą, że chciał zabić Kaczyńskiego, w czym przeszkodził mu jedynie „za mały pistolet”. Podkreśla się za to, że – co miał ustalić minister Jerzy Miller – kilka miesięcy krążył po kraju, szukając odpowiedniego celu.

Outsidera Ryszarda C. kreuje się na bliźniaczą kopię dobrze znanego gracza z politycznej pierwszej ligi. On i Jarosław Kaczyński tak samo nienawidzą. Wprawdzie lider PiS strzela tylko słowami, ale nimi właśnie rozpętuje wojnę polsko-polską, która hoduje szaleńców z bardziej bezpośrednio działającą bronią. A zatem winny zamachu jest ten, przeciw komu go dokonano.

Do przerażających rysów obecnych stosunków należy obyczaj psychiatrycznego dyskwalifikowania przeciwników. Nie polega to jedynie na stylu. Do szpitala dla umysłowo chorych trafia się już za udział w demonstracji politycznej. Kiedy oficjalna debata przypomina dom wariatów, do pokoju bez klamek pasuje właśnie ten, kto ma jeszcze odwagę to widzieć i głośno stwierdzić.

Konia z rzędem temu, kto wskaże, gdzie i kiedy Kaczyńscy okazali się ekstremistami. Z plagą korupcji walczy się wszędzie. Lustrację i dekomunizację przeprowadzono we wszystkich krajach postradzieckich, które chociaż udawały, że starają się jakoś wpisać w porządki demokratyczne. Twarde negocjacje z partnerami w Unii prowadzi się w niej powszechnie. I tak dalej.

A jednak wiara w ekstremizm Kaczyńskich wydaje się nie do przełamania. Kogo magicy propagandy nie uwiodą męczeństwem Blidy, tego złapią na wędkę insynuacji, że „Jarek” pcha się do władzy na trumnie brata lub pod sutanną proboszcza. W tej paranoicznej atmosferze trudno liczyć na opór wobec ewidentnie skrajnych przekonań, którymi coraz śmielej posługuje się rzekome centrum. Prezydent, który zginął tragicznie, służyłby demokratycznej społeczności o przeciętnie przyzwoitych standardach jako naturalny układ odniesienia. Ludziom wspominającym go w przestrzeni publicznej gratulowano by korzystania ze swoich praw w dobrej sprawie. Jak z tym jest w Polsce – wiadomo.

Kiedyś władca Teb, niejaki Kreon, zlecił oddać zwłoki swego wroga politycznego na żer dzikich psów i drapieżnych ptaków, oszczędził jednak tamtemu utopienia jego pamięci w powodzi wrzasku i taniego napoju wyskokowego. Dzięki temu, uratował swe państwo przed skrajnymi postaciami anomii moralnej, która dokucza naszemu krajowi z winy jego establishmentu. Na Krakowskim Przedmieściu idzie się do knajpy na „zimnego Leszka” i skanduje „Bronek! Bronek!” w trakcie minuty ciszy. Złamawszy jedno z najmocniejszych tabu cywilizacyjnych, łatwo uporać się ze słabszymi normami. Starszy człowiek, który wystaje godzinami na ulicy, pracuje zapewne mało lub wcale. Musimy więc utrzymywać go z naszych podatków. Pięść bojówkarza i laptop budżetowego reformatora powinny ten problem „rozkminić”.

W krajach, w których dochodzi do spektakularnej katastrofy, systematycznie popełnianych aktów bezprawia czy wreszcie zamachu, rzecznicy opinii publicznej stawiają władzy niewygodne pytania. U nas podrabiane kopie takich trybunów ludu upominają, że o nic nie wolno pytać, gdyż to objaw choroby psychicznej. I tak, z lęku przed „psychiatrykiem”, musi się w nim żyć.

Obłudna zgoda i przemoc są uzupełniającymi się biegunami tego samego psychiatrycznego ładu. Wmawia się nam, że nie warto popierać opozycji, bo i po co. Mamy przecież wolność, demokrację i państwo prawa. Czasem jednak, aby obronić wyżej wymienione wartości, musi się występować – bywa, że twardo – przeciw skrajnej opozycji, która destabilizuje kraj. Zgodnie z tą logiką, kilkutysięczne demonstracje zagrażają porządkowi demokratycznemu. Natomiast terror wobec mniej poprawnych politycznie demonstrantów wcale tym nie grzeszy. „Ile palców widzisz, Winstonie?”

Mentalność totalitarna w pełnym rozkwicie – oraz doganiająca ją tu i ówdzie praktyka – przyszła z innej strony niż od lat przestrzegali dyżurni wieszczkowie. Z kręgów rządzących, a nie opozycyjnych, z liberalnego środka – a nie z prawej skrajności. Naturalnie, paszporty wciąż mamy w szufladach, a w sklepach pełno towarów, na które coraz trudniej zarobić. Pewnie więc na tej normalności należy się skupić. Tylko że… – „Zapewniłem krajowi spokój” – chwalił się król u Schillera. – „Ale to spokój cmentarza” – odpowiedział mu dysydent. Po 19 października brzmi to aktualnie aż do bólu.

Dział
Nasze opinie
komentarzy
Przeczytaj poprzednie