Czas na małe „es”?

Jeśli Piotr Duda spełni obietnice, „Solidarność” stanie się normalnym związkiem zawodowym. Zajmie się pracownikami, nie prawicą.

Zakończony niedawno XXV zjazd delegatów NSZZ „Solidarność” przyniósł raczej nieoczekiwane zwycięstwo Piotra Dudy w starciu o stanowisko lidera Związku. Pozycja jego rywala, Janusza Śniadka, wydawała się dość mocna, w czasie poprzedniej kadencji nie popełnił większych błędów, można też mówić o stosunkowo dobrej kondycji „Solidarności”. Pozostaje ona nie tylko związkiem największym, ale i jedynym dynamicznym. Dość licznie powstają nowe komisje zakładowe – i to często w prywatnych firmach – ale i działania ogólnopolskie nabrały nowej jakości, zgodnej z duchem czasu, czego przykładami są kampanie społeczne „Czy IKEA jest OK?” (prawa pracowników ochrony z firm zewnętrznych) i „UśmiechniętaKasjerka.pl” (warunki pracy w sieciach handlowych). Gdy OPZZ wydaje się pogrążony w biurokracji i marazmie, a związki małe, jak „Sierpień ’80”, spalają się w bezproduktywnym „radykalizmie” i niszowym politykierstwie, „Solidarność” jako jedyna wydaje się mieć przynajmniej zalążki pomysłu na działanie skuteczne. Skuteczne, czyli zdolne pomóc pracownikom konkretnych branż, jak i zainteresować opinię publiczną problemami grup zawodowych czy wręcz całego świata pracy.

Oczywiście pewne rzeczy można zapewne było zrobić lepiej, ale w kontekście stale malejącego uzwiązkowienia, przy wciąż istniejącej chamskiej nagonce liberalnych mediów na związki zawodowe, przy trwającym od kilku lat kryzysie gospodarczym – kadencję Janusza Śniadka można uznać za całkiem udaną. Stąd też zwycięstwo Piotra Dudy jest nieco nieoczekiwane, aczkolwiek być może zwiastuje ono bardzo pozytywną tendencję. Wydaje się, że Śniadek padł ofiarą procesu, który lapidarnie opisuje powiedzonko o rewolucji pożerającej własne dzieci. Przed laty, przejmując fotel lidera po Marianie Krzaklewskim, zapoczątkował proces częściowego odpolitycznienia „Solidarności” i skoncentrowania się na tym, czemu związki zawodowe służyć z definicji powinny – na obronie interesów swoich członków i dbałości o jak najlepsze warunki dla ogółu pracowników najemnych.

Nie był jednak Śniadek w tej postawie konsekwentny, a niedawne wybory przegrał z kandydatem, który o zwycięstwo ubiegał się pod hasłami znacznie silniejszego niż dotychczas zerwania z zajmowaniem się przeszłością, „etosem” i polityką. W zamian zapowiedział skoncentrowanie się na teraźniejszości: na rozwiązywaniu bieżących problemów pracowników najemnych, na stworzeniu takiego związku, który będzie atrakcyjny dla młodszych pokoleń, a także na zmianach struktury organizacyjnej „Solidarności”, aby była lepiej dostosowana do wyzwań, jakie stwarza dynamiczna i niełatwa sytuacja współczesnego rynku pracy. Słuchając deklaracji Piotra Dudy, aż chciałoby się powiedzieć: nareszcie.

„Solidarność” jest specyficznym przypadkiem organizacji, która swojej historii zawdzięcza chyba tyle samo atutów, co i „kul u nogi”. Wywodząc własną przeszłość ze szlachetnego masowego ruchu zrodzonego w sierpniu roku 1980, może przedstawiać się w pięknych barwach, o co trudno zarówno w przypadku OPZZ-u, powołanego w stanie wojennym, jak i w przypadku związków niewielkich, które są – zazwyczaj słusznie – kojarzone z ambicjami i prywatnymi interesami rozmaitych watażków. Dawnym wydarzeniom zawdzięcza też „Solidarność” bardziej wymierny atut, jakim jest zwarta struktura Związku, podzielonego na regiony, nie zaś na branże – jest jednolitą całością, nie zaś zlepkiem sfederowanych podmiotów, jak OPZZ czy Forum Związków Zawodowych.

Ten medal ma jednak również drugą stronę. Historia „Solidarności” zawiera wiele poważnych błędów czy poczynań wątpliwych moralnie. Nawet okres „mityczny”, dotyczący czasów opozycji antykomunistycznej, nie jest wcale taki piękny, jak przedstawiają to liderzy Związku przy okazji rocznicowych obchodów. „Solidarność” została bowiem u schyłku „komuny” reaktywowana w oparciu o pewien „mord symboliczny”, jakim było odtworzenie władz i struktur w oparciu o pretorianów Wałęsy, przy lekceważeniu ostatniej legalnej i posiadającej powszechny mandat władzy Związku, czyli Komisji Krajowej wybranej przed stanem wojennym. Dlatego w nowy ustrój „Solidarność” wkroczyła bez sporej części historycznych liderów, jak choćby Andrzej Gwiazda czy Marian Jurczyk.

Ale chyba nie to jest najgorsze. Przede wszystkim specyficzna przeszłość „Solidarności”, jako tyleż związku zawodowego, co ruchu społecznego, sprawiła, że przez lata – nierzadko aż do dziś – w jej łonie funkcjonowało mnóstwo osób, które były zapewne szczerymi antykomunistami i wiernymi adeptami etosu „styropianowego”, natomiast ani trochę nie były działaczami związkowymi i wyznawcami etosu obrony pracowników. Na „etos Sierpnia” mogą się powoływać nie tylko skrajni liberałowie, jak Balcerowicz, Tusk czy Lewandowski, których na szczęście z „Solidarnością” nikt nie kojarzy już od dawna. O wiele dłużej byli z nią kojarzeni ludzie, których z każdego normalnego związku zawodowego powinno się wyrzucić na zbity pysk i jeszcze mocno kopnąć na pożegnanie.

Lista takich postaci jest długa, mnie szczególnie zapadł w pamięć niejaki Marek Kempski, swego czasu przewodniczący Regionu Śląsko-Dąbrowskiego. Facet ten, stojący na czele regionalnej struktury, w której niemałą część bazy członkowskiej stanowią górnicy, zapisał się w historii światowego absurdu tym, że w mediach wychwalał politykę Margaret Thatcher wobec ich brytyjskich kolegów. Polityka owa polegała na likwidacji w ciągu zaledwie kilku lat ponad 120 tysięcy miejsc pracy w górnictwie, a ostatecznie na całkowitej likwidacji tej branży w Anglii. Tacy ludzie jak Kempski są właśnie spadkiem „Solidarności” z czasów, gdy mniej była związkiem zawodowym, bardziej zaś ruchem antykomunistycznym. Było ich przez lata w Związku sporo, choć powinni być raczej w UPR-ze.

To właśnie uwikłanie Związku w przeszłość sprawiło, że popełniał on kolosalne błędy. Najpierw rozłożył słynny „parasol ochronny” nad „naszym rządem” w pierwszych, kluczowych latach transformacji ustrojowej. Efektem było nie tylko bezrobocie i likwidacja wielu zakładów pracy (czyli podkopywanie własnej bazy członkowskiej), ale także łatka związku zawodowego, który nie broni pracowników, lecz sprzyja antypracowniczym posunięciom władzy i pracodawców. Przede wszystkim jednak taka postawa oznaczała zgodę na neoliberalny model przeobrażeń ustrojowych – i to w czasie, gdy istniały jeszcze szanse, aby wybrać alternatywną ścieżkę.

Gdy „Solidarność” w końcu wypowiedziała posłuszeństwo „naszemu rządowi”, uczyniła to nie tyle w imię obrony interesów pracowniczych, co w ramach zwrotu w prawo. Walczyła nie tyle z Balcerowiczem, co z Suchocką, nie tyle o prawa pracowników i prospołeczny model gospodarczy, lecz o zakaz aborcji, przeprowadzenie lustracji i z urojonym spiskiem elit przeciwko Kościołowi, narodowi, wartościom chrześcijańskim itp. Zamiast być skuteczną reprezentacją interesów pracowniczych – stała się główną siłą w obozie antykomunistycznej prawicy.

Nie chodzi bynajmniej o to, że organizacje pracowników nie powinny angażować się w politykę – mrzonką jest wizja apolitycznych związków zawodowych. Jednak zaangażowania takie powinny dotyczyć problematyki pracowniczej i społeczno-gospodarczej. Nie ma nic złego w tym, że „Solidarność” ze swoją przeszłością i tradycją jest związkiem chadeckim, że odwołuje się do wartości chrześcijańskich czy antykomunizmu. Staje się to problemem wtedy, gdy sprawy obyczajowo-kulturowe czy dotyczące przeszłości są główną i/lub najbardziej wyrazistą, medialną sferą działania związku oraz swoistą osią jego orientacji wobec bieżących wydarzeń. Związek, który urządza manifestacje przeciwko aborcji, którego liderzy zajmują się „intronizacją Chrystusa Króla” i zapisami o „wartościach chrześcijańskich” w Konstytucji, a jednocześnie bardzo niemrawo walczy o ochronę miejsc pracy, o standardy socjalne i o prospołeczne oblicze reform – to groteska. Związek, który atakuje rząd za „postkomunizm”, nawet gdy postkomunista Grzegorz Kołodko podejmował decyzje bardzo rozsądne na tle poprzedników-„etosiarzy”, a jednocześnie wspiera polityków antykomunistycznych, choć są skrajnymi liberałami – to absurd.

Związek zawodowy ma zrzeszać możliwie wielu pracowników i dbać o ich prawa, nie zaś narzucać im poglądy na kwestię aborcji albo nakłaniać do emocjonowania się teczkami SB. Jeśli jacyś członkowie związku – choćby nawet znaczna ich większość – chcą się zajmować tego rodzaju zagadnieniami, to istnieje cała paleta dostępnych struktur poza nim: partie polityczne, stowarzyszenia, ruchy społeczne itp. Ktoś powie: każdy może zmienić związek na taki, jaki mu odpowiada. Po pierwsze, nie w każdym zakładzie są dwa związki, po drugie tak się też stało: z „Solidarności” odchodzili nie tylko ludzie jej „lewego skrzydła” (było ich niemało, bo Związek przed rokiem 1989 wcale nie był – wbrew dzisiejszym mitom – ideologicznym monolitem spod znaku prawicy), ale także wielu „centrystów” czy po prostu osoby krytyczne wobec tak daleko posuniętych uwikłań politycznych. Nie zawsze mogły iść do konkurencji, bo nie trzeba być prawicowcem, żeby nie móc się przełamać do wstąpienia do OPZZ. Stąd też wiele osób w ogóle „wypadło” z działalności związkowej – jeśli dziś uzwiązkowienie w Polsce obejmuje zaledwie 7-8% pracowników, to oprócz wielu przyczyn strukturalnych inną jest to, że ich macierzysty, a zarazem największy w kraju związek zajmował się nie tym, czym powinien.

Apogeum uwikłania w kwestie z przeszłości i zarazem w skręt w prawo przypadło na okres rządów Akcji Wyborczej Solidarność. Wówczas to w znacznej mierze dzięki strukturom i finansom związku zawodowego, w parlamencie największą grupę stanowili religijni antykomuniści ze styropianową przeszłością. Co z tego mieli pracownicy najemni? Ogromny skok bezrobocia, spadek poziomu życia, prywatyzacyjne szaleństwo, dewastację ważnych branż (likwidacja wielu kopalń) i chybione „cztery reformy”, z których przynajmniej jedna – systemu emerytalnego – jest dla ludzi pracy i ich zabezpieczenia na starość po prostu szkodliwa. Co z tego miał Związek? Wylewane nań – w znacznej mierze zasłużenie – kubły pomyj, fatalny wizerunek, odpływ członków i utratę zaufania pracowników, dewastację części „bazy” (nie ma silnych związków zawodowych bez istnienia przedsiębiorstw i wysokiego poziomu zatrudnienia) oraz alergiczne reakcje na słowo „Solidarność” ze strony wielu osób.

Na szczęście przyszło opamiętanie. Krzaklewskiego, którego nazwisko w dziejach związków zawodowych powinno być symbolem hańby i obłędu, zastąpił na stanowisku lidera „Solidarności” Janusz Śniadek. Ten z kolei powinien w przyszłości otrzymać medal za to, że w ostatniej chwili uratował Związek przed całkowitym blamażem – zatrzymał i odwrócił negatywne trendy. Osiem lat jego władzy oznaczało powrót do zasadniczych zadań związków zawodowych. Jeśli dziś Piotr Duda wydaje się lepszy niż Śniadek, to nie dlatego, że ten drugi był zły, lecz ponieważ był za mało dobry. Czy to ze względu na poglądy, czy z uwagi na istniejący układ sił w Związku, Śniadek zrobił wiele, ale nie wszystko, co zrobić należało.

Wciąż za dużo było „etosu”, wspominków, święcenia sztandarów, mszy za ojczyznę, a przede wszystkim – takiego uwikłania w politykę, które nie było wyznaczane przez interesy społeczne, lecz przez stosunek do przeszłości czy „wartości chrześcijańskich” albo przez orientację wobec podziałów w łonie „obozu posierpniowego”. „Solidarność” podczas kadencji Janusza Śniadka zbyt słabo wyzwoliła się z błędów popełnionych po roku 1989. Zamiast być prospołeczna – choćby w duchu nauki społecznej Kościoła – była przede wszystkim prawicowa, co prowadziło do aliansów z prawicą mniej lub bardziej liberalną. Zamiast wspierać ugrupowania, które podejmują działania korzystne dla pracowników najemnych, Związek wspierał tych, którzy mocniej akcentowali antykomunizm – jakby w epoce globalizacji i szalejącego neoliberalizmu problemem był jakiś komunizm. Przykładowo, „Solidarność” była niezwykle oburzona – i słusznie – gdy za rządów PO doprowadzono do upadku polskich stoczni, tyle że niestety była znacznie mniej oburzona, gdy wcześniejszy rząd PiS-u nie robił nic, aby owemu upadkowi zapobiec. Co więcej, w miarę zaostrzania się sporu politycznego, Związek coraz wyraźniej stawał po stronie PiS-u, co groziło popadnięciem w te same jałowe i szkodliwe koleiny, które znamy z czasów AWS-u.

O ile jeszcze w roku 2005 można było z pozycji prospołecznych popierać kampanię wyborczą PiS-u i Lecha Kaczyńskiego, na serio, zdawałoby się, głoszących hasło „Polski solidarnej” przeciwko koncepcjom i interesom liberałów z PO, o tyle w roku 2010 nie ma to już żadnego sensu. „Polska solidarna” okazała się wabikiem na naiwnych, bo w praktyce PiS był solidarny wyłącznie z bogatymi (którym znacząco obniżono podatki), co nie powinno dziwić, gdy „twarzami” tego, pożal się Boże, solidaryzmu stali się Zyta Gilowska i Paweł Poncyljusz. Dziś natomiast PiS nawet nie udaje już, że chciałby realizować politykę gospodarczą i społeczną znacząco różną od tej w wydaniu PO, z tą może różnicą, że prywatyzację „złodziejską” ma zastąpić „uczciwa”, choć i to nie jest pewne. Sednem politycznego sporu staje się cały ten zestaw, który świetnie znamy z czasów AWS – walka z „Układem”, niekończące się spory o lustrację, „ochrona życia” i wyścigi w tym, kto bardziej czapkuje biskupom. Tymczasem związek zawodowy powinien być zainteresowany np. tym, aby instytucjonalnie ograniczyć wyzysk pracowników, nie zaś wiarą w bajeczki, że biznesmen, który nie współpracował z SB, będzie ich z natury rzeczy wyzyskiwał mniej niż ten, któremu w rozkręceniu biznesu pomagali faceci z WSI.

Nie mam nic przeciwko temu, żeby „Solidarność” była związkiem chadeckim, żeby pamiętała o swej antykomunistycznej przeszłości i żeby ze swego „sierpniowego” etosu była dumna. Ale nie to jest sednem związku zawodowego – jest nim skuteczna obrona pracowników najemnych i walka o taki model gospodarki, który sprzyja zarówno im, jak i innym, jeszcze słabszym grupom społecznym (np. bezrobotnym) w starciu z interesami Kapitału. Deklaracje Piotra Dudy złożone podczas wyborczej batalii i po jej zakończeniu, a także uchwały programowe przyjęte przez XXV Krajowy Zjazd Delegatów – m.in. krytyczne wobec liberalnego „uelastyczniania” zasad pracy, deklarujące solidarność z bezrobotnymi, postulujące globalizację solidarności i ochronę interesów ludzi pracy na forum europejskim, akcentujące konieczność „ekspansji” Związku w nowych, „trudnych” sektorach (np. wielkie sieci handlowe i firmy usługowe) – dają nadzieję na to, że „Solidarność” wkroczy na nową drogę. Na drogę, którą powinna podążać od roku 1989. Drogę solidarności – tej przez małe „es”, autentycznej solidarności słabszych i wyzyskiwanych.

Remigiusz Okraska

(ur. 1976) – w roku 2000 współzałożyciel, a następnie redaktor naczelny „Obywatela”/„Nowego Obywatela”. Twórca koncepcji i redaktor portalu www.lewicowo.pl, funkcjonującego od roku 2009. W latach 2001-2005 redaktor naczelny ekologicznego miesięcznika „Dzikie Życie”, do dzisiaj jego stały współpracownik. Socjolog, społecznik. Od roku 1997 publicysta, autor kilkuset tekstów prasowych. Redaktor i pomysłodawca około 20 książek, w tym polskich przekładów prac Aldo Leopolda, Davida C. Kortena i Dave’a Foremana, a także wyborów tekstów zapomnianych lub mało znanych polskich myślicieli społeczno-politycznych, m.in. Edwarda Abramowskiego, Romualda Mielczarskiego, Jana Wolskiego, Jana Gwalberta Pawlikowskiego. Od 17. roku życia związany z działalnością społeczną. W wolnych chwilach pije wino (i pisze o nim na blogu http://literkibutelkikilometry.blogspot.com/), zbiera zioła i włóczy się po węgierskiej, czeskiej i słowackiej prowincji.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>